0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.plFot. Tomasz Stańczak...

Agata Szczęśniak, OKO.press: Na marsz 4 czerwca zapraszają głównie takie osoby jak Krzysztof Materna, Wojciech Mann. Mężczyźni 50 plus. Nawet 60 czy 70 plus. Wśród nich Maja Ostaszewska (50 lat, ale kobieta) jest raczej wyjątkiem. Nie zniechęca cię to? Ty masz 26 lat i 4 czerwca będziesz przemawiać na marszu.

Antonina Majchrzak, miejska radna Platformy Obywatelskiej z Łodzi: Osobą, która to wszystko rozpoczęła, jest Dagmara Adamiak ze Szczecina. Zaczęła na Tik Toku organizować kampanię prawdy. Ogłosiła, że potrzebny jest marsz 4 czerwca. A potem opozycja przejęła jej inicjatywę.

Dagmara ma 27 lat, jest prawniczką.

Czyli Donald Tusk podchwycił to, co wymyśliła 27-letnia Dagmara Adamiak?

Tak. Myślę, że Donald Tusk się do tego przyzna. Dagmara też jest twarzą marszu 4 czerwca.

View post on Twitter

Oczywiście, ubolewam, że opozycja jest kojarzona z panem po pięćdziesiątce – w garniturze albo bez garnituru. Artysta, polityk czy dziennikarz, ale jest to pan po pięćdziesiątce. Myślę, że jeżeli na opozycji nie będzie widać młodych ludzi, młodych kobiet, to nigdy nie dojdziemy do głosu.

Cieszę się, że zostałam wybrana, żeby zabrać głos, bo to sygnał, że takie osoby jak ja zaczyna się powoli dopuszczać do głosu. Kropla drąży skałę.

Nie będziesz się czuła jak paprotka? Jedna dziewczyna poniżej trzydziestki, wyjątek, który ma dowodzić, że „młodych też mamy”.

Będę przemawiała z samorządowcami, samorządowczyniami, prezydentkami miast. To określenie „paprotka” funkcjonuje również w samorządzie. Sama niestety go używam. Ale ono dotyczy tych kobiet, dziewczyn, które głosu nie zabierają, są w samorządzie czy w polityce tylko dla statystyk. Na zasadzie: „Słuchaj, jesteś nam potrzebna na listę, żeby się zgadzała liczba kobiet”. To są paprotki, a nie dziewczyny i kobiety, które mają odwagę, żeby zabrać głos.

Nie zawsze mówię rzeczy, które mojej partii PR-owo odpowiadają. Chcę robić politykę na moich zasadach i na prawdzie. Więc na pewno nie będę się tam czuła jak paprotka i zdecydowanie będę mówiła prawdziwe rzeczy.

O czym powiesz?

O tym, jak mi się żyje jako młodej kobiecie. Jestem nie tylko politykiem, ale też pracownikiem zwykłej firmy, studentką, totalnie normalnym człowiekiem.

Przeczytaj także:

Moich pomysłów nikt nawet nie chciał ukraść

Polityczka to nie jest najbardziej oczywisty wybór profesji dla osoby w twoim wieku, a zwłaszcza dla kobiety. Dlaczego się zaangażowałaś i to nie w jakiś ruch społeczny, organizację pozarządową, tylko właśnie w partię?

Jestem bardzo upartą osobą. Przypadkiem w liceum zaczęłam mieć kontakt z osobami, które działały w młodzieżówce. Trafiłam na kilka fajnych osób, zaprzyjaźniłam się z nimi, na zasadzie kuli śnieżnej zaczęłam poznawać coraz więcej osób ze struktur politycznych i samorządowych.

To mnie doprowadziło do momentu, że zostałam asystentką społeczną w radzie miejskiej. Zaczęłam mieć kontakt z całym tym procesem uchwałodawczym, z tym jak funkcjonuje miasto. Byłam na praktykach darmowych urzędzie, miałam się okazję zapoznać, jak działa magistrat.

Jakieś 8 lat temu zaczęłam się bardzo interesować kwestiami związanymi z zielonym miastem, zero waste, zarządzaniem miastem w bardziej zrównoważony sposób. To zaczęło być popularne w social mediach i na Zachodzie, w Skandynawii.

Spisałam całą listę różnych pomysłów, typu: wymiana oświetlenia w budynkach należących do miasta na energooszczędne. Zachęcanie kawiarni na Piotrkowskiej, żeby kawa było o złotówkę tańsza, jeśli ktoś przyjdzie z własnym kubkiem. Żaden rocket science, bardzo proste rzeczy.

Poszłam z tą listą do ludzi, których poznałam w urzędzie i mówię: „Słuchajcie, jestem tylko studentką, nie mam żadnej mocy sprawczej, ale to są fajne pomysły, przyniosą oszczędności. Zróbcie to”.

I okazało się, że tych moich pomysłów nawet nikt nie chciał ukraść.

Wtedy to jeszcze nie był sexy temat. Nikt nawet na to nie spojrzał, mówiło się, że to jakaś hipsteriada. Pomyślałam, że spróbuję to zrobić własnymi rękoma.

Wystartowałam do Rady Miejskiej z okręgu, w którym mieszkałam. Udało mi się dostać ostatnie miejsce. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, bo kampanie robiłam sama. Dostałam się do rady i w lwiej części udało mi się zrealizować te pomysły.

A co ci się nie udało? Przed czym był największy opór? O co jeszcze będziesz walczyć?

Dobre pytanie. Kwestie związane z walką ze smogiem, wymiany tak zwanych kopciuchów. Bo tu wchodzi w grę współpraca Rady Miejskiej i sejmiku. W zeszłym roku wszystkie sejmikowe uchwały o tym, żeby wymienić nieekologiczne źródła ciepła, zostały wstrzymane ze względu na kryzys energetyczny. To się na pewno nie udało. Nie sądziłam, że nastąpi tak duży regres. W Łodzi jest bardzo dużo kamienic i tam wymiana tych kopciuchów to jest wyzwanie.

Ale dużo rzeczy się udało. A przede wszystkim jest ogromna zmiana podejścia mieszkańców. Chociaż ona jest torpedowana. Nie oszukujmy się, kiedy sytuacja gospodarcza wygląda tak, a nie inaczej, kiedy szaleje inflacja, dla ludzi proekologiczne i prośrodowiskowe wybory życiowe nie będą priorytetem. Będą wybierali to, co najtańsze.

To niestety zaczyna być walką z wiatrakami, a jest dla mojego pokolenia i wszystkich młodszych ode mnie pokoleń kwestią priorytetową.

My jako pierwsi zaczęliśmy naprawiać to, co poprzednie pokolenia zepsuły.

Donald Tusk mówi, że od swoich dzieci i z podróży, które odbywał jako szef Rady Europejskiej, dowiedział się, że kwestia klimatu jest ważna. Wierzysz, że jeśli zostanie premierem, na serio zajmie się tymi sprawami? Że nie będzie odkładał na później, będzie gotowy zaryzykować w tej sprawie? Że znajdą się pieniądze w budżecie? Bo na razie w tym, co Tusk mówi o klimacie, konkretu brak.

Takie osoby jak Donald Tusk wchodziły w dorosłość w zupełnie innym czasie niż moje pokolenie. Wtedy stawiało się tylko i wyłącznie na zysk, a niekoniecznie patrzyło na skutki. Staram się to zrozumieć i podchodzić z dużą wyrozumiałością, cierpliwie tłumaczyć, dlaczego dla nas klimat jest bardziej istotny niż zyski.

A czy liczę na to, że polityka Platformy Obywatelskiej będzie bardziej prośrodowiskowa i konsekwentna? Oczywiście, że tak. W tej chwili ta polityka na pewno nie jest idealna. Uważam, że polityka PO powinna być dużo bardziej nastawiona na troskę o klimat i kierowanie tam funduszy.

Mam nadzieję, że będzie podobnie jak z dochodzeniem do głosu młodych osób i kobiet. Zaczynałam z pozycji, kiedy nikt mnie nie słuchał, a teraz mam możliwość przemawiania do 200 tysięcy osób. Może zaczynamy od tłumaczenia, czemu to jest potrzebne, a za jakiś czas takie osoby jak ja będą decyzyjne? Na to liczę.

Nie chodzi o polityków, którym „wnuczka powiedziała”

Partie opozycyjne dużo teraz mówią o tym, że trzeba uderzyć do młodych, że to jest taki zasób, rezerwuar wyborczy, w którym kryją się nowe głosy. „Młodzi mogą pomóc wygrać z PiS-em”. Wiemy jednak, że osoby młode często niechętnie chodzą do wyborów. Choć w wyborach prezydenckich w 2020 roku zagłosowało prawie 65 proc. osób poniżej trzydziestki. Jestem ciekawa, jaki nastrój widzisz wśród osób w grupie wiekowej. Zniechęcenie polityką? Czy może przywiązanie do jakichś spraw, które mogą popchnąć młodszych wyborców do głosowania?

Pierwsza i najważniejsza rzecz jest taka, że

wcale się nie dziwię młodym ludziom, że nie chodzą na wybory. A to dlatego, że nie mają na kogo głosować. Nie mają swojej reprezentacji.

Ludzie w moim wieku i młodsi o czymś, z czym się utożsamiają, mówią, że to jest relevant, że jest rel.

Patrząc na to, kto jest na scenie politycznej i kto się garnie do startu do Sejmu, to nie ma tych ludzi relevant albo jest ich bardzo mało.

Ktoś, kto ma 18, 19, 20 czy 21 lat, nie widzi osób w zbliżonym wieku. Nie mówię, że na listach mają być sami 18-latkowie, ale jak oni mają głosować, nie widząc kogoś, kto rozumie ich problemy? Nie chodzi o polityków, którym „wnuczka powiedziała”. Tylko o ludzi, którzy ocierają się o te problemy, przeżywają je.

W Polsce nie mamy przekonania, że młodzi ludzie są potrzebni w polityce nie tylko jako wyborcy, ale też jako osoby które w tej polityce są i decydują.

To jest moim zdaniem ogromny problem.

W polskiej kulturze politycznej młodym ludziom mówi się: „Poczekaj, jeszcze przyjdzie twój czas, teraz to idź porozdawać moje ulotki. A za 10 lat, jak będziesz w moim wieku, to może damy ci jakieś miejsce”. To jest zniechęcanie! I odbieranie młodym wyborcom możliwości zagłosowania na kogoś, kto ich rozumie. Kto jest jednym z nich.

Co zamiast rozdawania ulotek i noszenia teczek?

Jestem totalnym wyjątkiem, jakimś egzotycznym przypadkiem, że mi się udało. Bo najpierw trzeba na liście upchać wszystkich swoich kolegów i koleżanki ze starych lat, a dopiero potem się zastanawiają, czy tego młodego by jeszcze gdzieś nie dać. Kończy się tak: „Dobra, to masz 13. miejsce. Próbuj!” A jak człowiek dostaje 13. miejsce, to nie zrobi kampanii, bo po co?

To jest niesamowicie zniechęcające.

A ja nigdy nikomu teczki nie nosiłam. I może dzięki temu mi się udało.

Ale młodzi ludzie już nie dają sobie wmówić, że „Słuchaj stary, będziesz ze mną nosił teczkę przez 5 lat, to pogadamy”. Bo są bardzo kompetentni, wykształceni. Słyszę takie argumenty, że aby być politykiem, trzeba nie wiem ile lat pracować w zawodzie, założyć rodzinę i tak dalej. A może ktoś nie chce zakładać rodziny?

Druga sprawa to kwestia kulejącej w Polsce edukacji społecznej i politycznej. Chodziłam do jednego z najlepszych łódzkich liceów. A moje lekcje WOS-u służyły do tego, żeby odrabiać pracę domową z matematyki. To nie było 30 lat temu, tylko 10 lat temu.

Wydaje mi się, że brak podstawowej wiedzy o tym, kto i w jaki sposób ma wpływ na nasze życie, skutkuje tym, że młodym ludziom się wydaje, że ich głos w wyborach nie ma znaczenia.

Nie mają pojęcia, jak funkcjonuje kraj, jak Unia Europejska wpływa na politykę krajową. Nie oszukujmy się, bez takiej wiedzy człowiek nie wie, dlaczego wybory są ważne.

To nie działa tak, że nagle pewnego pięknego dnia młodzi ludzie wysłuchają na Twitterze czy Facebooku przemowy jakiegoś polityka i stwierdzą: „O cholera! Faktycznie! Ma rację! Pójdę na wybory!” No nie. To wymaga zmiany całego podejścia liderów politycznych i edukacji.

A jakie masz przeczucia co do frekwencji w październiku?

Szczerze powiedziawszy, jeżeli listy będą takie, jakie były 4 lata temu, to nie liczyłabym na dużą frekwencję wśród młodych.

Moje pokolenie chce szybko widzieć efekty. I bardzo dobrze

Chciałam cię jeszcze zapytać o pokoleniowe przeżycie polityczne, czyli strajki kobiet z 2020 roku. Rozmawiałam o nich jakiś czas temu z moimi studentkami z dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS. Byłam zaskoczona, bo w ich wypowiedziach dominowało rozczarowanie. Nie pamięć o tym, jak wspaniałe było to doświadczenie, tylko właśnie rozczarowanie, że nie zostały potraktowane poważnie, że to był wielki wysiłek, z którego niewiele wynikło.

No na pewno jest ogromne rozczarowanie, jeśli człowiek poświęca emocje i czas, i nic z tego nie wychodzi. Ja bym się takim osobom nie dziwiła.

To był często pierwszy kontakt młodych ludzi z czynnym udziałem w życiu społecznym i politycznym. Bardzo często to był pierwszy moment, kiedy ci ludzie w ogóle zaczęli myśleć, że mogą jakoś wpłynąć na rzeczywistość. Jak ktoś się tak podrywa do działania, to liczy na to, że to przyniesie jakiś skutek. A w tym przypadku jest, jak jest.

Ja już wiem, że z polityką, byciem aktywistą czy społecznikiem jest tak, że 9 na 10 drzwi się nie otworzy. Bardzo często trzeba próbować aż do skutku.

Rozumiem, że bardzo chce się widzieć efekty swojego protestu i chęci zmiany. Nasze pokolenie jest takie, też jestem taką osobą: chcemy szybko widzieć efekty tego, co robimy i dostawać to, co chcemy. I bardzo dobrze.

Tylko że w polityce to tak niestety nie działa.

Bycie społecznikiem czy aktywistą wymaga ogromnej cierpliwości i wytrwałości.To kawał ciężkiej pracy. Bycie politykiem jest psychicznie bardzo obciążające.

A z drugiej strony: nie można się zniechęcać. Jeżeli w coś się bardzo głęboko wierzy, to nawet jeśli pierwsza próba się nie udała, nie można rezygnować.

Koledzy z zagranicy nas pytają

To dlaczego pójdziesz w marszu 4 czerwca?

Czuję się trochę głosem młodego pokolenia. Chcę walczyć z mitem, że młodym ludziom nie zależy na Polsce. Że młodzi tylko wyjeżdżają po studiach albo nawet przed studiami, że nikt tu nie zostaje, nikt młody nie chce zmieniać tej rzeczywistości.

Ale też dlatego, że jestem zmęczona i sfrustrowana wchodzeniem już nawet nie w młodą dorosłość, ale po prostu w dorosłość. Niepewnością, niestabilnością, trochę pogrzebanymi marzeniami. Nasi rodzice wychowali nas w przekonaniu, że jak będziesz ciężko się uczył i ciężko pracował, to ta twoja praca zostanie wynagrodzona. Będziesz mógł po studiach pozwolić sobie na to, żeby kupić mieszkanie, samochód, bezpiecznie żyć, założyć rodzinę.

A my zderzamy się z rzeczywistością. Te nasze starania wcale nie są wynagradzane. Wręcz przeciwnie, bo polityka społeczna jest taka, że nie wynagradza się ludzi ciężko pracujących i walczących o swoją przyszłość i marzenia. Jest to bardzo krzywdzące. Chcę pokazać, że to po prostu mi się nie podoba.

Powiedziałaś, że chcesz reprezentować ludzi którzy mają takie poglądy jak ty, czyli jakie?

Ciągle słyszę, że młodzi ludzie chcą tylko głosować na Konfederację, wyprowadzić nas z Unii. A ja uważam wręcz przeciwnie: Unia jest bardzo ważna dla naszego bezpieczeństwa i dalszego rozwoju. Bardzo ważne dla mnie jest to, żeby młodzi ludzie, młode kobiety miały zapewniony wybór tego, czy chcą zakładać rodzinę, czy nie. A jeżeli zdecydują się rodzinę założyć i zajść w ciążę, żeby bez strachu i bezpiecznie mogły tą ciążę donosić i urodzić dziecko.

W moim towarzystwie są dziewczyny, które zachodząc w ciążę, decydują, że będą ją kończyły za granicą. Boją się w Polsce dziecko rodzić po tych sytuacjach w poprzednich latach. To jest ogromne niebezpieczeństwo dla nas, młodych kobiet w kraju, w którym żadna z nas nie może czuć się bezpiecznie, zakładając rodzinę.

Chodzi też o to, żeby Polska była krajem demokratycznym i praworządnym. Zderzamy się z rzeczywistością, kiedy praworządność i demokracja są w Polsce niszczone. Nasi koledzy z zagranicy pytają, jak się w ogóle w tej Polsce żyje.

Czujemy się, jakbyśmy pochodzili z jakiegoś niedemokratycznego reżimu.

Co właściwie dla ciebie znaczą słowa „praworządność i demokracja”?

Przede wszystkim przestrzeganie trójpodziału władzy, niezależności tych wszystkich instytucji. Tego, żeby demokratycznie wybrane władze szanowały swoich obywateli i prawo. Żeby nie było pokątnych prób zmiany prawa. Żeby wybory były przeprowadzone zgodnie z prawem. Niedopuszczalne są te wszystkie próby podważania niezawisłości sądów.

Jak sobie przypominam, ostatni taki duży Marsz 4 czerwca i pierwszy, w którym szłam, to było jak pisałam maturę. W 2016 roku.

Już wtedy krzyczeliśmy, że grozi nam w Polsce dyktatura i żeby walczyć o wolność. Wtedy miałam 19 lat, teraz mam 26, a sytuacja jest taka sama, jak nie gorsza.

I marsz pomoże?

Marsz 4 czerwca na pewno nie jest rozwiązaniem. To nie jest plaster, który się przykleja na ranę. Ale jest to bardzo ważna w tym okresie przedwyborczym okazja, żeby pokazać, jak dużo osób nie zgadza się z tym, jak wygląda w Polsce stan demokracji czy całokształt polityki. Chodzi też o to, żeby pokazać siłę i jedność. Nie chcę powiedzieć, że to zrobi jakiekolwiek wrażenie na władzy, choć mam nadzieję, że zrobi. Ale po strajkach kobiet wiemy, że niekoniecznie tak to niestety działa.

Natomiast jest niesamowicie ważne, żeby pokazać, że ludzie w całej Polsce są zmotywowani, aby zmienić władzę, że te negatywne emocje można przekształcić w coś pozytywnego. Razem przejść przez stolicę. Zamanifestować. Pokazać, jak różnorodny jest ten tłum. To nie są tylko ludzie, powiedzmy, z KOD-u, często utożsamiani z emerytami w koszulkach „KonstytucJA”. W marszu 4 czerwca będą szli po prostu zwykli ludzie – nauczyciele, kierowcy, pielęgniarki, studentki. Ludzie, którzy nie są członkami partii. Tkanka obywatelska.

Co cię inspiruje? Muzyka? Filmy? Postaci historyczne? Inne polityczki? Donald Tusk przyznał, że słucha Sanah. A Ty?

Bardzo proste rzecz: mnie inspirują młode dziewczyny, z którymi mam okazję czasami rozmawiać na jakichś panelach, w ramach projektów mentoringowych.

Mówią, że dzięki mnie nabrały wiary w to, że one też mogą być w polityce. Spotkałam takie dziewczyny na Campusie Polska Przyszłości. To jest dla mnie największy motor napędowy. Jeżeli mogę choć jedną dziewczynę, młodą kobietę namówić do tego, że jest w stanie działać i mieć sprawczość…

Byłam ostatnio w programie „Czarno na białym” w TVN24 i dostawałam potem na Instagramie wiadomości właśnie od takich dziewczyn. To jest dla mnie inspiracja. Nie ma nic lepszego. Mega wzruszające. Staram się utrzymywać kontakt z takimi dziewczynami, wracać do nich, pytać, co się u nich dzieje, czy mogę jakoś pomóc. To jest największa frajda,

A jeśli chodzi o muzykę, to aktualnie słucham Peggy Gou.

Słucham dużo muzyki elektronicznej, bo mój tata mnie tym zaraził. Słucham też dużo jazzu. Po marszu 4 czerwca idę z tatą na koncert zespołu jazzowego w Warszawie.

Na zdjęciu: Radna Miasta Łodzi Antonina Majchrzak w dużej sali obrad, 27.02.2020 Łódź.

;

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Uczy na Uniwersytecie SWPS. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!” W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.

Komentarze