0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.plFot. Agata Grzybowsk...

Trudno jest zrobić przestrzeń na głos mniejszości. Mniejszościowa historia jest bowiem niewygodna. Polacy często nie chcą spojrzeć na wspólne losy oczami na przykład żyjących tu od zawsze Białorusinów, przezywanych lekceważąco „kacapami”. Łatwiej jest robić bohatera z Romualda Rajsa „Burego” niż poznać historie jego ofiar. Łatwiej wypłacać odszkodowania potomkom żołnierzy wyklętych niż zrozumieć, że często byli oni odpowiedzialni za tragedie cywilów.

Jak mówi Aneta Prymaka-Oniszk (na zdjęciu): „Kiedy ktoś narusza wygodną dla większości narrację, słyszy: »Nie rozdrapuj starych ran, nie ma co dzielić ludzi«. Tyle że te rany są przez cały czas rozdrapywane i to wcale nie przez nas. Przecież mamy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, przez wiele miast idą sławiące ich marsze, stawiane są pomniki, a nawet tam, gdzie do dziś żyją ich ofiary – ich imionami nazywane są ulice i ronda. Publikacje oficjalnych instytucji państwowych nazywają ofiary zdrajcami, komunistami, choć nikt im tego nie udowodnił, a śledztwo np. w sprawie Burego wręcz temu przeczy. Gdy jednak ta druga strona próbuje zaprotestować, słyszy: »nie rozdrapuj starych ran«”.

Z Anetą Prymaką-Oniszk, reporterką i pisarką, rozmawiamy o jej najnowszej książce „Kamienie musiały polecieć. Wymazywana przeszłość Podlasia”.

Mniejszość oczami większości

Anna Mierzyńska, OKO.press: W swojej książce opowiadasz historię mniejszości białoruskiej, mieszkającej na pograniczu polsko-białoruskim w XX wieku. Losy prawosławnych Białorusinów przedstawiasz z perspektywy swojej rodziny. Motywem przewodnim jest próba odkrycia prawdy na temat zabójstwa Twojego dziadka. Jednocześnie jest to także historia społeczności białoruskiej – trudna i bolesna. Dlaczego uznałaś, że tę historię trzeba opowiedzieć?

Aneta Prymaka-Oniszk: Łatwo jest ją pominąć, opowiadając o dzisiejszej Polsce i zwykle się to robi. Narracje większościowa i mniejszościowa nie są równoważne: ta większościowa, głównego nurtu, otacza nas jako coś oczywistego i niepodważalnego: uczymy się jej w szkole, poprzez filmy, książki i wszelkie przejawy kultury. Kształtuje spojrzenie nie tylko większości; także mniejszość buduje swoją narrację w odniesieniu do niej. A większość może tej narracji mniejszościowej zwyczajnie nie zauważyć.

Co się wtedy dzieje z historią mniejszości, która – jak pokazujesz w swojej książce – może się różnić od tego, czego dowiadujemy się w szkole?

To, co zwykle dzieje się z mniejszościowymi narracjami. Gdy skończymy rozmowę, mam pomóc córce, uczennicy podstawówki, uczyć się do klasówki z historii. I pewnie pojawi się temat wykluczenia kobiet. Mimo że w ostatnich latach powstaje wiele książek czy filmów, które próbują przywrócić im miejsce w historii, kulturze i społeczeństwie, w podręcznikach wciąż tego nie widać.

Córka, gdy tylko dostała podręcznik w czwartej klasie, na lekcji przejrzała go i zapytała, dlaczego tam nie ma kobiet? Usłyszała od nauczyciela: „Bo kobiety nic znaczącego nie osiągnęły”. Gdy na lekcji geografii rozmawiali o odkryciach geograficznych, zaprotestowała „Ale jak to, nie osiągnęły? A Jessica Watson – nastolatka, która jako najmłodsza na świecie osoba samotnie opłynęła kulę ziemską żaglówką?”. Ale nauczyciel wzruszył tylko ramionami. Nawet o Jessice Watson nie słyszał.

Podobnie jest z sytuacją mniejszości. Owszem, wiele lekcji dotyczy historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ale nijak nie wyjaśniają one tego, co kiedyś było wielonarodowością, a dziś pozostało jako mniejszości narodowe.

Jako Białorusinka spod Białegostoku słyszę często pytania, od ilu lat mieszkam w Polsce. Albo dowiaduję się, że moi przodkowie zostali sprowadzeni tu przez cara.

Niedawno pierwszy chyba raz widziałam w polskim filmie prawosławnego litewskiego chłopa (z Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nie ze współczesnej Litwy) pokazanego w sposób podmiotowy, jako mieszkańca Rzeczpospolitej, a nie dzikusa w skórze z nożem w zębach. Chodzi o głośny serial „1670” z platformy Netflix. W dodatku Litwin Maciej jest młody, przystojny i bardzo sympatyczny. I tu nie chodzi tylko o dowartościowanie nas.

Gdy zbierałam materiały do książki, jeden z lokalnych strażników polskiej historii opowiedział mi tamtejsze mity o prawosławnych sprowadzonych przez cara. Jego dalsza opowieść, że z katolickimi kolegami pędzili tych prawosławnych ze swojej wsi i rzucali w nich kamieniami, wydała mi się oczywista. Gdybym nie wiedziała, że ów mit nie ma nic wspólnego z faktami i gdyby nie mówił także o mnie, po tak ustawionej opowieści sama miałabym ochotę rzucić tym kamieniem. Albo zaczęłabym się wstydzić samej siebie.

Osoby należące do mniejszości mają patrzeć na siebie oczami większości – o to, mówiąc trochę w uproszczeniu, chodzi w symbolicznych grach władzy opisywanych przez Pierra Bourdieu. Weźmy historię powojenną, która jest głównym tematem prowadzonej w ostatnich latach polityki historycznej, podzielanej przez sporą część społeczeństwa. Z tej perspektywy też powinnam się wstydzić, myśląc o swoim dziadku. Bo został zamordowany przez tzw. żołnierzy wyklętych.

A zgodnie z tą narracją ich ofiary są zawsze winne. Czym zawiniły? Cóż, wyklęci ich zabili, znaczy – byli winni. Byli winni – to ich zabili.

Przeczytaj także:

Czy dziadek Aleksander zawinił?

Dla tych, którzy nie czytali Twojej książki, przybliżmy historię Twego dziadka.

Mój dziadek Aleksander mieszkał z żoną i dziećmi w Łosośnie pod Kuźnicą, tuż obok dzisiejszej granicy polsko-białoruskiej. Mieli kilkunastohektarowe, całkiem zamożne gospodarstwo. Nocą pod koniec maja 1945 roku dziadek został zastrzelony przez grupę uzbrojonych ludzi w swoim domu, na oczach rodziny.

Dlaczego?

Władze komunistyczne ani te w wolnej Polsce, nie były zainteresowane wyjaśnieniem tej zbrodni. Nigdy nie przeprowadzono w tej sprawie śledztwa, choć tej samej nocy zabito jeszcze trzy osoby. W rodzinie wiązano to z wyznaniem – był prawosławny, czasem też z wykształceniem: dziadek w bieżeństwie skończył gimnazjum.

Według narracji zewnętrznej zabito go, bo należał do sielsowietu – rodzaju wiejskiej rady. Zakładano je z nakazu Sowietów w latach 1939-1941, gdy ziemie te zostały zajęte przez Związek Radziecki. W rodzinie, ale też wśród sąsiadów mówiono, że wybrano go do sielsowietu, bo był wykształcony, uchodził za uczciwego i wcześniej pełnił różne funkcje społeczne. Kilkanaście lat później to miała być jego główna wina. Tej samej nocy zabito również sąsiadkę należącą do sielsowietu. Też prawosławną.

Dziś nikt nie potrafi wskazać ich konkretnych win, ale kiedy pytam o innych członków sielsowietu, wszyscy pokazują na zabitych. Może jeszcze jacyś Żydzi tam byli. A katolicy? „Katolików tam nie brali” – słyszałam. Dokumenty ujawniają jednak, że do sielsowietu należeli także katolicy, również ci dziś uchodzący za bohaterów. Oni nie musieli jednak po wojnie drżeć, że ktoś im wypomni sielsowiet. Nie zabijano ich za to.

Czy ten bardzo wyraźny wówczas podział na katolików i prawosławnych wciąż jest widoczny na pograniczu polsko-białoruskim?

To się na szczęście zmienia. Bo oficjalna polityka historyczna i tradycyjne podziały, wciąż tutaj silne, to jedno. Ale linia, która biegnie przez nasze społeczeństwo, nie jest już tak etniczna. Oczywiście, cały czas są tu katolicy i prawosławni, Polacy i Białorusini, ale to już nie jest tak prosty podział.

Tę zmianę było widać, gdy w Hajnówce skrajna prawica organizowała marsze ku czci Romualda Rajsa „Burego”, dla tutejszych mieszkańców – mordercy ich ojców i babć. Wtedy do Hajnówki przyjeżdżali ludzie z całej Polski, stanąć na trasie przemarszu.

Dla nas to bardzo poruszające – przecież to byli Polacy, którzy przyjechali nas bronić.
Manifestacja narodowców, uczestnicy niosą baner z napisem białymi literami na czarnym tle „Śmierć wrogom ojczyzny”:
V Hajnowski Marsz Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zorganizowany przez narodowców z ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Hajnówka, 23 lutego 2020 roku. Fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Wyborcza.pl
Kontrmanifestacja na marszy pamięci żołnierzy wyklętych, członkowie Obywateli RP trzymają transparent z napisem Moja ojczyzna to człowiek.
Kontrmanifestacja Obywateli RP podczas III Marszu Żołnierzy Wyklętych, Hajnówka, 24 lutego 2018 roku. Fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Wyborcza.pl

Podskórne napięcie pogranicza

Ale czy to nie jest proces, który jeszcze się nie zakończył? Jakiś czas temu w jednym z reportaży z TVN o tym, co się działo na granicy polsko-białoruskiej opowiadała, w poruszający sposób, Katarzyna Wappa. Ponieważ jej opowieść bardzo nie podobała się zwolennikom prawicy, została po emisji materiału zaatakowana w sieci. Główna linia ataku dotyczyła tego, że jest Białorusinką.

Ona się do tego oficjalnie przyznała, z dumą zamiast wstydu przypisywanego przez kulturę. Powiedziała jasno: tak, jestem Białorusinką.

I właśnie tego argumentu użyto, by ją zaatakować. Białorusinka, czyli nie Polka, czyli nie patriotka. Czyli na pewno współpracuje z Łukaszenką. Są więc takie momenty, w których granica między katolicką większością polską a prawosławną mniejszością białoruską już nie istnieje. Ale są też takie, gdy ona ciągle jest żywa.

Zgadza się. Na przykład projekt umożliwiający wypłatę odszkodowań dla cywilnych ofiar Burego od lat kisi się w sejmowej zamrażarce, niezależnie od tego, kto ma akurat sejmową większość. Ale w przypadku Katarzyny Wappy część społeczeństwa polskiego stanęła za nią murem. I to daje nadzieję.

Bo mniejszość białoruska wreszcie nie została z tym sama?

Tak. Wydaje mi się, że dziś trwa w Polsce szeroki proces rewidowania tego tradycyjnego podziału i narracji dominującej. Próbuje się przywrócić głos kobiet, chłopów, mniejszości. Oczywiście bardziej to widać po stronie mniejszościowej, bo będąc „innym”, musisz sobie zadawać pytania, kim jesteś, jak się identyfikujesz. Większość po prostu może się roztopić w tym, co jest, i w ogóle się nie zajmować takim tematem.

Czy rozliczenie się z przeszłością, jakiego dokonałaś w swojej książce, jest elementem kształtowania się tożsamości?

Potrzebowałam jasnego, uczciwego powiedzenia o tym, o czym milczeliśmy przez lata.

Jako mniejszość białoruska byliśmy tresowani do tego, że o takich sprawach się nie mówi. Gdzieś za tym milczeniem kryje się strach i wstyd, a ja chciałam z tego schematu zwyczajnie wyjść.

Chciałam się też dowiedzieć, co tak naprawdę się stało w domu moich dziadków w maju 1945 roku.

Chciałaś sprawdzić, czy jesteś wnuczką zdrajcy?

Nigdy nie patrzyłam na swego dziadka jak na zdrajcę. Bo nawet jeśli ktoś był w sielsowiecie, to czy był zdrajcą? To jest narzucony język właśnie tej narracji rozdającej łatki bohaterów i zdrajców. Oczywiście, byłam otwarta na to, co odkryję, także na sprawy mało chwalebne. Chciałam skonfrontować się z własną przeszłością, uczciwie i z otwartością.

W książce zdrapujesz złotko z powierzchni wielokulturowości, którą dziś szczyci się Podlasie. Pokazujesz, jak ta wielokulturowość rzeczywiście wyglądała. Czy między grupami wyznaniowymi na pograniczu zawsze trwał konflikt?

Nie tyle konflikt, ile napięcie. Napięcie jest w ogóle dość charakterystyczne dla pogranicza; utrzymuje się gdzieś podskórnie nawet wtedy, gdy między sąsiadami panują poprawne relacje, a na poziomie prywatnym ludzie się ze sobą przyjaźnią niezależnie od wyznania.

Ono jest o wiele bardziej wyczuwalne, gdy jesteś w mniejszości. Dla większości bywa niezauważalne. Z tej perspektywy nie widać wykluczeniu drugiej z grup z podręczników, z upamiętnień. Łatwo sprowadzić ją do atrakcyjnej magiczności: pięknych śpiewów w cerkwi, świąt w innym terminie, malowniczego folkloru. To zamyka w roli egzotycznego obcego.

„Nie rozdrapuj starych ran”

Jednym z najbardziej poruszających fragmentów Twojej książki jest opowieść o tym, że ludzie po zbrodniach i kradzieżach żyli dalej obok siebie. Rozpoznawali zabójców swoich bliskich wśród sąsiadów. Twoja babcia gościła w domu mężczyznę, w którym rozpoznała jednego z zabójców swego męża. Żyli dalej obok siebie, w niedopowiedzeniu właśnie. Czy ten mechanizm milczenia sprawił, że byli i są w stanie w ten sposób funkcjonować?

Możliwe, choć dziś ten mechanizm konserwuje panujące tu napięcie i uniemożliwia porozumienie. Podział sił wciąż jest jasny i wspiera go cały aparat państwowy. Ktoś, kto kiedyś był w tzw. bandzie i wszyscy w okolicy wiedzą, że rabował cywilów, a nawet ma na koncie morderstwa, dostaje wielotysięczne odszkodowania. A ten, który był okradany, siedzi cicho i boi się mówić. Wciąż mógłby usłyszeć: „Uważaj, bo zrobimy ci to samo, co ojcu”.

Przeciwko niemu są też oficjalne publikacje: monografie miasteczek i gmin, przewodniki lokalne, finansowane z publicznych pieniędzy, firmowane często nazwiskami historyków uniwersyteckich. Przedstawiają one historię narodową, pełną mitów i przekłamań. Usuwa się z tych przekazów całą część nieheroiczną, zostają tylko fakty pasujące do obrazu bohaterów. Mniejszość białoruska albo w tej historii w ogóle nie istnieje, albo jest przedstawiana w roli zdrajców lub kolaborantów. Cały czas wiadomo, kto jest kim i kto powinien się bać, albo co najmniej wstydzić.

W tym układzie społeczeństwo podskórnie oczekuje od mniejszości milczenia. Gdy ktoś się odzywa, naruszając wygodną dla większości narrację, słyszy: „Nie rozdrapuj starych ran, nie ma co dzielić ludzi”.

Też to słyszę. Tyle że te rany są przez cały czas rozdrapywane i to wcale nie przez nas. Przecież mamy Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych, przez wiele miast idą sławiące ich marsze, stawiane są pomniki, a nawet tam, gdzie do dziś żyją ich ofiary – ulice i ronda nazywane są ich imionami. W publikacjach oficjalnych instytucji państwowych ofiary nazywane są zdrajcami, komunistami, choć nikt im tego nie udowodnił, a śledztwo np. w sprawie Burego wręcz temu przeczy. Gdy jednak ta druga strona próbuje zaprotestować, słyszy: nie rozdrapuj starych ran.

To jak naruszanie społecznego tabu.

Bo to jest naruszanie tabu. I to nie tylko dotyczy nas, białoruskiej mniejszości. Po ukazaniu się mojej książki odezwało się wiele osób z zachodniej części województwa podlaskiego – spod Łomży, Zambrowa, czyli z terenów katolickich, uznanych za polskie – pisząc, że to także ich historia. Czyjegoś dziadka również zabito i też mówiono, że przez „bandy”, którym dziś stawia się pomniki. I choć wnuki należą do polskiej większości, ich historie też musiały zostać wykluczone.

Sporo osób wspomina również, że bandy leśnych okradały wszystkich, nie tylko prawosławnych.

Bo tak było. Tyle tylko, że ludność prawosławno-białoruska była łatwą ofiarą.

Można było im powiedzieć: „jedźcie do raju, za trzy dni ma was tu nie być”. I nikt się za nią nie wstawiał, włącznie z całym aparatem państwowym.

Dodajmy, że owym „rajem” miał być Związek Radziecki.

Znam wiele relacji z polsko-białoruskiego pogranicza, czyli np. spod Choroszczy czy Siemiatycz, gdzie mężczyźni z katolickich wsi, tak zwani zwyczajni ludzie, gospodarze, ojcowie rodzin, zbierali się wieczorami i jechali na wioski „białoruskie” po wieprzaki. I potem opowiadało się o tym bez żadnego wstydu czy społecznego potępienia. Traktowali mienie prawosławnych jako „pobiałoruskie”, analogicznie do „pożydowskiego”. Oczywiście, robiono to, zanim Białorusini wyjechali. A oni najczęściej nigdzie się nie wybierali i za wszelką cenę chcieli pozostać na swojej ziemi.

Opowiadaczka gorszego sortu daje głos białoruskiej mniejszości

Czytając Twoją książkę, miałam wrażenie, że czytam drugą część słynnych „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa. Tam chodziło o zabójstwo Żydów w Jedwabnem, podpalenie ich w zamkniętej stodole oraz o udział ich polskich sąsiadów w tej zbrodni. Ty nie opisujesz masowego mordu, lecz pojedyncze zdarzenia: zbrodnie na kilku osobach, kradzieże, terroryzowanie ludzi. Ale to także jest pokazywanie ciemnych stron wielokulturowego sąsiedztwa.

To mocne porównanie. Książka Grossa była niezwykle ważna, dotykała najbardziej bolesnego tabu i naruszała wygodną narrację. Rozpoczęła też proces mierzenia się z faktami, bardzo trudny i pełen zwrotów, nie tylko pozytywnych. Dotyka on nie tylko postaw konkretnych ludzi, relacji polskiej większości z żydowską mniejszością, ale też mitów tkwiących głęboko w polskiej kulturze. I ten proces cały czas trwa. Bardzo bym chciała, by moja książka otwierała w nim rozdział związany z Białorusinami.

Co było dla ciebie najtrudniejsze podczas pisania?

Chyba czas. Być może książki, które nie dość, że dotykają tak bolesnych historii, ale też są osobistymi historiami rodzinnymi autorek i autorów, muszą powstawać długo? Najpierw potrzebowałam rozpoznać w sobie działanie mechanizmów związanych z grami władzy i pozycją wykluczanej mniejszości. Na poziomie świadomym człowiek zwykle od nich ucieka, nie jest przecież przyjemnie przyznawać się do wstydu czy strachu. Też dotychczas w sobie ich nie widziałam.

Dzięki wsparciu zaprzyjaźnionej reporterki rozpoznałam coś, co w książce nazywam „syndromem opowiadaczki gorszego sortu”.

Zamiast zajmować się badaniem historii własnej rodziny, jak planowałam, przez dwa lata jeździłam po Białostocczyźnie i zbierałam historie z czasu powojennego. One wpisywały się w podobny schemat, będący wspólnym losem białorusko-prawosławnej ludności. Jakbym potrzebowała wciąż udowadniać, że mam prawo się tą historią zająć. Że to nie jest jednostkowy los, ale szeroko pojęta perspektywa mniejszości białoruskiej.

Mało tego – zamiast brać się za pisanie, cały czas sprawdzałam, czy to, o czym słucham albo czytam w opracowaniach mniejszościowych, ma odzwierciedlenie w tym, co napisali polscy większościowi historycy, także ci, którzy nie uchodzą za rzetelnych. Jakby ich materiały były bardziej wiarygodne niż te ze strony mniejszości białoruskiej. Albo wręcz ja sama, bo przecież siedziałam także w archiwach. To właśnie nazywam syndromem opowiadaczki gorszego sortu.

Zidentyfikowałaś, czego się bałaś?

Naruszanie mitów, wygodnej większościowej wersji, zwykle wiąże się ze strachem, bo to przecież w dużej mierze strach chroni tabu.

I trudno go nazwać tak, aby to łatwo zrozumieć z perspektywy większości. Czasem ludzie wręcz pytają: ktoś ci groził albo jakoś inaczej próbował cię zastraszyć? Nie? To o co chodzi? Coś sobie ubzdurałaś. Zostaw to i zajmij się czymś sensownym.

A jednak, mimo swoich obaw, dałaś głos mniejszości białoruskiej.

O to chodziło. By przywrócić nieobecny głos i rozpocząć rozmowę wynikającą z tego spotkania. Jestem przekonana, że to potrzebne zarówno dla nas, mniejszości prawosławno-białoruskiej, jak i szerzej, całemu społeczeństwu. By ta większość, o której wciąż rozmawiamy, mogła się w tym jakoś przejrzeć i dostrzec to, co z jej perspektywy często bezwiednie umyka.

Zresztą ta większość to przecież coś umownego, rodzaj sztucznego tworu. Składa się w dużej mierze z różnych mniejszości, bardziej lub mniej nazwanych czy uświadamianych: narodowych, wyznaniowych, ale też związanych z płcią itp.

I coraz silniej brzmią głosy próbujące przywrócić im obecność w kulturze, co spotyka się z ogromnym społecznym odzewem.

Przecież od miesięcy pierwsze miejsce na liście bestsellerów zajmuje książka przywracająca głos chłopkom, dotychczas wykluczanych podwójnie – jako przynależne do chłopstwa i jako kobiety.

Rozmowę na tak trudny temat kończymy więc optymistycznie. Bardzo dziękuję.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Stała współpracowniczka OKO.press

Komentarze