Jurny J. D. Vance, czyli rodzicielstwo w USA jest dla zarządu. Dla reszty – wydatki i problemy
J.D. Vance doczekał się czwartego dziecka i może tego użyć jako argumentu za zwiększeniem dzietności. Ale kraj, który celebruje płodność przywódców, zwykłych rodziców obciąża rachunkami za poród, bezpłatny urlop i drogi żłobek, a kobiety – większością obowiązków opiekuńczych.
Amerykański numer dwa zrobił właśnie to, czego od kilku lat domaga się od Ameryki: postarał się o kolejne dziecko. W niedzielę, 19 lipca, jego żona Usha urodziła w wojskowym szpitalu Walter Reed syna Aleca Neela Vance’a. To czwarte dziecko wiceprezydenckiej pary. Matka i chłopiec czują się dobrze, starsze rodzeństwo jest zachwycone, a ojciec może odnotować kolejny przypadek zgodności życia prywatnego z programem politycznym.
J. D. Vance nie poprzestaje przecież na zaleceniach. Kiedy mówi, że Stany Zjednoczone potrzebują więcej dzieci, sam dokłada się do wyniku. W tym sensie przypomina mężczyznę z dawnej broszury wychowawczej: jest młody, żonaty, płodny i przekonany, że jego rodzina stanowi argument w sporze o przyszłość narodu.
Amerykańska prawica lubi dziś ten rodzaj jurności. Biologia dostarcza dowodu charakteru, ojcostwo staje się kwalifikacją do rządzenia, a liczba dzieci czymś w rodzaju prywatnego wskaźnika patriotyzmu. Sam Vance od początku swojej kariery politycznej ostrzegał przed spadkiem liczby urodzeń. Podczas Marszu dla Życia w 2025 roku mówił bez ogródek, że chce „więcej dzieci w Stanach Zjednoczonych”.

Komentarze