Jedna wypowiedź w Kongresie wystarczyła, żeby zakończyć karierę jednej z najpotężniejszych kobiet w rządzie Donalda Trumpa. Kristi Noem została odwołana ze stanowiska ministry bezpieczeństwa wewnętrznego. Bowiem w świecie trumpizmu można popełniać wiele błędów – pod warunkiem, że nie wciąga się w nie samego Trumpa.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyPrezydent zdymisjonował Noem w piątek 6 marca. Decyzja została ogłoszona nagle, ale dojrzewała od dawna.
W Białym Domu od miesięcy narastało zniecierpliwienie stylem rządzenia Noem, serią skandali i chaosem w resorcie. W ostatnich dniach wszystko przyspieszyło po jej wystąpieniach przed Kongresem. To właśnie tam Noem, przyparta do muru przez republikanów i demokratów, zaczęła na ich pytania udzielać odpowiedzi, które tym razem i dla Trumpa okazały się politycznie nie do zaakceptowania (na zdjęciu u góry – Noem składa przysięgę przed zeznaniami).
Bezpośrednim zapalnikiem były jej zeznania dotyczące wartej ponad 200 milionów dolarów kampanii reklamowej finansowanej z publicznych pieniędzy, w której sama odgrywała pierwszoplanową rolę. Noem oświadczyła pod przysięgą, że prezydent wiedział o tych spotach i je aprobował. Trump publicznie temu zaprzeczył. Kiedy pokazano mu nagrania z przesłuchania, wpadł w furię. W jego oczach Noem zrobiła rzecz niewybaczalną: próbując ratować siebie, wciągnęła w sprawę jego samego.
Był to jednak tylko finał dłuższego procesu.
Na jej polityczny upadek pracowały także wcześniejsze doniesienia
Do tego doszedł kryzys po zabójstwie Alexa Prettiego w Minneapolis przez agentów ICE. Sprawa wystawiła na widok publiczny najbardziej brutalny wymiar polityki migracyjnej administracji Trumpa — i uczynił z Noem jej najbardziej rozpoznawalną twarz. Już po tym tragicznym wydarzeniu pojawiły się głosy o jej rychłej dymisji. Sprawa z pirvate jetem z salonką z dwuosobowym łóżkiem i wciągnięcie prezydenta we własną aferę przypieczętowały sprawę.
Trump, zgodnie ze swoim obyczajem, próbował tę dymisję zarazem wręczyć, ale i jakoś jednocześnie przypudrować. Ogłosił ją w mediach społecznościowych i równocześnie powierzył Noem nową, wcześniej nieistniejącą funkcję specjalnej wysłanniczki do spraw „Tarczy Ameryk”.
Co dokładnie w nowej roli będzie robić była już ministra, jeszcze nie wiemy.
Natomiast dla Trumpa to stary i zgrany odruch: usuwać ludzi z pierwszej linii tak, by nie zamienili się natychmiast w rozgoryczonych świadków własnego upadku.
W przypadku Noem chodzi jednak o coś więcej. Jej dymisja pokazuje mechanikę trumpizmu w najczystszej postaci: można w nim awansować błyskawicznie, ale równie szybko można zostać strąconym, jeśli lojalność wobec przywódcy choć przez chwilę zacznie wyglądać na chybotliwą.
Ponad rok urzędowania Kristi Noem w ministerstwie bezpieczeństwa wewnętrznego miał być dla administracji Trumpa demonstracją siły. W praktyce szybko stał się pasmem sporów, chaosu organizacyjnego i politycznych kryzysów. Resort, który w amerykańskim państwie ma znaczenie szczególne — odpowiada jednocześnie za ochronę granic, walkę z terroryzmem, bezpieczeństwo cybernetyczne, reagowanie na klęski żywiołowe i funkcjonowanie Secret Service — znalazł się w stanie permanentnego napięcia.
Jednym z najbardziej widocznych problemów była sytuacja w Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego (FEMA).
Wprowadzona przez Noem zasada, że jej biuro musi zatwierdzać wszystkie kontrakty i granty powyżej 100 tys. dolarów, doprowadziła do blokady wypłaty środków dla stanów dotkniętych katastrofami naturalnymi.
W praktyce oznaczało to tygodnie, a czasem miesiące opóźnień w finansowaniu odbudowy po huraganach i pożarach.
Republikańscy kongresmeni z Karoliny Północnej — regionu wciąż podnoszącego się po zniszczeniach huraganu Helene — publicznie oskarżali ją o paraliżowanie pomocy dla własnych wyborców.
Równolegle narastały napięcia w samym resorcie. Urzędnicy skarżyli się na atmosferę strachu i na to, że realne decyzje podejmowane są poza formalną strukturą resortu. Szczególne kontrowersje budziła rola wspomnianego Corey’a Lewandowskiego. Ten wieloletni współpracownik Donalda Trumpa jako „specjalny pracownik rządu” (jednak nieumocowany konstytucyjnie) miał nieformalnie wpływać na zatwierdzanie kontraktów i kierunek działań FEMA. W oczach wielu urzędników prowadziło to do pełzającego zamachu stanu w ministerstwie i pogłębiało chaos administracyjny.
Do tego dochodziła polityka migracyjna, którą Noem prowadziła w najbardziej konfrontacyjnym tonie w całym rządzie. Pod jej nadzorem operacje federalnych służb imigracyjnych stały się bardziej agresywne, a liczba zgonów w ośrodkach detencyjnych wzrosła wyraźnie w porównaniu z poprzednią administracją. Przypomnijmy: nagrania z Minneapolis, gdzie działania agentów imigracyjnych zakończyły się śmiercią protestującego pielęgniarza Alexa Prettiego, szybko obiegły kraj i wywołały ogólnonarodową debatę o granicach użycia siły przez państwo.
W rezultacie ministerstwo, które miało być filarem polityki bezpieczeństwa Trumpa, coraz częściej stawało się źródłem kryzysów politycznych. Dymisja Noem była więc koniec końców nie tylko reakcją na jeden błąd czy jedno przesłuchanie w Kongresie, a zamknięciem okresu, w którym strukturalne problemy resortu — od zarządzania katastrofami po politykę migracyjną — zaczęły przerastać polityczną użyteczność jego szefowej.
Tak kończy się kariera kobiety, która jeszcze dwa lata temu była pewna, że zostanie wiceprezydentką.
Urodzona w 1971 r. Noem weszła do Waszyngtonu nie przez think tanki i prawnicze gabinety, tylko przez kurz prerii, kredyt na maszyny i rodzinny rachunek krzywd. Urodziła się w Watertown w Dakocie Południowej, wychowała na farmie i ranczu w okolicach Hazel, czyli w świecie, w którym państwo jest raczej daleko. Gdy w 1994 r. jej ojciec zginął w wypadku w silosie zbożowym, przerwała studia i wróciła prowadzić gospodarstwo; równolegle budowała rodzinny interes, rozbudowując go m.in. infrastrukturę hotelarską dla myśliwych i restaurację.
Ta historia, czyli młoda kobieta, która nagle przejmuje ster, bo nie ma innego wyjścia, stała się fundamentem jej politycznego mitu:
„ja nie opowiadam i nie filozofuję, ja robię”.
Do polityki weszła klasycznie, od poziomu stanowego: w 2006 r. została wybrana do Izby Reprezentantów Dakoty Południowej, a cztery lata później – już jako reprezentantka „zwykłej Ameryki” z rolniczego stanu – pokonała demokratyczną kongresmenkę w wyborach do Izby Reprezentantów USA.
W Kongresie szybko ustawiała się po radykalniejszej stronie Partii Republikańskiej: cięcia wydatków, deregulacje, retoryka „Waszyngton marnuje, prowincja pracuje”. Potem przyszło zwieńczenie lokalnej kariery: w 2018 roku wygrała wybory na gubernatorkę, jako pierwsza kobieta na tym stanowisku w Dakocie Południowej, z poparciem Trumpa – i odtąd jej polityczna marka była coraz ściślej wpięta w jego orbitę.
Jej poglądy są podręcznikowo konserwatywne, ale w wersji nie salonowej, tylko „frontowej”. Aborcję traktuje jak centralny punkt wojny kulturowej i konsekwentnie wspierała jedne z najbardziej restrykcyjnych rozwiązań w kraju. Prawa do posiadania broni – nie jako hobby, tylko jako element tożsamości i wolności – są u niej równie nienegocjowalne. W sprawach migracji mówi językiem zagrożenia i twardej granicy, co zresztą naturalnie prowadziło do jej obecnej roli: od stycznia 2025 roku stoi na czele resortu, który nadzoruje aparat egzekwowania polityki imigracyjnej, a jej styl rządzenia to połączenie dyscypliny, demonstracji siły i polityki prowadzonej na oczach kamer.
Wreszcie: Noem jest polityczką, która zyskała ogólnokrajową rozpoznawalność w pandemii, gdy odrzucała nakazy i ograniczenia, stawiając na dobrowolność i retorykę „osobistej odpowiedzialności” – i dokładnie wtedy stała się dla trumpizmu użytecznym symbolem: kobieta z prowincji, twarda, fotogeniczna, mówiąca o wolności jak o prawie natury, a nie o umowie społecznej.
W połowie jej gubernatorskiej kadencji wizerunek „twardej, uczciwej dziewczyny z prerii” zaczął pękać w dwóch miejscach, które szczególnie drażnią amerykańską opinię publiczną: przy nepotyzmie i przy stosunku do rdzennych społeczności.
W 2020 roku administracja Dakoty Południowej odmówiła córce Noem licencji rzeczoznawcy majątkowego; wkrótce potem gubernatorka zwołała w swojej rezydencji naradę z udziałem najwyższych urzędników i samej córki, a szefowa stanowego programu certyfikacji – po latach pracy – została zwolniona z urzędu i odeszła z odszkodowaniem.
Śledztwa, urzędowe i te prowadzone przez dziennikarzy dowiodły, że Noem wywierała nacisk na aparat państwa, by „przeciąć biurokrację” w sprawie własnej rodziny,
a sprawa stała się symbolem rozdźwięku między jej retoryką o uczciwości a praktyką władzy.
Równolegle narastał konflikt gubernatorki z plemionami rdzennych Amerykanów: Noem publicznie sugerowała, że rezerwaty są wykorzystywane przez meksykańskie kartele narkotykowe i że część przywódców plemiennych „korzysta” z tej sytuacji.
Bez dowodów, za to z ogromnym ciężarem symbolicznym. W odpowiedzi kolejne plemiona – Oglala Sioux, Cheyenne River, Rosebud, Standing Rock i inne – formalnie zakazały jej wjazdu na swoje ziemie. Gubernatorka jednego z najbardziej wiejskich stanów w kraju została politycznie wygnana z niemal jednej piątej jego terytorium. Obie historie mówią o tym samym: o władzy, która nie znosi granic – ani instytucjonalnych, ani kulturowych – i która traktuje opór jako osobistą obrazę.
Jednak najbardziej pamięta się jej dziś inny występek. Kiedy w 2024 r. zaczęły wypływać fragmenty jej autobiografii No Going Back, które opisywały, jak Kristi Noem zastrzeliła swoją młodą suczkę Cricket, reakcje szybko przeniosły się poza media społecznościowe i obieg blogowy do najgłośniejszych amerykańskich redakcji.
Noem opisała w książce, że Cricket była „nie do wyszkolenia”, „niebezpieczna dla otoczenia” i „ mniej niż bezwartościowa jako pies myśliwski”. Postanowiła ją uśmiercić, ponieważ miała – w jej ocenie – „zrujnować polowanie” i wykazywała agresję wobec innych zwierząt. To relacjonowały media komentujące fragmenty, które ujawniono przed premierą publikacji.
To właśnie ten fragment był jednym z powodów, dla których Noem – która wtedy była już poważnie rozważana jako kandydatka Trumpa na wiceprezydentkę – zaczęła tracić na poparciu wśród niektórych środowisk politycznych i opinii publicznej. Opis zastrzelenia Cricketa był szeroko krytykowany także w mediach centrowych i liberalnych, a skecz na ten temat pojawił się w satyrycznym programie Saturday Night Live.
Donald Trump, który jednak później nominował ją na stanowisko w swoim drugim rządzie, odnosił się do tej kontrowersji w sposób mieszany: choć miał początkowo rozważać Noem jako potencjalną kandydatkę na swoją zastępczynię, to ujawnienie tej historii o Cricket zostało uznane przez komentatorów za czynnik, który osłabił jej szanse na wiceprezydenturę.
Media przypominały, że Trump sam nie ma zwierzęcia w Białym Domu i że Amerykanie traktują psy jak członków rodziny, co kontrastowało z narracją Noem.
Ameryka ministrze tej historii nie zapomniała. Sprawa suczki Cricket wraca jak refren – nie w artykułach politycznych, lecz w popkulturze, która bywa bardziej pamiętliwa niż wyborcy. W najnowszym sezonie South Park Noem zostaje sportretowana jako postać o topniejącej od botoksu twarzy i strzelająca do psów w materiałach szkoleniowych dla ICE oraz podczas nalotów służb na imigrantów.
To już nie jest jednorazowy żart, lecz wpisanie jej w mitologię epoki:
ministra bezpieczeństwa wewnętrznego jako kobieta, która zabija psy i ludzi deportuje z tą samą mechaniczną pewnością.
Serial łączy jej medialne inscenizacje – zdjęcia z rajdów ICE, pozowanie na tle przepełnionych cel w salwadorskim więzieniu – z wyznaniem o Cricket sprzed dwóch lat, czyniąc z niego alegorię władzy pozbawionej wahania.
Noem reagowałae na to z wyraźną irytacją. W rozmowie z Glennem Beckiem mówiła, że to „leniwe”, ciągle wyśmiewać kobiety za wygląd i prywatną sprawę z przeszłości, że jeśli twórcy chcą ją krytykować, powinni brać się za jej pracę. „Ale najwyraźniej nie potrafią, więc wybierają coś drobnego” – dodałą. Twierdziłą, że odcinków ze sobą nie widziała, bo była zajęta „analizowaniem budżetu”. W jej wersji świata problemem nie jest to, że Ameryka zapamiętała zabitego psa, lecz to, że satyra nie chce dać jej spokoju.
A przecież właśnie o to w tej historii chodzi:
że raz opowiedziana scena – kobieta z karabinem nad młodym psem – okazała się silniejsza niż jakikolwiek komunikat prasowy.
Tymczasem Noem przez ponad rok jako szefowa resortu bezpieczeństwa wewnętrznego była jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy strategii Donalda Trumpa wobec migracji:
twardej, konfrontacyjnej, opartej na demonstracji siły i hierarchii federalnej.
W jej narracji Minneapolis nie było już realnym miastem zamieszkanym przez ludzi, lecz jakimś mitycznym końcem świata – miejscem, które należało ujarzmić, przykładem dla innych, ostrzeżeniem wysłanym w głąb kraju.
Była ministra należy do politycznego ekosystemu, w którym Trump nie jest jedynie liderem, lecz zasadą organizującą rzeczywistość.
Jej kariera opierała się na bezwarunkowej lojalności – takiej, która skłania do stawiania osoby ponad instytucją, gestu ponad procedurą, wierności ponad prawem. Tak rozumiała także samą władzę: nie jako przestrzeń dialogu czy empatii, lecz jako scenę, na której trzeba demonstrować determinację i gotowość do działania.
W tej roli ucieleśniała konserwatywną fantazję o „twardej kobiecie w męskim świecie”. Kobiecie, która nie podważa reguł gry, lecz potrafi się w nie wpisać z większą jeszcze determinacją niż wielu jej politycznych kolegów – mówiąc językiem karabinu, policyjnego megafonu i urzędowego pisma. Nie była ozdobą dworu w Mar-a-Lago. Była jego funkcjonariuszką.
I właśnie dlatego jej kariera była dla trumpizmu tak użyteczna.
Noem miała dowodzić, że ten ruch potrafi przybierać twarz profesjonalizmu i „normalności”, że nie jest jedynie gniewem białych mężczyzn w czerwonych czapkach,
lecz systemem władzy zdolnym produkować własne elity. Jej upadek nie zmienia tej logiki. Pokazuje jedynie, jak krucha bywa pozycja nawet najbardziej lojalnych wykonawców w świecie, w którym cała polityczna grawitacja skupia się wokół jednej osoby.
Następcą Kristi Noem ma zostać republikański senator z Oklahomy, Markwayne Mullin – jeden z najwierniejszych sojuszników Donalda Trumpa w Kongresie.
48-letni polityk nie ma doświadczenia ani w organach ścigania, ani w administracji bezpieczeństwa państwa. Przez ostatnie lata należał jednak do najgłośniejszych rzeczników twardej polityki migracyjnej i retoryki „prawa i porządku”, która stała się znakiem firmowym drugiej administracji Trumpa.
Sam Mullin przyznał dziennikarzom, że nominacja była dla niego zaskoczeniem.
Jak mówił, prezydent zadzwonił do niego niespodziewanie, informując o swojej decyzji, zanim senator zdążył nawet porozmawiać o niej z rodziną.
„Jestem bardzo podekscytowany tą możliwością” – powiedział, dodając, że jego głównym celem będzie „utrzymanie bezpieczeństwa kraju”. Zapowiedział przy tym, że spróbuje zdobyć poparcie całego Senatu i przekonywał, że w nowej roli chce być „praktyczny” i gotowy wysłuchać także krytyków.
Kariera Mullina jest klasyczną amerykańską historią awansu z prowincji. Pochodzi z Oklahomy i należy do Narodu Czirokezów.
W wieku dwudziestu lat przerwał studia, by przejąć rodzinny biznes hydrauliczny, który później rozbudował o kolejne przedsięwzięcia – od nieruchomości po rolnictwo. Do polityki wszedł w 2012 r., zdobywając mandat do Izby Reprezentantów pod hasłem: „ranczer, przedsiębiorca, nie polityk”. W Kongresie szybko stał się jednym z najbardziej lojalnych sprzymierzeńców Trumpa. Powtarzał jego tezy o sfałszowanych wyborach w 2020 r. i należał do najgłośniejszych krytyków administracji Joe Bidena.
Jego biografia zawiera jednak także elementy bardziej osobliwe.
Mullin przez krótki czas próbował sił jako zawodnik mieszanych sztuk walki i w latach 2006–2007 stoczył kilka walk w tej dyscyplinie.
W Senacie zasłynął nawet z momentu, gdy podczas posiedzenia komisji niemal wyzwał na bójkę lidera związku zawodowego Teamsters. Ten epizod szybko stał się symbolem jego politycznego temperamentu.
Nie jest to zresztą jedyna osobliwość jego kariery.
Mullin jest dziś jedynym czynnym senatorem Stanów Zjednoczonych bez dyplomu studiów licencjackich
– posiada jedynie stopień associate degree zdobyty w instytucie technologicznym Oklahoma State University. W kraju, w którym Senat zdominowany jest przez prawników z Ivy League, jest to osiągnięcie równie rzadkie jak jego krótka kariera w klatce MMA. Jak się sprawi jako minister od walki z imigracją? Na pewno musi uspokoić Amerykanów przed listopadowymi wyborami do Kongresu. Dziś rośnie złość na prezydenta i rząd, w tym za tragedię z Minneapolis, a sondaże poparcia Donalda Trumpa pokazują, że jest sporo do zrobienia, żeby odrobić straty.
Komentarze