Od kilku tygodni nie może mnie opuścić poczucie niesprawiedliwości, bezsilności i wściekłości. Obecna rozszerzona matura z polskiego zwyczajnie krzywdzi uczniów – pisze polonistka Justyna Drath
Kiedyś wzór idealnego nauczyciela literatury stanowił skaczący na stołach Keating ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, który na jednej z pierwszych lekcji każe wyrywać z podręcznika drętwą formułkę teoretyczną opisującą piękno poezji, sprowadzone do prostych wykresów. Dzisiejsza CKE byłaby nią zachwycona.
Marzenia strukturalistów, aby humanistyka była „poważną nauką”, poszły chyba za daleko. Obecna rozszerzona matura z polskiego krępuje oddech, nie pozwala na wykazanie się niczym istotnym ani dla społeczeństwa, ani Akademii i zwyczajnie krzywdzi uczniów, a w rezultacie – przyszłych studentów.
Dlatego tym niszowym tematem powinni zainteresować się wszyscy.
Jeśli myślicie, szanowni czytelnicy, że wyjątkowo długie i beztroskie wakacje są przypisane maturzystom oczekujących na rok akademicki, to już nie ma czego zazdrościć.
W drugim tygodniu lipca spływają wyniki egzaminu i przyszły kwiat naszego narodu jest zmuszony do szeregu działań formalnych i życiowych: składania papierów i podań. Przypomnijmy, że matura to teraz jednocześnie egzamin na studia.
A od kilku lat to reakcja na wyniki, nie tyle przygotowanie do nich, zabiera najwięcej stresu.
Również i mnie – polonistce z wieloletnią praktyką. Większość tegorocznych wakacji prowadziłam korespondencję z moją dawną grupą rozszerzeniową. Niestety, zamiast rozmawiać o tym, jak spędzają czas albo czy podobała im się „Odyseja” Nolana, pisaliśmy głównie o interpretacji punktacji rozszerzonej matury z polskiego i o tym, co egzaminatorzy mieli na myśli. Potem czytaliśmy odpowiedzi na odwołania od wyników. Wciąż od tych kilku tygodni nie może mnie opuścić poczucie niesprawiedliwości, bezsilności i wściekłości.
W zbliżającym się nieuchronnie wrześniu będę obchodziła – jak do tego doszło, nie wiem – dwudziestolecie mojej pracy w szkole. I ponieważ nigdy się przez pracę w szkole definiowałam: zajmowałam się zawsze czymś jeszcze, niezależnie od tego, czy był to aktywizm polityczny, czy publicystyka, ten szarpiący wątłą łódeczką ocean aż tak nie uderzał w podstawy mojej tożsamości.
W tym roku pierwszy raz jednak mam silne poczucie, że Centralna Komisja Egzaminacyjna odebrała mi nie tylko radość, ale resztki spełnienia w pracy.
I z całą mocą chciałam obwieścić, że w obecnym kształcie matura rozszerzona z języka polskiego nie tylko nie ma żadnego sensu.
Służy ona do podtrzymywania dobrego samopoczucia zarządzających instytucją i do krzywdzenia ludzi, przycinania ich interpretacji do wyciosanego przez toporną krajalnicę wzorca, wypunktowywania im błędów, bez żadnej weryfikacji tego, co tak naprawdę przeczytali i obejrzeli. No i co również oczywiste, bez żadnego docenienia również, czy potrafią, czy nie potrafią myśleć.
Przypomnijmy może, o co chodzi. Matura, nie tylko z polskiego jest obecnie ocenianym przez zewnętrzną instytucję egzaminem na studia. Wynik otrzymujemy w procentach. Na poziomie podstawowym matura składa się obecnie z dwóch części, tak naprawdę z trzech: dwóch rodzajów testów i wypracowania. I ona też wymaga uwagi, ale ja dziś skupię się na tej trudniejszej.
Na poziomie rozszerzonym, jedyne co jest sprawdzane, oceniane to długie wypracowanie, o specyficznej punktacji, o której poniżej. To liczy się jako procentowa wizytówka, dla kandydatów na studia: nie tylko polonistykę, ale na większość humanistycznych kierunków, które mogą brać ten egzamin pod uwagę (m.in. socjologia, antropologia, prawo czy studia międzywydziałowe).
Nowa formuła matury rozszerzonej weszła w życie w 2023 roku, była przygotowywana jeszcze przez poprzednią władzę. Od początku budziła kontrowersje: doświadczeni poloniści i egzaminatorzy (Dariusz Martynowicz, Wojciech Rzehak, Marcin Dzierżawski, Paweł Łęcki, Aleksandra Korczak) napisali petycję, w której zwrócili uwagę, że:
„Radykalnie zmieniła się sama filozofia egzaminu. Oto rolą egzaminatora będzie skrupulatne wyliczanie i odnotowywanie błędów ucznia, błędów, które – jak wszyscy wiemy – w sytuacji egzaminacyjnego stresu zdający popełnić musi. Kilkugodzinny wysiłek intelektualny młodego człowieka, sprowadzony został do szeregu tabelek (broszura z wytycznymi dla egzaminatora liczy prawie 20 stron!)”.
Nie chodzi o to, że wcześniej nie zaznaczano maturzystom błędów. Ale w obecnej, zawiłej i skomplikowanej także dla samych egzaminujących punktacji, jest postulowane aptekarskie zliczanie błędów różnej wagi. To sprawia, że ambitne i długie wywody nie mają prawie szans na nie tylko na więcej punktów za język, ale nawet za jakkolwiek pozytywny wynik, niezależnie czy uczeń ma rozbudowaną składnię i używa ze zrozumieniem trudnych pojęć, pisze o mocno wyrafinowanych kategoriach estetycznych i literackich, czy stawia toporne zdania podrzędnie złożone.
Niezależnie od tego, czy zdający popełnia niezręczność językową, czy nie umie odmieniać przez przypadki, nie ujdzie to uwadze czujnego Systemu, który będzie to liczył jednakowo. Pozwolę sobie stwierdzić, że zwłaszcza w dobie AI i redukcji korekty w niemal wszystkich redakcjach naprawdę warto docenić ręczne prace pisane przez prawdziwych ludzi i również fakt, że mogą oni popełniać błędy. Dziś traktuje się je wszystkie identycznie i z powagą wpisuje do tabelki. Tym sposobem maksymalną ilość punktów ma już nawet nie sam pan bóg czy prof. Miodek, ale najwyraźniej idealnie zaprojektowany przez szefa CKE model językowy, z którym ja przynajmniej nie chciałabym nigdy rozmawiać.
I raczej nie jest to sam egzaminator CKE, ponieważ język odpowiedzi (w oficjalnym dokumencie!) na prośby o rozpatrzenie ponownie uczniów potrafią brzmieć tak (cytuje za zgodą moich uczniów i uczennic, pisownia oryginalna):
"Informacja o Rosji Radzieckiej jako miejsca życia Bułhakowa niewiele wnosi do rozumienia utworu: bo czyż każdy autor żyjący w określonym miejscu i czasie ma obowiązek krytykować system?
Może jednak odnosi się do określonego systemu, ale o tym nie ma mowy.
Podobnie przywołanie Czystej Formy – nie jest prawdą, że Witkacy odrzucał sztukę realistyczną, szło mu o przeżycie metafizyczne, a o tym w wypracowaniu się nie mówi".
albo
„...uzasadnienie dla przyznanej punktacji autorka pracy zawarła zakończeniu wywodu, pisząc /.../ To podsumowanie rzeczywiście informuje o analizowanych w wypracowaniu zagadnieniach, dwóch a nie trzech”.
Naprawdę nie chcę czepiać się języka tych odwołań, chociaż jestem bardzo ciekawa, jakie miałyby wyniki z tabelki. Sprzeciw budzi też nieczęsto ich kpiący ton, jakby ucznia pytającego o rzetelną punktację należało sprowadzić do parteru i pouczyć, gdzie znajduje się jego miejsce, wyszukując przy okazji cztery inne rzekome przewinienia. Czy naprawdę chcemy, żeby tak wyglądał pierwszy kontakt młodych ludzi z państwową instytucją?
Ponadto: kwestia oceniania stylu i podejście do opisu, niejednoznacznych przecież kategorii humanistycznych jest aż nadto widoczna. Jedna z moich wybitnych uczennic (obecnie studentka MISH, już po pierwszej naukowej publikacji) dwa lata temu w odpowiedzi na odwołanie dowiedziała się, że jej styl jest „napuszony”.
Jedną z głównych rzeczy, które wyniosłam z zajęć metodyki nauczania polskiego na UJ, był fakt, że nasze indywidualne kryteria estetyczne naprawdę nie powinny być powodem, dla którego coś oceniamy niżej. A nawet jeśli styl uczniów, często wyróżniających się bywa rozbuchany: kiedy człowiek nie ma pisać wybujałym, nawet egzaltowanym stylem, jeśli nie w wieku 18. czy 19. lat? Bo raczej nie wtedy kiedy bywa egzaminatorem CKE.
Następna sprawa: ocenianie treści. Może naprawdę zwariowałam, ale ocena znajomości literatury, umiejętności stosowania pojęć w praktyce i zastosowania kontekstów to sprawa wymagająca całościowego spojrzenia i uwagi, holistycznego rozpoznania, z czym maturzysta zmierza na studia humanistyczne, nie zaś sztywnego przykrajania kryteriów do „bycia funkcjonalnymi wobec tematu”.
Ową „funkcjonalność” każdy z egzaminatorów rozumie na tyle inaczej, że zdarzają się rozbieżności o kilkanaście punktów, a że wypracowanie (czyli matura) ma ich tylko 35, jeden punkt oznacza blisko 3 procent. Jak widać w cytatach uzasadnień do odrzucenia odwołania, istnieją też egzaminatorzy, którzy najwyraźniej inaczej niż ja patrzą na pojęcia: Teorii Czystej Formy czy groteski, starając się wyłuskać gorliwie, w którym miejscu się z nim nie zgadzają. Witkacy śmieje się w grobie.
W tym roku ton odpowiedzi na odwołania od wyników przybrał już wymiar niepokojąco arogancki. Inna sytuacja pokazała mi, że nie chodzi tylko o uznaniowe kryteria, ale o nieomylność samej Instytucji w niemal każdym przypadku. Uczeń, tym razem z podstawy, podejrzewał pomyłkę w sprawdzaniu odpowiedzi w teście, niezaliczonych, mimo że ewidentnie istniały na papierze, czarno na białym, otrzymał odpowiedź „brak zawartej wymaganej odpowiedzi w zadaniu”. Może to były halucynacje? A być może, chodziło w tym roku o nadmierne obawy instytucji stojącej na straży najważniejszego egzaminu szkolnego, żeby nie podważać jej kompetencji i odpowiadano na część podań w tonie: „ja tu jestem kierownikiem tej szatni, nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”. W końcu nie tylko rozszerzony polski budzi kontrowersje. Pisały o tym już inne redakcje, m.in. o licznych nieprawidłowościach alarmowała Aleksandra Pezda w „Newsweeku”.
Zauważmy też, że sprawdzanie matury, zwłaszcza z polskiego, wymagającej wiele czasu i wysiłku (wiem, sprawdzałam kiedyś rozszerzenie) nie jest również atrakcyjne materialnie. Od kilku lat trwa odwrót polonistów od tego procederu. Sama, mimo uprawnień, nie sprawdzam matur od kilku lat. Nie tylko punktacja budzi sprzeciw, same stawki są coraz niższe. W tym roku krążyła petycja polonistów skarżących się na warunki pracy, kwitowana często uwagami w grupach nauczycielskich, że najlepszym możliwym protestem jest odmowa wykonywania tej pracy. Do postulatów należy zapewnienie godnych wynagrodzeń, warunków socjalnych i obecności weryfikatora.
To jest część odpowiedzi na pytanie, czemu nic w tym systemie nie działa, skoro sami sprawdzający zaznaczają, że w warunkach oferowanych przez CKE nie są w stanie wykonywać swojej pracy wystarczająco uważnie.
Na problem z maturą rozszerzoną skarżyli się wielokrotnie, rozpoznawalni poloniści jak Paweł Łęcki, który określił przygotowanie do niej jako „upiorną loterię, błądzenie we mgle”.
Piotr Szwed, nauczyciel i autor książki „Patrz trochę szerzej. Hip-hopowy kurs literatury” napisał w te wakacje na fb: „Muszę rozważyć rezygnację z pracy nauczyciela (...). Skoro wypracowanie bezdyskusyjnie napisane wg mnie na 16/16 punktów po zweryfikowaniu przez CKE nadal zasługuje na 2 punkty, to znaczy, że moja obecność w systemie edukacji zagraża młodym ludziom; zagraża ich wynikom egzaminów”.
Ja sama też czuję, że jestem osobą, która raczej zagraża, niż nauczy młodzież, jak ma w tę grę grać dalej.
Matura rozszerzona z języka polskiego dotyczy źle znoszącego toporne schematy obszaru ludzkiej działalności: literatury.
Niemal już przyzwyczaiłam się, że od wielu lat moją pracę rozlicza się poprzez tabelki i procenty, a horyzonty myślowe, umiejętność wyciągania wniosków, wyobraźnia, myślenie są zupełnie bez znaczenia.
Rozumiem nawet i to, że humanistyka jest w odwrocie, a dbanie o to, żeby kompetencje w tym obszarze były oceniane rzetelnie, nie należy do priorytetów rządzących. Nie mogę jednak pozwolić na to, żeby mentalność, która ukształtowała obecną punktację i sposób jej egzekwowania, krzywdziła uczniów, a w domyśle również uczelnie, które mogłyby docenić ich obecność.
Czy jest na to jakieś rozwiązanie? Nie tylko poloniści mają zarzuty wobec obecnej formuły matur i procedur CKE. Może cała instytucja, a nie tylko formuła jednego egzaminu wymaga mocnej przebudowy i odświeżenia? Wydaje się funkcjonować w nieco innej rzeczywistości niż szkoły, uczniowie i nauczyciele. Pewnie narzekający przed laty na sławetny „klucz” czy ci, którzy kwestionowali poprzednią formułę matur, teraz gryzą się w język, myśląc, że nie było tak źle: a przynajmniej językowa punktacja była o wiele bardziej ludzka i miarodajna.
Na pewno trzeba postawić pytania: co ma sprawdzać egzamin maturalny? Komu i czemu ma służyć w przyszłości? I więcej dyskutować właśnie o tym, a nie przerzucać się nowymi propozycjami listy lektur i kłócić o symboliczne pozycje.
Polska szkoła, z czego niewiele ludzi zdaje sobie dziś sprawę, funkcjonuje w cieniu egzaminów zewnętrznych. To jak one wyglądają, wyznacza rytm jej pracy. Wszystko, co nie przygotowuje do matury, wydaje się przez ten system być po prostu niewidziane i niedoceniane.
Zmiana formuły tego absurdalnie ocenianego egzaminu leży więc nie tylko w wąskim interesie polonistów szkół średnich i maturzystów, ale również Akademii i nas wszystkich.
Śródtytuły od redakcji
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa UJ, nauczycielka, działaczka społeczna. Publikowała w „Krytyce Politycznej” i „Dialogu”. Mieszka w Warszawie, uczy w Liceum Chocimska.
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa UJ, nauczycielka, działaczka społeczna. Publikowała w „Krytyce Politycznej” i „Dialogu”. Mieszka w Warszawie, uczy w Liceum Chocimska.
Komentarze