Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy chce ucywilizować rynek pracy. Śmieciówki mają zniknąć, a wszystkim pracownikom ma przysługiwać 26 dni urlopu. To dobrze, bo Polacy są przepracowani. Policzyliśmy, ile te zmiany mogą kosztować pracodawców

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy powołana została przez Radę Ministrów we wrześniu 2016. Zasiada w niej 14 prawników. Część z nich to reprezentanci związków zawodowych i organizacji pracodawców zrzeszonych w Radzie Dialogu Społecznego.

Komisja od miesięcy pracuje nad projektem nowego kodeksu pracy. Kilkanaście dni temu na temat propozycji zmian obowiązujących przepisów wypowiedział się prof. Arkadiusz Sobczyk, przewodniczący zespołu ds. opracowania projektu nowego kodeksu.

Nowością ma być danie wszystkim pracownikom prawa do 26-dniowego urlopu. Fakt pisze również, że mają zniknąć umowy śmieciowe, a zamiast nich pojawią się umowy nieetatowe (dla pracowników wykonujących pracę do 16 godzin tygodniowo). „Nieetatowcom” będzie przysługiwał za to urlop i stałe wynagrodzenie, czyli coś, czego setki tysięcy osób dzisiaj są pozbawione. To dobrze, bo Polacy są jednym z najbardziej przepracowanych narodów Europy.

W dzisiejszym kodeksie pracy prawo do urlopu w wymiarze 20 dni przysługuje osobom, które nie przepracowały 10 lat. Osobom, które przekroczyły tę granicę przysługuje 26 dni. Jednak do stażu pracy, od którego zależy wymiar urlopu, wliczają się również: ukończenie zasadniczej szkoły zawodowej (3 lata), średniej szkoły zawodowej (5 lat), średniej szkoły ogólnokształcącej (4 lata), szkoły policealnej (6 lat) i szkoły wyższej (8 lat). Według kodeksu pracy okresy nauki nie podlegają sumowaniu.

Z powodu tak zróżnicowanych kryteriów bardzo trudno jest określić liczbę osób, którym w Polsce realnie przysługuje 20-dniowy urlop. Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy, szacuje tę liczbę na od kilkuset tysięcy do nawet kilku milionów pracowników.

Ile to będzie kosztować?

Pozytywne zmiany dla pracowników oznaczają koszty po stronie pracodawców. Będą one zależeć od wynagrodzenia pracownika. I tak, jeżeli w 2017 roku mamy około 250 dni roboczych, to przy średniej krajowej 4050 zł brutto (koszty po stronie pracodawcy są wyższe i wynoszą ok 4880 zł; pracodawca płaci część składek) to dzień pracy lub urlopu kosztuje pracodawcę około 234 zł. Gdy dochodzi 6 dni wolnych to jest to dodatkowy koszt po stronie pracodawcy w wysokości ok. 1400 złotych rocznie.

Ale średnią krajową i powyżej zarabia nie więcej niż 30 proc. pracowników w Polsce. Dla mediany – czyli kwoty 3970 zł brutto, dzielącej Polaków na równe połowy – tych którzy zarabiają więcej i tych którzy zarabiają mniej – roczny koszt dodatkowego urlopu to już tylko 1150 zł rocznie na pracownika.

Jeżeli pracodawca zatrudnia 10 osób, płacąc im równowartość mediany zarobków, to rocznie koszt zmian przepisów wyniesie 10 tys. zł, a to już nie tak mało. Bardzo często jednak reform na korzyść pracowników nie da się przeprowadzić bezkosztowo. Rozumieją to kraje zachodniej Europy, gdzie koszty pracy są znacznie wyższe, jednocześnie nie powoduje to załamania tamtejszych gospodarek.

Warto pamiętać, że przedsiębiorstwa, którym może zagrozić koszt dodatkowych kilku dni rocznego urlopu na pracownika, najprawdopodobniej i tak balansują na granicy opłacalności i są zagrożone bankructwem z powodu jakichkolwiek, nawet delikatnych zawirowań na rynku. Po drugie, tego typu regulacja – podobnie jak płaca minimalna  – może przyczynić się do wzrostu produktywności przedsiębiorstw. Jak? Skrócenie czasu pracy wymusi na części przedsiębiorców ulepszenie sposobów zarządzania.

Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że po wprowadzeniu takiej regulacji część osób straci pracę. Może się okazać również, że zmiany przyczynią się do upadku jakiejś części przedsiębiorstw. Pytanie tylko, czy to źle, że rynek opuszczą najmniej wydajni przedsiębiorcy? Dodatkowo wydaje się, że nie ma lepszego czasu na wprowadzanie tego typu rozwiązań niż moment, w którym bijemy kolejne rekordy niskiego bezrobocia.

Jak to jest na świecie?

Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy. Według OECD w 2016 roku statystyczny Polak spędził w pracy 1928 rodzin. Statystyczny Niemiec – 1363 godziny. Różnica wynika nie tylko z tego, że Niemcy mają krótszy tydzień pracy. Mają też po prostu więcej płatnego urlopu i więcej ustawowych dni wolnych. Niemieckie prawo gwarantuje minimum urlopowe na poziomie 24 dni, ale dużej części pracowników 30 dni urlopu gwarantują układy zbiorowe. Dodatkowo nasi zachodni sąsiedzi mają w kalendarzu 14 dni wolnych od pracy, my o jeden mniej.

  • Ile wolnego mają w Europie, a ile urlopu w USA?

    Tyle samo dni wolnych co Polacy mają: Austriacy, Belgowie, Czesi, Litwini, Portugalczycy i Słoweńcy. Mniej od nas dni wolnych mają: Bułgaria (12), Dania (11), Estonia (12), Finlandia (12), Francja (10), Grecja (11), Węgry (10), Irlandia (9), Włochy (12), Luxemburg (10), Rumunia (11), Szwecja (11) i Wielka Brytania (brak ustawowych poza płatnym urlopem o długości 5,6 tygodnia). Więcej świąt mają Chorwaci (14), Cypryjczycy (14-17), Islandczycy (15), Łotysze (15), Maltańczycy (14), Holendrzy (15), Słowacy (15).

    Według platformy EURES długość płatnego urlopu w Europie w zależności od stażu pracy i innych czynników waha się od 20 (Polska, Cypr, Bułgaria) do 30 dni (Niemcy, Chorwacja). Jednak dysproporcje w przepracowanym czasie wynikają również z urlopów rodzicielskich, branżowych dni wolnych, tzw. bank holidays – dodatkowych dni wolnych w Wielkiej Brytanii, które nie przysługują ustawowo, ale wpisywane są do umowy o pracę. Dodatkowo kraje europejskie różnią się też pod względem długości tygodnia pracy. Według prof. Arkadiusza Sobczyka w Polsce ustawowy czas pracy jest jednym z najdłuższych w Europie.

    Ciekawym przypadkiem są Stany Zjednoczone, gdzie prawnie w ogóle nie ma ustawowo zagwarantowanego płatnego urlopu. Jest on dobrowolnym świadczeniem pracowniczym ze strony pracodawców. Według Bureau of Labor Statistics objętych płatnym urlopem jest 77 proc. pracowników. Średnia długość urlopu dla osoby, która przepracowała rok to 8 dni, dla osoby z 5 letnim stażem – 13 dni, dla pracownika, który przepracował 10 lat – 17 dni, a dla tych z 20-letnim stażem – 20 dni.

Koniec ze śmieciówkami?

W Polsce często prawa do płatnego urlopu pozbawione są osoby pracujące na „śmieciówkach”. A także samozatrudnieni, których w pewnym momencie pracodawca postawił przed wyborem: zakładasz działalność, albo się żegnamy. Według GUS 51 proc. samozatrudnionych pracuje w takiej formie nie ze swojej woli.

Jeżeli przyjmiemy, że na samozatrudnieniu pracuje ok. 1.1 mln Polaków, to „uśmieciowionych” spośród nich jest ok. 500 tys. Do tego dochodzi liczba 1,3 mln pracowników pracujących na umowach o dzieło albo umowach zlecenia. Mamy więc w Polsce rzeszę ok. 1,8 – 2 mln osób, które na rynku pracy są po tej gorszej, „uśmieciowionej” stronie. Część z nich – niestety nie wiemy jaka – ma rodzaj płatnego urlopu, najczęściej niewpisanego do umowy, ale umówionego z pracodawcą. Problem w tym, że pewność takiego urlopu jest iluzoryczna – liczba dni może być różna, często mniejsza niż 20.

Nowe przepisy mają to zmienić. Komisja Kodyfikacyjna postuluje likwidację „śmieciówek” i stworzenie zamiast nich umów nieetatowych, które obejmowałyby osoby pracujące mniej niż 16 godzin tygodniowo dla danego pracodawcy. Osoby takie miałyby stałą pensję i prawo do urlopu. Umowy cywilnoprawne byłyby podpisywane tylko w wyjątkowych przypadkach, tam gdzie jednorazowo świadczy się usługę.

„Śmieciówki” są dziś stosowane, aby obniżać koszty pracy. Trudno stwierdzić, jaki efekt miałoby wprowadzenie nowych regulacji. Z jednej strony część pracodawców oferuje „śmieciówki”, ponieważ zysk z ich przedsięwzięć jest tak niewielki, że na etaty ich po prostu nie stać. Jednak coraz częściej nawet pracodawcy zwracają uwagę, że bezprawne nadużywanie tego typu umów jest formą nieuczciwej konkurencji, w której przedsiębiorcy postępujący zgodnie z literą prawa mają mniejsze szanse w wyścigu z tymi, którzy obniżają koszty przez niezawieranie umów adekwatnych do wykonywanej pracy.

Prace nad projektem nowego kodeksu Komisja Kodyfikacyjna ma zakończyć w marcu. Później propozycją komisji zajmie się rząd.

Analityk nierówności społecznych i rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.
W OKO.press pisze o polityce społecznej i pracy.


Masz cynk?