Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / Agencja Gazeta
09 maja 2020

Kto jest winny "nieodbycia" wyborów 10 maja? PKW, samorządy, Senat... ale na pewno nie Jacek Sasin

Już w tę niedzielę odbędą się tzw. "nieodbyte wybory". Gowin twierdzi, że to nie wina polityków, ale koronawirusa. Wicepremierzy Sasin i Emilewicz, że to przez złośliwość samorządów i nieudolność PKW. Czy ktokolwiek w Polsce wierzy w tę narrację? OKO.press przypomina jak PiS z premedytacją ignorował czerwone światła

„Polskie państwo jest stabilne dzięki rozwiązaniu, które w sprawie wyborów prezydenckich wypracowaliśmy z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim” - powiedział w czwartek 7 maja podczas konferencji prasowej Jarosław Gowin. W środę wieczorem, zaraz po debacie prezydenckiej w TVP, prezes Porozumienia oraz prezes PiS ogłosili, że wyborów 10 maja jednak nie będzie.

Kto zatem tak zdestabilizował państwo polskie, że aż dwóch zwykłych posłów musiało je z powrotem stabilizować łamiąc przy okazji reguły państwa demokratycznego?

Politycy rządzącego obozu udają niewiniątka. Jarosław Gowin zapytany o to, kto zdecydował, że wybory 10 maja się nie odbędą, wskazał na siłę wyższą:

„Kto decyduje? Rzeczywistość. Nie ma komisji wyborczych, a Polacy nie mogli na czas dostać kart do głosowania korespondencyjnego. A zatem

nie jest to decyzja któregokolwiek z polityków, a konsekwencja kataklizmu, jakim jest pandemia koronawirusa".

Ale koledzy Gowina z rządu i ław Zjednoczonej Prawicy nie uciekają się do takiej kurtuazji i własną odpowiedzialność za chaos i złamanie wszelkich reguł przerzucają na „zwyczajowych podejrzanych”.

Winni co do zasady są oczywiście politycy opozycji, z Tomaszem Grodzkim i Senatem na czele, których "X (tu wstaw wartość) dzień zwłoki narażał Polaków" jak głosiły w paski Wiadomości TVP.

Ale przekaz dnia PiS schodzi również na poziom konkretów i wskazuje, oprócz politycznej winy opozycji, również na winę po stronie dwóch podmiotów odpowiedzialnych za realną organizację wyborów.

Wina PKW?

W czwartek 7 maja dziennikarz Robert Mazurek odtworzył podczas wywiadu w Radiu RMF FM wicepremierowi Jackowi Sasinowi jego wypowiedzi z połowy kwietnia, w których zapewniał, że wybory odbędą się 10 maja.

Sasin nie stracił rezonu: „Te działania, które zostały zlecone przez pana premiera Poczcie i Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych zostały w pełni wykonane. Pakiety są przygotowane, mogliśmy je roznosić już wiele dni temu”.

Dlaczego więc PiS wycofał się okrakiem z wyborów w ten weekend?

Sasin: „Niech pan spojrzy do przepisów. One nakładają na chociażby Krajowe Biuro Wyborcze [organ wykonawczy PKW- red.] obowiązek powołania komisji wyborczych, przekazania spisu wyborców przez samorządy. I dlatego pani marszałek Sejmu pytała PKW o to, czy te wybory mogą się odbyć w tym terminie".

PKW stwierdziła w piśmie z 5 maja, że nie jest w stanie przeprowadzić tych wyborów. I to jest rzecz rozstrzygająca, bo to PKW je organizuje.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
RMF FM,07 maja 2020

Co tak naprawdę napisała PKW? Wskazała na fakt, że rządzący, w tym sam Sasin, uchwalili ustawę, która odebrała PKW możliwość zorganizowania wyborów.

„Do wyznaczonego Przez Panią Marszałek terminu wyborów pozostało 5 dni, a stan prawny, na podstawie którego miałyby one zostać przeprowadzone, nie jest ustalony. Kompetencje Państwowej Komisji Wyborczej w zakresie ustalenia wzoru karty do głosowania i zarządzenia druku kart zostały zawieszone na mocy art. 102 ustawy z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 (Dz. U poz. 695)” - czytamy w oficjalnej odpowiedzi PKW z 5 maja.

Z kolei ustawa, która miała scedować te kompetencje na Pocztę Polską i ministra do spraw aktywów państwowych, czyli Jacka Sasina, nie weszła jeszcze w życie.

Dalej w piśmie zaznaczano, że zawodzi podstawowa komunikacja, obywatele nie zostali skutecznie poinformowani jak i gdzie oddać głos. Zostało zbyt mało czasu, by uformować komisje zgodnie z nową ustawą, która weszła w życie dopiero 8 maja. Przepadły też terminy rejestracji chętnych do głosowania za granicami kraju.

Wina samorządów?

Jak wskazuje Sasin, „winna” chaosowi jest nie tylko PKW, ale i samorządy, które nie przekazały spisu wyborców.

Przypomnijmy zatem, że wiele samorządów odmówiło wydania spisów Poczcie Polskiej, która domagała się ich na podstawie art. 99 ustawy antycovidowej, która weszła w życie 18 kwietnia.

Samorządy odmawiały, ponieważ oficjalnie poczta mogła stać się operatorem wyznaczonym wyborów dopiero z dniem wejścia w życie ustawy kopertowej, która procedowana była w Sejmie.

Poczta ostatecznie dostała dane z rejestru PESEL od ministra cyfryzacji, co było naruszeniem przepisów o ochronie danych osobowych.

Ale samorządom rządzący zarzucają sabotowanie wyborów na jeszcze wcześniejszym etapie. Jak to ujęła 8 maja wicepremier Jadwiga Emilewicz:

"Samorządy odmówiły przeprowadzenia wyborów w trybie konwencjonalnym, przy urnach"
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
TVN 24,08 maja 2020

Politycy PiS przedstawiają to jako złośliwość samorządów opętanych przez partie opozycyjne. Prawda jest taka, że samorządy nie odmawiały organizacji wyborów, ale sygnalizowały, że nie są w stanie ich zorganizować w warunkach pandemii.

Na podstawowe przeszkody już 20 marca wskazywały we wspólnym wystąpieniu do Państwowej Komisji Wyborczej Unia Metropolii Polskich i Związek Miast Polskich. Wskazywano przede wszystkim na problemy z:

  • skompletowaniem komisji wyborczych do 10 kwietnia (tego wymagał ówczesny kalendarz wyborczy); ci, którzy wstępnie się zgłaszali, często nie potwierdzali swoich zgłoszeń, w niektórych gminach do komisji nie zgłosił się nikt;
  • procedurami w lokalach wyborczych - co robić, gdy w lokalu pojawi się osoba z objawami, co z dezynfekcją dokumentów, co z utrzymaniem dozwolonej liczby osób w lokalu;
  • organizacją szkoleń dla członków komisji, którą trzeba było podjąć na kilka tygodni przed wyborami;
  • zorganizowaniem środków ochrony osobistej dla wyborców i członków komisji;
  • problem z osobami przebywającymi w szpitalach i na kwarantannie;
  • brakami kadrowymi w urzędach, ograniczeniami w pracy urzędów.

PKW nie ustosunkowała się bezpośrednio do tego i kolejnych listów samorządowców. A z każdym dniem przybywało sygnałów alarmowych.

„Jak mam do 10 kwietnia skompletować ponad trzy tysiące członków do komisji obwodowych, których mam powołać ponad 300? Już mi 37 lokali, przyszłych punktów komisji obwodowych, odmówiło. Co, mam ludziom wykręcać ręce, łamać kręgosłupy, bo wybory są najważniejsze?” - pytał 30 marca Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia.

Na przełomie marca i kwietnia burmistrzowie i prezydenci kilkudziesięciu miast zwracali się do PKW, a także bezpośrednio do rządu, z apelami o skorzystanie z konstytucyjnej drogi i zapobiegnięcie wyborczemu chaosowi.

Argumentowali, że w kraju jest epidemia, organy publiczne nie są w stanie przeprowadzić wyborów ze względu na braki kadrowe, ani też nie powinny ich przeprowadzać ze względu na bezpieczeństwo obywateli.

I konstytucja daje narzędzia, które pozwalają w takich wyjątkowych sytuacjach odsunąć proces wyborczy. Właśnie po to w konstytucji znajdują się zapisy o stanach nadzwyczajnych.

Od tego momentu winowajcą chaosu wyborczego nie był koronawirus, jak chciałby to widzieć Jarosław Gowin, ale rząd, który powinien był zareagować na apele samorządowców zgodnie z obowiązującym prawem.

Zjednoczona Prawica parła do wyborów pomimo apeli

Piłeczka była po stronie PiS. Wystarczyło wprowadzić stan klęski żywiołowej. Dzięki temu znaczna część wprowadzonych przez rząd ograniczeń miałaby prawidłową podstawę prawną i byłaby zgodna z konstytucją. W marcu i kwietniu można było pracować nad demokratycznymi, transparentnymi i bezpiecznymi korespondencyjnymi wyborami do zorganizowania jesienią.

Ale politycy Zjednoczonej Prawicy z premedytacją nie chcieli wprowadzać stanu nadzwyczajnego, bo to odsunęłoby wybory prezydenckie o co najmniej trzy miesiące. I szanse Dudy na drugą kadencję stanęłyby pod znakiem zapytania. Pisaliśmy o tym w OKO.press:

Rząd więc cały czas udawał, że można zakazać ludziom swobodnego przemieszczania się, zamknąć granice, skasować ruch samolotowy, zamrozić całe sektory gospodarki, a jednocześnie zorganizować bez przeszkód wielką ogólnopolską akcję głosowania.

Najpierw więc przemycono w pierwszej tarczy antykryzysowej przepisy o głosowaniu korespondencyjnym dla osób powyżej 60 roku życia (bo są najbardziej narażone na skutki zarażenia koronawirusem).

Następnie zaczęto straszyć samorządowców wprowadzeniem zarządu komisarycznego. Gdy groźby te nie przyniosły skutku, na samym początku kwietnia w Sejmie pojawił się projekt ustawy o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym, który odbierał uprawnienia samorządom i Państwowej Komisji Wyborczej, na miesiąc przed wyborami całkowicie dekonstruujący cały proces wyborczy. Projekt tak nieudolny, że nawet posłom Porozumienia zadrżała ręka przed uchwaleniem go (choć po porozumieniu Kaczyński-Gowin bez problemu przegłosowali go 7 maja).

Z pełną świadomością PiS brnął w wybory na podstawie spisanych na kolanie ustaw, które wykluczały podstawowe przymioty wyborów demokratycznych.

Odpowiedzialność za polityczną, organizacyjną i finansową katastrofę przedsięwzięcia „wybory 10 maja” całkowicie ponosi Zjednoczona Prawica.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne