Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Kawnat HAJU / AFPFoto Kawnat HAJU / A...

W Waszyngtonie ruszyły pierwsze od dekad rozmowy pokojowe z Izraelem, ich wynik może przesądzić nie tylko o losie tej organizacji, lecz także o tym, czy cały region pogrąży się w niszczącej wojnie.

W 2000 roku, po wycofaniu się izraelskich sił zbrojnych z południowego Libanu, Hassan Nasrallah, lider i duchowy przywódca Hezbollahu, na stadionie w miejscowości Bint Dżubajl, nazywanej przez libańskich szyitów „stolicą wyzwolonego południa”, i oświadczył, że „droga do wyzwolenia Palestyny wiedzie przez opór”.

W 2006 roku, podczas przemówienia w tym samym miejscu, przekonywał, że zwycięstwo jest już blisko, ponieważ Izrael jest „słabszy niż pajęczyna”. Dwadzieścia lat później Nasrallah ginie w izraelskim ataku rakietowym na Bejrut. Miasto Bint Dżubajl stało się areną walk między siłami zbrojnymi Izraela a Hezbollahem, a Izrael ponownie grozi okupacją południowego Libanu.

Przeczytaj także:

Wojna, która nigdy się nie kończy

Przez dekady Hezbollah (z arabskiego „Partia Boga”) zajmował ważne miejsce w libańskiej polityce. Organizacja powstała w latach 80. XX wieku podczas libańskiej wojny domowej, kiedy izraelska armia okupowała tereny południowego Libanu, powołując się na swoje prawo do ochrony przed „palestyńskim terroryzmem”. To właśnie w Libanie znajdowało się zaplecze większości palestyńskich organizacji niepodległościowych.

Hezbollah od początku był wspierany i finansowany przez Iran, będąc częścią projektu eksportu rewolucji islamskiej. Jego pierwszym celem było stworzenie ruchu oporu, który zmusi Izrael do wycofania się z okupowanych terenów. Gdy to się stało, Hezbollah nie złożył broni – jego zbrojne skrzydło niemal nieustannie kontynuowało „świętą wojnę” z Izraelem.

Chociaż de facto nie sprawuje w nim władzy, Hezbollah ma w Libanie spore wpływy i rzeszę lojalnych zwolenników: nie tylko wśród libańskich szyitów (tego wyznania jest około jedna trzecia mieszkańców kraju), ale także wśród przeciwników polityki Izraela. Przez lata uchodził za jedyną siłę zdolną bronić Libanu przed izraelską agresją.

Jego działalność nie ogranicza się jednak do walki zbrojnej. Sążnie subsydiowany przez Teheran Hezbollah może prowadzić własne szpitale i banki żywności, nie przejmując się – w przeciwieństwie do libańskiego rządu – brakiem środków. Z tego powodu zajmowany przez Hezbollah region na południe od rzeki Litani, a także południowe dzielnice Bejrutu, funkcjonują niczym „państwo w państwie”, niezależne od rządu w Bejrucie.

Paradoks Hezbollahu polega na tym, że uzasadnia swoją działalność zagrożeniem, które sam sprowadza na swój kraj, a z którym obiecuje walczyć.

I choć Partia Boga wciąż ma licznych zwolenników, dla wielu jej działalność doprowadziła Liban do tragedii. Od początku izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy Hezbollah prowadzi ostrzał solidarnościowy Izraela, co skutkuje coraz ostrzejszą kontrreakcją z jego strony. Pomimo kolejnych porozumień i zawieszeń broni, Hezbollah, pod wpływem Iranu zaatakował Izrael ponownie 2 marca, tym razem w solidarności z Iranem.

Dziś, w obliczu kolejnej izraelskiej ofensywy, w której tracą życie cywile bez względu na ich wyznanie i preferencje polityczne, popularność Hezbollahu zaczyna topnieć. Coraz głośniej wybrzmiewają też żądania jego rozbrojenia. Niestety państwo libańskie pozostaje wobec niego bezsilne. Zbrojne skrzydło Hezbollahu przewyższa możliwościami armię Libanu, a wszelkie próby jego rozbrojenia kończyły się fiaskiem.

Być może to właśnie dlatego, mimo trwających izraelskich bombardowań, rząd w Bejrucie nie zdecydował się na otwartą konfrontację z Izraelem, licząc na to, że izraelska ofensywa rozwiąże problem Hezbollahu za niego.

Pokój z widokiem na wojnę

Na początku kwietnia Izrael i Liban zadeklarowały gotowość do rozmów pokojowych. Do spotkania doszło 14 kwietnia w Waszyngtonie. To pierwsze negocjacje od czasu nieudanych porozumień w 1983 r., po których Liban zerwał stosunki ze swoim południowym sąsiadem. Tamta próba zakończyła się okupacją części kraju przez Izrael i Syrię oraz dalszym wzmocnieniem Hezbollahu przez Iran.

Dziś sytuacja wygląda inaczej: nowy rząd w Syrii jest zajęty swoimi sprawami, a Iran – na prośbę Libanu – nie został dopuszczony do rozmów. Hezbollah póki co negocjacje odrzucił.

W rozmowach w Waszyngtonie wzięli udział: libańska ambasador w USA Nada Hameda i jej izraelski odpowiednik Yechiel Leiter, a także amerykański ambasador w Libanie Michel Issa oraz amerykański sekretarz stanu Marco Rubio. Według izraelskiej propozycji wzdłuż granicy miałaby powstać „bezterminowa strefa buforowa” o szerokości ośmiu kilometrów. Izrael przekonuje, że to warunek bezpieczeństwa jego północnych regionów. W praktyce oznaczałoby to jednak trwałą obecność wojskową i wysiedlenie dziesiątek tysięcy ludzi. Libańska armia miałaby też rozbroić Hezbollah i przejąć kontrolę nad obszarem po obu stronach rzeki Litani.

Liban zgadza się co do rozbrojenia Hezbollahu, ale wolałby, by jakiekolwiek rozmowy pokojowe odbyły się po wstrzymaniu ognia i wycofaniu się sił izraelskich. Obawia się, że ustanowienie izraelskiej strefy bezpieczeństwa nie przyniesie rezultatów, a jedynie zaogni konflikt. W takiej sytuacji Hezbollah na pewno nie zgodzi się na rozbrojenie i będzie dalej atakował izraelskie posterunki, co doprowadzi jedynie do kolejnych bombardowań Libanu przez Izrael.

Według dziennikarzy „Haaretz” izraelska armia przygotowuje się do stałej okupacji zajętych przez siebie terytoriów w Libanie. Ściąga w tym celu buldożery, żeby zniszczyć libańskie domy i stworzyć na ich miejscu placówki wojskowe. „Zachowujemy się tak samo jak w Gazie” – powiedziało źródło wojskowe. „Mamy listę domów do wyburzenia, a sukces mierzymy liczbą budynków zniszczonych w ciągu jednego dnia. Nie jest jasne, do czego to zmierza”.

Po co Amerykanom porozumienie?

Oczywiście USA pełnią w tych negocjacjach nie tylko rolę pośrednika i mediatora, ale są też jedną ze stron konfliktu, bowiem dla Waszyngtonu jest to nie tyle konflikt lokalny, co jeden z elementów wojny z Iranem. Wydaje się, że Izrael został do tych rozmów niejako przymuszony, aby Trump mógł odtrąbić swój sukces w szerzeniu pokoju na świecie i zademonstrować, że ma wpływ na swoich sojuszników na Bliskim Wschodzie. Zresztą od tego, co uda się ustalić w kwestii Libanu, będą zależeć także dalsze rozmowy z Iranem.

Przypomnijmy, że jednym z dziesięciu punktów zaproponowanych przez Iran było „całkowite zawieszenie broni na wszystkich frontach”. Mimo to już pierwszego dnia po zawieszeniu ognia między USA a Iranem Izrael zbombardował Liban, twierdząc, że zawieszenie broni ogłoszone przez Trumpa go nie dotyczy. Iran od samego początku, jeszcze przed zakończonymi fiaskiem negocjacjami w Islamabadzie, uważał, że do pokoju nie dojdzie, dopóki Izrael nie wycofa się z Libanu.

W czwartek 16 kwietnia Trump napisał na swojej platformie Truth Social: „Staram się dać Izraelowi i Libanowi trochę luzu. Minęło już sporo czasu, odkąd obaj przywódcy rozmawiali ze sobą, jakieś 34 lata. To się stanie jutro. Świetnie!”.

Zaproponował też spotkanie między Benjaminem Netanjahu a prezydentem Libanu Josephem Aounem. Ten ostatni jednak zwleka z podjęciem decyzji, być może obawiając się, że układanie się z Izraelem – choć konieczne – nie przysporzy mu popularności, za to łatwo będzie go później oskarżyć o uległość wobec Izraela. Libańscy politycy są w kwestii negocjacji sceptyczni i podzieleni, choć aktualnie większość popiera rozbrojenie Hezbollahu.

Niektórzy, na przykład szyicki przewodniczący libańskiego zgromadzenia narodowego Nabih Berri, są temu przeciwni, lub domagają się od pewniejszych gwarancji bezpieczeństwa przed kolejnymi atakami Izraela. Jednym z rozważanych scenariuszy pozostaje wycofanie się Izraela i rozmieszczenie w południowym Libanie neutralnych sił pokojowych.

A po co to Libańczykom?

Likwidacja Hezbollahu to dla aktualnego libańskiego rządu kwestia kluczowa. Nie chodzi jedynie o ustępstwo wobec południowego sąsiada, ale przede wszystkim o warunek odzyskania wewnętrznej stabilności. Od czasu ostatniego zawieszenia broni (listopad 2024 r.), przerwanego atakiem na Iran i ostrzałem Izraela przez Hezbollah, władze w Bejrucie bezskutecznie próbują rozbroić jego skrzydło zbrojne. Libańska armia pozostaje jednak niedofinansowana i słabsza od Hezbollahu. Pytanie, czy Liban jest w stanie samodzielnie rozwiązać ten problem, pozostaje otwarte, a sytuacja drażliwa. Każda decyzja niesie ryzyko: rząd, który dopuści do izraelskiej okupacji, może natychmiast stracić poparcie społeczne, ale nie rozwiązanie kwestii Hezbollahu może doprowadzić do wojny domowej.

Poza tym obecność Partii Boga w Libanie już dawno nie gwarantuje ochrony przed agresywnym sąsiadem z południa. Przeciwnie, jest dla Libanu zagrożeniem. Izrael bowiem nie dopuści do dalszego funkcjonowania nieprzychylnej sobie organizacji u swoich granic, a w celu jej dekapitacji jest w stanie zrównać Liban z ziemią. Hezbollah nie jest w stanie skutecznie walczyć z armią Izraela, dlatego – wzorem Hamasu – ucieka się do wojny partyzanckiej, przekonując jednocześnie Libańczyków, że bez niego południe kraju już dawno znalazłoby się pod izraelską okupacją.

Tymczasem w Libanie pogłębia się kryzys humanitarny. Od czasu wznowienia walk 2 marca w wyniku izraelskich ataków zginęły co najmniej 2124 osoby, w tym 254 kobiety i 168 dzieci, a ponad milion ludzi zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów. W tym samym okresie Hezbollah zabił dwunastu izraelskich żołnierzy i dwóch cywilów.

Jeśli izraelskie żądania nie będą spełnione, Liban może spotkać los Gazy.

Iran i Izrael mogą mieć powody, by do pokoju nie doszło

Obie strony mogą mieć interes, by zdusić w zarodku kruchy pokój.

Izrael – ponieważ dalsza działalność Hezbollahu stanowi dla niego alibi, które może uzasadniać kontynuowanie inwazji, a nawet okupację południowego Libanu. Iran – ponieważ dotychczasowy przebieg wojny był dla niego politycznie korzystny: zachował swoje struktury władzy, skompromitował administrację Trumpa, a także umocnił tych, którzy uważają Izrael za największe zagrożenie dla bliskowschodniego pokoju.

Utrzymanie Hezbollahu jest dla Iranu kwestią prestiżu i warunkiem utrzymania statusu lokalnego mocarstwa. Teheran od lat finansuje tę organizację i traktuje ją jako swoje kluczowe proxy. Libańska Partia Boga jest czymś w rodzaju straży przedniej rewolucji islamskiej, która w założeniu miała obejmować nie tylko Iran, ale cały świat muzułmański. Dlatego w Libanie Hassan Nasrallah, długoletni przywódca Hezbollahu, był postrzegany jako wykonawca poleceń przywódcy rewolucji, ajatollaha Chameneiego.

Irański system przez lata tłumaczył swoim obywatelom, że finansowanie szyickich rządów i organizacji paramilitarnych w regionie jest kluczowe dla strategii bezpieczeństwa: „Toczymy walkę w Syrii i Libanie, by nie prowadzić jej u nas”. Mimo że to właśnie ta polityka przyczyniła się do izraelsko-amerykańskiego ataku na Iran. Ale wydawanie milionów na wspieranie szyickich bojówek spotyka się z rosnącą niechęcią irańskiego społeczeństwa. Znamienny jest tutaj okrzyk wznoszony podczas antyrządowych protestów: „Ani Gaza, ani Liban, moje życie poświęcam Iranowi”. Który oznacza, że wielu Irańczyków sprzeciwia się finansowaniu zagranicznych konfliktów kosztem własnego bezpieczeństwa ekonomicznego.

Chociaż w tym momencie wojna z Ameryką i Izraelem spowodowała „zbieranie się wokół flagi”, i masowe wiece solidarności, nie oznacza, że ich członkowie popierają wszystkie decyzje Islamskiej Republiki.

Dziś, oprócz twardogłowych zwolenników rządu, solidarność wobec Libanu i Gazy topnieje. Irańczycy mają swoje problemy i są coraz mniej chętni by wspierać nie swoją wojnę.

Obronną ręką

Bez względu na wynik negocjacji Izrael wyjdzie z nich z pozycji dominującej. W przypadku ich powodzenia może liczyć na rozbrojenie Hezbollahu i pokój z Libanem, co pozwoli rządowi Netanjahu skupić się na dalszej aneksji Gazy i Zachodniego Brzegu. Jeśli jednak negocjacje nie dojdą do skutku, a Hezbollah pozostanie aktywny, Izrael zyska pretekst do kontynuowania wojny i zajęcia południowego Libanu. Długofalowo aneksja to przepis na kolejną katastrofę. Podobnie jak w Gazie, Izraelowi może się nigdy nie udać całkowicie zniszczyć islamskiej partyzantki, za to przysporzy jej popularności i da asumpt tym, którzy uważają, że z Izraelem należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Kolejna okupacja będzie się wiązała z nowymi przesiedleniami, a w najgorszym przypadku – z permanentną wojną domową. Liban jest bowiem krajem w głębokim kryzysie: bez stabilnej waluty, sprawnego systemu finansowego i podstawowej infrastruktury, przyjmującym 1,5 miliona syryjskich uchodźców. Do tego pozostaje silnie podzielony religijnie, dlatego przesiedlenie tysięcy szyitów z południa kraju byłoby przepisem na katastrofę.

Okupacja Libanu oznaczałaby także kontynuację wojny z Iranem – do czego Izrael od początku dążył i jest na to gotowy, zwłaszcza że ma w tym poparcie własnego społeczeństwa. Tylko co, jeśli mieliby się do niej włączyć kolejni gracze?

Przeciwny izraelskiej polityce względem Libanu i Gazy, prezydent Turcji Recep Erdoğan, zasugerował niedawno możliwość zaangażowania militarnego przeciwko Izraelowi. Doprowadziłoby to do bezprecedensowej sytuacji, w której członek NATO atakuje najważniejszego sojusznika Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Jest to jednak mało prawdopodobny scenariusz – nie po raz pierwszy Ankara rzuca podobne groźby, a ostra retoryka Erdoğana najpewniej służy przede wszystkim wzmocnieniu jego pozycji politycznej i wizerunku „muzułmańskiego lidera”.

Co z tego wynika?

Kluczowe nie jest dziś to, kto ma ideologiczną rację, lecz jakie rozwiązanie może przynieść choćby kruchy pokój albo utrzymać status quo. Islamska Republika Iranu chce zachować swoje wpływy w Libanie – to dla niej kwestia prestiżu i tożsamości i jest w tej kwestii nieustępliwa. Izrael z kolei nie jest w stanie zaakceptować obecności Hezbollahu przy swoich granicach. Trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym Benjamin Netanjahu rezygnuje z jego zniszczenia, zwłaszcza że Izrael pokazał, iż potrafi prowadzić operacje w Libanie samodzielnie.

To wielkie nieszczęście dla Libanu – niegdyś „Szwajcaria Bliskiego Wschodu”, a dziś między młotem a kowadłem historii. A jego społeczeństwo, rozdzierane przez podziały religijne, spogląda dziś bez nadziei na reakcję opinii międzynarodowej, choć każdy w inną stronę: Maroniccy chrześcijanie ku Watykanowi, sunnici ku Rijadowi i Ankarze, a szyici ku Teheranowi.

Ogłoszone właśnie przez Trumpa 10-dniowe zawieszenie broni (weszło w życie w czwartek, 16 kwietnia 2026 o godzinie 23 czasu polskiego), może być tylko kolejnym etapem tej wiecznej wojny. Dopóki ambicje Iranu i Izraela nie ulegną zmianie, oczekiwania pozytywnych rezultatów zbliżającego się spotkania powinny być skromne. Pajęcza sieć Netanjahu wytrzymała. Liban pozostaje zakładnikiem interesów obcych mocarstw.

Maciej Augustyn

Kulturoznawca i student iranistyki. Miłośnik autostopu i wszystkiego co na wschód od Polski. Wolontariusz i powsinoga z potrzeby serca.

Komentarze