J.D. Vance doczekał się czwartego dziecka i może tego użyć jako argumentu za zwiększeniem dzietności. Ale kraj, który celebruje płodność przywódców, zwykłych rodziców obciąża rachunkami za poród, bezpłatny urlop i drogi żłobek, a kobiety – większością obowiązków opiekuńczych.
Amerykański numer dwa zrobił właśnie to, czego od kilku lat domaga się od Ameryki: postarał się o kolejne dziecko. W niedzielę, 19 lipca, jego żona Usha urodziła w wojskowym szpitalu Walter Reed syna Aleca Neela Vance’a. To czwarte dziecko wiceprezydenckiej pary. Matka i chłopiec czują się dobrze, starsze rodzeństwo jest zachwycone, a ojciec może odnotować kolejny przypadek zgodności życia prywatnego z programem politycznym.
J. D. Vance nie poprzestaje przecież na zaleceniach. Kiedy mówi, że Stany Zjednoczone potrzebują więcej dzieci, sam dokłada się do wyniku. W tym sensie przypomina mężczyznę z dawnej broszury wychowawczej: jest młody, żonaty, płodny i przekonany, że jego rodzina stanowi argument w sporze o przyszłość narodu.
Amerykańska prawica lubi dziś ten rodzaj jurności. Biologia dostarcza dowodu charakteru, ojcostwo staje się kwalifikacją do rządzenia, a liczba dzieci czymś w rodzaju prywatnego wskaźnika patriotyzmu. Sam Vance od początku swojej kariery politycznej ostrzegał przed spadkiem liczby urodzeń. Podczas Marszu dla Życia w 2025 roku mówił bez ogródek, że chce „więcej dzieci w Stanach Zjednoczonych”.
Teraz J. D. Vance nie musi już wskazywać wyłącznie na wykresy. Może pokazać własne rodzinne zdjęcie. Narodziny dziecka tak blisko szczytu amerykańskiej władzy są rzeczywiście wydarzeniem historycznym. Ostatni raz urzędujący wiceprezydent został ojcem w 1870 roku. Schuyler Colfax i jego druga żona Ellen doczekali się wtedy syna Schuylera Colfaxa III.
Swoją drogą, Biały Dom widywał częściej śluby niż narodziny. John Tyler, owdowiały już jako prezydent, poślubił w 1844 roku młodszą o trzydzieści lat Julię Gardiner.
Grover Cleveland pozostaje jedynym prezydentem, który ożenił się w samym Białym Domu: w 1886 roku w Błękitnym Pokoju pojął za żonę dwudziestojednoletnią Frances Folsom.
Woodrow Wilson, również wdowiec, ożenił się podczas prezydentury z Edith Bolling Galt w 1915 roku. Także wiceprezydent Alben Barkley zdążył podczas kadencji stanąć na ślubnym kobiercu: w 1949 roku 71-letni „Veep” poślubił 38-letnią Jane Hadley.
Amerykańskie instytucje umiały więc organizować ceremonie, przyjęcia i rodzinne widowiska. Znacznie dłużej uczyły się, co zrobić z rodzicem, który po prostu musi przyjść do pracy z dzieckiem.
W 2018 roku Tammy Duckworth została pierwszą senatorką w historii USA, która urodziła dziecko podczas sprawowania mandatu.
Jako pilotka śmigłowca Black Hawk służyła w Iraku. W listopadzie 2004 roku jej maszyna została trafiona granatnikiem przeciwpancernym. Duckworth straciła obie nogi i część sprawności prawej ręki, a następny rok spędziła na rehabilitacji w Walter Reed, tym samym szpitalu, w którym przyszedł właśnie na świat syn Vance’ów. Później odbudowała życie zawodowe, wygrała wybory do Izby Reprezentantów, a następnie do Senatu.
Po narodzinach córki Maile okazało się jednak, że regulamin Senatu nie przewiduje tak prozaicznej sytuacji. Dzieci nie wolno było wnosić na salę obrad. Duckworth mogła być bohaterką wojenną, senatorką i matką, lecz nie wolno jej było jednocześnie trzymać niemowlęcia i wykonywać konstytucyjnego obowiązku głosowania.
Izba zmieniła regulamin jednomyślnie: odtąd senatorowie mogli podczas głosowań wprowadzać na salę dzieci, które nie ukończyły roku. Kilka dni po porodzie Duckworth pojawiła się więc w Senacie z córką.
W jej historii i w historii Vance’a mieści się spora część amerykańskiego sporu o rodzicielstwo. Narodziny dziecka w rodzinie wiceprezydenta natychmiast stają się narodowym symbolem. Narodziny dziecka (powiedzmy) zwykłej pracującej kobiety, nawet jeśli jest ona senatorką i bohaterką wojenną, ujawniają, że instytucja została zaprojektowana tak, jakby rodzice w ogóle nie istnieli.
J.D. Vance pokazuje Ameryce, jak być mężczyzną z jej fantazji czy wspomnień o latach 50.: trzeba założyć rodzinę, mieć czworo dzieci, mówić o obowiązku wobec przyszłych pokoleń. Jego prywatne życie doskonale mieści się w opowieści, którą amerykańska prawica snuje dziś o dzietności. Dzieci mają ratować system emerytalny, zasilać rynek pracy, wzmacniać armię, podtrzymywać wzrost gospodarczy i ocalić zachodnią cywilizację przed upadkiem, przepowiadanym przez konserwatystów z osobliwym połączeniem przerażenia i ekscytacji.
Niemowlę szybko awansuje w tej narracji na przyszłego podatnika, pracownika albo żołnierza.
Znacznie mniej uwagi poświęca się rodzicowi, który przez kilka miesięcy nie śpi, wypada z pracy, szuka miejsca w żłobku i próbuje zapłacić rachunek za poród. Trudniejsze pytanie brzmi więc, czy Ameryka zamierza potraktować innych rodziców tak, jak potraktowała rodzinę wiceprezydenta: zapewnić im bezpieczeństwo, opiekę lekarską, stabilność i instytucje zdolne zmienić choć jeden przepis, kiedy na świecie pojawia się dziecko.
Amerykańskie państwo odkryło, że dzieci są dobrem publicznym. Nadal jednak traktuje rodzicielstwo jak prywatne hobby. Stany Zjednoczone nie gwarantują na poziomie federalnym płatnego urlopu po narodzinach dziecka. Ustawa o urlopach rodzinnych i medycznych pozwala części pracowników zachować stanowisko przez dwanaście tygodni, ale nie zapewnia w tym czasie wynagrodzenia.
Aby skorzystać z tego urlopu, trzeba przepracować u danego pracodawcy co najmniej rok i 1250 godzin. Prawo obejmuje przy tym tylko osoby zatrudnione w firmach, które mają co najmniej pięćdziesięciu pracowników w promieniu 75 mil. Nawet po spełnieniu tych warunków urlop pozostaje bezpłatny.
Dla wielu rodzin oznacza to więc nie tyle prawo do opieki nad nowonarodzonym dzieckiem, ile prawo do kilku tygodni bez pensji.
Po zakończeniu urlopu rodzice muszą znaleźć i opłacić opiekę nad dzieckiem na czas pracy: żłobek, przedszkole, opiekunkę albo rodzinny punkt opieki. Według ostatnich pełnych danych federalnych roczny koszt takiego miejsca wynosił od 6 552 do 15 600 dolarów, zależnie od wieku dziecka i wybranej formy opieki.
Stanowiło to od 8,9 do 16 proc. mediany dochodu rodziny. W wielu częściach kraju żłobek kosztuje więcej niż czynsz. Przy dwójce małych dzieci jedno z rodziców może dojść do wniosku, że pracuje głównie po to, by zapłacić komuś innemu za opiekę nad nimi w godzinach pracy.
Wydatki zaczynają się jeszcze przed narodzinami dziecka. W przypadku kobiet objętych ubezpieczeniem pracowniczym ciąża, poród i opieka po porodzie kosztują przeciętnie ponad 20 tys. dolarów. Większość tej sumy pokrywa ubezpieczyciel, ale rodzina i tak płaci z własnej kieszeni średnio około 2 700 dolarów.
Polisa nie daje przy tym pewności, jaka będzie ostateczna kwota. Do tego dochodzą udział własny, dopłaty do poszczególnych świadczeń i osobne rachunki, których wysokości pacjent często nie zna przed przyjęciem do szpitala.
Później lista wydatków tylko się wydłuża: większe mieszkanie, mniej godzin pracy, wizyty lekarskie, samochód, szkoła, zajęcia dodatkowe i oszczędzanie na studia.
Pronatalizm najlepiej prezentuje się na fotografii: obraz USG, noworodek w ramionach ojca, liczna rodzina przed domem.
Trudniej pokazać dwadzieścia lat codziennej organizacji i ciągłego przekładania pieniędzy z jednej pilnej potrzeby na drugą. Państwo potrzebuje następnego pokolenia, ale koszty jego wychowania pozostawia rodzicom.
Koszty wyjaśniają znaczną część amerykańskiego spadku dzietności, choć nie całość. Lewica często zakłada, że tańsze mieszkania, dostępne żłobki i płatne urlopy wystarczyłyby, aby ludzie wrócili do odkładanych planów rodzinnych. Dla wielu osób rzeczywiście miałoby to ogromne znaczenie. Nie każde życie bez dzieci jest jednak skutkiem niespełnionego pragnienia, które można uruchomić odpowiednio wysoką dopłatą.
W badaniu Pew Research Center wśród bezdzietnych Amerykanów przed pięćdziesiątką, którzy nie spodziewają się już mieć dzieci, 57 proc. wskazało jako ważny powód zwyczajny brak takiego pragnienia. Koszty wymieniło 36 proc. Dla 44 proc. znaczenie miała chęć zajęcia się w życiu czymś innym, a dla 38 proc. obawa o stan świata.
Respondenci mogli wskazać kilka odpowiedzi. Nie powstają zatem odrębne grupy egoistów, biednych i przestraszonych. Najczęściej spotykają się tu pieniądze, niepewność, wolność i przekonanie, że dobre życie może wyglądać inaczej.
Dziecko nie jest już bezdyskusyjnym etapem dorosłości, następującym po szkole, pracy i ślubie. Decyzję wypada podjąć dopiero po zdobyciu odpowiedniego mieszkania, ustabilizowaniu kariery, wykupieniu dobrego ubezpieczenia i osiągnięciu dojrzałości psychicznej, której granic nikt nie potrafi wyznaczyć.
Przyszły rodzic powinien znać swoje traumy i umieć ich nie przekazać. Musi mieć pieniądze, czas, cierpliwość, wiedzę o rozwoju dziecka oraz zdolność godzenia sprzecznych zaleceń. Ma kontrolować dietę, sen, ekran, szkołę i dobrostan emocjonalny, a jednocześnie nie wolno mu być ani zanadto obecnym, ani zbyt obojętnym.
Rodzina przez długi czas uchodziła za naturalny bieg życia, nawet jeśli dla wielu ludzi oznaczała ciężar, zależność i nierówność. Dziś rodzicielstwo coraz częściej przypomina wieloletnie przedsięwzięcie, do którego trzeba się starannie przygotować. Od rodzica oczekuje się już nie tylko opieki i bezpieczeństwa. Ma rozpoznać możliwości dziecka, zadbać o jego poczucie własnej wartości, przyszłe relacje i odporność psychiczną, a przy tym nie popełnić błędów, które po latach zostaną uznane za źródło jego dorosłych problemów.
Kłopoty materialne łatwo nabierają w tej sytuacji znaczenia moralnego. Brak pieniędzy zaczyna wyglądać jak brak odpowiedzialności, niestabilna praca jak dowód niedojrzałości, a lęk przed przyszłością prowadzi do pytania, czy w ogóle wolno sprowadzać dziecko na świat. Rodzicielstwo, zamiast być jedną z możliwych form życia, staje się próbą finansowej zaradności, psychicznej równowagi i gotowości do podporządkowania następnych kilkunastu lat potrzebom drugiego człowieka.
Nic dziwnego, że część ludzi odkłada ten egzamin. Inni, po zapoznaniu się z warunkami, uznają, że wcale nie chcą do niego przystępować.
Wymagania wobec rodzica rozkładają się przy tym nierówno. Choć praca zawodowa kobiet stała się w Stanach Zjednoczonych normą, opieka nadal ma domyślną płeć. W 2025 roku w 52 proc. par różnopłciowych wychowujących dzieci oboje rodzice pracowali na pełny etat. Pół wieku wcześniej było tak w 31 proc. rodzin.
Jednak podział obowiązków domowych nie zmienił się tak bardzo. W najnowszym badaniu pracujących rodziców 48 proc. ankietowanych przyznało, że w razie choroby dziecka albo nagłego zamknięcia żłobka to matka najpewniej wzięłaby wolne. Ojca wskazało 22 proc., a niespełna jedna trzecia uznała, że szanse są równe.
Aż 78 proc. kobiet wychowujących dzieci wspólnie z ich ojcem deklaruje, że to one pilnują rodzinnego kalendarza: pamiętają o wizytach lekarskich, zajęciach, zebraniach i rzeczach, które następnego dnia trzeba przynieść do szkoły.
Blisko dwie trzecie matek dzieci w wieku szkolnym częściej pomaga w odrabianiu lekcji, 58 proc. bierze na siebie większą część troski o ich potrzeby emocjonalne, a w rodzinach z dziećmi poniżej piątego roku życia 57 proc. matek częściej zajmuje się karmieniem, kąpielą i zmianą pieluch. Ojcowie znacznie częściej są przekonani, że obowiązki zostały podzielone po równo.
Nierówny podział opieki widać później na rynku pracy. Wśród matek dzieci poniżej szóstego roku życia 68 proc. pracowało albo szukało zatrudnienia. W przypadku ojców odsetek ten przekraczał 95 proc. Małe dziecko znacznie częściej ogranicza więc aktywność zawodową kobiety niż mężczyzny. Spośród pracujących ojców 95 proc. jest zatrudnionych na pełny etat, wśród matek – 79 proc. Te dane nie opisują każdej rodziny, ale pokazują, kto najczęściej bierze wolne, gdy dziecko choruje, nie ma miejsca w żłobku albo plan lekcji nie mieści się w godzinach pracy.
Przez lata dawny podział ról przedstawiano jednak jako naturalny porządek, od którego trudno było się uchylić. Dziś więcej kobiet może ocenić jego rzeczywiste warunki, zanim zdecyduje się na dziecko. Rodzicielstwo nadal często oznacza dla nich ograniczenie pracy zawodowej, wolniejszy rozwój kariery i przejęcie znacznej części niewidzialnej organizacji życia rodzinnego. To ktoś musi pamiętać o szczepieniu, zauważyć gorączkę, odpowiedzieć na wiadomość ze szkoły, zorganizować opiekę i wiedzieć, czego dziecko potrzebuje następnego dnia.
Można bardzo chcieć zostać matką, a zarazem nie godzić się na układ, w którym większość kosztów, obowiązków i ryzyka zawodowego obarcza tylko jedną osobę.
Spadek dzietności jest więc częściowo skutkiem poszerzenia wolności wyboru. Rodzina przestała być jedyną społecznie akceptowaną drogą do dorosłości, a pytanie o dzieci nie musi już mieć z góry ustalonej odpowiedzi. Tańsza opieka, płatny urlop i stabilniejsze zatrudnienie z pewnością ułatwiłyby decyzję wielu osobom. Nie odtworzą jednak świata, w którym kobietę pytano niemal wyłącznie „kiedy”, a odpowiedź „nigdy” wymagała tłumaczenia.
Dobra polityka rodzinna może zmniejszyć ciężar rodzicielstwa i uczynić jego podział bardziej sprawiedliwym. Nie powinna zakładać, że każda kobieta musi tego życia pragnąć.
W tym miejscu amerykański pronatalizm zaczyna przypominać kampanię, która najchętniej zajmuje się dwiema chwilami: narodzinami dziecka oraz jego odległą przyszłością jako pracownika, podatnika i obrońcy cywilizacji. Lata pomiędzy nimi pozostają słabiej zagospodarowane.
Elon Musk od dawna ostrzega, że spadek liczby urodzeń grozi załamaniem cywilizacji. J.D. Vance wzywa Amerykanów, by mieli więcej dzieci. Donald Trump przedstawia siebie jako patrona rodzin, które chcą je mieć, i obiecuje usunąć przeszkody stojące na drodze do poczęcia.
Najbardziej wymownym przykładem jest zapłodnienie pozaustrojowe. W Polsce przez lata pozostawało ono jednym z pól wojny kulturowej. Rząd PiS po objęciu władzy zlikwidował w 2016 roku państwowy program finansowania in vitro, zastępując go programem leczenia niepłodności, który nie obejmował tej metody.
Przeciwnicy procedury mówili o selekcji i niszczeniu zarodków, a hierarchowie Kościoła opisywali ją jako niedopuszczalną „produkcję człowieka”. Kiedy po wyborach w 2023 roku Sejm przywrócił finansowanie in vitro w wysokości co najmniej 500 mln zł rocznie, PiS próbowało ograniczyć program do małżeństw. Andrzej Duda podpisał ustawę mimo apelu przewodniczącego episkopatu o weto.
Główny nurt amerykańskiej prawicy mówi dziś niemal odwrotnym językiem. Program Partii Republikańskiej z 2024 roku, w tym samym fragmencie, w którym deklaruje ochronę życia i sprzeciw wobec późnej aborcji, popiera dostęp do antykoncepcji oraz in vitro. Trump w lutym 2025 roku podpisał rozporządzenie nakazujące administracji opracowanie sposobów obniżenia kosztów leczenia i ochrony dostępu do tej metody.
Kilka miesięcy później ogłosił porozumienie mające obniżyć ceny leków stosowanych w terapii płodności oraz nowe rozwiązanie pozwalające pracodawcom oferować osobne pakiety świadczeń obejmujące leczenie niepłodności. Biały Dom sam przypominał, że jeden cykl in vitro kosztuje od 12 do 25 tys. dolarów, a często potrzebnych jest kilka prób.
Różnica wobec polskiej prawicy jest zasadnicza. PiS i Kościół katolicki długo przedstawiały
in vitro przede wszystkim jako problem moralny związany z losem zarodków. Trump widzi w nim technologię, dzięki której mogą rodzić się pożądane dzieci w pożądanych rodzinach.
Laboratorium nie stanowi zagrożenia dla naturalnego porządku, jeśli pomaga małżeństwu osiągnąć cel zgodny z konserwatywną polityką demograficzną. Amerykański pronatalizm potrafi więc pogodzić kult tradycyjnej rodziny z bardzo nowoczesną medycyną reprodukcyjną. Liczy się rezultat: więcej urodzeń.
Nie znaczy to, że spór zniknął. Amerykańska prawica pozostaje w tej sprawie głęboko podzielona. W 2024 roku Sąd Najwyższy Alabamy uznał zamrożone embriony za dzieci w rozumieniu stanowego prawa.
Kilka klinik wstrzymało zabiegi, obawiając się odpowiedzialności za uszkodzenie albo zniszczenie zarodka. Republikańskie władze stanu musiały w pośpiechu zapewnić klinikom ochronę prawną, a Trump wezwał do natychmiastowego ratowania dostępu do in vitro. Jednocześnie republikanie w Senacie blokowali ustawę ustanawiającą ogólnokrajowe prawo do tej procedury.
Sprzeczność ma swoje źródło w samej doktrynie ruchu antyaborcyjnego. Jeśli pełnię praw człowieka przyzna się każdemu embrionowi od chwili zapłodnienia, standardowa procedura in vitro staje się prawnie niebezpieczna. Polega przecież na utworzeniu kilku zarodków, ich selekcji, zamrażaniu i niekiedy rezygnacji z dalszego przechowywania. Trump próbuje oddzielić in vitro od aborcji i wyjąć je spod konsekwencji idei, które jego własne środowisko rozwijało przez dziesięciolecia. Robi to nie z liberalnego przywiązania do autonomii reprodukcyjnej, lecz dlatego, że procedura prowadzi do narodzin dzieci. W tej części programu nowoczesna klinika okazuje się sojusznikiem konserwatywnej rodziny.
Mniej zaawansowane technologicznie propozycje są zarazem znacznie skromniejsze. Wśród pomysłów przedstawionych Białemu Domowi znalazła się jednorazowa premia w wysokości 5 tys. dolarów dla matki po urodzeniu dziecka. Trump ocenił, że brzmi to dobrze, lecz propozycja nie stała się prawem.
Powstały za to tak zwane Trump Accounts, nowe rachunki inwestycyjne dla niepełnoletnich. Dziecko urodzone między początkiem 2025 a końcem 2028 roku może otrzymać od państwa jednorazowy wkład w wysokości tysiąca dolarów, o ile jest obywatelem USA, ma numer Social Security, a rodzic założy mu konto i złoży odpowiedni wniosek.
Pieniądze mogą przez lata pracować na rynku kapitałowym. To realny majątek na początek dorosłości, lecz nie opłaci matce urlopu po porodzie ani rachunku za żłobek w przyszłym miesiącu.
Administracja Trumpa wprowadziła także rozwiązania mniej widowiskowe, za to bardziej użyteczne. Maksymalna ulga podatkowa na dziecko wzrosła do 2 200 dolarów i ma być waloryzowana. Zwiększono również ulgę dla pracodawców finansujących opiekę nad dziećmi swoich pracowników.
Takie instrumenty mogą odciążyć część rodzin i nie należy ich zbywać jako czystej propagandy. Nadal opierają się jednak głównie na podatkach, kontach i zachętach dla firm. Nie dają każdemu rodzicowi płatnego czasu, dostępnego miejsca w żłobku ani pewności, że nagła choroba dziecka nie odbije się na jego pracy.
Różnica między pomocą a dekoracją przebiega właśnie tutaj. Premia mogłaby opłacić wózek, łóżeczko i część pierwszych rachunków. Obniżenie ceny in vitro może umożliwić narodziny dziecka ludziom, których wcześniej nie było stać na leczenie. Tysiąc dolarów ulokowanych na osiemnaście lat może zamienić się w przyzwoitą sumę.
Są to korzyści realne i nie ma powodu ich lekceważyć. Nadal jednak dotyczą głównie momentu pojawienia się dziecka. Nie odpowiadają na pytanie, kto przez następne lata zapewni mu opiekę, kto zrezygnuje z godzin pracy i co stanie się z rodziną, gdy wyczerpie się jednorazowa pomoc, a zacznie zwyczajna codzienność.
Żadne z tych rozwiązań nie odpowiada jednak na pytania, kto jutro rano zostanie w domu z gorączkującym trzylatkiem, kto straci spotkanie, premię albo kolejną szansę na awans.
Pronatalizm lubi liczyć dzieci. Polityka rodzinna musi jeszcze policzyć czas rodziców.
Sami Amerykanie zdają się dobrze rozumieć tę różnicę. Tylko 12 proc. uważa, że zachęcanie do większej liczby urodzeń powinno być ważnym priorytetem rządu federalnego. Dla trzech czwartych poważnym problemem są koszty opieki nad dzieckiem, a około dwóch trzecich popiera płatne urlopy rodzinne oraz bezpłatne albo niedrogie żłobki i przedszkola. Wyborcy odpowiadają więc pronatalistom dość przytomnie: zanim państwo zacznie zamawiać kolejne dzieci, powinno zainteresować się warunkami, w jakich wychowywane są te już urodzone.
J.D. Vance może dawać Ameryce przykład własną rodziną. Od państwa należałoby jednak oczekiwać czegoś trudniejszego: warunków, w których dziecko nie jest luksusem, a rodzic nie płaci za jego wychowanie w pojedynkę: pieniędzmi, czasem, karierą i poczuciem bezpieczeństwa.
Kobiety
Polityka społeczna
USA
Donald Trump
J.D. Vance
demografia
in vitro
polityka rodzinna
Praca kobiet
Prawa kobiet
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze