„Pan Berek nie wjedzie na białym koniu i nie odzyska Trybunału. Jakbym była Machiavellim, to bym przewidywała, że prezydent Nawrocki go zaprzysięgnie na zasadzie: to macie pasztet i sobie go zjedzcie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska
„Kto się choć otarł o sądy, to widzi, że to nie jest dobry pomysł na sanację Trybunału” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska, pierwsza polska RPO, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zwraca uwagę, że kolejny raz władza wykonawcza próbuje
„przerzucać na sądy odpowiedzialność za własne zaniechania”.
Komentuje odwoływanie się w debacie publicznej do perspektywy przegranych wyborów. „I to ma być argument, żeby czegoś nie mówić, a jeszcze lepiej nie pomyśleć. Nieszczęściem naszego życia publicznego, także medialnego, jest partyjniactwo. Takie plemienne zwołanie: biją naszych! A wybory? Wybory są powszechne i żeby je wygrać, trzeba przekonać do siebie ludzi. A jak się nie umie, to trudno, może się ktoś nauczy na porażce” – mówi prof. Łętowska. Poniżej cała rozmowa.
Piotr Pacewicz, OKO.press: Przed sejmowym głosowaniem trwa spór o kandydaturę ministra Macieja Berka (na zdjęciu drugi z prawej) na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Nasz autor Mariusz Jałoszewski twierdzi, że „nie idzie on z żadną specjalną misją, ale może pomóc i w odbudowie TK i w jego obronie, jeśli zmieni się władza”. Pani profesor komentowała, że ta nominacja narusza ustalone w wyrokach europejskich sądów standardy niezależności sądów i niezawisłości sędziów.
Prof. Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011)*: Mam inny punkt widzenia niż pan Jałoszewski. Dziennikarz OKO.press, którego niesłychanie cenię, chyba nie dostrzega problemu, jaki ewentualna nominacja pana Berka, stwarza na przyszłość, a jednocześnie przecenia rolę, jaką może odegrać pojedynczy sędzia (nawet jakiś sędzia-Herkules, aby pożyczyć metaforę od Ronalda Dworkina) na tym etapie zablokowania TK.
W wyroku w sprawie Wałęsa przeciwko Polsce z 2023 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz) uznał, że naruszenie prawa Lecha Wałęsy do rzetelnego procesu (przeciwko oskarżeniom Krzysztofa Wyszkowskiego o współpracę z SB) ma swoje źródło w nieprawidłowym funkcjonowaniem krajowego porządku prawnego, w tym niedopuszczalnej ingerencji władzy wykonawczej w obsadzanie stanowisk sędziowskich. To tzw. wyrok pilotażowy, zobowiązujący do sanacji sparaliżowanego systemu.
Z kolei Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w wyroku C-448/23 z grudnia 2025 roku stwierdził, że polski Trybunał Konstytucyjny nie jest niezawisłym i bezstronnym sądem, jak tego wymaga Traktat o Unii Europejskiej i Karta Praw Podstawowych UE. To było zresztą tylko zwieńczenie całej serii coraz dobitniej formułowanych przez TSUE kryteriów i wymagań stawianych niezawisłości sędziów i niezależności sądów.
Te standardy i ETPCz, i TSUE wyśrubował, i to pod wpływem spraw z Polski. Samiśmy chcieli!
Europejskie sądy wyraźnie wymagają, że „ma być widać” – dla otoczenia, publiczności, czy kryteria niezależności są spełnione
Kandydatura pana Berka, w którego talenty nie wątpię, także jako sędziego, nie jest zgodna z tymi standardami. Na ten problem nie zwraca się jakoś uwagi, a on dla dyskusji o praworządności jest kluczowy.
Mamy przecież do czynienia z rekomendacją na sędziego TK długoletniego i zasłużonego współpracownika premiera.
I poleca go nie tyle nawet „jako” premier, co raczej „jako” leader rządzącej partii.
Rozumiem, że to ta sama osoba, ale jednak inna rola społeczna. To jest nie w porządku. Rekomendacje partyjne na stanowiska rządowe – to oczywistość, ale nie do sądów. Ta rekomendacja czyni z kandydata osobę być może nawet bardziej zaangażowaną politycznie, niż jest w istocie rzeczy.
Powiedziała pani w TVN24, że to dla prawnika Macieja Berka „pocałunek śmierci”.
Ogromna szkoda, że znakomitego prawnika stawia się w sytuacji, w której nie ma dobrego wyjścia. Bo pan Berek nie wjedzie na białym koniu i nie „odzyska Trybunału”. Już nie mówię o jego udziale w sądzeniu, bo musiałby się wyłączyć z orzekania w wielu sprawach z uwagi na swoją przeszłość ministra w rządzie Donalda Tuska, i to ministra od spraw legislacji. Przecież był szefem Rządowego Centrum Legislacji właśnie.
Już nie mówię o reputacji Trybunału, która nie powinna cierpieć na tym, że wakat sędziego jest obsadzany przez fachowca, który dopiero co zdjął kapelusz członka egzekutywy.
Ale premier licytuje wysoko. W kilku mediach, w tym w „Wyborczej”, ukazały się pozytywne komentarze.
Zainteresowała mnie reakcja pewnej pani profesor socjolożki: przestańcie o tym w kółko mówić. Ile można żyć w takim wzmożeniu? To nam wiele mówi i o uczestnikach, i o debacie. Dyskurs staje się jednopłaszczyznowy: ludzie patrzą na to, kto kogo w tym meczu pokona. A zarazem nawet po stronie obrońców praworządności wyodrębnia się grupa true believers, wiernych wyznawców, którzy bronią decyzji partii, premiera.
No bo „to nasi, kto krytykuje – to wróg lub przekupiony”. Albo argument: „nie zapeszać wyborów.”
W takich warunkach opinia publiczna staje się bezradna. A co się dzieje z uczestnikami dyskusji? Ano ci, którzy nie mają ochoty brać udziału w przepychance, pod tytułem kto kogo zaorał, wycofują się. Cały dyskurs robi się skłamany. To powinno niepokoić również rzetelniejsze media.
Pani się nie wycofuje.
Bo widzę też jaśniejszą stronę „sprawy p. B. ”. Prawników próbuje się obsadzać w roli „inżynierów”, jako tych, którzy mają powiedzieć, jak ktoś ma bronić swoich interesów, realizować swoje polityczne cele.
Jakbyśmy wszyscy byli adwokatami. Odpowiem: Pilnuj szewcze kopyta!
Nie każdy prawnik jest adwokatem. Staram się wyjaśniać, tłumaczyć mechanizmy, tak widzę własną rolę. I nie jest to żaden symetryzm, tylko inne podejście do obowiązków zawodowych. A wy, media, powinniście ludziom ułatwiać rozpoznanie, kto w jakiej roli występuje.
Krytycy wytykają władzy także naruszenie zasady czteroletniej karencji między pracą w rządzie czy parlamencie a kandydowaniem do TK. Prof. Jerzy Stępień krytykuje rozpowszechniony argument, że "skoro ta ustawa nie stała się prawem, to o co właściwie chodzi?” Otóż – powiada Stępień – chodzi i to bardzo. O standardy.
I ma rację! Ustawę o Trybunale Konstytucyjnym jeszcze prezydent Duda odesłał w październiku 2024 roku do TK, a ten uznał ją za sprzeczną z Konstytucją RP. A więc naruszenia polskiego prawa nie ma. Tylko tu nie wystarcza sam legalizm wypełniania vacatu, ponieważ jest sprzeczność z orzecznictwa ETPCz i TSUE.
Jałoszewski pisze, że „wyzwaniem jest zmiana prezesa TK i dopuszczenie nowych sędziów do orzekania. Nie jest to proste. Nowi sędziowie muszą pójść na zwarcie ze Święczkowskim. Berek może być lepiej przygotowany na takie wyzwanie. I nie będzie kalkulował ani się bał”.
Tu nie idzie osobistą odwagę. Tylko o właściwą sekwencję działań, umiejętność doprowadzenia do skutecznego (mówię z naciskiem) zwołania Zgromadzenia Ogólnego sędziów, z właściwym quorum, policzenia, kto ma najdłuższy staż sędziowski (jak się okazuje, publicznie się powiela w tej kwestii błędy) i jeszcze inne rzeczy. One wymagają współdziałania wielu osób i ułożenia tych działań we właściwej kolejności. Nie wszystko zależy od osobistej dzielności jednej osoby.
Jeśli kandydatura Berka przejdzie przez Sejm, będzie ósmym sędzią wybranym przez koalicję rządową. „Nasi” zyskają większość, może dołączy do nich któryś ze „starych” sędziów, np. Jakub Stelina, który krytykował prezydenta Nawrockiego, że nie chce przyjąć ślubowania od czworga sędziów. To pozwoli na zdjęcie immunitetu Święczkowskiemu i…
Teraz chyba Pan próbuje rozdawać pocałunki śmierci. Aby zdjąć immunitet prezesowi TK, trzeba zwołać posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego, i to w specjalny sposób, ze specjalnym quorum. Proszę dokładnie sprawdzić, czy to wykonalne.
[Sprawdzam: Aby zdjąć immunitet Święczkowskiemu, trzeba zwołać posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego, które zgodnie z ustawą o TK zwołuje prezes Święczkowski, a gdy rzecz dotyczy jego osoby, to wiceprezes TK, czyli sędzia Bartłomiej Sochański, wybrany w 2020 roku przez PiS-owską większość. Ale nawet gdyby się udało Zgromadzenie zwołać, to do uchwalenia zmian organizacyjnych potrzeba głosów 10 sędziów, a wśród nich musi być prezes lub wiceprezes TK, czyli znowu Święczkowski albo Sochański – P.P.].
A co potem, nawet jeżeli to by się udało? O ile wiem, sedzią o najdłuższym stażu sędziowskim nie jest sędzia Anna Korwin-Piotrowska, wybrana w marcu 2026 roku, tylko sędzia Wojciech Sych wybrany w 2019 roku.
Pojawia się też pomysł, żeby ósemka czy nawet dziewiątka sędziów obradowała nie w budynku TK ...
...to przecież nie ma znaczenia czy by się zebrali w ministerstwie sprawiedliwości, czy na ławce w Łazienkach. Żeby zgromadzenie ogólne było zgromadzeniem ogólnym,
musi być zachowana procedura jego zwołania. I nie jest to autoukonstytuowanie.
To co robić, pani profesor?
Pan mnie obsadza w roli, której nie mogę odegrać i jako profesor, i jako sędzia w stanie spoczynku. Jako profesor, bo wiem, że tu nie da się zaprojektować zachowań wszystkich osób i przewidzieć wszystkiego z góry. Tu trzeba mieć strategię i ją na bieżąco korygować „operacyjnie” I zaraz Pan powie, że się migam, ale to nie jest prawda. Bo musiałabym wejść w nieswoją rolę.
Nie jestem adwokatem-pomagaczem, prowadzącym „operacyjnie” klienta przez meandry prawa.
Przez poszczególne, zmieniające się sytuacje. Nie dlatego, żebym nawet nie potrafiła – ale roli aktywnego consigliere nie można pogodzić z rolą sędziego w stanie spoczynku.
Operacja uzdrawiania praworządności wymaga planu strategicznego i współdziałania Sejmu. Chodzi o uchwały (ustawy sanacyjne obecnie nie mają szans, wobec trudnej kohabitacji). Takie uchwały musiałyby być harmonizowane ze współdziałaniem egzekutywy, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, i nie tylko zresztą ich, przy czym chodzi o działania zarówno o charakterze władczym, jak i działania organizatorskie, oficjalne i nieoficjalne.
Czyli?
Jest praca do wykonania, która się toczy za kulisami,
z kimś się rozmawia, kogoś do czegoś namawia, coś się komuś obiecuje.
A jak dziennikarz przychodzi i pyta, jak to zrobić, to ja nie odsłaniam kart, bo karty się trzyma przy orderach. Poza tym to nie jest pytanie do eksperta „od” prawa, bo to robota polityczna, zadanie dla egzekutywy, władzy wykonawczej, a nie dla objaśniacza czy sędziów, którzy mają sądzić. Bo jeżeli sędzia wejdzie w buty władzy wykonawczej to, przepraszam bardzo, jest skończony jako sędzia.
Rząd odrzucił budżet TK na 2027 rok przysłany przez Święczkowskiego, ponieważ nie został on uchwalony przez Zgromadzenie Ogólne. Czy wzięcie Trybunału głodem to właściwa „robota polityczna”?
To jest robota polityczna, pytanie, kto i co dalej. Jakie dalsze działania innych aktorów, jakie ich ruchy? Na razie mamy list wybranych a nieorzekających sędziów TK, przypominający o niewykonaniu zabezpieczenia udzielonego przez ETPCz, a dotyczącego funkcjonowania TK we właściwym składzie.
A już tak całkiem na marginesie: brak budżetu trybunalskiego oznacza brak pieniędzy na funkcjonowanie nawet budynku TK, brak pieniędzy na personel niesędziowski. No i na pensje, i ZUS sędziów-spoczynkowców – też… Czyli jestem żywotnie zainteresowana, aby do uzdrowienia sytuacji w TK doszło jak najrychlej.
Nominując Berka, premier rozbudza jednak nadzieje, a kto go krytykuje, to jest odsądzany...
… od czci i wiary, tak. Bo chodzi o to, czy jesteś za czy przeciw. Oczywiście, że słyszę różne niemiłe rzeczy, albo bywa, że ktoś chce mnie brać pod włos. Odpowiadam: staram się odgrywać własną rolę. Kiedy w 2023 roku nowo wybrane władze postanowiły odebrać siłom ancien regime'u kontrolę nad mediami publicznymi, to przygotowano najpierw uchwałę sejmową [19 grudnia 2023], a potem do akcji przystąpiła władza wykonawcza. A teraz politycy – i cześć publiczności – chcą, żeby problem TK załatwili sędziowie, którzy na razie siedzą w TK na korytarzach albo w bibliotece.[
wstaw_tresc kategoria=„artykul” id=„646343”]
Pani mówi o „pocałunku śmierci” dla Berka. Ale wyobraźmy sobie, „pocałunek” także dla premiera, jeśli Berek nie zostanie wybrany.
Jak gruchnęła ta informacja, napisałam wpis na FB, zaczynając od „paląc dobrego kandydata...”. Nie jestem zakłamana. Mało znam kandydata, ale mam o nim jak najlepsze zdanie, choć za błąd uważam, że rząd nie publikował przynajmniej niektórych wyroków TK. Wedle mnie trzeba było robić to wybiórczo, bo niektóre orzeczenia z punktu widzenia potrzeb społecznych i prostowania systemu prawa, były sensowne. A zapadały w składach bez udziału dublerów. Zręczności zabrakło.
A czego zabrakło przede wszystkim? Przyjęcia do wiadomości tego, co orzekły zarówno TSUE, jak i ETPCz i wyciągnięcia z tego konsekwencji.
Egzekutywa nie powinna przerzucać na sądy odpowiedzialności za własne zaniechania.
Ale władza lubi takie uniki. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, który miał kłopot z ustawą reprywatyzacyjną i zawetował ją w maju 2001, abdykował: niech to robią sądy. I sądy zaczęły zwracać nieruchomości, wyszły z tego straszne rzeczy, handel roszczeniami, zwroty „na kuratora” itd. Orzecznictwo sądowe jest rozproszone, bywa rozbieżne, jest trudno harmonizowalne w takich sprawach, gdy ma służyć jako substytut tego, co powinna zrobić ustawa lub decyzja polityczna.
Inny przykład. Prezes Jarosław Kaczyński chciał całkowicie zakazać aborcji, ale nie miał ochoty tego przepychać drogą ustawową, więc przerzucił zadanie na TK i on uznał [w 2020 r.] przesłankę przerwania ciąży z powodu poważnego schorzenia płodu za niekonstytucyjną, co doprowadziło do zwiększenia ryzyka niedokonania aborcji niezbędnej dla ratowania kobiety.
Ewa Siedlecka w felietonie „Bat na nietykalnych” napisała, że skoro decydenci jak Święczkowski są nietykalni, to może rozliczać wykonawców ich decyzji. Urzędniczce w TK, która nie przydziela gabinetu wybranym sędziom, można postawić zarzuty prokuratorskie.
Można i tak próbować. Od tego są politycy, którzy mają do dyspozycji narzędzia państwowej przemocy, mogą też stosować pochlebstwa, składać obietnice, machać marchewką albo grozić kijkiem... Ale nie sędziowie TK i nie profesorka prawa; my jesteśmy od wyjaśniania możliwości i wskazywania ryzyk przy różnych wariantach posługiwania się prawem. A sędziowie – od wskazywania, jaki powinien być standard przestrzegania prawa i reguł praworządności.
Berek miałby zostać takim Bartłomiejem Sienkiewiczem – bis, który zrobił porządek z mediami publicznymi. Podobno sam chciał dostać takie zadanie.
Nieporozumienie może wynikać z tego, że centrala nie ma pojęcia, jak funkcjonuje prawo.
Udało się z mediami publicznymi. Ale już w innych ważnych sprawach pozornie załatwionych (nie chcę wskazywać jakie, trzymam karty przy orderach) zabrakło determinacji, aby wydać jakiś jeden akt, jedną decyzję, której ciągle brakuje, aby skompletować sprawę. I nie sędziowie czy sądy są tu winne. Są sprawy jak tykający granat, bo chyba centrala nie bardzo wie, jak to działa.
Profesor Mirosław Wyrzykowski, sędzia TK w stanie spoczynku, mówił OKO.press, że „liczy na to, że nowo powołani sędziów to nie są potulne owieczki”
Ja też mam nadzieję, że nie są. I mam nadzieję, że są to osoby aktywne i profesjonalnie sprawne. Mają pewne możliwości, pod warunkiem że będą współdziałać. Tu także nie jestem pewna, czy ta awantura, która się zrobiła wokół obecnego vacatu, ułatwi funkcjonowanie temu, kto go obsadzi. Bo w zespole sędziów, jak w każdym innym, są różnice zdań, tarcia, animozje. I
nie sprzyja kooperacji, że jeden wjeżdża na białym koniu, a inni weszli, jak zwykli piechurzy.
Poza tym nie wiemy, czy cała siódemka jest zachwycona tym wszystkim.
Zgadzam się z prof. Wyrzykowskim, że trzeba szukać sposobów naprawienia sytuacji z TK. Dla mnie szukanie niekonwencjonalnych rozwiązań to
aktywizm interpretacyjny i skrupulatne wyzyskanie istniejących w prawie niekonwencjonalnych, ale legalnych możliwości.
To dotyczy także władzy wykonawczej i ustawodawczej. Ich sędzia substytucyjnie nie wyręczy.
Co więcej: jeżeli, urzędnik, nawet wysokiego szczebla, nie widząc innego rozwiązania – naruszy prawo, to poniesie karę, nawet może pójść siedzieć. Ale to nie zniszczy go zawodowo. Straci stanowisko, poniesie karę, to prawda, ale to go nie zdyskwalifikuje jako profesjonalisty. Sędzia, który naruszy prawo, jest skończony jako sędzia.
Pani profesor zakłada, że Berek zostanie wybrany?
Nie mam pojęcia. Tych założeń jest więcej. Przyznam, że czuję się w tym dyskursie nieswojo. Bo prawo to nie jest to, co tylko gdzieś napisano. Prawo to mechanizm, w którym współdziałają różne kółka zębate. Każde na swoim miejscu i w swoim tempie, zgranym z tempem innych. Ci aktorzy swym działaniem oddziałują na innych aktorów. I ja tych wszystkich ruchów i ich dysfunkcji nie potrafię przewidzieć.
Cały czas krążymy wokół sformułowania z uchwały z grudnia 2023, w której Sejm wezwał do naprawy mediów publicznych „w zgodzie ze standardami państwa prawa w okresie przejściowym, tj. do czasu uchwalenia i wdrożenia stosownych rozwiązań legislacyjnych”.
Standardy państwa prawa w okresie przejściowym to rzecz oczywista, są bez żadnych wątpliwości inne. Więcej można władzy wybaczyć. Ale ma to swoje granice.
Kiedy byłam sędzią w Trybunale, miałam sprawę, gdy ustawodawca stopniowo coraz bardziej obniżał wymagania proceduralne dla „oczywiście bezzasadnej” kasacji wyroku. Nawet to rozumiałam, bo był straszny „korek kasacyjny”. Wreszcie zostało to zaskarżone do Trybunału. Zaczęłam oceniać: jedno ograniczenie, no, może być. Drugie – ostatecznie. Ale przy trzecim nie wytrzymałam.
A wtedy mi mówią, dobra, a tamte dwa obniżenia standardów byś tolerowała? Wytłumacz się!
To filozoficzny problem: ile włosów trzeba wyrwać, żeby ktoś stał się łysy?
Zawsze przy wyborze jakiegoś rozwiązania ocena będzie kwestą proporcjonalności i tu już musi sędzia się napracować, aby powiedzieć, dlaczego dwa obniżenia standardu uznaje za dopuszczalne, a gdy pojawia się trzecie – wyrokuje o niekonstytucyjności. Dlatego teraz nie potrafię odpowiedzieć na abstrakcyjne pytanie „jakie są granice środków nadzwyczajnych podjętych w nadzwyczajnych okolicznościach”. Sytuacyjnie pewno bym umiała ocenić.
Kolejny przykład z czasów mojej pracy w TK. W 2003 roku Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zaskarżył do Strasburga nasze orzeczenie, które było podstawą odmowy zwrotu temu kościołowi cerkwi pounickich.
Czyli kwestie majątkowe.
Tak, ale dla naszych rozważań ważne jest co innego: jednym z zarzutów skierowanych do ETPCz było to, że w składzie TK był sędzia, który wcześniej zasiadał w parlamencie i głosował nad ustawą, którą TK uznał za konstytucyjną.
Przeraziliśmy się: będzie blamaż, że w Polsce tolerujemy takie rzeczy.
Bo my przyjęliśmy, że skoro tylko głosował, a nie był sprawozdawcą i nie pracował w komisjach, a także nie brał czynnego udziału w dyskusji – to może uczestniczyć w kontroli konstytucyjności. Jak widać, ten wymuszony dialog między Trybunałem Konstytucyjnym i ETPCz sprawił, że zaczęliśmy myśleć. Całe szczęście rząd poszedł wtedy na ugodę w Strasburgu i nie doszło do wydania wyroku. Chociaż może teraz mielibyśmy bardziej dobitny argument pochodzący z ETPCz, pod jakimi warunkami w TK może zasiadać były polityk.
Wyobraźmy sobie, że jakimś cudem udaje się przejęcie kontroli nad TK. I ktoś zaskarża do Trybunału ustawę wygaszającą pomoc ukraińskim uchodźcom, która – jak mówiła mi Pani w wywiadzie – budzi szereg wątpliwości konstytucyjnych.
Nie można w nieskończoność pomagać i konserwować czegoś, co było nagłym stanem konieczności dziejowej, ale w Konstytucji RP napisano, że legislacja powinna być rzetelna, odpowiadać standardom demokratycznego państwa prawa. A to oznacza m.in. umiejętne posługiwanie się przepisami (a właściwie mechanizmami) przejściowymi. A tu przepisy źle zdefiniowały grupę osób chronionych i bez żadnej możliwości odwołania pozbawiły uchodźców dachu nad głową, środków do życia, opieki nad dziećmi czy kontynuacji leczenia.
Czy Maciej Berek mógłby orzekać w tej sprawie?
Oczywiście nie. Musiałby się wyłączyć, ponieważ brał udział w przygotowywaniu tej ustawy, koordynował działania. Jeśli chodzi o jego obecność w Trybunale, to nawet jeśli w jakieś prace rządowe się osobiście nie angażował, nie doradzał itp., to
spotka go z automatu zarzut, że powinien się wyłączyć.
Jak byłam w TK, to na wszelki wypadek wyłączałam się ze spraw, które wnosił Rzecznik Praw Obywatelskich. Jeśli był wymagany pełny skład, to szłam do prezesa i mówiłam, że nie przyjdę na orzekanie. Bo wcześniej sama byłam RPO [w latach 1988 -1992] więc mógł paść zarzut, że sprzyjam organowi.
Czyli pani profesor mówi, że wiara, że Maciej Berek wyrwie TK z władzy Święczkowskiego jest bezpodstawna, a możliwości orzekania ma mniejsze niż inni potencjalni kandydaci. Dla niego samego jako prawnika to katastrofa. Czy dostrzega pani jakikolwiek racjonalny argument za tym, żeby nominować akurat Macieja Berka?
Nie, żadnego. I proszę popatrzeć na opinie wyrażone przez Andrzeja Zolla [prezes TK, 1993–1997, RPO 2000–2006], Marka Safjana [prezes TK, 1998-2006, sędzia TSUE 2009-2024], Jerzego Stępnia [prezes TK 2006-2008], żeby tylko ich trzech wymienić. Wszyscy mówimy to samo, choć w wielu innych sprawach się nie zgadzamy.
Tak samo Iustitia i bodajże 18 poważnych organizacji w tym Fundacja Helsińska i Fundacji im. Batorego, które zaapelowały, żeby kandydat się wycofał. Kto się chociaż otarł o sądy, to widzi, że to nie jest dobry pomysł na sanację Trybunału. Przecież rafy są widoczne gołym okiem.
Jakbym była Machiavellim, to bym przewidywała, że prezydent Nawrocki pana Berka zaprzysięgnie na zasadzie: to macie pasztet i sobie go zjedzcie.
A jeśli prawica wygra wybory 2027, to na miejsce wybranej, ale niezaprzysiężonej czwórki sędziów, wybierze nowych i „odzyska większość”. Będę dublerzy bis.
Powtórka z rozrywki. W naszej konstytucji jest jak byk napisane, zarówno w preambule, jak i w artykule 10, że władze mają ze sobą kooperować. Ale prezydent kooperować nie chce, premier też nie bardzo.
Czyli nie mamy i nie będziemy mieli Trybunału, który jest fundamentalnym organem państwa.
Tak, pod warunkiem że działa i cieszy się społecznym zaufaniem.
Jeśli Berek nie zostanie wybrany, może dojść do kryzysu w koalicji.
Chyba wszystko zostało już powiedziane,
niech teraz gra demokracja.
Wiem, że część koalicji może głosować przeciw kandydaturze, nie dlatego, że ją przekonała światła argumentacja dotycząca podziału władz i statusu sędziów, tylko dlatego, żeby zrobić na złość liderowi, ale to już część ich gry.
W rozmowie ze mną wszyscy, pan również, odwołują się do perspektywy przegranych wyborów. I to ma być argument, żeby czegoś nie mówić, a jeszcze lepiej nie pomyśleć. Nieszczęściem naszego życia publicznego, także medialnego, jest partyjniactwo. Takie plemienne zwołanie: biją naszych!
A wybory? Wybory są powszechne i żeby je wygrać, trzeba przekonać do siebie ludzi.
A jak się nie umie, to trudno, może się ktoś nauczy na porażce.
* Ewa Łętowska – prof. dr hab., profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek czynny Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988-1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999-2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011)
Sądownictwo
Aleksander Kwaśniewski
Ewa Łętowska
Karol Nawrocki
Donald Tusk
Lech Wałęsa
Waldemar Żurek
Koalicja 15 października
Ministerstwo Sprawiedliwości
Trybunał Konstytucyjny
Maciej Berek
Założyciel i redaktor naczelny OKO.press (2016-2024), od czerwca 2024 redaktor i prezes zarządu Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".
Założyciel i redaktor naczelny OKO.press (2016-2024), od czerwca 2024 redaktor i prezes zarządu Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".
Komentarze