0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Stało się to, co podskórnie było czuć od miesięcy. Po obu stronach granicznego Bugu wybiły sięgające zenitu emocje. Narodowe szaty rozdzierają najważniejsi politycy, uderzając w patriotyczne tony. W internecie głos zabierają zwykli obywatele. Większość jednoczy się przy fladze biało-czerwonej lub niebiesko-żółtej, a także czerwono-czarnej. Są też głosy rozsądku nawołujące do opamiętania, ale w mniejszości. Giną w strzelistych mowach, w których często przewija się narodowa duma.

Poszło o decyzję prezydenta Polski Karola Nawrockiego z 19 czerwca 2026 roku, który odebrał order Orła Białego ofiarowany przez jego poprzednika prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu. Choć order był dedykowany narodowi ukraińskiemu za jego bohaterską walkę z Rosją, prezydent Nawrocki uznał, że tak ukarze Zełenskiego za nadanie imienia „bohaterów UPA” jednej z formacji wojskowych. Dla Ukraińców UPA to symbol walki z Moskwą. Dla Polaków sprawca rzezi na Wołyniu współpracujący z Hitlerem.

Obie strony próbowały deeskalować sprawę, ale do porozumienia nie doszło. Zełenski nie wycofał się ze swojej decyzji. Jest ona zła dla relacji z Polską. Ale zła i małostkowa jest też decyzja Nawrockiego. Bo można było kanałami dyplomatycznymi sprawę załatwić inaczej. Nawrocki gra jednak na antyukraińskich nastrojach przed decydującymi w 2027 roku wyborami parlamentarnymi w Polsce. Zełenski również politycznie zyskał, wywołał efekt jednoczenia się wokół flagi i na dalszy plan zeszła afera korupcyjna w jego najbliższym otoczeniu.

Na odebranie orderu Zełenski szybko zareagował. Po prostu odesłał go zwykłą pocztą na koszt adresata. Wywołało to efekt zwracania orderów Orła Białego przez pozostałych ukraińskich polityków, w tym wszystkich byłych prezydentów. Nawrocki tego się chyba nie spodziewał. Po obu stronach Bugu wypuszczono dżina z butelki, trudno będzie go z zapędzić z powrotem. Obudzono antypolskie i antyukraińskie nastroje. Wszyscy się już okładają po głowach.

Przeczytaj także:

Dzieje się to w czasie, gdy już piąty rok Ukraina wykrwawia się na swojej wschodniej granicy. Gdy wojska Putina wysyłają kolejne rakiety na ukraińskie miasta i zabijają cywilów. A w Polsce mieliśmy kolejny wrogi akt w wojnie hybrydowej – zabójstwo rosyjskiego artysty. Wcześniej były akty dywersji na kolei, atak dronów, podpalenia hipermarketów.

Za tym wszystkim stoi Moskwa, wspólny wróg. Tymczasem dwa słowiańskie narody skoczyły sobie do gardeł, wylewając żale i pretensje, wywijając szabelkami.

Patrząc na chłodno, jest to niepotrzebna kłótnia pomiędzy sąsiednimi narodami, które historycznie i geograficznie są na siebie skazane. Zarówno w interesie Polski, jak i Ukrainy jest szybkie zakończenie wojny orderowej. Stawką jest przyszłość tej części Europy, a naszym wspólnym interesem jest by Ukraina i Polska nie tylko były niepodległe, ale także by miały strategiczny sojusz oparty na wspólnych interesach i partnerstwo oparte na tzw. Realpolitik. Bo czas polityki opartej na romantycznym podejściu na naszych oczach się kończy.

Obecnie możliwe są trzy warianty dalszego rozwoju stosunków relacji polsko-ukraińskich.

Pierwszym testem będzie konferencja odbudowy Ukrainy, która ma odbyć się 25-26 czerwca w Gdańsku. Nie wiadomo, czy przyjedzie Zełenski. Może połączy się przez wideo, a może nawet demonstracyjnie nie pokaże się w żaden sposób. Jest ryzyko, że konferencja, na której ma być sporo polityków i biznesmenów z całego świata, zakończy się klapą.

Idealnym wyjściem z sytuacji byłby przyjazd Zełenskiego. Oddał już order, więc zamknął sprawę i jednocześnie pomógł Tuskowi nie wpaść w pułapkę Nawrockiego. Bo znikł problem kontrasygnaty premiera pod decyzją prezydenta o odebraniu orderu. Zełenski mógłby ogłosić z Tuskiem nowe otwarcie i zapowiedzieć załatwienie bolesnych spraw z historii np. poprzez powołanie specjalnego zespołu ds. trudnych.

Mogliby razem zdobyć się na symboliczny akt pojednania pomiędzy Polską i Ukrainą. Taki jak w 1989 roku, gdy premier Polski Tadeusz Mazowiecki i kanclerz RFN Helmut Kohl na mszy w Krzyżowej objęli się w czasie przekazania znaku pokoju. Co uznano za początek pojednania polsko-niemieckiego. Nasze koncyliacyjne stanowisko pomogło wtedy otworzyć drzwi do zjednoczenia Niemiec.

Czy dziś taki gest pomiędzy liderami Ukrainy i Polski jest możliwy? Czy nie jest na to za wcześnie?

Jeśli konferencja w Gdańsku okaże się klapą, jeśli politycy wybiorą dalszą eskalację, to sprawę pojednania powinni przejąć obywatele, media i organizacje pozarządowe.

Bo stawką są codzienne relacje pomiędzy ludźmi, zwłaszcza że tysiące Ukraińców wybrało Polskę na swój nowy dom. Wielu z nich na Warszawę mówi „nowy Kijów". Nie możemy dopuścić do tego, by bali się tu żyć, by byli atakowani. Tym może się zająć każdy z nas, pielęgnując codzienne relacje i walcząc z hejtem w internecie. Wystarczy napisać kilka pozytywnych komentarzy pod adresem Ukrainy.

Stawką przede wszystkim jest sprawiedliwy pokój Ukrainy w wojnie ze zbrodniczą Rosją i jej przetrwanie jako niepodległego państwa. I na tym powinniśmy się skupić, a nie na orderach, czy sporach kto ile komu dał czołgów i kto, ile razy za nie podziękował. Zaś bolesną historię trzeba rozliczyć i zamknąć, by móc pójść do przodu. I paradoksalnie może to być najlepszy moment, by to załatwić.

Na zdjęciu jest dwóch mężczyzn ok. 45 lat, siedzą przy stole
Jeszcze w grudniu 2025 wydawało się, że prezydenci Polski i Ukrainy się dogadują. Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Wyborcza.pl.

Scenariusz 1 – dalsza eskalacja

To najgorszy scenariusz dla Polski i Ukrainy. W ramach narodowego darcia szat i licytowania się na gesty Ukraina i Polska zamrożą kontakty na najwyższym szczeblu, pozostawiając otwarte kanały komunikacji na szczeblu niższym. Strona ukraińska uzna, że Polska nie jest jej do niczego potrzebna i będzie rozwijać bezpośrednie kontakty z Brukselą, Berlinem, Londynem i Paryżem. Ukraińcy czują się teraz silni i mają podstawy. Nie dali się złamać Rosji już piąty rok. Śmiało atakują cele na jej terytorium, w tym w Moskwie. Budzi to podziw świata.

Polska w tej konstelacji traci na znaczeniu, mniej daje Ukrainie broni niż na początku wojny. Po co Zełenski ma spotykać się z Donaldem Tuskiem, jeśli może negocjować z Emmanuelem Macronem, Friedrichem Merzem, czy rozmawiać z Donaldem Trumpem. Za Zełenskim stoi silna armia i bitny naród. Ukrainie nie jest już potrzebny adwokat, jakim Polska była od 1989 roku aż do początków wojny w 2022 roku. Polska wtedy ciągnęła Ukrainę na Zachód, dała jej wsparcie podczas Pomarańczowej Rewolucji w 2004 roku i w 2014 roku, gdy Rosja zajęła Krym i Donbas.

W ramach dalszej eskalacji może dojść do pogorszenia kontaktów gospodarczych. A dziś Polska jest jednym z większych partnerów gospodarczych Ukrainy. Więcej tam eksportujemy, niż importujemy. W czasie wojny ta wymiana wzrosła. Może dojść również do zamrożenia współpracy między instytucjami, w tym do wstrzymania ekshumacji na Wołyniu, których odmrożenie nie było proste.

Ukraina mogłaby też dyplomatycznie grać przeciwko Polsce i – jak obawia się polska prawica – zająć pozycję lidera naszej części Europy, wchodząc w bliski sojusz z Niemcami. Wtedy Berlin zgarnąłby najwięcej kontraktów na odbudowę Ukrainy, po skończeniu wojny.

Polska miałaby zostać wysłana do kąta, jako awanturnik. Już w blogosferze ukraińskiej pojawiają się stwierdzenia, że Polsce zostaną negocjacje o sojuszach z samą sobą lub co najwyżej z Grupą Wyszehradzką.

Tyle że Polska ma już swoją mocną pozycję w UE. Jest rosnącą gospodarką. Polskie PKB jest cztery razy większe niż ukraińskie. Mamy dobre relacje z USA. Mamy dużą armię i dużo wydajemy na zbrojenia.

Bez Polski – podobnie jak bez Ukrainy – nie ma bezpieczeństwa Europy. I Zachód o tym wie.

Jak Polska może eskalować sąsiedzki konflikt? Na wiele sposobów. Może do końca ograniczyć pomoc militarną. Wbrew obiegowym opiniom Polska nadal wspomaga Ukrainę, choć w nie takiej skali jak na początku wojny z Rosją w 2022 roku. Wynika to z faktu, że dużą część sprzętu już przekazaliśmy. Teraz inwestujemy we własną armię i nie jesteśmy tacy bogaci jak Niemcy, czy Norwegia.

Ponadto rząd Tuska przyjął strategię, że nie informuje o kolejnych pakietach pomocy, by nie dawać oręża PiS-owi, czy Konfederacji. Analityk wojskowy Jarosław Wolski napisał na X, że w ostatnim czasie Polska przekazała Ukrainie antyrakiety do baterii Patriot (Ukrainie ich brakuje, bo USA wystrzelały je w Zatoce Perskiej). Polska przekazała zapewne własne zapasy, by można było zestrzeliwać rosyjskie kindżały.

Do tego ważne jest wsparcie finansowe. Polska przekazywała własne pakiety finansowe, ale też jest uczestnikiem dużej pożyczki unijnej dla Ukrainy – 90 miliardów euro -, bez której Kijów by zbankrutował. Jesteśmy jednym z gwarantów jej spłaty – poręczyliśmy za swoją część – będziemy też spłacać część odsetek.

W scenariuszu eskalacyjnym Polska mogłaby wycofać się z dalszej pomocy, a Ukraina uznać, że niczego już od Polski nie chce. Bo ponad połowę potrzebnego uzbrojenia produkuje sama, a resztę dostarczą zachodni partnerzy.

Maleje też znaczenie polskiego hubu logistycznego. Straszenie zamknięciem lotniska w Rzeszowie mija się z celem, bo nie pozwolą na to sojusznicy z NATO. Poza tym w Rumunii w Campia Turzii został otwarty w styczniu 2026 zapasowy NATO-wski hub lotniczy.

Ukraińcy w drodze na Zachód mogą też omijać Polskę – choć przez nasz kraj jest najbliższa i najwygodniejsza droga do Niemiec i dalej do Paryża, czy Brukseli. Tiry z Kijowa mogą jeździć przez Słowację, Węgry i Rumunię. Owszem będą nadkładać drogi i przebijać się krętymi drogami przez Karpaty. Co podroży transport i wydłuży podróż.

Rumunia buduje już drogę ekspresową w kierunku ukraińskiego miasta Czerniowce (m.in. po to by łatwo było dojechać do portu w Konstancy, zamiast do Gdańska). Blisko ukraińskiej granicy są też autostrady węgierskie i duży kolejowy terminal East-West Gate przy granicy węgiersko-ukraińskiej (w kierunku na Czop). Ukraina buduje też infrastrukturę kolejową w kierunku Słowacji.

Ale Polska ma więcej instrumentów eskalacyjnych. Czarnym scenariuszem jest stawianie Ukrainie zaporowych warunków w negocjacjach akcesyjnych do UE. Owszem, negocjacje są prowadzone z Komisją Europejską, ale to państwa członkowskie dają ostateczną zgodę. Już pojawiają się w Ukrainie głosy, że Polska przejmie rolę Viktora Orbána, który blokował rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z UE.

Polska może budować sojusze z krajami unijnymi, które będą uderzały w ukraińskie interesy. Może też cały czas grać kartą Wołynia. To rezonuje w opinii publicznej. Podbijanie tego będzie szkodzić wizerunkowi Ukrainy. Bo do ludzi trafi, że UPA kolaborowała z Hitlerem. To będzie rysa na wizerunku obecnych prawdziwych bohaterów Ukrainy, którzy walczą z wojskami Putina.

Tylko czy naprawdę tego chcemy? Czy mamy być zakładnikami emocji i narodowej dumy, by dla nich poświęcić przyszłość Polski i Ukrainy? Sprawę z orderami zachodnie media komentują z niepokojem o spójność bloku wspierającego Ukrainę. Zwłaszcza że Polska była do tej pory postrzegana jako przyjaciel Kijowa.

18.12.2024 Sochaczew , 3 Warszawska Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej , Sochaczew - Bielice . Zakonczenie procesu osiagania wstepnej gotowosci operacyjnej systemu rakietowego Patriot .
Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl
Polska bateria rakiet Patriot. Analityk wojskowy Jarosław Wolski napisał na portalu X, że Polska w ostatnich miesiącach przekazała ze swoich zasobów kilkanaście rakiet do baterii ukraińskich. Fot. Jacek Marczewski/Agencja Wyborcza.pl

Scenariusz 2 – chłodne sąsiedztwo

Po fali wzmożenia wywołanego orderami, w relacjach polsko-ukraińskich emocje mogą opaść i przyjdzie zniechęcenie oraz rozczarowanie.

Polska uzna, że nie warto dalej inwestować w relacje z Kijowem i vice versa. Granica nadal będzie drożna, towary będą płynąć. Polska nie będzie blokować ukraińskich inicjatyw na forum UE, ale też nie będzie ich orędownikiem i nie będzie się do nich dokładać. Nie będzie blokować rozmów akcesyjnych, ale będzie też stawiać twarde warunki w obronie interesu polskich rolników i firm. Będzie domagać się walki z korupcją.

Polska nie będzie się interesować odbudową Ukrainy oraz zapewnieniem jej gwarancji bezpieczeństwa na przyszłość. Chociaż i tak premier Tusk wiele razy mówił, że Polska nie wyśle swoich wojsk do Ukrainy.

Kijów dalej będzie budował własne sojusze i omijał Warszawę. Polska w tym czasie będzie budować swoje sojusze. Głównie z krajami grupy Wyszehradzkiej, Francją, z krajami skandynawskimi i z Włochami. Kwestia Wołynia nadal będzie nieuregulowana. Od czasu do czasu pomiędzy krajami będzie dochodziło do spięć, ale politycy będą siebie unikać.

Taki wariant też nie ma sensu. Niczego nie załatwia pomiędzy krajami. Jest zły dla losów naszej części Europy. Zakłada dryf we wzajemnych stosunkach.

Scenariusz 3 – sojusz Polski i Ukrainy

Trzeci scenariusz jest najbardziej pożądany. Opiera się nie tyle na romantyzmie, ile na pragmatycznym podejściu. To strategiczny sojusz pomiędzy naszymi krajami. Głosy o narodzeniu się takiego sojuszu pojawiły się na początku wojny Rosji z Ukrainą. Polska wtedy była liderem pomocy – w tym wojskowej – dla Ukrainy.

Przekazaliśmy setki czołgów, wozów bojowych piechoty, systemów antyrakietowych, armatohaubice, amunicję. Jako jedni z pierwszych przekazaliśmy myśliwce, a potem zachęcaliśmy do przekazywania nowoczesnych czołgów. Sami oddaliśmy partię Leopardów. Ta pomoc wówczas była pomocna w uzupełnieniu strat i do wyprowadzenia kontrofensywy dzięki, której Ukraińcy odrzucili rosyjskie wojska od Charkowa i odzyskali Chersoń.

Niemcy na początku wojny przekazywały hełmy, a USA nie były chętne do wsparcia militarnego. Dopiero potem to się zmieniło. Dziś Niemcy są największym donatorem sprzętu wojskowego dla Ukrainy.

Trwająca już piąty rok wojna wiele jednak zmieniła. W międzyczasie doszło do kryzysu zbożowego pomiędzy Polską i Ukrainą i do blokady polskiej granicy. To po raz pierwszy popsuło relacje. W efekcie w 2023 roku Zełenski nie wprost zaatakował Polskę na forum ONZ. Wtedy relacje zaczęły się psuć. Polska miała sprzedać Ukrainie transportery kołowe Rosomak, nie sprzedała. A dziś Ukraińcy nie chcą już polskich MiG-ów 29 (w zamian mieliśmy dostać technologie dronowe).

Dziś Ukraina dostaje samoloty szwedzkie i francuskie (te kraje liczą też na ich sprzedaż) oraz wycofane F-16 z Belgii. Pomaga mocno Holandia, kraje skandynawskie. Zełenski spotyka się z najważniejszymi politykami na świecie. On już przeszedł do historii. Ma taką pozycję jak Winston Churchill broniący Anglii przed Niemcami, jak obalający komunizm Lech Wałęsa, czy walczący z apartheidem Nelson Mandela.

To powoduje, że Ukraińcy poczuli się mocni. Nie muszą nikogo pytać, czy mogą wysłać drony na Moskwę.

I w tym kontekście należy oceniać obecne relacje polsko-ukraińskie. Polscy politycy nadal sądzą, że mogą być adwokatem Ukrainy na Zachodzie i liczą na wdzięczność za pomoc szczególnie w I fazie wojny. A Ukraińcy w międzyczasie urośli i chcą grać w I lidze światowej i rozdawać karty. Wszak walczą jak równy z równym z Rosją.

Polska też w międzyczasie urosła. Jest 20 gospodarką świata i ma jedną z największych armii w ramach NATO.

To dobry punkt wyjścia do pojednania i zawarcia sojuszu opartego na partnerstwie. By było to możliwe Polska, musi porzucić rolę adwokata, starszego brata. Musi uznać mocną pozycję Ukrainy i rozmawiać jak równy z równym.

Polska musi też wyzbyć się z wyższościowego patrzenia na Ukrainę. Widać to choćby na granicy. Polscy celnicy i pogranicznicy, zwracając się do Ukraińców, nie używają słowa Pan/Pani. Tylko mówią: „Gdzie jedziesz. Pokaż paszport”. Nie używają zwrotów grzecznościowych. To nie jest błahostka. Ukraińcy odbierają to jako poniżanie.

My też kiedyś domagaliśmy się od bogatych państw zachodnich partnerskiego traktowania. Obrażaliśmy się za tzw. polish joke; czy za niemieckie żarty typu „jedź do Polski, twój mercedes już tam jest”. Do dziś nie jesteśmy pewni, czy Paryż lub Berlin traktuje nas jak równych, czy nadal pokutuje, że jesteśmy z tej gorszej, wschodniej Europy.

Ukraina też musi uznać naszą mocną pozycję. I wyzbyć się choćby chęci zastąpienia Polski na wschodniej flance.

ciemnowłosy mężczyzna, w czarnej kurtce z ręką na piersi
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski już przeszedł do historii świata. Jest bohaterem na skalę Wałęsy, czy Mandeli. Fot. Genya Savilov/AFP.

Wyzwania dla Polski i Ukrainy – akcesja do UE, zakończenie wojny, prawicowi populiści

Polscy i ukraińscy politycy powinni skupić się na przyszłości. Współczesny świat jest nieprzewidywalny i niepewny. Nic nie jest dane na zawsze, nawet sojusze, czy artykuł 5, na którym opiera się NATO.

Po pierwsze: nie wiadomo jak zakończy się wojna Rosji z Ukrainą. Moskwa nadal ma zasoby, by ją prowadzić i wykrwawiać ukraiński naród. Kijów nadal będzie więc wymagał wsparcia militarnego i finansowego. Polska powinna go udzielać, ale będzie to robić, jeśli obie stolice się dogadają.

Mamy jeszcze w magazynach broń – może nie najnowszą, ale skuteczną -, którą możemy przekazać. To myśliwce MiG-29, bojowe wozy piechoty BWP-1 (ma je zastąpić Borsuk), czołgi T-72 Twardy (po modernizacji), czy amunicję. Choć dziś trwa wojna pozycyjna i ataki są przeprowadzane przy pomocy rakiet i dronów, to armie muszą mieć każdy rodzaj broni.

Polska może też dokładać się do pakietów finansowych na rzecz Ukrainy, czy to w ramach koalicji chętnych, czy w ramach UE. To ważne wsparcie, bo mając gotówkę, Ukraina sama decyduje, co jest najpilniejsze i może kupić nową broń.

Po drugie: Polska powinna wspierać wejście Ukrainy do UE i Kijów tego wsparcia będzie potrzebował. Nie jest tak, że to Warszawa może opóźniać proces akcesyjny. Ukraina jest dużym krajem, dwa razy większym od Polski. Będzie wymagać odbudowy i potężnej modernizacji całej infrastruktury.

By wejść do UE, musi przejść duże reformy i dostosować swoją gospodarkę do wymogów unijnych (w tym do bolesnych dla ciężkiego przemysłu celów klimatycznych). Będą potrzebne na to gigantyczne środki. Są obawy, czy wytrzyma to unijny budżet. Czy Ukraina będzie mogła wejść do UE w sytuacji, gdy nadal będzie miała nieuregulowaną granicę z Rosją, na której będą stały gotowe do strzału wojska.

Dziś nie z Warszawy, ale z Paryża i Berlina wychodzą nieoficjalne głosy, że jest to problem i dlatego kanclerz Merz zaproponował Ukrainie najpierw stowarzyszenie z UE lub wejście do Unii z ograniczonymi prawami (na początek). Zaś premier Węgier Peter Magyar, choć odblokował rozmowy akcesyjne, to zapowiedział, że Węgry o członkostwie Ukrainy w UE będą wypowiadać się w referendum.

Ukraina będzie musiała też przekonać inne kraje Europy Środkowej. Chorwacja mówiła, że Kijów musi spełnić wszystkie warunki. A nowy prezydent Bułgarii zapowiedział, że jego kraj nie będzie już pomagał wojskowo Ukrainie. Mniej przychylne ekipy rządzące są też w Bratysławie i w Pradze.

Tymczasem Polska do tej pory nie stawiała brzegowych warunków, popierając akcesję. Tylko politycy mówili, że Ukraina z Banderą do UE nie wejdzie.

Po trzecie: unijni liderzy się zmieniają. Do tej pory Zełenski rozmawiał z Macronem, Merzem i Keirem Starmerem. Ale ich wszystkich zaraz może nie być. Premier Wielkiej Brytanii właśnie ogłosił swoją dymisję. Miał słabą pozycję w Partii Pracy, a jego rząd zmagał się z wieloma krajowymi problemami. Poza tym Wielka Brytania może oferować pomoc militarną, ale nie może negocjować z Rosją w imieniu UE, bo nie jest jej członkiem.

W Niemczech pojawiają się głosy o zmianie kanclerza. A kadencja Macrona kończy się w 2027 roku. Za rok są też wybory we Włoszech, Hiszpanii, czy w Polsce. Przyjaźni w stosunku do Ukrainy politycy mogą być zastąpieni przez prawicowych jastrzębi, bardziej prorosyjskich. We Francji Macrona może zastąpić wywodzący się ze Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella. W ostatnich dniach robił on objazd po Polsce. Przyjmował go prezydent Nawrocki i politycy Konfederacji, z którymi Zjednoczenie jest w sojuszu.

We Włoszech proukraińskiej Meloni chce zagrozić nowa gwiazda prawicy, generał Roberto Vannacci. W Niemczech w sondażach prowadzi skrajna AfD, którą popiera już 29 procent wyborców (rządząca CDU 22 procent). Ostatnio jej liderka Alice Weidel była w Wiedniu na zlocie prawicowych liderów z grupy politycznej Patrioci za Europą w Parlamencie Europejskim (jest w niej Konfederacja). Na zlocie był m.in. były premier Węgier Wiktor Orbán. Liderzy przemawiali ze sceny ustawionej w samym sercu Wiednia, przy katedrze świętego Szczepana.

W Polsce w 2027 roku do władzy może dojść PiS z Konfederacją. W Rumunii upadł niedawno proeuropejski rząd, a przyczynił się do tego George Simion, przyjaciel Nawrockiego.

Prawicowa fala w unijnych krajach to groźny dla Ukrainy scenariusz. Politycy z Kijowa muszą brać pod uwagę, że Unia ma swoje problemy i się zmienia. Że prawicowi populiści chcą ją osłabić od środka. Chcą osłabienia roli Komisji Europejskiej i zmniejszenia unijnego budżetu. Wielu z nich jest prorosyjskich. W takiej sytuacji lepiej budować sojusze pomiędzy państwami i narodami, a nie oparte tylko na relacjach z liderami.

Prawicowy populizm z pro rosyjskimi elementami to też groźny scenariusz dla Polski. W naszym interesie jest silna Unia, a nie luźna federacja państw narodowych, w której rządzą twarde i egoistyczne interesy. To też groźne dla bezpieczeństwa Polski. W tej sytuacji Polska i Ukraina powinny połączyć siły.

Po czwarte: nie ma jednego centrum w UE. Ukraina i Polska muszą grać na wielu fortepianach, też w UE. Stawianie na jednego sojusznika nie wystarczy. Do tej pory motorem UE były Niemcy i Francja. Ale ten motor się zaciera. Kraje różnią się w poglądach na zbrojenia, budżet UE (Niemcy chcą cięć), czy cele fiskalne.

Na Zachodzie szerokim echem odbiło się ostatnio fiasko planu budowy francusko-niemieckiego myśliwca najnowszej generacji. Po prostu Niemcy uznali, że zbudują go sami. Posypać może się też plan budowy wspólnego czołgu. Niemcy stawiają na rozwoju własnego przemysłu zbrojeniowego, który ma być kołem zamachowym budowy największej armii w Europie. Te plany też zaczęły budzić obawy w Paryżu.

Polska nauczyła się już budować sojusze w UE. Warszawa i Kijów mogłyby mówić zbliżonym głosem, reprezentując całą Europę Środkową. Razem ze Skandynawią i Grupą Wyszehradzką możemy stworzyć silny blok.

Na zdjęciu dwóch mężczyn ok 60 lat, siedzą przy stole, trzymają czerwone teczki
Jeszcze niedawno premier Donald Tusk podpisał nowy traktat obronny z premierem Wielkiej Brytanii Keirem Stramerem. Dziś już Stramer nie jest premierem. Fot. Donald Tusk/X

Gospodarka, Chiny i Azja, co po wojnie

Po piąte: gospodarka i jeszcze raz gospodarka. Najlepszą polityką jest rozwój gospodarczy. Choć Polska ma obecnie z Niemcami tylko poprawne relacje dyplomatyczne, to świetnie rozwija się współpraca gospodarcza. Polska jest już piątym partnerem Niemiec i niebawem może wskoczyć na czwarte miejsce zamiast Francji. Przed nami są tylko USA, Holandia i Chiny.

Z Ukrainą też możemy rozwijać wiele przedsięwzięć. Trzeba poprawić obsługę na granicy, by Ukraińcy nie stali godzinami w kolejkach. To wąskie gardło współpracy.

Ważny jest rozwój infrastruktury transgranicznej. Z Krakowa już prowadzi do granicy autostrada A4. Będzie w pełni wykorzystana, gdy Ukraińcy przedłużą ją po swojej stronie do Lwowa. Polska buduje też dwie drogi ekspresowe z Lublina do granicy. Trasę S12 przez Chełm na Kijów i S17 przez Zamość na Lwów.

Wcześniej rozmawiano już o budowie szybkiej kolei do Lwowa i Kijowa. I to najlepiej w parametrach europejskich, a nie rosyjskich (tzw. szeroki tor).

Dla Ukrainy ważna jest niezależność energetyczna. Przed wojną Rosja szantażowała Kijów odcięciem dostaw gazu i ropy lub dużą podwyżką.

Polska może pomóc Ukrainie w tej niezależności, co już robi. W tym kontekście ważne są połączenia gazociągami, ropociągami i liniami energetycznymi (co jest ważne zimą, gdy Rosja atakowała elektrownie w ukraińskich miastach). Polska buduje swoje huby gazowe w Świnoujściu i w Gdańsku, skąd może popłynąć amerykański gaz do Ukrainy.

Polskie firmy mogą też zaangażować się w odbudowę Ukrainy i wspólne projekty. Możemy rozwijać wspólne projekty wojskowe. Razem możemy stworzyć rakiety, które będą osiągać cele głęboko w Rosji. Możemy też pomyśleć o wspólnej budowie broni atomowej.

Polska i Ukraina razem mają 80 milionów obywateli. Nasz wspólny głos byłby mocny nie tylko w UE.

Po szóste: wejście Ukrainy do UE nie musi być zagrożeniem dla polskiej gospodarki i rolnictwa. Gdy Polska wchodziła do UE, też rodziło to obawy unijnych rolników (zwłaszcza francuskich). Nakręcała się też obawa przed polskim hydraulikiem.

Te sprawy można załatwić przy stole negocjacyjnym. Polska głównie obawia się konkurencji dużych firm rolnych z Ukrainy (z zachodnim kapitałem), firm transportowych, czy w przemyśle ciężkim. Można jednak wprowadzić okresy przejściowe. Sami Ukraińcy będą ich potrzebować na dostosowanie swojej gospodarki do norm unijnych i szczególnie limitów emisji CO2. Będzie to kosztowny proces. Obie strony muszą brać pod uwagę swoje interesy gospodarcze.

Po siódme: Ukraina i Polska nie są w uwadze świata. Centrum świata przesunęło się teraz do Azji. Wyzwaniem dla Zachodu są dziś Chiny, rosnące w potęgę Indie, czy inne kraje azjatyckie jak Wietnam lub Indonezja. Gospodarki tych krajów rosną i zalewają Europę tanimi produktami. EU podobnie jak USA, stoi przed wyzwaniem zachowania własnego przemysłu i poziomu życia.

UE zmaga się też z kryzysem migracyjnym, który wywołuje napięcia społeczne. Jeśli Kijów i Warszawa się nie dogadają, to inni nas do tego zmuszą, albo zostaniemy na uboczu. Bo świat nie będzie na nas czekał.

Po ósme: kiedyś wojna się skończy. Rosja będzie chciała wrócić jako gracz gospodarczy z tanią ropą i gazem. Też będzie potrzebowała funduszy na odbudowę gospodarki. Będzie pokusa, by zacząć z powrotem robić duże interesy z Rosją. Zwłaszcza ze strony niemieckich koncernów, które robiły interesy z Putinem. To zagrożenie dla Ukrainy i Polski.

Dziś Niemcy zapewniają o wsparciu. Nie ma gwarancji, że tak będzie zawsze. Nie tylko Niemcy mogą wrócić do interesów z Rosją. Nie ma również gwarancji, że nie zostanie reaktywowany Nord Stream. Wystarczy tylko go naprawić. A wtedy Ukraina może zejść na drugi plan. W takiej sytuacji lepiej być w sojuszu z Polską i mówić jednym głosem.

pociąg pendolino stoi na peronie
Polski szybki pociąg Pendolino. Były plany, by zbudować szybką kolej z Warszawy do Lwowa i Kijowa. Fot. Cezary Aszkiełowicz/Agencja Wyborcza.pl.

Sprawę Wołynia trzeba rozliczyć, pochować szczątki ofiar i zamknąć bolesną historię pojednaniem

Warunkiem do dalszej dobrej współpracy i ewentualnego sojuszu musi być jednak załatwienie sprawy rzezi wołyńskiej. Można to wbrew pozorom załatwić szybko, muszą tylko tego chcieć politycy w obu stolicach.

Wystarczy powołać specjalny zespół ds. trudnych – z udziałem historyków -, który się tym zajmie. Zespół powinien wypracować wspólne stanowisko i propozycje upamiętnienia wszystkich ofiar, w tym ukraińskich (w ramach akcji odwetowych). Krewni ofiar mają prawo do pochówków bliskich. W tradycji chrześcijańskiej jest głęboko zakorzenione, że zmarli powinni mieć grób.

Taka grupa ds. trudnych; funkcjonowała między Polską i Rosją. Powołano ją w 2002 roku. Zespół tworzyli niezależni eksperci i historycy z obu krajów. Chodziło o dialog oraz rozwiązywanie spornych i bolesnych kwestii, w tym trudnych tematów historycznych, takich jak m.in. zbrodnia katyńska. Grupę rozwiązano w 2019 roku.

Ale nawet w relacjach z Rosją udało się dojść do porozumienia, którego efektem jest polski cmentarz w Katyniu. A z Moskwą mamy wiele trudnych kart historii. Mało kto wie o pomordowanych w latach 1937-1938 roku ponad 100 tysiącach Polaków z terenów przygranicznych ZSRR z II RP. NKWD strzelało do nich w tył głowy, tak samo, jak kilka lat później do polskich oficerów pochowanych w Katyniu.

Nikt się o te ofiary nie upominał przez dekady. W ostatnich dniach przypomniał o nich szef MSZ Radosław Sikorski, proponując Robertowi Bąkiewiczowi, by zamiast robić burdę w Berlinie, pojechał upomnieć się o te ofiary na Placu Czerwonym.

Jeśli udało nam się rozmawiać i wypracowywać stanowisko z Rosjanami, to dlaczego nie możemy porozumieć się ws. bolesnej historii z Ukraińcami?

Ponadto w interesie samej Ukrainy jest rozliczenie się z własną historią. Teraz lub po wojnie z Rosją. Bo we wschodniej Galicji i na Wołyniu w czasie wojny zginęło też ok. 200 tysięcy Żydów. Zabijali ich Niemcy po likwidacji gett, w czym pomagała ukraińska policja pomocnicza. Mniejsza część straciła życie z rąk ukraińskich nacjonalistów. Ofiarami czystki etnicznej byli też Ormianie, Czesi, czy sami Ukraińcy, który pomagali Polakom lub byli w opozycji do UPA.

Tym ofiarom też należy się pamięć i upamiętnienie. W szczególności Żydom, o których w dzisiejszym sporze nikt się nie upomina.

Owszem, nikt Ukrainie nie powinien mówić, kto ma być bohaterem. Ale Ukraińcy wcześniej, czy później powinni sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w ich panteonie narodowym powinni być kolaboranci Hitlera.

W Polsce musieliśmy rozliczyć się z ciemnymi kartami historii i pomocą w pogromach Żydów. Przerobiliśmy udział Żołnierzy Wyklętych w krwawych pacyfikacjach białoruskich wsi.

Musieli to też zrobić Litwini, którzy pomagali Niemcom w likwidacji Żydów. W Ponarach Niemcy i ich litewscy kolaboranci zamordowali 80-100 tysięcy osób. Głównie Żydów, ale też Polaków, czy Romów.

Z Litwinami Polacy też mają trudne karty historii. Zajęliśmy w 1920 roku Wilno. A Litwini po rozpadzie ZSRR utrudniali polską pisownię nazwisk, czy zwrot majątku litewskim Polakom. Ale dziś mamy dobre relacje.

Niemcy też musieli zmierzyć się z własną historią. Ciemne karty historii mają też Rumuni – w czasie wojny zajęli części Ukrainy i wymordowali tysiące Żydów. Czy Chorwaci, którzy w czasie wojny w bestialski sposób w obozie koncentracyjnym w Jasenovacu – nazywany jest bałkańskim Auschwitz – mordowali Serbów, Żydów i Romów. W tym obozie zginęło nawet ponad 100 tysięcy osób. Skala okrucieństwa szokowała nawet wizytujących obóz Niemców.

Dziś Chorwacja, której ustasze w czasie II wojny kolaborowali z Hitlerem, jest już w UE. I jest jednym z wakacyjnych kierunków Europejczyków. A Serbia – która odpowiada za masakry cywilów po rozpadzie Jugosławii i jest postrzegana jako przyjaciel Rosji – jest dziś kandydatem do UE.

Historia nie musi stać na drodze do Unii. Ale narody muszą przerobić swoją historię, by móc pójść dalej. Bo UE to też wartości, które są zapisane w preambule i pierwszych artykułach Traktatu o UE.

W interesie samej Ukrainy jest odrobienie tej lekcji. Tym bardziej, by nie dawać nikomu pretekstu, by grać kartą UPA i Wołynia przeciwko europejskim aspiracjom.

Ale Polska też powinna bić się we własne piersi i przyznać się do win wobec Ukraińców. Nie byliśmy dla nich aniołami. Przed wojną sanacyjny rząd zrobił akcję pacyfikacyjną na Wołyniu. Palono też cerkwie. To był jeden z powodów wzrostu nastrojów antypolskich w zachodniej Ukrainie przed II wojną światową i podczas niej.

Polacy mogliby też przeprosić za złamanie przez Józefa Piłsudskiego umowy z Symonem Petlurą z kwietnia 1920 roku. Przywódcy obu narodów zawarli wtedy sojusz polityczno-wojskowy. W zamian za ustępstwa terytorialne w Galicji Piłsudski poparł aspiracje niepodległościowe Kijowa i obiecał wspólną walkę z bolszewicką Rosją. W 1921 roku Polska dogadała się jednak z Rosją i zawarł pokój w Rydze. Mimo zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej Piłsudski mógł się obawiać, czy Polska wytrzyma pełnoskalową wojnę z Bolszewikami.

Zawierając traktat ryski Warszawa i Moskwa podzieliły się Ukrainą. Polska zdradziła Petlurę i ukraińskie marzenia o własnym kraju. To był nóż w plecy. Piłsudski przepraszał potem ukraińskich żołnierzy w obozie internowania w Kaliszu. Mówił: „Ja was przepraszam, Panowie, ja was bardzo przepraszam, tak nie miało być”.

Dziś nie ma jednak co licytować się na liczbę ofiar, ilość spalonych wiosek, czy złamanych umów. Powinniśmy uczciwie rozliczyć ten okres, zamknąć go i się pojednać. Tak jak Francuzi z Niemcami, tak jak Polacy z Niemcami. Czy dziś wypominamy naszym dobrym sojusznikom Francji i Wielkiej Brytanii, że wbrew traktatom nie pomogli nam w 1939 roku?

Czy dziś Ukraina wypomina USA i Wielkiej Brytanii, że w 1994 roku zagwarantowały z Rosją jej bezpieczeństwo w zamian za oddanie broni atomowej Moskwie, a później nikt słowa nie dotrzymał? Nie. Więc co stoi na przeszkodzie, by zamknąć bolesną historię Wołynia i postawić na przyszłość? By razem zbudować dobre relacje oparte na wzajemnym szacunku i partnerstwie. Jak równy z równym. Dziś Ukraińcy wysyłają swoje drony do Moskwy, ale my też biliśmy Moskala i bolszewika.

Polski hetman Stefan Żółkiewski po rozbiciu carskiej armii pod Kałuszynem jako jedyny podbił Moskwę w 1610 roku (dziś świętem narodowym w Rosji jest wypędzenie Polaków z Moskwy w 1612 roku). A w 1920 roku wygraliśmy z bolszewikami w Bitwie Warszawskiej, którą historycy uważają za jedną z najważniejszych bitew w historii świata.

Bo wtedy Polacy powstrzymali pęd Armii Czerwonej na Zachód, która chciała się połączyć z protestującymi komunistami i robotnikami w Niemczech. Dziś takie karty historii zapisuje Ukraina.

I jeszcze jedno memento. W I Rzeczpospolitej Ukraińcy (Rusini) byli w jednym państwie z Polakami, Białorusinami i Litwinami. Nasi magnaci i szlachta gnębili ukraińskich chłopów i nie szanowali bitnych Kozaków. W efekcie Bohdan Chmielnicki wywołał powstanie i zwrócił się w kierunku Moskwy.

Ten sojusz okazał się zgubny dla Kijowa, bo Ukraina na setki lat wpadła pod moskiewski but, za co zapłaciła milionami ofiar (zwłaszcza podczas Wielkiego Głodu). Drugi raz pod moskiewski but wpadła w 1921, gdy Polska podpisała z Rosją pokój ryski. Dziś Ukraina walczy, by nie wpaść pod but Moskwy trzeci raz.

O tym, jaka jest stawka, pamiętać też powinni szczególnie politycy w Warszawie. Bo my też wpadliśmy pod but Moskwy, trzy razy. Po zaborach, w 1939 roku po pakcie Ribbentrop-Mołotow i w 1945 roku, gdy z okupacji niemieckiej wpadliśmy pod okupację radziecką.

Piłsudski w wojskowym płaszczu i czapce, za nim wojskowiz
Uroczystość wręczenia Piłsudskiemu buławy marszałkowskiej, listopad 1920. Autor nieznany, Domena publiczna., źródło
Na zdjęciu Mariusz Jałoszewski
Mariusz Jałoszewski

Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.

Komentarze