Senat odrzucił kandydaturę Mateusza Szpytmy na prezesa IPN forsowaną w Sejmie przez niezwykłą większość: PiS i Konfederację, ale także PSL i części Polski 2050. Prof. Shore: „Jeśli chcemy budować lepszą przyszłość, musimy bezustannie zadawać sobie pytanie: jakie warunki umożliwiły terror i okrucieństwo? To nasza jedyna szansa...”
Radosław Korzycki: Czy demokratyczne państwo może prowadzić „politykę historyczną” bez narzucania oficjalnej wersji przeszłości?
Prof. Marci Shore*: Nie. Między innymi dlatego jestem przeciwko „polityce historycznej” jako takiej.
Czy większym niebezpieczeństwem niż fałszowanie faktów nie jest selekcja: opowiadanie wyłącznie prawdziwych historii o własnym bohaterstwie, z których usuwa się winę, współudział i moralną niejednoznaczność?
Selekcja jest oczywiście niezbędna w pisaniu historii, bo przecież nie da się napisać wszystkiego ani o wszystkim w jednym tekście. I siłą rzeczy selekcja – formowanie narracji – jest też formą manipulacji, nie ma wyjścia. Natomiast możemy przynajmniej starać się nie oczyszczać historii z tego, co jest dla nas niewygodne albo nieprzyjemne. Nie ma przecież żadnego narodu, którego każdy członek zawsze postępował bohatersko. To zawsze jest autoiluzja.
A dlaczego polityka historyczna tak dobrze pasuje do współczesnej populistycznej prawicy? Czemu walka o teraźniejszość tak często zaczyna się od walki o przeszłość?
Mitologizacja przeszłości jest klasyczną cechą prawicowej polityki. To nie jest coś nowego. Prawicowe ruchy i nacjonalistyczne reżimy wykorzystują nostalgię, pretensje, poczucie urazy. Każdy chciałby się czuć czysty, niewinny; każdy chciałby eksportować winę za nieszczęście na innych. To bardzo ludzki impuls.
IPN łączy pod jednym dachem archiwa, badania, edukację, upamiętnianie i pion prokuratorski. Czy samo skupienie tylu funkcji w jednej państwowej instytucji jest problemem?
Pewnie tak.
No właśnie. Przecież spór o nowego prezesa IPN dobrze pokazuje polityczny ciężar tej instytucji. Sejm wybrał Mateusza Szpytmę głosami PiS, PSL, Konfederacji i części Polski 2050, ale Senat jego kandydaturę odrzucił. Szpytma, podobnie jak były prezes IPN Karol Nawrocki, jest zawodowym historykiem. Obaj przeszli od badań do zarządzania instytucjami poświęconymi pamięci, no Nawrocki jeszcze dalej, wiadomo. Czy problem zaczyna się wtedy, gdy historyk zaczyna mówić w imieniu państwa?
Historia zawsze ma „publiczny sens”. Sama piszę dla szerokiej publiczności i do niej mówię. Byłoby obłudą z mojej strony, gdybym powiedziała, że my, naukowcy, powinniśmy zwracać się wyłącznie do siebie, rozmawiać o poważnych sprawach tylko między sobą. Natomiast mówić w imieniu państwa to coś innego. Nasze zadanie jako historyków polega na tym, by dotrzeć do prawdy o przeszłości i przekazać tę prawdę wszystkim – nawet wtedy, kiedy jest bardzo bolesna i nieprzyjemna.
Czy IPN kiedykolwiek zdał taki egzamin?
Myślę dzisiaj o Leonie Kieresie, który był prezesem IPN od 2000 do 2005 roku, czyli wtedy, kiedy Jan Gross wydał Sąsiadów i wybuchła ogromna debata wokół Jedwabnego. Historia Jedwabnego była wcześniej Kieresowi nieznana. Sprawa spadła na niego nieoczekiwanie, była jak najbardziej dręcząca. Stanął jednak na wysokości zadania. Zmobilizował całą ekipę naukowców z IPN, by jak najbardziej wyczerpująco zbadać tę historię. Te dwa duże tomy Wokół Jedwabnego, pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka, wydane przez IPN pod kierownictwem Kieresa, nie są oczywiście przyjemne w czytaniu, ale są ogromnie imponujące.
W Stanach Zjednoczonych Trump nakazał usuwanie ze Smithsonian Institution tego, co jego administracja nazywa „divisive” (dzielącym) lub promującym „anti-American ideology” (ideologię antyamerykańską). W lipcu Biały Dom zaostrzył z koleinacisk na National Museum of American History. Czy to po prostu amerykańska polityka historyczna?
Tak, jak najbardziej. Chociaż brakuje nam po angielsku tego wyrazu, to, co Ron DeSantis prowadzi na Florydzie, a teraz także Trump, jest właśnie polityką historyczną. My, Amerykanie, nie mamy niestety żadnej magicznej odporności na tę pokusę oszukiwania samych siebie, że należymy do narodu niewinnego od zawsze.
Trump chce, by publiczne instytucje budziły dumę z Ameryki. Czy dojrzały patriotyzm wymaga zgody na to, że część historii własnego kraju powinna zawstydzać?
Moim zdaniem „duma” i „wstyd” są niewłaściwymi kategoriami w tym kontekście. Lepiej zastanawiać się nad winą i odpowiedzialnością. Wina jest „przypadkowa”, w sensie: ewentualna, a posteriori: człowiek jest winny tego, co zrobił. Odpowiedzialność jest a priori: każdy z nas zawsze już ponosi odpowiedzialność.
Stany Zjednoczone są krajem zbudowanym na niewolnictwie. Ja nie jestem winna niewolnictwa, czyli czegoś, co miało miejsce przed moim urodzeniem. Natomiast jestem odpowiedzialna za patrzenie tej historii prosto w oczy i mówienie o niej prawdy. Jestem też odpowiedzialna za zmaganie się z konsekwencjami tej historii w teraźniejszości. Bez odpowiedzialności nie ma prawdziwej podmiotowości, czyli nie ma prawdziwej ludzkiej godności.
Trump przywrócił w federalnym nazewnictwie Mount McKinley [najwyższy szczyt górski Ameryki Północnej, w 2015 r. przemioanowany na Denali zgodnie z lokalną tradycją] zamiast Denali i nakazał federalnym instytucjom używać nazwy Gulf of America dla Zatoki Meksykańskiej. Dlaczego wojny o nazwy mają taką polityczną siłę?
Wszyscy wiemy, że polityka symboli ma realną siłę. Ogólnie rzecz biorąc, Trump ma obsesję na punkcie nadawania rzeczom własnych nazw – w tym często własnego nazwiska. To narcyzm już na poziomie parodii. Bez żadnej przesady choroba. Moim zdaniem lepiej byłoby nazywać ulice na przykład nazwami jagód, kwiatów, drzew itd.
Tymczasem Ukraina walczy z Rosją, która używa historii jako broni i uzasadnienia wojny. Czy państwo demokratyczne walczące o przetrwanie ma większe prawo do heroicznej, mobilizującej narracji? Jak nie odpowiedzieć na rosyjskie kłamstwa własną historią niewinności?
To jest strasznie trudna sytuacja. Ukraińcy przeżywają piekło codziennie, a ja nie czuję, że mam prawo im mówić, jak powinni postępować. To powiedziawszy, jako historyczka jestem skłonna wierzyć, że „usuwanie niewygodnych fragmentów” jest z reguły prędzej czy później samodestrukcyjne. Zresztą Freud miał rację, kiedy mówił o Wiederkehr des Verdrängten (red. – powrót wypartego).
Myślę często o świetnym eseju Wiktorii Ameliny o jej rodzinnym Lwowie, „Nothing Bad Has Ever Happened Here” (pol. „Tu nigdy nie wydarzyło się nic złego”) napisanym przez nią w Krasnogrudzie, niedługo przed tym, jak została zamordowana przez rosyjski pocisk. Dziś traktuję ten tekst – i jej myśl, że jeśli chcemy, by nasze miasto było prawdziwym domem, trzeba zaprosić duchy na śniadanie – jak dar, który nam zostawiła.
Czy obowiązek zmierzenia się z niewygodną przeszłością dotyczy również pamięci rodzinnej?
Jesienią zeszłego roku ukraińsko-kanadyjski dramatopisarz Andrew Kushnir przedstawił mi się w Toronto i poprosił o rozmowę. Wychowywał się w ukraińskiej diasporze i był – jest! – bardzo zaangażowany w Kanadzie na rzecz Ukrainy.
Osiem lat temu zmarł jego dziadek, znany zegarmistrz, który wyemigrował do Kanady z Galicji po wojnie. Andrew bardzo kochał tego dziadka, który był silną obecnością w jego dzieciństwie i młodości. Dopiero po jego śmierci wnuk dowiedział się, że jako bardzo młody mężczyzna jego dziadek pod koniec wojny służył w Waffen-SS Galizien.
Andrew podjął wtedy decyzję, by zbadać tę historię. Pojechał do Ukrainy, do Polski, gromadził materiały i napisał znakomitą autobiograficzną sztukę teatralną pod tytułem The Division. Ale teraz trwała wielka wojna i Andrew się wahał, czy jest to odpowiedni moment na wystawienie takiej sztuki. Zapytał mnie, co myślę: czy powinien ją wystawić, czy nie?
Powiedziałam mu: tak, sztukę powinien wystawić. I tak, właśnie teraz. Ostatecznie zarówno dla Ukraińców, jak i dla nas wszystkich wiarygodność polega nie na tym, że pochodzimy z narodu niewinnego od zawsze – bo żadnego takiego narodu nie ma – lecz na tym, że mamy uczciwość, by zmagać się z prawdą.
Sztuka została wystawiona z ogromnym sukcesem. Mam wielką nadzieję, że będą kolejne inscenizacje i w Ukrainie, i w Polsce. Gorąco polecam!
Czy właśnie to powinno być kryterium dojrzałej pamięci zbiorowej: zdolność do opowiedzenia o własnej wspólnocie czegoś, co jest dla niej bolesne i niewygodne, ale czego przemilczenie ostatecznie odbiera jej wiarygodność?
To powinno być kryterium dojrzałości jako takiej, tout court. Historia nie jest miła, a nasza historia nie jest historią tylko tych, którzy byli mili i sympatyczni. Są historyczne sytuacje, w których nie ma niewinnych wyborów, momenty, kiedy każdy możliwy wybór powoduje cierpienie, lub wiąże się ze zdradą. Mało kto wyszedł z nazizmu albo stalinizmu z całkowicie czystymi rękami. Nie da się zrozumieć ludzkiej kondycji bez zrozumienia takich momentów. Jeśli chcemy budować lepszą przyszłość, musimy zmagać się z przeszłością, i bezustannie zadawać sobie pytania na temat: jakie warunki umożliwiły terror i okrucieństwo? W jakich warunkach społecznych i politycznych moralność ulega załamaniu? To jest nasza jedyna szansa.…
Czy lepsza polityka historyczna, pluralistyczna i otwarta na krytykę, nie jest więc sprzecznością samą w sobie?
Niewykluczone, że „lepsza polityka historyczna” jest sprzecznością samą w sobie. Trzeba patrzeć na przeszłość otwartymi oczami i mówić o niej prawdę.
Kto jest dla Pani wzorem takiego mierzenia się z własną przeszłością?
Mój zmarły przyjaciel, austriacki pisarz i polonista Martin Pollack, był dla mnie wzorem pod tym względem. Jego książkę Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu – przetłumaczoną z niemieckiego zarówno na polski, jak i na ukraiński – powinien przeczytać każdy.
*Marci Shore – amerykańska historyczka idei, badaczka Europy Środkowo-Wschodniej, od minionego roku akademickiego profesorka University of Toronto, gdzie zajmuje katedrę europejskiej historii intelektualnej. Przez lata wykładała na Yale (2007–2025). Z Polską związana jest od lat 90.; jej pierwszy dłuższy pobyt w Warszawie przypadł na 1997 rok, a Polska stała się jednym z głównych pól jej badań. Jest m.in. autorką Caviar and Ashes, historii polskiej międzywojennej inteligencji zaangażowanej w komunizm, oraz tłumaczką na angielski Czarnych sezonów Michała Głowińskiego. Obecnie pracuje na Podlasiu nad nową książką. W sierpniu wraz z Timothym Snyderem odbierze przyznawany przez Fundację Pogranicze tytuł „Człowieka Pogranicza”.
Historia
Nacjonalizm
Władza
Jarosław Kaczyński
Donald Tusk
Instytut Pamięci Narodowej
Mateusz Szpytma
polityka historyczna
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze