Czy Kreml rozpoczął nowy etap operacji sabotażowej w Europie, aby zakłócić zachodnie wsparcie dla Ukrainy? Podpalenie fabryki dronów Skarżysku-Kamiennej mogło być atakiem terrorystycznym na rzecz obcego wywiadu. A to tylko jeden z licznych ostatnio incydentów.
Pożar w fabryce dronów w Skarżysku-Kamiennej, do którego doszło w nocy z 30 na 31 sierpnia, wpisał się w fatalną serię podobnych zdarzeń w Europie. Zaledwie dzień wcześniej, w niedzielę 30 sierpnia, w Lublinie spłonęła hala magazynowa. Należała do firmy JFG Composites, produkującej między innymi komponenty wykorzystywane w zbrojeniowym przemyśle lotniczym.
Z kolei w ubiegłym tygodniu na Słowacji policja udaremniła podpalenie fabryki dronów, położonej we wschodniej części tego kraju. Zakład, należący do ukraińskiej firmy Skyeton, miał zostać podpalony na zlecenie. Słowackie służby ustalają, kto był zleceniodawcą, ale sama firma zaznacza, że ich zakłady na Ukrainie były wielokrotnie celem rosyjskich ataków.
Do pożarów dodajmy drony z ładunkami wybuchowymi, znalezione na lotnisku w niemieckim Lipsku, oraz groźby Rosji pod adresem Wielkiej Brytanii. Rosjanie grożą zaatakowaniem fabryki zbrojeniowej, należącej do firmy ukraińsko-brytyjskiej.
Wszystko to wydarzyło się w ostatnich tygodniach. I chociaż polskie służby nie poinformowały jeszcze o przyczynach pożarów, zaś Niemcy nie wskazali jednoznacznie, że wybuchowe drony to działania Rosji, przebieg zdarzeń wskazuje właśnie na eskalację dotychczasowych działań Kremla wobec Zachodu.
Wojna hybrydowa, do której już się przyzwyczailiśmy, prawdopodobnie właśnie staje się prawdziwą wojną.
Tyle że wciąż polega nie na zajmowaniu terytoriów innych państw, lecz na punktowych, niejawnych atakach.
W nowym cyklu OKO.press: „Pod progiem wojny” informujemy o działaniach Rosji w ramach prowadzonej przez nią wojny hybrydowej z Zachodem. A także o podejmowanych przez państwa zachodnie krokach, które mają zapobiec kolejnemu konfliktowi.
Pożar w fabryce dronów przy ul. Obuwniczej w Skarżysku-Kamiennej wybuchł koło północy. To zakład należący do Grupy WB, który produkuje komponenty do systemów bezzałogowych. Ogień zauważył pracownik firmy. Natychmiast zaczął go gasić. Kiedy na miejsce przyjechali strażacy, musieli dogasić pożar, odłączyć prąd od budynku i zabezpieczyć teren. W zdarzeniu nikt nie ucierpiał, ponieważ zakład był nieczynny w momencie pojawienia się ognia. Straty oszacowano na 15 milionów złotych.
Jednocześnie policja poinformowała, że dostała zgłoszenie od chroniącej zakład firmy ochroniarskiej. Na miejscu uruchomił się bowiem alarm antywłamaniowy, i to w tym magazynie, w którym następnie wybuchł pożar. Według niektórych mediów
na monitoringu fabryki widać nieznanego mężczyznę z plecakiem, który wybija szybę w jednej z hal i wrzuca do niej plecak.
Mężczyzna miał być zamaskowany, miał też przy sobie kamerę sportową typu GoPro. Służby nie potwierdziły oficjalnie tych doniesień.
Przyczyna zdarzenia na razie jest nieznana.
„Brane pod uwagę są różne wersje, również taka, że doszło do podpalenia” – poinformowała nadkomisarz Anna Sławińska z Komendy Powiatowej Policji w Skarżysku-Kamiennej. Jeśli podpalenie, to być może sabotaż, czyli akcja realizowana na zlecenie np. rosyjskich służb. Właśnie ze względu na tę hipotezę na miejscu zdarzenia w poniedziałek pracowali funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Po południu Prokuratura Krajowa poinformowała, że wszczęła postępowanie. Chodzi o – jak wskazano w komunikacie – „udział w działalności obcego wywiadu przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej i dopuszczenie się przestępstwa o charakterze terrorystycznym, polegającego na celowym wywołaniu w dniu 31 sierpnia 2026 r. pożaru na terenie przedsiębiorstwa WB ELECTRONICS S.A. w Skarżysku-Kamiennej poprzez podłożenie ładunku zawierającego materiały łatwopalne”.
Wszystko wskazuje więc na to, że pożar był kolejnym rosyjskim sabotażem.
Z kolei w niedzielę, 30 sierpnia, około godz. 14 w Lublinie wybuchł pożar hali magazynowej. Jej właścicielem jest firma JFG Composites, specjalizująca się w produkcji komponentów wykorzystywanych przez przemysł lotniczy. Współpracuje m.in. ze spółką, produkującą śmigłowce ratownicze AW-149. Także w tym przypadku nikt nie został ranny. Nie ma obecnie informacji o przyczynach pożaru
Warto przyjrzeć się tym zdarzeniom pod kątem możliwego sabotażu. Po pierwsze:
scenariusze obu incydentów pasują do sposobu działania tzw. jednorazowych agentów, pracujących na rzecz rosyjskich służb.
Ich metody znamy z wcześniejszych akcji tego typu. Nasilenie sabotaży i dywersji w Europie, w tym w Polsce, miało miejsce w 2024 roku. Zatrzymani wówczas sprawcy podczas zeznań dość szczegółowo opowiadali, jak przebiegał werbunek i czego wymagali od nich zleceniodawcy, dzięki temu można było precyzyjnie opisać rosyjskie sposoby działania. W przypadku niedawnych pożarów zwraca uwagę choćby podkładanie ognia w nocy lub w wolny dzień – to minimalizuje liczbę ofiar. Rosyjskim służbom zależy na zniszczeniu obiektu i efekcie emocjonalnym (budzeniu strachu, wywoływaniu niepewności), a nie na śmierci ludzi.
Po drugie: skutki pożarów są zazwyczaj niewielkie, ponieważ podpalenia realizują osoby, które wcześniej nie miały do czynienia z podobnymi akcjami. Nie są to zawodowi funkcjonariusze ani rosyjscy szpiedzy. Najczęściej takich zadań podejmują się obcokrajowcy pilnie potrzebujący pieniędzy lub osoby związane z grupami przestępczymi.
Materiały zapalające też są bardzo proste: koktajle Mołotowa, szmaty nasączone naftą czy benzyną, ewentualnie proste ładunki wybuchowe sterowane za pomocą telefonu komórkowego. Wywoływane przez nie szkody są więc relatywnie niewielkie, poza wyjątkowymi przypadkami, jak choćby wtedy, gdy w Warszawie spłonęła cała hala targowa.
Rosyjskie służby wymagają od podpalaczy dokumentacji fotograficznej i filmowej. Dopiero po jej przesłaniu funkcjonariusze wypłacają sabotażystom ustalone wcześniej wynagrodzenie. Jeśli do zakładu w Skarżysku-Kamiennej rzeczywiście wszedł zamaskowany mężczyzna z plecakiem oraz z kamerą GoPro – to ten opis doskonale pasuje do podpalacza, realizującego zlecenie rosyjskich służb.
To, co odbiega od znanego scenariusza, to sam podpalany obiekt. We wcześniejszych latach kremlowscy funkcjonariusze celowali głównie w infrastrukturę cywilną: sklepy wielkopowierzchniowe (np. sklepy IKEA w Wilnie i Rydze), hale targowe (jak hala przy ulicy Marywilskiej w Warszawie), fabryki (np. wyznaczona jako cel do podpalenia fabryka farb we Wrocławiu). A nawet samoloty transportowe, jak w głośnej sprawie tzw. wybuchowych paczek, które miały być przewożone samolotami. Była także próba wysadzenia torów kolejowych w Polsce.
Jednak już w 2024 roku, gdy OKO.press uczestniczyło w nawiązaniu kontaktu z rosyjskimi werbownikami na platformie Telegram, informowaliśmy, że werbownicy byli zainteresowani obiektami wojskowymi. Wtedy jeszcze nie chodziło o fabryki, raczej o miejsca istotne strategicznie dla transportów uzbrojenia. Wydaje się, że właśnie w tym obszarze sytuacja się zmieniła. Jeśli za opisywanymi incydentami rzeczywiście stoi Rosja, oznacza to, że
Kreml zdecydował o przeniesieniu celów ataków z obiektów cywilnych na producentów broni.
Taki wniosek płynie nie tylko z ostatnich pożarów w Polsce. Rosja eskaluje bowiem sytuację w wielu państwach jednocześnie. Fabryka dronów miała niedawno spłonąć także na Słowacji. Pożarowi zapobiegła policja, która 26 sierpnia zatrzymała trójkę podejrzanych. Chodziło o zakład położony w miejscowości Haniska, koło miasta Preszów, należący do ukraińskiej firmy Skyeton.
Przedstawiciel firmy powiedział mediom, że Rosjanie regularnie usiłują atakować ich zakłady, chociaż Skyeton produkuje dla ukraińskiej armii jedynie drony obserwacyjne, nie bojowe. Zaś słowacka licencja pozwala na eksport bezzałogowców, produkowanych w tym kraju, tylko do Stanów Zjednoczonych i Kanady.
Aresztowane osoby, które przygotowywały się do podpalenia fabryki, to dwaj obywatele Łotwy i jeden obywatel Ukrainy. Podczas przeszukania znaleziono u nich materiały zapalające: benzynę, ale też napalm (prawdopodobnie domowej produkcji), plany fabryki, kamerę sportową i telefony komórkowe.
Zamierzali wywołać pożar w czasie normalnej pracy fabryki. Gdyby im się to udało, mogliby doprowadzić do śmierci pracowników.
Obecnie słowaccy śledczy ustalają, na czyje zlecenie działali podejrzani. Za chwilę sprawa może się więc zrobić niewygodna politycznie. Władze Słowacji, na czele z jej premierem Robertem Ficą, są jednoznacznie prorosyjskie. Po przegranej Victora Orbána na Węgrzech to właśnie Fico uważany jest za największego przyjaciela Władimira Putina wśród rządzących w krajach Unii Europejskiej.
Otwarte przyznanie, że za atakiem na fabrykę stoją rosyjscy zleceniodawcy, wydaje się więc mało prawdopodobne. Jednocześnie sposób działania sprawców, wyznaczony cel i fakt realizacji czyjegoś zlecenia powodują, że powiązania rosyjskie wydają się jedną z najbardziej prawdopodobnych wersji zdarzenia.
Rosyjska operacja, której celem jest zakłócenie zachodniego wsparcia wojskowego dla Ukrainy, to jednak nie tylko incydenty w Polsce i na Słowacji. Wcześniej niepokojące doniesienia dotarły z Niemiec. Jak już informowaliśmy w OKO.press, media ujawniły, że
rosyjskie służby planowały zamach na szefa niemieckiego start-upu militarnego Donaustahl.
To firma produkująca mini-drony bojowe. Rosjanie wzięli na celownik Stefana Thumanna, założyciela firmy. Spisek wykryły jednak niemieckie służby i zapobiegły zamachowi. Była to już druga tego typu operacja w Niemczech – w 2024 r. rosyjskie służby szykowały zamach na prezesa firmy zbrojeniowej Rheinmetall, Armina Pappergera.
W tym samym czasie w niebezpieczeństwie znalazło się lotnisko w Lipsku. W nocy z 4 na 5 sierpnia zauważono tam drona, przenoszącego ładunek wybuchowy (semtex) z zapalnikiem. Pracownik odkrył bezzałogowca tuż obok ukraińskich samolotów transportowych Antonow. Jeden z nich załadowany był amunicją, transportowana z Francji.
Gdyby doszło do wybuchu, na lotnisku miałaby miejsce silna eksplozja, która wyłączyłaby na pewien czas lotnisko z użytkowania. A służy ono jako baza transportowa dla ukraińskich linii Antonov Airlines, które regularnie przewożą wielkogabarytowe ładunki między Ukrainą a państwami zachodnimi. Lipsk to także hub logistyczny dla transportów pomocy humanitarnej oraz wojskowej dla Ukrainy.
Bomba, umieszczona na dronie, nie wybuchła, ponieważ przypadkowo odłamał się zapalnik. To ocaliło lipskie lotnisko. Kilka godzin później okazało się, że był też drugi bezzałogowiec. Zderzył się z nim samolot DHL, lecący z Marsylii, który z powodu czasowego zamknięcia portu lotniczego wykonywał nawrót, by wylądować w Hanowerze. Maszyn została w tym zderzeniu lekko uszkodzona, ale na szczęście wylądowała bezpiecznie.
Dziesięć dni później niemieccy śledczy odkryli trzeciego drona z ładunkiem wybuchowym. Znaleźli go w gminie Kabelsketal, na zachód od lipskiego lotniska.
Ten bezzałgowiec przenosił heksogen – silny materiał wybuchowy, używany przede wszystkim przez wojsko.
Niedaleko rozbitej maszyny śledczy mieli odkryć także ślady po urządzeniu, wykorzystywanym do sterowania dronem. Było przymocowane do pobliskiego drzewa.
Niemcy oficjalnie jeszcze nie oskarżyli Rosji za dronowy atak na lotnisko, ale kilka dni temu media podały, że niemiecki rząd jest „bliski obwinienia Rosji”. Szykuje też odpowiedź: wprowadzenie nowego pakietu sankcji wobec rosyjskich podmiotów.
Kreml oficjalnie odrzucił oskarżenia o zdarzenie w Lipsku. Rozpoczął natomiast kampanię wywierania presji na Wielką Brytanię, grożąc jej akcjami sabotażowymi za wspieranie Ukrainy. Wielka Brytania przekazała bowiem Kijowowi pociski manewrujące Storm Shadow. Są odpalane z samolotów i pozwalają na precyzyjne ataki na cele oddalone o setki kilometrów.
Właśnie na to zareagowało rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa podczas konferencji prasowej w Moskwie oświadczyła, że
„Rosja może przeprowadzić atak na brytyjskie cele wojskowe na terenie Ukrainy i poza nią w odpowiedzi na ukraińskie ataki na Rosję z użyciem brytyjskich pocisków".
Zaś doradca prezydenta Rosji, były wiceminister spraw zagranicznych Andriej Fiedorow doprecyzował groźbę. W rozmowie z dziennikarzem Daily Mail wskazał wprost na producenta dronów Ukrspecsystems. To brytyjsko-ukraińska firma, której fabryka znajduje się w Mildenhall, we wschodniej Anglii, niedaleko bazy RAF (brytyjskich wojsk lotniczych). Według Fiodorowa właśnie ten zakład musi liczyć się z sabotażem lub podpaleniem.
Rosja pokazuje, że ma dobrze zmapowane zakłady zbrojeniowe, produkujące w Europie broń na potrzeby Ukrainy. Przeprowadziła też rozpoznanie wśród właścicieli firm, do których te zakłady należą.
Należy się spodziewać, że będzie próbowała zniszczyć militarne łańcuchy logistyczne w Europie.
A także zastraszyć przedsiębiorców z branży zbrojeniowej, realizując pokazowe zamachy na prezesów czy właścicieli.
Co ważne, w pierwszej dekadzie sierpnia w rosyjskich mediach pojawiały się także groźby adresowane do Polski. Były bardziej zawoalowane niż wobec Wielkiej Brytanii, ale i tak warto je odnotować. Otóż w niektórych rosyjskich programach w negatywnych kontekście przedstawiano Bydgoszcz – jako strategiczne centrum ukraińskich operacji na Rosję oraz miejsce, gdzie zlokalizowane są zakłady zbrojeniowe.
Wydaje się jednak, że wskazania na konkretne firmy czy zakłady mogą być przykrywką dla prawdziwych planów rosyjskich służb. Oczywiste jest, że po wygłoszeniu takiej groźby dany zakład będzie chroniony znacznie lepiej niż wcześniej. Łatwiejsze może być natomiast zaatakowanie innego – takiego, o którym nikt publicznie nie mówił.
Bezpieczeństwo
Rosja
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Prokuratura Krajowa
ataki Rosji
drony w Lipsku
fabryka dronów
pod progiem wojny
pożar fabryki dronów
pożar skarżysko-kamienna
sabotaże
sabotaże rosyjskie
wojna hybrydowa
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Komentarze