0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys/OKO.pressIl. Mateusz Mirys/OK...

„Jakie społeczeństwo zbudowaliśmy, jeśli trzeba dawać znać bliskim, że wróciłaś bezpiecznie do domu? Wypracowaliśmy strategie oporu, ale społeczeństwo nie pracuje nad strategiami usuwania źródła zagrożenia, karania gwałcicieli, zmiany definicji gwałtu, sprawiedliwych procesów. Mówią: dziewczyny zapisujcie się na kursy samoobrony. Nie zmienia to faktu, że zostałam zaatakowana. I mój napastnik nie poniósł odpowiedzialności” – mówi Nastya Podorozhnya, ukraińska aktywistka, założycielka Martynki, bota w Telegramie, który wspiera osoby uchodźcze z Ukrainy w Polsce.

JESTEŚMY TU RAZEM

Powoli wyczerpują się zasoby dobrej woli i możliwości pomocy ukraińskim rodzinom, które ratując się przed rosyjską agresją, próbują w Polsce mieszkać, pracować i uczyć się. Państwo nie wspiera już Polek i Polaków, którzy przyjmują uchodźców. Czas na nowo ułożyć relacje i szukać rozwiązań. Chcemy w OKO.press opisywać historie gości z Ukrainy, usłyszeć je od was. Czekamy też na listy polskich pracodawców, gospodarzy, wszystkich osób, które chcą napisać komentarz lub zgłosić pomysł. Piszcie na adres [email protected].

МИ ТУТ РАЗОМ

Поволі вичерпуються ресурси доброї волі та можливості допомоги українським родинам, які, рятуючись від російської агресії, намагаються жити, працювати та навчатися в Польщі. Держава більше не підтримує польок та поляків, які приймають біженців. Настав час заново формувати стосунки та шукати рішення. В OKO.press ми хочемо описати історії гостей з України, почути їх від вас. Також чекаємо на листи від польських роботодавців, господарів та всіх, хто бажає написати коментар чи подати ідею. Пишіть на [email protected].

  • Jak Martynka pomaga osobom queer?
  • Aborcja w Polsce i Ukrainie. Edukacja seksualna.
  • Wojna a życie kobiety.
  • Przemoc na polskich ulicach. Co powinniśmy zrobić ze sprawcami przemocy?

Przeczytaj także:

Krystyna Garbicz, OKO.press: W marcu Martynka obchodziła drugie urodziny. Bardzo się rozwinęłyście. Pracuje u was więcej osób, poszerzacie zakres tematów, którymi się zajmujecie, np. pomagacie osobom queer. Jak postrzegasz te zmiany?

Nastya Podorozhnya: Fajnie, że zauważyłaś, że wtedy nie koncentrowałyśmy się na prawach uchodźców LGBT+. Ludzie zgłaszają się do nas ze swoimi problemami, my szukamy, do kogo ich można przekierować. Jeśli się okazuje, że nie za bardzo jest do kogo, to zaczynamy to robić sami.

Chciałyśmy zrobić grupę wsparcia psychologicznego online dla osób, których bliscy walczą. Okazało się, że w Ukrainie ta potrzeba jest dość dobrze zaspokajana. Ale na przykład nasza grupa wsparcia dla młodzieży queer cieszy się dużym zainteresowaniem, ponieważ jest mniej podobnych inicjatyw. Trudno jest pomagać osobom transseksualnym, duża część społeczeństw(a) je osądza, nie przyjmuje, kwestionuje ich prawo do istnienia. W Martynce osoby trans czują się bezpiecznie, to jest dla mnie wzruszające.

To są osoby, które wyjechały, czy są w Ukrainie?

Martynka jest zarejestrowana w Polsce i tutaj pomagamy uchodźczyniom, ale też często ludziom w Ukrainie. Na przykład kobietom, które uciekają od przemocy domowej.

To niespodziewany efekt wojny: jeśli kobietę bije mąż, ma możliwość wyjechania z kraju i on nie będzie mógł pojechać za nią.

Latem 2022 r. zwróciła się do nas kobieta, którą pobił mąż. Zadzwoniła na policję i go zabrali. Kobieta pisze, że ma dziesięć dni, żeby uciec. Pyta, czy możemy jej pomóc. Przywiozłyśmy ją z dzieckiem do Krakowa. Jeszcze wtedy nie miałyśmy własnego schroniska dla uchodźczyń z doświadczeniem przemocy. Wedle mojej wiedzy ta kobieta nadal mieszka w Polsce i nie ma kontaktu z mężem.

Nie planowałyśmy pomagać osobom queer, ale teraz to jest duża część naszej pracy. Mamy psychologów, nie takich, którzy mówią, że są queer friendly, a takich, którzy brali udział w kursach, sami należą do społeczności queer i rozumieją specyfikę problemów, z którymi stykają się ci ludzie. Często to są problemy w rodzinie, samotność, problemy adaptacyjne, terapia hormonalna, kwestie tranzycji, dysforii płciowej, kiedy wygląd twojego ciała zadaje ci ból. Psycholodzy, którzy po prostu są friendly, często mylą zaimki. Zadają pytania typu: ale tak naprawdę to czujesz się kobietą?

Wasze posty na Instagramie są informacyjne, zwięzłe, klarownie tłumaczycie różne zjawiska.

Tak, przytaczamy badania, podajemy źródła. Staramy się edukować uchodźczynie, migrantki. Tę część naszej pracy jest trudno sfinansować, ponieważ to przecież są „po prostu rysuneczki”. Jednak te rysuneczki budują zaufanie. Od naszej komunikacji zależy, jak nas będą odbierać. Wydaje mi się, że naszemu zespołowi udaje się w przyjazny sposób opowiadać o tak naprawdę bardzo hardkorowych rzeczach.

Edukacja wokół aborcji

Kiedy googlujesz „aborcja”, to po ukraińsku wyskakują ci następujące rzeczy: radykalnie fundamentalistyczne chrześcijańskie strony internetowe, które oskarżają osobę w ciąży, że jest grzesznicą i powinna dać dziecku zobaczyć słoneczko. Widzisz też ukraińskie NGO Jurfem, ale jest to organizacja prawnicza. I Martynkę.

Nie znalazłam innego ukraińskiego NGO, które na taką skalę zajmuje się edukacją. My wyjaśniamy, czym jest aborcja farmakologiczna, chirurgiczna, jakie są jej skutki. Przełamujemy stereotypy, konsultujemy bezpośrednio. Nie planowałyśmy tego, nie wiedziałyśmy nawet, że są aż takie braki w edukacji.

W ukraińskim społeczeństwie temat aborcji nie jest tak polaryzujący. W Polsce to temat polityczny. Jak postrzegasz różnice pomiędzy Ukrainą a Polską dotyczące tej kwestii?

Wspaniałe polskie aktywistki, Aborcyjny Dream Team, moje idolki i jednocześnie koleżanki, z którymi współpracujemy, były w stanie nauczyć dużą część społeczeństwa jak działa aborcja i jak bardzo jest bezpieczna.

Dzięki pracy aktywistek w Polsce z wiedzą na temat aborcji jest lepiej niż w Ukrainie. Jednak w Ukrainie jest mniejsza presja.

Kiedy jesteś w ciąży w Polsce i z jakiejś przyczyny musisz dokonać aborcji, możesz poczuć się tak, jakby połowa społeczeństwa patrzyła ci pod spódnicę.

Wszyscy o tym rozmawiają. Do tego w taki zdehumanizowany sposób, skupiając się na dziecku, które może się urodzić, a nie na tobie i twojej sytuacji życiowej.

W Martynce pomogłyśmy setkom uchodźczyń zrobić aborcje.

Od początku 2024 roku miałyśmy już ponad 500 zgłoszeń o pomoc i około 20 proc. dotyczyło praw reprodukcyjnych.

Są to historie od przypadków, kiedy kobieta wie, że dziecko umrze przy urodzeniu, po gwałty i sytuacje typu: „mój partner mnie zostawił, nie mam domu w Ukrainie i dopiero co przyjechałam” albo „nie jestem gotowa”. A każde dziecko zasługuje na to, by urodzić się otoczone wielką miłością.

W Martynce opiekujemy się teraz dzieckiem, którego matkę zgwałcono. Zdecydowała się urodzić. Zaczęłyśmy jej pomagać w późnych tygodniach ciąży, przeniosłyśmy ją do Polski z innego kraju i tutaj bezpiecznie urodziła. Na moje urodziny robiłam zrzutkę, aby kupić dziecku kask korekcyjny, ponieważ jego czaszka rozwija się nieprawidłowo. Kiedy te wszystkie trudności przytrafiają się mamie, która szczerze kocha swoje dziecko, to wyzwanie do pokonania.

Ta ciąża nie była planowana, jest skutkiem wojny, ponieważ gdyby dziewczyna była bezpieczna w Ukrainie, nie wyjechałaby i nie byłaby narażona na wykorzystanie w innym kraju.

W Martynce wspieramy każdą kobietę, która zdecydowała się na aborcję, ale wspieramy również te kobiety, które pomimo trudności finansowych, wojny, problemów psychologicznych chcą mieć dziecko.

Czyli uchodźczyni była wykorzystywana seksualnie? Mało mówimy o handlu ludźmi w związku z wojną rosyjsko-ukraińską.

Ze względu na okoliczności rodzinne matka tej dziewczyny została zmuszona do powrotu do Ukrainy, ona została sama w obcym kraju. Tam weszła w związek. To jest powszechny model. Mocne uczucia, które pojawiają się w sytuacji poczucia zagrożenia związanego z wojną. Potem mężczyzna zmusza do nagrywania się na kamerkę, zapoznaje z narkotykami, wreszcie sprzedaje seks z nią innym, nagrywa seks bez jej zgody.

To jedna z takich sytuacji. Ta dziewczyna jest wojowniczką, trzyma się pomimo depresji i hardkoru, którego doświadczyła. Mimo młodego wieku super radzi sobie z dzieckiem.

Przykre jest jednak to, że uchodźczyni, która była ofiarą handlu ludźmi, nie ma tu prawa do statusu uchodźcy, ponieważ przyjechała z innego europejskiego państwa. Ustawodawstwo nie uwzględnia niuansów. Musiałyśmy jechać z nią do Lwowa i po dwóch dniach wróciłyśmy do Krakowa, dopiero wtedy wyrobiłyśmy jej PESEL UKR. Inaczej nie mogłaby rodzić bezpłatnie. To jest absurd. Ciągałyśmy ciężarną dziewczynę dla pieczątki… pracowniczka Martynki googlowała, jak odbierać poród w pociągu.

Pomocy coraz mniej

Od fundacji, które pomagają uchodźcom z Ukrainy, słyszę, że z Polski wycofuje się wiele organizacji międzynarodowych, które je wspierały. Mówią, że sytuacja się ustabilizowała, w świecie są inne konflikty zbrojne, więc przerzucają się tam. Co o tym sądzisz?

To jest naprawdę straszne. Co trzecia organizacja partnerska, która nas wspierała, już tego nie robi, bo wycofała się z Polski. Mam pieniądze na dwa-trzy miesiące. Tu pomagam przy porodzie, tam organizuję pogrzeb… Zorganizowałyśmy 220 godzin bezpłatnych konsultacji psychologicznych dla uchodźczyń, a ja nie wiem, czym mam zapłacić swoim wspaniałym pracowniczkom. To jest życie w stresie. Odbija się niestety na moim zdrowiu.

Ale robię to, w co wierzę.

Tymczasem ośrodki dla uchodźców są zamykane. Do naszego schroniska dla osób, które doświadczyły przemocy, chcą dostać się inni „zwykli” uchodźcy, bo nie mają gdzie mieszkać. Zamknął się punkt recepcyjny dla uchodźców z niepełnosprawnością organizacji Mudita.

Zamykane są też ośrodki, w których mieszkali Romowie z Ukrainy.

To oznacza wysokie ryzyko bezdomności. I powiem ci, na czym polega problem. Duże organizacje międzynarodowe, z ogromnymi budżetami, w Parlamencie Europejskim opowiadają, że tak dobrze sobie poradziły w Polsce oraz w innych krajach, że nie ma zjawiska handlu ukraińskimi uchodźcami. A spodziewały się wzrostu tego procederu podczas kryzysu uchodźczego tych rozmiarów.

Żyją w innym świecie.

Wnioskując o pieniądze, słyszałam: zróbcie raporty (w których regionach więcej gwałcą!), zróbcie stronę internetową, fotografie z waszej pracy. Pytają, ile telefonów dostajemy. Jesteśmy innowacyjne. Pomagamy przez czat-bota. Mam robić zdjęcia zapłakanej nastolatki pod gabinetem ginekologa?

Nie chciałybyście współpracować na przykład z lokalnymi władzami?

Chętnie. Oprócz naszego w Krakowie nigdzie nie ma schroniska dla kobiet z doświadczeniem przemocy. Możemy pomagać kobietom. Otwórzmy kilka takich schronisk z utajnionymi adresami. Według koncepcji Martynki schronisko ma wyglądać jak prywatne mieszkanie. Nie chcemy hosteli z piętrowymi łóżkami. Chcemy stworzyć domowy klimat, żeby człowiek mógł dojść do siebie.

Nasze pracownice pomagałyby w znalezieniu pracy, szkoły dla dziecka itd. Może nowy prezydent miasta będzie zainteresowany współpracą z nami. Mogłybyśmy współpracować też z biznesem, na przykład branżą kosmetyczną czy konsulatami innych państw. Ciągle myślę o jakichś modelach finansowania.

„Pomyślała pani o innych potencjonalnych ofiarach?”

Co mówią uchodźczynie z Ukrainy, kiedy dowiadują się o sytuacji z aborcją w Polsce. Jakie mają wrażenia po wizytach u ginekologa?

Niestety, w Polsce często łamane są prawa pacjenta. 20-letniego chłopca i dziewczynę, którzy przyszli po antykoncepcję awaryjną, ginekolog zapytał: „Macie 20 lat i uprawiacie seks?”.

Słyszymy od kobiet, że w Ukrainie lekarze lepiej traktują pacjentki. Jeśli dziewczyny mają na to siłę, zachęcamy je do pisania skarg do Rzecznika Praw Pacjenta. Ważne jest zgłaszanie wszelkich naruszeń regulaminu po to, żeby rzecznik mógł zbierać takie przypadki. Żeby takie organizacje jak Federa, Martynka, ADT miały argumenty: patrzcie, ile osób skarżyło się na złe traktowanie przez ginekologów, kobietom odmawiają legalnej aborcji, antykoncepcji awaryjnej, trzeba coś z tym robić.

W zeszłym roku została zgwałcona nastolatka, uchodźczyni z Białorusi. Chodziłam z nią do lekarza jako tłumaczka. Zdecydowała, że nie będzie zgłaszać sprawy na policję. Miesiąc później chciała jednak się zbadać pod kątem chorób i infekcji przenoszonych drogą płciową. Na Znanym Lekarzu wybrałam ginekolożkę, która miała najlepsze opinie. Kobiety pisały, że jest progresywna, dobra. Wybierałam jak dla siebie.

I podczas wizyty ginekolożka zaczyna besztać ją za to, że nie zgłosiła tego na policję, mówiąc: „Pomyślała pani o innych potencjonalnych ofiarach?”. Nastolatka płacze. Lekarka mówi: „Dlaczego pani mi to powiedziała? Teraz stoję przed trudnym dylematem: samej zgłosić to na policję czy nie”.

Jako Martynka dajemy kobietom swobodę w tej kwestii. W Polsce rzeczywiście jest obowiązek zgłaszania przestępstwa, ale jest on administracyjny, czyli tak naprawdę nie przewiduje kary. Chyba że jest to poważne przestępstwo, na przykład gwałt zbiorowy czy pedofilia, morderstwo, wtedy mamy obowiązek poinformować. Za zatajenie jest już kara. Jeśli jest to „tylko” gwałt, to masz administracyjny obowiązek poinformowania organów ścigania. Pracownicy socjalni (ja w tej sytuacji) albo lekarze zwykle zakładają jednak, że nasza praca jest możliwa dzięki poufności i dyskrecji. W Martynce nie zmuszamy do niczego, ponieważ kobiety bałyby się do nas się zwracać.

Lekarka doprowadziła dziewczynkę do łez i postawiła ją przed wyborem:

„Albo dzwonię teraz na policję, oni zabierają cię i składasz zeznania, a dopiero potem przeprowadzamy badanie, albo wychodzicie z gabinetu, idę do recepcji, odwołuję wizytę i udajemy, że jej nie było”.

Nastolatka patrzy na mnie, nie wie, co robić. Dla mnie to było trudne, ponieważ tłumaczyłam te okropne słowa dziecku. Mówię do niej po rosyjsku, że nie powinna podejmować żadnej decyzji, możemy pójść do innego lekarza. Wyszłyśmy.

Ginekolożka podeszła do recepcjonisty i powiedziała: „Tej wizyty nie było”.

Wyjaśniłam dziewczynce, że nie powinna zostać tak potraktowana i nie ma obowiązku narażać się na dodatkową traumę, jeśli brakuje jej siły na zgłoszenie gwałtu. I że nie ponosi odpowiedzialności za potencjalne nowe ofiary. To wina gwałciciela. Oraz że ma prawo do badania. Poszłyśmy do innej ginekolożki i ona nawet nie wzięła od nas pieniędzy. Była delikatna i profesjonalna. Teraz w Krakowie staram się dziewczyny wysyłać do niej.

Wybór ginekolożki chyba nie powinien przypominać szukania szmaragdów?

Właśnie. Chociaż ta poprzednia ginekolożka miała setki dobrych opinii. Miałyśmy też inną historię ze zgwałconą 19-latką, która poszła na policję. Zawieźli ją na badania do ginekolożki, która miała pobrać dowody gwałtu. Udzieliła pierwszej pomocy medycznej. Antykoncepcja awaryjna? – nie da, bo klauzula sumienia.

Zgwałcona 19-latka, a ginekolożka zasłania się klauzulą sumienia. Może trzeba było wybrać inny zawód?

Policjant, który przywiózł dziewczynę do szpitala, zadzwonił do naszej wolontariuszki i powiedział, że nie dostała pigułki. Policja nie zna lepszego sposobu, by pomóc kobiecie, której zagraża ciąża z gwałtu, niż telefon do wolontariuszki małej organizacji non-profit i prośba: zróbcie coś. Taką mamy sytuację z prawami reprodukcyjnymi i zachowaniem ginekologów.

Oprócz tego mamy złe doświadczenia z pogotowiem. Dziewczyna z Wrocławia złamała nogę i nie mogła dostać się do szpitala. Poradziłyśmy jej, aby zadzwoniła po karetkę, ale nie chcieli z nią rozmawiać, bo mówiła po ukraińsku. Według niej operator początkowo mówił, że jej pomoże bez tłumacza, a następnie odmówił jej wysłuchania. Było jeszcze gorzej: Niko, operatorka infolinii, zadzwonili po karetkę. Tam zapytano, dlaczego jej koleżanka nie zadzwoniła sama. A kiedy Niko poinformowali, że odmówiono jej usług, ponieważ mówiła po ukraińsku, operator pogotowia zaczął krzyczeć (!), że to kłamstwo, mają wielu tłumaczy, a dziewczynie nie mogli odmówić z tego powodu.

„Jakie społeczeństwo zbudowaliśmy, skoro trzeba bliskim pisać, że wróciłaś bezpiecznie?”

W marcu, na pogrzebie Lizy – Białorusinki, która została napadnięta i zgwałcona na warszawskiej ulicy, powiedziałaś, że ty przeżyłaś (po próbie gwałtu), a Lizy z nami już nie ma. Jak sobie tłumaczysz obojętność, która spotkała Lizę?

Pamiętam, jak bardzo zmieniło się moje podejście do bezpieczeństwa na ulicy, kiedy w nocy w centrum Krakowa sama zostałam zaatakowana. Mnie też nikt nie pomógł. Wiem na pewno, że gdzieś tam byli ludzie i że słyszeli mój zwierzęcy krzyk. Miałam szczęście, że zaatakował mnie psychicznie niestabilny mężczyzna. Zatykał mi usta, krzyczałam, broniłam się i mocno podrapałam mu twarz. Uciekł. Sama siebie uratowałam.

Po tym wydarzeniu zaczęłam wsłuchiwać się, kiedy ktoś krzyczy. Zawsze wyglądam przez okno, kiedy słyszę krzyk – obserwuję sytuację, czy ktoś się bawi, czy gdzieś potrzebna jest pomoc.

Chcę, żebyśmy wszyscy zastanowili się i pomyśleli, jak źle to o nas świadczy jako o społeczeństwie. Normą kulturową jest mówienie: „napisz, jak wrócisz do domu”. Jakie społeczeństwo zbudowaliśmy, jeśli trzeba pisać, że wróciłaś bezpiecznie? Wypracowaliśmy strategie obrony, ale społeczeństwo nie pracuje nad strategiami usuwania źródła zagrożenia, karania gwałcicieli, zmiany definicji gwałtu, żeby procesy były sprawiedliwe itd.

Mówią: dziewczyny, zapisujcie się na kursy samoobrony. Nie zmienia to strasznego faktu, że zostałam zaatakowana. I mój napastnik nie poniósł konsekwencji.

Dlaczego?

Poniósł odpowiedzialność do pewnego stopnia. Otrzymał zakaz zbliżania się i niewielki mandat – nie uznano, że była to próba gwałtu. Został skazany jedynie za naruszenie nietykalności cielesnej (przedstawiłam sądowi zdjęcia moich obrażeń twarzy). W innej sprawie, gdzie pozwałam policjantów za niedopełnienie obowiązków służbowych w tej sytuacji (bo puścili mojego napastnika, nie spisali poprawnie jego danych oraz namawiali mnie, bym nie zgłaszała sprawy na policję), prokuratura w ogóle uznała, że nie zostałam zaatakowana, tylko doszło do „szarpaniny”. Bardzo mnie bolało, że nie dość, że policjanci nie zostali uznani za winnych, to jeszcze nazwano atak na mnie szarpaniną.

Kary są ważne, ci ludzie powinni odbyć resocjalizację. Chcę, żeby mogli normalnie funkcjonować w społeczeństwie. W sądzie dowiedziałam się, że mój napastnik ma troje dzieci.

Teraz Martynka zaczęła pomagać ukraińskiej rodzinie, mieszkają w Polsce. Mąż weteran bije swoją żonę.

Nie może odejść?

Raz próbowałyśmy. Według statystyk potrzeba od 7 do 12 prób, żeby kobieta ostatecznie odeszła. To jest ogromne wyzwanie – resocjalizacja weteranów.

To, że oni nie poradzą sobie psychicznie, odbije się na ich rodzinach.

Już się odbija. W Ukrainie jest godzina policyjna i wtedy, w godzinach wieczornych, najczęściej dzieje się przemoc. Kobieta nie może uciec, opuścić domu.

Tymczasem w Polsce nie ma dobrych mechanizmów resocjalizacji i terapii korekcyjnej dla sprawców przemocy. Chcę o tym krzyczeć. Nie mamy też idealnego wsparcia dla ocalałych. Na przykład w Gdańsku nie ma żadnego schronienia dla osób, które przeżyły przemoc.

Teoretycznie istnieje możliwość terapii korekcyjnej sprawców przemocy w systemie Niebieskiej Karty. Powinny to realizować ośrodki pomocy społecznej. Jednak ich pracownicy nie są w tym przeszkoleni. Nie mamy dobrych trenerów, nie ma dobrej metody. Zdaje sobie sprawę z tego, że takich przypadków będzie więcej. Ukraińskie rodziny weteranów, którzy przyjechali do Polski, będą się do nas zwracać.

Nie wydaje ci się, że polskie władze trochę myślą tak, że Ukraińcami zajmą się Ukraińcy?

W Polsce w Niebieskiej Linii nie starcza ludzi, którzy przeprowadzają terapię korekcyjną dla sprawców przemocy. Żadna organizacja mężczyzn tym się nie zajmuje.

Zacznijcie od pomocy Polakom.

W waszym kraju będzie mieszkać dużo weteranów, nie mówiąc już o tym, że i polska sytuacja jest niestabilna.

Oprócz ginekologów chodzicie razem z ocalałymi z przemocy też na policję. Co tam obserwujecie?

Najbardziej mnie frustrują momenty, kiedy kobieta ośmiela się zgłosić przestępstwo, a będzie musiała wiele udowodnić i wysłuchać. Mnie na przykład pytali, w co byłam ubrana, jakie mam oceny na uniwersytecie.

Ogromnym problemem jest słaba często jakość tłumaczenia w policji i sądach.

Ostatnio zajęłyśmy się sprawą Ukrainki, którą sąsiedzi, grupa migrantów z innego kraju, wyrzuciła przez balkon. Podejrzewamy, że coś namieszali jej do drinka. Miała połamane kości, przeszła operację kręgosłupa. Może też doszło do gwałtu. Dowiedziałyśmy się o tym półtora miesiąca po wydarzeniach. Nasi adwokaci byli zszokowani, kiedy zapoznali się ze sprawą. Wyobraź sobie: policja zaniedbała to, nawet nie zabezpieczyła wideo z monitoringu!

„Jesteśmy migrantkami, żadna z nas nigdy nikogo nie grzebała w Polsce”

A w sprawie Lizy – jesteś w kontakcie z jej partnerem?

Cały czas. Danyło jest Ukraińcem. Kiedy to się wydarzyło, postanowił opowiedzieć o tym lokalnemu medium dla Ukraińców w Polsce. Ludzie zaczęli oznaczać nas w komentarzach. I tak się skontaktowaliśmy. Czuję ogromną wdzięczność za to, że Danyło nam zaufał. Znalazłyśmy biuro pogrzebowe. Jesteśmy migrantkami, żadna z nas nigdy nikogo nie grzebała w Polsce. To było straszne, ale jednocześnie wzmacniające doświadczenie. Rano nic o tym nie wiesz, wieczorem już jesteś jak czatGPT.

Właścicielkami biura pogrzebowego „Mój anioł” były kobiety. Nie zarobiły na tej sprawie, a zadbały o każdy szczegół. Na ścianie obok trumny z Lizą były puszczane z projektora fale morza. Liza lubiła podróże, morze. Poprosiłyśmy, żeby ludzie przynosili białe kwiaty, Liza lubiła biały kolor. Była muzyka, która podobałaby się Lizie.

Pogrzeb był taki ludzki, godny.

Wiadomo coś o tym, jak toczy się sprawa?

Napastnika Lizy znaleziono niemal od razu. Dlaczego? Ponieważ to było straszne przestępstwo.

Niestety w Polsce można spodziewać się sprawiedliwego sądu, jeśli jest to sprawa medialna oraz szczególnie drastyczna.

Pomagałyśmy dziesiątkom kobiet, które doświadczyły gwałtu, a skazano dotychczas tylko jednego oprawcę – była to drastyczna sprawa, gdzie grożono zabójstwem i zgwałcono w lesie uchodźczynię z niepełnosprawnością intelektualną. No i drugim takim przypadkiem, gdzie jeszcze nie doszło do wyroku, ale przynajmniej napastnik znajduje się na czas śledztwa w miejscu ograniczenia wolności, jest zabójstwo Lizy w Warszawie.

W większości innych przypadków – gwałty w akademikach, na imprezach, ze strony byłych chłopaków – sprawy są bagatelizowane i umarzane, różnorodne dowody i świadkowie są bardzo często ignorowani.

Moja koleżanka, białoruska feministka, która zorganizowała marsz, zrobiła reels, w którym pokazuje, że póki Liza była w szpitalu, były komentarze typu, dlaczego łaziła sama, gdzie był partner, a kiedy zmarła – oj, biedna dziewczyna.

Liza cieszyła się dużym zainteresowaniem tabloidów, Martynka przejęła od Danyła komunikację z nimi, ponieważ to było przerażające. Nadsyłali pytania typu: Czy spojrzysz w oczy mordercy? Na pogrzebie odprowadzałam Danyła do toalety i za nami poszedł dziennikarz z kamerą. Trumnę z Lizą spuszczają do ziemi, a dziennikarz z tabloidu wpycha się tam z telefonem.

Chcemy, żeby proces zabójcy Lizy był jawny.

Po to, żeby media były obecne i opowiadały, co się dzieje. Martynka chcę wystąpić jako oskarżyciel posiłkowy. Według optymistycznej prognozy pierwsza rozprawa odbędzie się na przełomie roku. Przy czym zabójca przyznał się do przestępstwa. Pojawi się pewnie kwestia poczytalności sprawcy. Istotne też jest jakiego biegłego powoła prokuratorka Hanna Stachowicz i co on zdecyduje.

Oprócz tego powinniśmy pomyśleć nad wsparciem rodzin sprawców przemocy. Kiedyś pomaganie np. osobom uzależnionym od narkotyków było kontrowersyjne. Jako społeczeństwo już jesteśmy przygotowani do tego, żeby pomagać w terapii osobom, które stosują przemoc oraz ich rodzinom.

Ludzie, którzy przeżyli przemoc, często czują się samotni. Po jakimś czasie ich najbliżsi wracają do swoich spraw, a ta osoba nadal żyje z bólem. Ważne jest, żeby były organizacje, które miałyby takie zadanie – wspierać. Chcę żyć w takim społeczeństwie, w którym, jeśli wydarzy się ze mną coś złego, to będę miała do kogo się zwrócić. Chcę, żeby innym dziewczynom, które zostały napadnięte, było łatwiej, niż mi. Warto w to inwestować. Stabilne wsparcie pomoże nam kontynuować naszą pracę.

Wesprzeć Martynkę można tutaj.

;
Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką, „ambasadorką” Ukrainy w Polsce. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media.

Komentarze