0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.plFot. Robert Robaszew...

„W redakcji jestem już sam, gdy wieczorem odzywa się telefon. Słyszę głos chłopca. Roztrzęsiony, mówi szybko, aż trudno zrozumieć. Że przyjechał do Zakopanego z księdzem. Jest sam. Uciekł mu. Potrzebuje pomocy” – Jerzy Jurecki, założyciel (w 1990), naczelny i wydawca 'Tygodnika Podhalańskiego”, opowiada w OKO.press historię molestowania seksualnego, którą opisał przed kilku laty. Wraca do niej po tym, jak zobaczył księdza S. na ilustracji zasłużonych kapłanów.

Grudzień 2023 roku. Widzę go na zdjęciu. Tak, to on

Na stronie internetowej katolickiego radia oglądam relację z majowych uroczystości 25-lecia kapłaństwa w katedrze legnickiej. Tekst ilustruje zdjęcie ośmiu księży – „srebrnych jubilatów” w bogato zdobionych, czerwonych ornatach. Obok kilka zdań biskupa Andrzeja Siemieniewskiego: „Srebrny jubileusz to okazja do spojrzenia wstecz, ale i zastanowienia się nad tym, co przed nami...”.

Wśród jubilatów wsłuchanych w słowa biskupa dostrzegam mojego bohatera, księdza – jak go nazwałem – Stanisława, „rezydenta”.

Diecezja Legnicka, uroczystość jubileuszu 25-lecia kapłaństwa. Ze strony legnica.fm

Od redakcji OKO.press: Jerzy Jurecki nie ujawnia personaliów bohatera tekstu. Wybraliśmy zdjęcie z uroczystości w maju 2023 roku, na którym ledwie widać twarze księży jubilatów i nie wskazujemy, który z nich to „rezydent”

Sięgam po książkę o ostrej, czerwonej okładce. To zbiór reportaży pod tytułem „Wstając z kolan” (2019). Parę lat temu zebrał je Cezary Łazarewicz. Jest też mój tekst zatytułowany „Rezydent”. O nim.

Od tamtego sierpnia minęło 12 lat, ale trudno o tej historii zapomnieć. Jakim cudem jest teraz tak fetowany? Czy nadal pracuje w tej samej parafii ? Czy numer, który mam do jednej z parafianek jest aktualny?

W słuchawce odzywa się głos. Kobieta mnie poznaje. Dopytuję o ks. Stanisława.

„Tak ciągle jest tu we wsi R. proboszczem. Dostał też pod kuratelę drugą parafię w C., kilkanaście kilometrów od nas”.

Przeczytaj także:

Czerwiec 2018 roku (1) Ksiądz mnie nie poznaje

Wieś R. nie jest duża, ale ciągnie się wzdłuż drogi kilka kilometrów. To typowe w przygranicznych miejscowościach Dolnego Śląska. Domy z czerwonej cegły, część odrestaurowana, tonie w kwiatach, inne poniemieckie, leżą w ruinie. Jeden mały sklep spożywczy, pusty w sobotnie popołudnie.

Sklepowa, pani Czesława, drobna blondynka, denerwuje się, bo znowu ktoś jej podrzucił śmieci do pojemników. Chętnie wskazuje mi drogę do kościoła. Też tam idzie, ale wieczorem, bo dziś bierzmowanie. „I nawet biskup będzie” – mówi z dumą. Chwali proboszcza, bo za kilka dni zabiera ich do Medjugorie.

Już czwarty raz tam jadą, ale z tym proboszczem pierwszy raz.

Widać wieżę kościelną. Wspinam się na wzgórze. Główna furta zamknięta. Obchodzę kościół dookoła. Trafiam na cmentarz, stamtąd na kościelny dziedziniec.

Z tyłu kościoła drzwi są otwarte, z daleka widzę dwie krzątające się osoby. Poznaję jedną z nich.

To on. Po czterdziestce, zadbany, starannie ubrany, niebieska koszula, granatowe spodnie. Włosy nienagannie przycięte i zaczesane.

Ksiądz Stanisław D., od roku proboszcz w R., przygląda mi się uważnie. Proszę o kilka minut rozmowy. Wychodzi, ale na ławeczce nie chce ze mną usiąść. Nie ma czasu.

Widzę, że mnie nie poznaje. A przecież powinien, bo nie było to tak dawno. Zaledwie siedem lat wcześniej spotkaliśmy się i było to dla niego z pewnością trudne doświadczenie.

Sierpień 2011 roku (1) Telefon:„Uciekłem mu, potrzebuję pomocy”

Podhale pełne turystów. W Zakopanem tłumy, ale na szczęście bez wypadków, jakieś jedno drobne złamanie w górach. Nawet śmigłowiec TOPR coś ostatnio jakby mniej latał nad Tatrami. Dobrze, bo wszyscy tu mamy w pamięci, jak 11 sierpnia 1994 roku runął do Doliny Olczyskiej toprowski Sokół, zginęło dwóch pilotów i dwóch ratowników.

Wracali z Hali Gąsienicowej po tym, jak podczas przyziemiania płat śmigłowca uderzył w głowę jednego z nich. Chcieli jak najprędzej odtransportować rannego do szpitala. Nie wiedzieli, że płat śmigłowca, uderzając w kask ratownika, został uszkodzony. Siła pędu śmigieł w locie dokończyła dzieła. Płat rozkleił się tak nieszczęśliwie, że jak żyletką odciął cały tył śmigłowca. Przez wiele tygodni prowadziliśmy w „Tygodniku Podhalańskim” dziennikarskie śledztwo, chcąc wyjaśnić, kto zawinił. Tropy prowadziły do zakładów lotniczych w Świdniku, wytwórcy śmigłowców Sokół. Nigdy się nie przyznali, ale od tamtego czasu zmieniono w Sokołach technologię klejenia płatów śmigieł.

W redakcji jestem już sam, gdy wieczorem odzywa się telefon.

Słyszę głos chłopca. Roztrzęsiony, mówi szybko, aż trudno zrozumieć.

Że przyjechał do Zakopanego z księdzem. Jest sam. Uciekł mu. Potrzebuje pomocy.

Numer do nas dała mu siostra zakonna.

Udaje mi się ustalić, że stoi na Krupówkach, pod pocztą. Jadę. Robi się już szaro. Zatrzymuję samochód na skrzyżowaniu Kościuszki i Krupówek, w samym centrum miasta.

Tłum turystów. Szpilki nie wciśniesz. Przeciskam się przez spacerowiczów. Nie sposób tu kogokolwiek znaleźć. Zatrzymuję się obok małego fasiągu z oscypkami (fasiąg to czterokołowy pojazd konny przystosowany do przewozu turystów. Na Krupówki trafiły ich miniatury, bo nasi radni doszli do wniosku, że będzie to najlepsza promocja miasta, gdy oscypki sprzedawane będą właśnie z takiego niezwykłego pojazdu).

Góralka przekonuje mnie, że warto spróbować. Szybko odstępuje, gdy poznaje, że to swój, miejscowy dziennikarz. Zamieniamy kilka zdań. Narzeka, że turyści tylko tak łażą po deptaku, ale nic nie kupują, bo kanapki i termos mają w plecaku. Jednym słowem bryndza.

Rozglądam się, ale wracam do auta i powoli wycofuję samochód. Telefon to był pewnie głupi żart.

Nagle ktoś szarpie za drzwi pasażera.

„Nazywam się Paweł, to ja dzwoniłem” – chłopak wygląda na 16, może 18 lat. Potem dowiem się, że ma 16. Zadbany, czysta żółta koszulka i dżinsy. Krótko ścięte włosy, opalony, dobrze zbudowany.

Parkuję i wyłączam silnik.

Sierpień 2011 roku (2). „Za którym razem było ci najlepiej?”

Paweł wyciąga z kieszeni telefon. Chwilę przy nim majstruje. Odpala film, pochylam się nad ekranikiem.

Widać leżące na materacu dwie postacie. Telefon z kamerką oparty jest prawdopodobnie o ścianę za ich głowami. Na brzuchu leży Paweł, obok mężczyzna wpycha mu rękę pod koszulkę. Żółtą, wygląda, że tę samą, w której jest teraz. Mężczyzna głaszcze go po włosach, potem po plecach. Chłopak się nie broni (zależy mu na nagraniu tej sytuacji telefonem).

Podobną scenę pieszczot widać na drugim filmie. Męski głos dopytuje Pawła, czy jest mu dobrze.

„Zaufaj mi, będę cię wspierał. Oddałem ci moje serce. Zależy mi na tobie, bo jesteś celem mojego życia. Powiedz, kiedy było ci najlepiej. Za pierwszym, drugim czy trzecim razem?

Pytam, bo chcę wiedzieć, w którym kierunku iść”.

Mężczyzna denerwuje się, że Paweł milczy. Przekonuje chłopaka, że to opieka nad nim. Mówi, że będzie go utrzymywał, deklaruje nawet pomoc finansową dla jego rodziców.

„Nie martw się o rodzinę. Już myślę, jak załatwić leczenie twojej mamie. Bez mojej pomocy mógłbyś spaść na samo dno”.

Część rozmowy jest zbyt dosłowna, trudna do cytowania.

„Czemu jesteś taki mało czuły? Przecież możemy się do siebie przytulić. Czy ty tego nie czujesz? Jestem tylko po to, żeby dać ci przyjemność. Czy to tak ma być? Czemu boisz się powiedzieć o swoich emocjach?”

Mówi też o Medjugorie. „Tam od 30 lat są objawienia. Tylko tam się cuda zdarzają”.

Mężczyzna przekonuje chłopaka, że tam może znaleźć dobrą opieką.

Paweł pokazuje mi też SMS-y. „Nigdy nie będziesz tak kochał, jak ja ciebie, bo ja bym życie za ciebie oddał. Jesteś dla mnie wszystkim”.

Jest ich sporo, wszystkie w podobnym tonie.

Wiosna 2011 roku, pielgrzymka do Medjugorie

Gdy słuchamy nagrań, Paweł bacznie mi się przygląda, jakby czekał, czy mu uwierzę w to wszystko, co go spotkało. Zgadza się na przegranie plików ze swego telefonu. Do laptopa zrzucam całą zawartość jego aparatu. Trwa to dobre kilka minut.

Pytam, kim jest.

Pochodzi z Dolnego Śląska. Był w domu opieki, potem w domu dziecka, a potem wrócił do rodzinnego domu, ale rzadko tam bywa, bo jak twierdzi, bieda i choroby.

Księdza Stanisława poznał, gdy rodzice wysłali go do niego po pieniądze.

Do Zakopanego przyjechał razem z księdzem w drodze powrotnej z Medjugorie. Spędzili tam kilka dni. Opowieść tę potwierdza zawartość telefonu. Znajduję w nim sporo zdjęć z Medjugorie. Kilkuminutowe nagrania z tamtejszego dorocznego, sierpniowego festiwalu, na który zjeżdżają pielgrzymki z całego świata. Są też wieczorne spotkania z gitarą i pielgrzymkowymi pieśniami. Kadry ze statku na Adriatyku.

Paweł przypomina sobie dziennikarkę, która pytała go nawet, jak to jest, że podróżuje sam na sam z księdzem. Nie pamięta, co odpowiedział. Informację tę udaje nam się szybko zweryfikować. Okazuje się, że faktycznie Paweł odłączył się od pielgrzymki, którą prowadził ksiądz Stanisław i zamieszkał w ośrodku dla młodzieży w Medjugorie. Tam poznała go dziennikarka i wypytywała, co tu robi. Po kilku miesiącach ksiądz wrócił po niego i zabrał do Zakopanego.

Tu Paweł postanowił o wszystkim opowiedzieć dziennikarzom.

Sierpień, 2011 roku (3): „Wewnątrz jestem kobietą”

Jest już ciemno. Chłopak pokazuje, gdzie jechać.

Dom wycieczkowy księży werbistów przy ul. Andrzeja Struga w Zakopanem to jeden z wielu obiektów prowadzonych pod Giewontem przez księży. Tuż koło drogi do Białego, kilka kroków od atrakcyjnych szlaków górskich. Od lat noclegi znajdują tu pielgrzymi, młodzież oazowa albo księża, którzy wybrali się w Tatry na odpoczynek.

To tu zakwaterowano księdza Stanisława z Pawłem. Dostali mały pokój na poddaszu. Ksiądz ma łóżko, Paweł materac na dostawkę.

Gdy pukam do drzwi, mam już chłopaka spakowanego w samochodzie. Przenocuje w bezpiecznym miejscu, a nazajutrz pociągiem wróci do domu.

Ksiądz jest zaskoczony. Siada na łóżku po turecku. Brązowy t-shirt, czarne spodnie, gołe stopy, które nerwowo ściska. Nie chce rozmawiać, jakby to wszystko go nie dotyczyło. Ale nie wyrzuca mnie z pokoju.

Długi czas milczy ze spuszczoną głową. Co kilka minut powtarza, że nie chce rozmawiać. Wreszcie daje do zrozumienia, że porozmawia, ale na zewnątrz. Wychodzimy razem.

Ktoś biegnie za mną, jakiś ksiądz. Widząc, że niosę kamerę, pyta, jakim prawem wszedłem do środka. Uspokaja się, gdy tłumaczę, że mam spotkaniem z kapłanem, który jest tu zakwaterowany.

Na zewnątrz ksiądz Stanisław decyduje się wreszcie coś powiedzieć. Mówi o opiece nad Pawłem. O tym, że właśnie wyciąga go z dna. Że poszuka mu szkoły. Że wyciągnął go z agencji towarzyskiej. I wreszcie, deklaracja, że

jego zachowanie wobec Pawła wynika z tego, że faktycznie jest księdzem, ale wewnątrz kobietą.

Winą obarcza jednak chłopaka. Jego zdaniem Paweł perfidnie wykorzystuje jego oddanie i miłość.

Wątek pracy Pawła w agencji towarzyskiej powraca w rozmowie jeszcze kilkakrotnie. Ksiądz broni swego zachowania, przestrzega nas przed chłopakiem. Przekonuje, że to zły człowiek, który wyrządził wiele krzywd i że na angażowaniu się w tę sprawę to my wiele stracimy.

Wrzesień 2011 roku: Sprawa trafia do nuncjusza apostolskiego

Paweł nie chce zgłaszać sprawy na policji. Postanawiamy interweniować u władz kościelnych, ale odbijamy się od muru. Nawet w Krakowie dwóch poważnych, zaprzyjaźnionych z naszą redakcją księży bagatelizuje sprawę.

Światełko w tunelu pojawia się dopiero po kilku tygodniach, po tajemniczym telefonie do redakcji. Ksiądz, który dzwoni, prosi o anonimowość. Dopytuje o szczegóły sprawy, obiecuje interwencję. Podobno od lat zajmuje się takimi historiami.

Przekazujemy mu materiał filmowy, zdjęciowy i nagrane przez Pawła rozmowy. Mówimy o naszych wątpliwościach. Nie wiemy przecież, czy od Pawła usłyszeliśmy całą prawdę.

Przedstawiamy także wersję księdza, który przekonywał, że wyciągnął chłopaka z agencji towarzyskiej (jeśli nawet tak było, to co tam robił?).

Nieoficjalnie dowiadujemy się, że sprawa jako pilna trafiła bezpośrednio do nuncjusza apostolskiego w Polsce. Śledzimy dalsze losy księdza, żeby sprawdzić, jak Kościół zareaguje.

Od 2012 roku. Za karę rezydentura w kilku parafiach

Gdy nuncjusz zajmuje się sprawą, ksiądz Stanisław jest wikarym w L., małym miasteczku na Dolnym Śląsku. Pełni też funkcję kapelana w pobliskim szpitalu.

Niespełna rok później parafianie słyszą, że ksiądz jest chory i jego obowiązki przejmie ktoś inny.

Ks. Stanisław zostaje rezydentem w innej parafii.

Zgodnie z Kodeksem prawa kanonicznego rezydentura oznacza, że ksiądz mieszka w parafii, ale nie pełni w niej żadnej poważnej funkcji. Dotyczy to np. starszych księży, którzy nie mają swoich mieszkań i nie chcą trafić do domu księży emerytów. W przypadku księży młodszych rezydentura to najczęściej kara za przewinienia np. jazdę po pijanemu samochodem. Bywa też, że dotyczy księży, którzy przeżywają kryzys kapłański.

Po historii z Pawłem ksiądz Stanisław jest rezydentem w kilku parafiach, przenoszony z jednego miejsca na drugie. Nie opuszcza jednak Dolnego Śląska.

Najczęściej trafia do małych parafii. Co jakiś czas w sieci odnajdujemy wzmiankę o nim. Gdzieś uczestniczył w procesji, gdzieś brał udział w organizacji uroczystości.

Po 6 latach od ujawnionej przez nas historii molestowania Pawła ksiądz Stanisław zostaje w 2017 roku proboszczem.

Czerwiec 2018 roku (2). „Z geja można zrobić hetero. To kwestia wiary”

Wracamy na dziedziniec parafii w R.

„Tak, teraz sobie pana przypominam, ale dla mnie to temat zamknięty” – słyszę, gdy przypominam ks. Stanisławowi historię z Pawłem. – Sprawa jest już dawno wyprostowana. To był efekt wmanewrowania mnie przez ludzi wrogich Kościołowi. Ten chłopak wyrządził wiele krzywd. Pan Bóg go będzie sądził".

Przerywam, że chodzi przecież o relację seksualną dorosłego mężczyzny, który wykorzystuje swoją pozycję zawodową, aby uwieść nieletniego chłopaka. Nie robi to na nim większego wrażenia.

„Nie mam obowiązku niczego panu tłumaczyć. To był taki moment, kiedy on spadł na dno, a ja mu pomogłem się podnieść. Nie uważam, żeby było do czego wracać”.

Gdy pytam o „kobietę”, o której mówił po ujawnieniu filmów z Pawłem, ks. Stanisław przekonuje, że jest po terapii.

"Przeszedłem pewnego rodzaju terapię psychologiczną, po której zrozumiałem, że stosowałem zły punkt wyjścia. Pewnych rzeczy nie rozumiałem, źle oceniałem.

Zbyt krytycznie patrzyłem na siebie" – wyjaśnia.

Szybko jednak wraca do Pawła. Głos mu drży ze złości.

„Ten człowiek mnie wykorzystał, próbował na zniszczeniu mojej reputacji zrobić pieniądze i ustawić się w życiu. Na szczęście wszystko się w bezpiecznym momencie skończyło”.

Nie chce wyjaśnić, na czym to polegało. Zamiast tego rzuca kilka pytań i sam na nie odpowiada:

„Czy człowiek może się zmienić? Oczywiście, że może”.

"Czy można z geja zrobić hetero? Oczywiście. To kwestia wiary, poddania się działaniu Ducha Świętego.

Dla człowieka słabo wierzącego jest to niemożliwe. To tkwi w naszej psychice. Zagorzały gej będzie twierdził, że takim się urodził i że ma prawo takim być. I uważa, że tak musi być. A tak wcale nie musi być".

I na koniec: „To są zresztą sprawy mojego życia osobistego, ja je rozwiązuję ze swoimi spowiednikami, ze swoimi przełożonymi”.

Wraca do kościoła.

Lipiec 2018 roku. Biskup odpowie. Ale nie odpowiada

Dzwonię do ks. Waldemara Wesołowskiego, rzecznika prasowego diecezji legnickiej, mówię, w czym rzecz. Obiecuje, że odpowiedzi na pytania otrzymam, jak tylko wyślę je biskupowi na piśmie.

Piszemy więc do ordynariusza legnickiego, ks. biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego:

„Co spowodowało zakończenie rezydentury księdza Stanisława? W jaki sposób i przez kogo prowadzona była jego terapia i czym się zakończyła?”.

Wyjaśniam, że „czuję się w obowiązku zadać te pytania w imieniu społeczności, dla której wykonuje pracę duszpasterską”. I że „jako dziennikarze wciągnięci w Zakopanem w całą historię, chcemy żyć w przekonaniu, że zrobiliśmy wszystko, co możliwe, aby do podobnych sytuacji – jak tamta w sierpniu 2011 roku – już nigdy nie doszło”.

Odpowiedzi do dzisiaj nie ma.

Maj 2019 roku. Seksturystyka w koloratce. Pokój? Bardzo proszę

Ksiądz zabierał mnie na wycieczki. Rodzice chętnie się godzili. Bo dlaczego nie mieliby się zgodzić, przecież pojadę z księdzem – tego typu zeznania wielokrotnie składają ofiary księży. Nie brakowało ich także w filmie „Tylko nie mów nikomu”, który miał premierę w maju 2019 roku.

Dwa dni po premierze filmu Sekielskich dzwonię do kilku domów wycieczkowych i ośrodków rekolekcyjno-wypoczynkowych prowadzonych przez księży na terenie Zakopanego. Chcę sprawdzić, czy ksiądz, który przyjeżdża z ministrantem, łatwo wynajmie pokój.

Przedstawiam się jako kapłan z Włocławka, ksiądz Piotr Mossakowski. Proszę o zarezerwowanie pokoju z dostawką. Za każdym razem dwukrotnie i wyraźnie mówię, że przyjadę z podopiecznym ministrantem, którego zabiorę do Zakopanego w nagrodę za bierzmowanie.

Bez problemu rezerwuję pokój jedno- lub dwuosobowy:

  • u księży sercanów na Gimnazjalnej,
  • księży saletynów przy ul. Tuwima,
  • u werbistów przy ul. Andrzeja Struga.

We wszystkich przypadkach ksiądz rezerwuje mi pokój i ani razu nie pyta, czy podopieczny jest pełnoletni, albo czy na pewno chcę z nim mieszkać w jednym pokoju i czy dziecko tego chce.

Dom wycieczkowy werbistów wybrałem nieprzypadkowo. To tutaj miał miejsce dramat Pawła, którego molestował ksiądz Stanisław D. Zakładam, że także wtedy nikt go o nic nie pytał, gdy zamieszkali razem w małym pokoju na poddaszu.

Maj 2019 roku. „Krzywdząca sugestia”, bo rozmawiał ze mną kleryk

Kilka dni po opisaniu tej dziennikarskiej prowokacji dostajemy list od werbistów ze „sprostowaniem”.

„Zgromadzenie Słowa Bożego (Księża Werbiści) pragnie poinformować, że osobą, która odebrała telefon od dziennikarza podającego się za księdza, był nasz kleryk, odbywający praktykę w domu rekolekcyjnym w Zakopanem, który przekroczył swoje kompetencje, z czego zostaną wyciągnięte stosowne konsekwencje. Ostatecznie jednak to nie on decydowałby o przyznaniu pokoju, gdyby doszło do domniemanej sytuacji, ale przełożony domu".

Informują mnie także, że Polska Prowincja Zgromadzenia Słowa Bożego wypracowała „Instrukcję o realizacji ślubu czystości w aspekcie zapobiegania nadużyciom wobec osób nieletnich i z nimi zrównanych”.

I dalej: "Każdy z członków Prowincji zapoznał się z tą instrukcją, co potwierdził własnoręcznym podpisem.Prowincjał werbistów powołał delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży, którego dane kontaktowe podane są na oficjalnej stronie Zgromadzenia. W związku z powyższym

uważamy sugestię płynącą z artykułu, jakoby werbiści tolerowali pedofilię, za krzywdzącą”.

Podpisał o. Andrzej Danilewicz SVD, rzecznik werbistów.

Lipiec 2019 roku. „Taki pobożny kapłan”

Po roku bezowocnego oczekiwania na odpowiedź od biskupa Kiernikowskiego, w lipcu 2019 roku znowu zaglądam na Dolny Śląsk. W niedzielne przedpołudnie wieś R. wygląda jak wymarła. Mimo pięknej pogody na ulicy pustki.

Rozumiem dlaczego, kiedy podchodzę do wzgórza, na którym stoi kościół. Kilkadziesiąt samochodów, część wiernych nie mieści się w kościele. Z daleka rozpoznaję donośny głos księdza Stanisława, płynący z kościelnych głośników. Trwa Msza Święta.

Świątynia pęka w szwach. Powoli kończy się suma. Wierni wsłuchują się w ogłoszenia parafialne. Ksiądz Stanisław odczytuje zapowiedzi dla przyszłych małżonków. Informuje, że od środy będzie na krótkim urlopie, więc nie odbędą się niektóre nabożeństwa.

Wśród parafian odnajduję panią Czesławę, sklepową , która rok wcześniej wskazała mi drogę do kościoła. Chętnie godzi się na rozmowę.

Panią Czesławę od początku zastanawia status ich księdza. „Bo to niby proboszcz, a nie proboszcz. W internecie znalazłam kiedyś, że administrator. Dziwne. Nigdy z nami o tym nie mówi, ale cała wieś wie, że proooboszcz” – przeciąga słowo.

Opowiada, że rok wcześniej była z proboszczem w Medjugorie. "Mieliśmy pokoje dwuosobowe, a ksiądz Stanisław nie pozwalał spać w jednym pokoju rodzeństwu.

Tylko dziewczyny z dziewczynami i chłopcy z chłopakami. Taki porządny.

Ale w tym roku nie jedzie do Medjugorie, bo nie znalazł chętnych na ten festiwal w sierpniu".

Zdaniem pani Czesławy, nie wszyscy lubią księdza proboszcza, bo odkąd nastał, przedłuża msze. Przed każdą odmawia różaniec.

Co jeszcze może o nim powiedzieć?

„Latem odwiedzają go rodzice. Na co dzień mieszka z jakąś starszą kobieta, mówi na nią Michałowa. Nikt we wsi nie wie, kto to jest. Chyba ktoś z rodziny”.

Pani Czesława przypomina sobie, że dwa miesiące wcześniej ksiądz przestał nagle uczyć religii w szkole. „Podobno taki dostał nakaz, ale to tylko plotki, bo nikt nam nic nie mówi. Nic nie wiemy”.

Pani Czesława nie wie, że ich ksiądz był wcześniej długi czas rezydentem i dlaczego spotkała go taka kara.

„Niewiele wiemy o jego przeszłości. Ale on pobożny”- przekonuje.

Nazwy miejsc oraz imiona bohaterów zostały zmienione.

;
Jerzy Jurecki

Jerzy Jurecki (1958), z wykształcenia inżynier po AGH, w latach 80. działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w stanie wojennym redaktor podziemnych pism, w tym od 1986 do 1989 „Biuletynu Podhalańskiego", czasopisma NSZZ "Solidarność". Jesienią 1989 roku założył "Tygodnik Podhalański", którym kieruje i którego jest wydawcą do dziś. Laureat Nagrody im. Dariusza Fikusa (2004) w kategorii „twórca mediów” za stworzenie i utrzymanie na rynku największego regionalnego pisma, Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2010) za cykl reportaży z Haiti opublikowanych w „Tygodniku Podhalańskim”), Nagrody MediaTory (2012) "za stworzenie lokalnego medium, które bez kompleksów może mierzyć się z największymi gigantami medialnymi w Polsce", nominowany do Nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego (2012) i Grand Press - „Dziennikarz Roku" (2012)

Komentarze