Klapa Piątkowskiej to nie jej wina. Cztery ostrzeżenia dla liberałów
Krakowskie wybory – wbrew uspokajającym opiniom – pokazują, jak cofa się liberalna fala z 2023 roku. Kampania Piątkowskiej była jak karykatura polityki opartej na założeniu, że centrum wszystko zrobi lepiej, a charyzma Tuska ostatecznie zapewni sukces. Może nie dało się wygrać z Gibałą, ale liczy się też styl porażki.
W kółko słyszę, że wyciąganie wniosków o polityce krajowej z wyborów prezydenckich w Krakowie jest niemożliwe, niewskazane, a nawet niesprawiedliwe wobec takiej np. KO, bo wszystkie partie przegrały, a Konfederacja nawet nie zebrała podpisów. Tymczasem był to jednak polityczny egzamin, spektakularnie oblany przez rządzących, z czego można by wyciągnąć nauki na przyszłość, o ile ktoś by chciał i potrafił.
Ale zacznę od zastrzeżeń, poniekąd do własnego tekstu.
Dlaczego trudno w Krakowie zobaczyć Polskę
Po pierwsze, obecność Łukasza Gibały jako silnego kandydata pozapartyjnego osłabia główną linię podziału i zakłóca polaryzację, która będzie decydować o wyniku wyborów 2027 roku: umowna połowa Polski (lub trochę więcej) wbrew drugiej połowie (lub trochę mniej) wybierze sobie Sejm. Nie zanosi się, by do jesieni 2027 wyłoniło się jakieś ugrupowanie wyłamujące się z polaryzacji i deklarujące „apolityczność” w stylu Kukiza'15 w 2015 roku (zdobył 8,81 proc. głosów) czy Ruchu Palikota w 2011 r. (10,1 proc.), a także Trzeciej Drogi w 2023 r. (14,6 proc.), przez część wyborców postrzeganej jako ucieczka z duopolu PiS — PO.

Komentarze