Trudno pisać o tej historii bez świadomości jej tragicznego finału. Socjolog Jason Arday, najmłodszy czarnoskóry profesor na Uniwersytecie Cambridge, 14 sierpnia został znaleziony martwy. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy rozmawiać o zarzutach stawianych Jasonowi Ardayowi. Przeciwnie – warto zastanowić się, co właściwie z nich wynika.
Jason Arday został oskarżony o plagiat oraz manipulowanie opinią publiczną. „Kampania dezinformacji to było za wiele dla Jasona” – przekazała w sobotę 15 sierpnia BBC rodzina naukowca.
Jeszcze kilka miesięcy temu historia Jasona Ardaya nadawała się na inspirujący film o przełamywaniu barier. Urodzony i wychowany w południowym Londynie syn ghańskich imigrantów, zdiagnozowany w dzieciństwie z autyzmem i opóźnieniem rozwojowym, miał – według szeroko powtarzanej wersji jego biografii – nie mówić do jedenastego roku życia i nauczyć się czytać i pisać dopiero jako osiemnastolatek.
Mimo tego zrobił błyskawiczną karierę akademicką.
Po doktoracie z edukacji na Liverpool John Moores University pracował, między innymi, na uniwersytetach Durham i Glasgow. W 2023 roku, w wieku 37 lat, objął profesurę socjologii edukacji na University of Cambridge. Zostając najmłodszym czarnym profesorem w historii tej uczelni.
Doradzał instytucjom publicznym i występował w mediach. W 2023 roku Shaw Trust umieścił go w pierwszej dziesiątce swojej listy Disability Power 100. Zaś w połowie sierpnia w Stanach Zjednoczonych ukazała się jego autobiografia Great and Unfortunate Things, przedstawiająca drogę od niemówiącego autystycznego chłopca z londyńskiego osiedla komunalnego do profesury w Cambridge.
W ciągu kilku tygodni ta historia zmieniła się jednak nie do poznania. W brytyjskich mediach pojawiły się oskarżenia o plagiat oraz kolejne wątpliwości dotyczące prawdziwości elementów biografii Ardaya – od jego akademickich afiliacji, przez osiągnięcia sportowe i działalność charytatywną, po opowieści z dzieciństwa. Wokół profesora rozpętała się medialna burza.
Cambridge i Jesus College, gdzie był afiliowany, wszczęły postępowanie dotyczące jego kwalifikacji i okoliczności zatrudnienia, a na początku sierpnia Arday zrezygnował ze stanowiska. Kilka dni później 41-letni Jason Arday został znaleziony martwy w swoim domu w południowym Londynie. Policja określiła jego śmierć jako niespodziewaną, ale niewzbudzającą podejrzeń udziału osób trzecich.
Trudno pisać o tej historii bez świadomości jej tragicznego finału. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy rozmawiać o zarzutach stawianych Ardayowi. Przeciwnie – warto przyjrzeć się im uważnie, ale także zastanowić się, co właściwie z nich wynika.
Nie zamierzam przy tym rozstrzygać, kim „naprawdę” był Jason Arday. Moja wiedza o nim jest w dużej części taka sama jak wiedza większości czytelników – pochodzi z publikacji prasowych, jego tekstów i publicznych wystąpień.
Jako osoba pracująca od lat na uniwersytetach, ostatnio w King’s College London, patrzę jednak na tę historię również z perspektywy własnych, siłą rzeczy anegdotycznych doświadczeń z rekrutacją, awansami i codziennym funkcjonowaniem akademii.
Z tej perspektywy kilka elementów dominującej opowieści o „aferze Ardaya” wydaje mi się mocno wypaczonych. Przypadek jednego profesora jest interesujący przede wszystkim dlatego, że odsłania szerszy problem: nasze często nierealistyczne wyobrażenia o tym, jak działa współczesny uniwersytet i co właściwie oznacza w nim „merytokracja”.
Zacznijmy od zarzutów dotyczących podkoloryzowania własnej biografii. To część sprawy Ardaya, która interesuje mnie najmniej. Wszyscy w jakimś stopniu uczestniczymy w storytellingu na własny temat: wybieramy jedne wydarzenia, pomijamy inne, upraszczamy związki przyczynowe i z perspektywy czasu nadajemy swojemu życiu spójność, której prawdopodobnie nie miało.
Różnica między takim opowiadaniem siebie a wymyślaniem faktów jest oczywiście nietrywialna. Fałszywe historie opowiadane przez osoby publiczne mogą mieć rzeczywiste konsekwencje. Sam zajmowałem się badaniem zamieszek etnicznych w Kirgistanie, których niepotwierdzone pogłoski odegrały istotną rolę w eskalacji przemocy. Z badań nad dezinformacją wiemy szerzej, że powtarzanie przez polityków czy inne osoby publiczne fałszywych informacji może zmieniać zachowania, a w pewnych warunkach nawet przyczyniać się do przemocy (jak pokazano, np. w artykule na temat przemocy przeciw Azjatom w trakcie pandemii Covid-19 w Stanach Zjednoczonych).
W przypadku Ardaya nie dramatyzowałbym jednak tego zagrożenia. Zasięg nawet stosunkowo rozpoznawalnych akademików jest mikroskopijny w porównaniu z politykami czy celebrytami. Sam pracuję na brytyjskim uniwersytecie od trzech lat, mam dyplom z socjologii i zajmowałem się między innymi badaniami nad edukacją, a przed wybuchem tej afery nigdy nie słyszałem ani o Jasonie Ardayu, ani o żadnym z jego akademickich kolegów czy przeciwników zaangażowanych w ten spór.
Nie sądzę też, by podkoloryzowanie osobistej biografii powinno samo w sobie mieć poważne konsekwencje zawodowe, o ile nie dotyczy pracy naukowej. Nawet jeśli Arday opowiadał te historie studentom, pozostawały one osobistymi wspomnieniami, a nie wynikami badań. Szkoda tylko, że nie poszedł śladem Somerseta Maughama. Ten o mocno autobiograficznym Of Human Bondage otwarcie pisał, że nie jest to autobiografia, lecz powieść, w której „fakty i fikcja są nierozerwalnie ze sobą powiązane” (cyt. za The Summing Up, 1938, William Heinemann Ltd, Londyn). Być może podobnie należało od początku traktować przynajmniej część barwnych opowieści Ardaya o własnym życiu.
Znacznie poważniejszy jest zarzut plagiatu. To nie kwestia barwnej autobiografii, lecz integralności pracy naukowej. Warto jednak pamiętać o czymś, co łatwo ginie w medialnych relacjach: Liverpool John Moores University, czyli uczelnia, która przyznała Ardayowi doktorat i odpowiadała za ocenę integralności jego rozprawy, zbadała zarzuty i nie stwierdziła plagiatu. Innymi słowy, jedyna instytucja uprawniona do podważenia przyznanego przez siebie doktoratu odrzuciła zarzuty. To szczególnie istotne, bo spośród wszystkich zarzutów stawianych Ardayowi właśnie plagiat bezpośrednio dotyczy jego pracy akademickiej.
Znacznie mniej przekonuje mnie natomiast oburzenie związane z nieistniejącymi lub niemożliwymi do potwierdzenia visiting positions. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Cambridge zatrudniało profesora dlatego, że kilka lat wcześniej spędził jakiś czas jako visiting fellow w Ohio, Wiedniu czy gdziekolwiek indziej. Takie pobyty są dodatkiem do CV, nie osiągnięciem, które normalnie przesądza o awansie akademickim.
Jest tu jeszcze bardziej prozaiczny problem. Brak potwierdzenia przez uniwersytecką administrację nie zawsze dowodzi, że ktoś fizycznie na danym uniwersytecie nie przebywał.
Sam oficjalnie odwiedzałem Yale, Hitotsubashi i Mannheim, przechodząc przy tym przez stosunkowo bolesną uniwersytecką biurokrację. Niektórzy studenci odwiedzający mnie w King's College London robili podobnie. Inni po prostu przyjeżdżali i przez pewien czas rzeczywiście pracowali na uniwersytecie, pozostając przede wszystkim pod moją opieką. Gdyby za kilka lat ktoś zadzwonił do centralnej administracji King's z pytaniem, czy dana osoba była tam visiting researcher, odpowiedź mogłaby równie dobrze brzmieć: nie mamy takiej osoby w systemie.
To oczywiście nie dowodzi, że tak właśnie było w przypadku Ardaya.
W jego biografii pojawiło się wystarczająco dużo nieścisłości, żeby sceptycyzm był uzasadniony. Chodzi mi jednak o coś innego: warto odróżniać poważne zarzuty dotyczące integralności naukowej od nieścisłości w akademickim CV i osobistej mitologii. W medialnej historii Ardaya te trzy rzeczy bardzo szybko zaczęły funkcjonować jako dowody tej samej winy. Moim zdaniem niesłusznie.
Jeden z najbardziej kontrowersyjnych argumentów, jakie pojawiły się w dyskusji o Ardayu, dotyczy samego faktu jego zatrudnienia w Cambridge.
W różnych wariantach argument brzmi mniej więcej tak: jego dorobek naukowy nie uzasadniał objęcia profesury na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata, a jego błyskawiczna kariera była możliwa dzięki polityce różnorodności i temu, że
jako czarny, autystyczny akademik idealnie odpowiadał profilowi kandydata, którego Cambridge chciało zatrudnić.
Sam uniwersytet zapowiedział niezależne dochodzenie w sprawie jego nominacji, więc być może z czasem dowiemy się więcej o przebiegu rekrutacji. Zanim jednak poznamy wyniki dochodzenia, warto przyjrzeć się założeniu, na którym opiera się ta krytyka. Moim zdaniem jest ono błędne.
Na potrzeby tego tekstu pobieżnie przejrzałem publikacje Ardaya i wysłuchałem kilku jego publicznych wystąpień. Moje wrażenie nie jest szczególnie pozytywne. Nie jestem specjalistą od badań nad rasą, znam jednak wystarczająco dobrze socjologię, żeby orientować się w hierarchii czasopism i wydawnictw oraz odróżnić tekst prezentujący poważną analizę. To, co przeczytałem i czego wysłuchałem, wydało mi się przeciętne. Podkreślam jednak: jest to pobieżna i subiektywna ocena, a nie systematyczna ewaluacja dorobku Ardaya.
Czy stanowi to dowód, że dostał profesurę z powodów innych niż kompetencje naukowe?
Niekoniecznie.
Dla osoby spoza akademii może wydawać się oczywiste, że skoro Cambridge jest jednym z najlepszych uniwersytetów świata, każdy jego wydział musi należeć do światowej czołówki, a każdy profesor reprezentować absolutny top swojej dyscypliny.
Tak po prostu nie jest.
Siła uniwersytetów jest bardzo nierównomiernie rozłożona między dyscyplinami, a marka całej instytucji często mówi niewiele o jakości konkretnej katedry.
W naukach społecznych widać to szczególnie dobrze. W socjologii i politologii Cambridge pozostaje, moim zdaniem, daleko za europejską czołówką współczesnych, empirycznych nauk społeczno-politycznych. Nie jest to zresztą wyłącznie moje wrażenie. Joan Barceló i współautorzy z NYU Abu Dhabi stworzyli niedawno globalny ranking produktywności departamentów politologii na podstawie ponad 115 tysięcy artykułów i niemal 13 tysięcy książek. Wśród europejskich instytucji osiągających najlepsze wyniki w ostatnich latach regularnie pojawiają się LSE, UCL, Oxford, King's College London, Aarhus, ETH Zurich, a nawet brytyjski Essex.
Cambridge nie znajduje się w tej grupie.
Dlatego też CV Ardaya, nawet jeśli nie robi szczególnego wrażenia na tle najlepszych współczesnych socjologów, nie wydaje mi się czymś całkowicie nieprzystającym do profilu naukowego miejsca, które go zatrudniło. Twierdzenie, że ktoś „nie był wystarczająco dobry na Cambridge”, ma sens dopiero wtedy, kiedy wiemy, co w danej dyscyplinie rzeczywiście oznacza „poziom Cambridge”. A ten okazuje się przeciętny.
Przez ostatnich osiem lat uczestniczyłem w wielu rekrutacjach akademickich z obu stron stołu – jako kandydat, a później jako członek komisji lub wydziału zatrudniającego nowych pracowników. Oczywiście są to doświadczenia anegdotyczne i nie pozwalają mi wypowiadać się o wszystkich brytyjskich uczelniach. Widziałem jednak wystarczająco dużo rekrutacji, żeby z dużym sceptycyzmem podchodzić do popularnej opowieści, zgodnie z którą polityka różnorodności regularnie wypiera kryteria merytoryczne.
Nie ma wątpliwości, że komisje rekrutacyjne są świadome problemu różnorodności. Kandydat zwiększający różnorodność wydziału – pod względem płci, pochodzenia etnicznego, społecznego czy nawet tematyki badań – może być postrzegany jako dodatkowa wartość. I istnieją ku temu dobre powody. Dotyczy to zarówno studentów, którzy powinni widzieć na uniwersytecie osoby o różnych doświadczeniach, jak i nas samych: wydziały złożone niemal wyłącznie z ludzi o podobnym pochodzeniu niekoniecznie tworzą najlepsze środowisko intelektualne.
Jednocześnie niezwykle rzadko – o ile w ogóle – widziałem sytuację, w której polityka różnorodności przeważyła nad zasadniczą oceną jakości kandydatów. Widziałem natomiast rekrutacje, których wyniki trudno było mi zrozumieć.
Z mojego doświadczenia zwykle stało za nimi coś znacznie bardziej prozaicznego: decyzje podejmowali ludzie, których wyobrażenie o dobrej współczesnej nauce odbiegało od standardów dominujących w najbardziej dynamicznych częściach dyscypliny.
Dochodzą do tego lokalne hierarchie, szkoły intelektualne, sieci znajomości, preferencje tematyczne i zwykły akademicki gatekeeping. Innymi słowy, istnieje wiele powodów, dla których rekrutacja może z zewnątrz wyglądać na niemerytokratyczną. Z mojego doświadczenia polityka różnorodności rzadko jest jednym z nich.
Dlatego pojawiające się w dyskusji o Ardayu stwierdzenie, że po prostu „nie był wystarczająco dobry” na swoje stanowisko, wydaje mi się nie tylko obraźliwe, ale przede wszystkim oparte na fałszywej przesłance. Żeby stwierdzić, że Arday został zatrudniony poniżej standardu, należałoby najpierw pokazać, że ten wysoki standard rzeczywiście istnieje.
Prowadzi to do szerszego problemu. Publiczna dyskusja o sprawie Ardaya opiera się na założeniu, że hierarchia stanowisk akademickich jest mniej więcej hierarchią kompetencji: najlepsi zostają profesorami najlepszych uniwersytetów, nieco słabsi trafiają niżej, a jeśli ktoś wyraźnie odstaje poziomem od prestiżu swojego stanowiska, trzeba znaleźć szczególne wyjaśnienie. Moje doświadczenie z brytyjską akademią podpowiada mi, że takie założenie jest dalekie od rzeczywistości.
Wystarczy porównać pokolenia. Młodzi naukowcy wchodzą dziś na rynek akademicki w warunkach nieporównywalnie większej konkurencji niż ich starsi koledzy.
Ekspansja szkolnictwa wyższego przyniosła ogromny wzrost liczby doktoratów i kandydatów konkurujących o stosunkowo niewielką liczbę stabilnych stanowisk. Jednocześnie kolejne pokolenia otrzymały narzędzia – od dostępu do dużych danych po nowe metody statystyczne i technologie obliczeniowe – które podniosły techniczny poziom wielu dyscyplin. W rezultacie kandydat, który trzydzieści lat temu bez większych problemów rozpoczynał karierę na dobrej uczelni, ze swoim ówczesnym CV mógłby dzisiaj mieć problem z przejściem pierwszego etapu rekrutacji.
Drugi problem polega na tym, że w akademii konkurencja jest największa na początku kariery. Później awans zależy już mniej od publikacji, grantów czy dydaktyki, a bardziej od czasu spędzonego w systemie. Akademia nie weryfikuje regularnie istniejącej hierarchii, porównując na nowo dorobek wszystkich jej członków. Profesor nie musi co kilka lat ponownie konkurować o swoje stanowisko z najlepszym trzydziestolatkiem na rynku.
Dlatego rozbieżność między prestiżem stanowiska a jakością dorobku nie jest w akademii zagadką wymagającą nadzwyczajnego wyjaśnienia. Jest normalną konsekwencją sposobu funkcjonowania tego rynku. I dlatego też przypadek Ardaya mówi nam znacznie mniej o rzekomym konflikcie między różnorodnością a merytokracją, niż sugeruje część debaty. Być może dochodzenie Cambridge ujawni poważne nieprawidłowości w jego rekrutacji – tego dziś nie wiemy. Ale samo stwierdzenie, że jego dorobek wydaje się zbyt słaby jak na nasze wyobrażenie profesora Cambridge, opiera się na błędnych przesłankach.
Na koniec pozostaje kwestia, która budzi we mnie największy dyskomfort: rola mediów.
Wielokrotnie czytałem, że Arday padł ofiarą nagonki prawicowej prasy i prawicowych komentatorów. Zapewne tak było. Sam jednak tych mediów praktycznie nie czytam i nie z nich dowiadywałem się o kolejnych zarzutach. Historię Ardaya śledziłem przede wszystkim w Guardianie – brytyjskiej gazecie liberalnej, deklarującej przywiązanie do różnorodności i rzekomo wyczulonej na problem rasizmu.
A jednak Guardian odegrał istotną rolę w tej medialnej burzy. Gazeta nie ograniczyła się do opisania zarzutów o plagiat. Jej dziennikarze drobiazgowo weryfikowali kolejne elementy życiorysu Ardaya: gdzie pracował, gdzie był gościem, ile przebiegł maratonów, ile pieniędzy zebrał na cele charytatywne, kiedy nauczył się mówić, a nawet czy do domu jego rodziny rzeczywiście wysłano świńską głowę. Było to dziennikarstwo śledcze i wiele z ujawnionych informacji niewątpliwie miało znaczenie. Ale warto zadać inne pytanie:
czy skala tego zainteresowania była proporcjonalna do przewinień i społecznego znaczenia osoby, której dotyczyła?
To pytanie wydaje mi się tym ważniejsze, że dla środowiska, do którego należał Arday, znaczenie prawicowej prasy było prawdopodobnie ograniczone.
Nie wiem, ilu brytyjskich socjologów regularnie czyta prawicowe blogi. Czytają Guardiana. To właśnie publikacje mediów głównego nurtu sprawiły więc, że kolejne zarzuty i nieścisłości w biografii Ardaya docierały do jego kolegów, studentów i szerszego środowiska akademickiego. Prawicowe media mogły rozpocząć lub napędzać część ataków, ale bez udziału mediów liberalnych sprawa prawdopodobnie nigdy nie osiągnęłaby podobnej skali.
Trudno też całkowicie pominąć kwestię rasy, choć nie chodzi mi o przypisywanie mediom rasistowskich motywacji.
Historia Ardaya wpisuje się w szerszy i politycznie nośny spór o różnorodność i merytokrację – na uniwersytetach i nie tylko. Z własnego doświadczenia wiem, że podobne, a czasem poważniejsze nieścisłości dotyczące innych akademików rzadko wzbudzają równie duże zainteresowanie. Być może więc część uwagi, jaką poświęcono Ardayowi, wynikała właśnie z tego, jak łatwo jego przypadek dawał się wpisać w ten szerszy medialny spór.
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden ponury paradoks. Arday został publicznie napiętnowany jako konfabulant
w świecie, w którym znacznie potężniejsi ludzie rutynowo wypowiadają rzeczy nieprawdziwe, manipulują faktami i budują całe kariery polityczne na narracjach mających niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Donald Trump jest najbardziej oczywistym przykładem. Skala społecznych konsekwencji jego fałszywych twierdzeń jest nieporównywalna z czymkolwiek, co mógł powiedzieć profesor socjologii.
Nie piszę tego, by po fakcie uniewinniać Jasona Ardaya. Nie wiem, które z jego opowieści były świadomym kłamstwem, które wynikiem autokreacji, a które okażą się prawdziwe. I nie wiem też, co wykaże dochodzenie Cambridge dotyczące jego zatrudnienia. Możemy i powinniśmy wymagać od naukowców uczciwości. Ale możemy jednocześnie zapytać, dlaczego właśnie ten naukowiec został poddany tak intensywnemu publicznemu osądowi. I czy osąd ten mówi nam rzeczywiście coś o merytokracji na uniwersytetach, czy może więcej o nas samych i o tym, od kogo postanawiamy jej wymagać.
Dobrobyt na Pokolenia & King’s College London. Doktor nauk społecznych Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji oraz wykładowcą w Departamencie Ekonomii Politycznej na King’s College London, gdzie koordynuje grupę badawczą zajmującą się zagadnieniami przemocy, konfliktów zbrojnych i pokoju na świecie.
Dobrobyt na Pokolenia & King’s College London. Doktor nauk społecznych Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji oraz wykładowcą w Departamencie Ekonomii Politycznej na King’s College London, gdzie koordynuje grupę badawczą zajmującą się zagadnieniami przemocy, konfliktów zbrojnych i pokoju na świecie.
Komentarze