Lżąca i pomiatająca Ukrainą propaganda Kremla w ciągu czterech lat wojny zmieniała opowieść o najechanym kraju. Dalej życzy mu jak najgorzej, ale równocześnie zaczyna przyznawać przed sobą, że Ukraina nie jest Rosją i nie poddała się Putinowi. Nie tylko jej armia i władze – ale całe społeczeństwo
Celem trzydniowej „wojskowej operacji specjalnej” z 24 lutego 2022 roku miało być, jak wiadomo, podporządkowanie Ukrainy Rosji. Putin zakładał, że wystarczy wymienić w Kijowie władze na promoskiewskie i zredukować ukraińską armię. Nazywało się to „denazyfikacją i demilitaryzacją” Ukrainy. Reszta miała załatwić się sama.
Mimo porażki rosyjskiej ofensywy w 2022 roku Putin dalej wierzył, że kluczem do powodzenia jest wymiana władz Ukrainy. Zatem jego propaganda opowiadała, że:
Ta propagandowa konstrukcja okazała się jednak szybko bezużyteczna. Nadawała się bowiem do uzasadnienia najazdu po jego zakończeniu. Tymczasem najazd ciągle trwa i końca nie widać.
Kremlowska opowieść lekko się więc zmieniła: Ukraina jako państwo nadal nie istniała (była „państwem 404”, jak w kółko powtarza były prezydent i premier Miedwiediew), ale była upiorem ożywianym przez ciemne siły: Waszyngton i podległe mu kraje Zachodu.
Od 2023 do końca 2024 roku wojna w Ukrainie toczyła się z owymi ciemnymi siłami, a sama Ukraina nie miała tu nic do gadania.
Aż nastał w USA Donald Trump i Putin wrócił do argumentu „nielegalnych władz Ukrainy”. Tylko że inaczej. Nie chodziło już o Majdan, ale o to, że w maju 2024 skończyła się kadencja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Wyborów rzeczywiście nie można przeprowadzać w czasie wojny, ale brak wyborów wedle konstytucjonalisty Putina nie przedłuża kadencji prezydenckiej.
Wobec czego, by zachować władze państwowe, Ukraina musiałaby się poddać, zawrzeć pokój z Putinem i zrobić wybory. A jeśli się nie poddaje, to dlatego, że Wołodymyr Zełenski boi się utracić władzę („Obecne władze ukraińskie nie są zainteresowane zakończeniem działań wojennych, ponieważ nie są gotowe do przeprowadzenia wyborów prezydenckich”).
Tę wersję Putin sprzedał Donaldowi Trumpowi – a efekty oglądaliśmy w czasie niesławnego spotkania Trump-Zełenski w Gabinecie Owalnym 28 lutego 2025 roku. Jak pamiętamy, Trumpa zainteresowało wtedy to, że można rządzić nie przeprowadzając wyborów. Jednak Moskwie chodziło ewidentnie o coś innego. O to, że skoro Ukraina nie ma legalnych – tym razem wedle zachodnich standardów – władz,
to o jej losach mogą zdecydować inni.
W marcu 2025 Putin ogłosił, że Ukraina powinna przejść pod zarząd ONZ.
Uznał wtedy prawa USA do Grenlandii, a potem oświadczył, że można by wdrożyć zarząd komisaryczny w Ukrainie — tak jak „w Timorze Wschodnim, Nowej Gwinei i częściach byłej Jugosławii”.
„W zasadzie, oczywiście, byłoby możliwe, pod auspicjami ONZ ze Stanami Zjednoczonymi, a nawet z krajami europejskimi, oczywiście, z naszymi partnerami i przyjaciółmi, omówić możliwość wprowadzenia tymczasowego zarządzania na Ukrainie”.
Jak podkreślił Putin, jest to tylko „jedna z opcji”.
Tę ofertę Moskwa następnie ponawiała:
„Rosja, Stany Zjednoczone i inne kraje, zgodnie z propozycją prezydenta Rosji, mogą zawrzeć porozumienie i utworzyć tymczasową administrację”.
„Praktyka międzynarodowa i specyfika sytuacji na Ukrainie są podstawą do tego, aby taka administracja obejmowała na zasadzie parytetu komponenty cywilne i wojskowe oraz była wyposażona we wszystkie uprawnienia prezydenckie, ustawodawcze i wykonawcze, uprawnienia organów samorządu terytorialnego, a także uprawnienia w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Władza przechodzi w ręce tymczasowego rządu, który przygotowuje warunki do przeprowadzenia wyborów” – ogłosił ukraiński zdrajca i kum Putina Wiktor Medwedczuk.
Amerykanie jednak takiego „nieistnienia Ukrainy” wtedy nie kupili. Rzecznik amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego stwierdził, że „rządy w Ukrainie są określane przez konstytucję i mieszkańców kraju”.
Moskwa uparcie jednak powtarzała, że o Ukrainie należy rozmawiać bez Ukrainy. Lato 2025 poświęcone było idei paktu Trump-Putin, który miałby zakończyć wojnę i oddać Ukrainę Rosji. Uznanie, że Ukraina ma coś do powiedzenia w swoich sprawach, było dla Moskwy zaprzeczeniem idei samej „specjalnej operacji wojskowej”.
Trump, prawdopodobnie wskutek nieporozumienia, spotkał się z Putinem na Alasce 15 sierpnia. Wcześniej wysłannik Trumpa Witkoff usłyszał na Kremlu o gotowości Moskwy do pokoju i do "wycofania wojsk z okupowanych terytoriów” – tylko nie zrozumiał, że wedle Moskwy wycofać ma się nie Rosja, a Ukraina, bo to ona „okupuje” swoje ziemie, a Moskwa jej tylko „wyzwala”.
Dla Putina spotkanie z Trumpem musiało być dowodem powodzenia tej strategii o Ukrainie bez Ukrainy.
„Spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim, biorąc pod uwagę jego obecny status, to »droga donikąd«” – powtórzył Putin 3 września 2025 roku. Dodał, że Ukraina nie ma już żadnych legalnych władz w zachodnim rozumieniu, bo „w ostatnich latach wygasły uprawnienia niektórych członków Sądu Konstytucyjnego Ukrainy i Sąd Konstytucyjny Ukrainy nie ma kworum, aby podjąć decyzję w sprawie wyborów prezydenckich na Ukrainie i statusu Zełenskiego”.
Po kilku miesiącach od spotkania na Alasce Moskwa zaczęła też opowiadać, że w Anchorage doszło już do porozumienia z USA i że obejmowało ono także coś w rodzaju tajnego protokołu. Jak powtarza Kreml, choć strony porozumiały się na Alasce co do Ukrainy, treść tego porozumienia jest tajna, ale powinno ono zostać wprowadzone w życie.
O jego treści Ukraińcy dowiedzieliby się tak jak Polacy 17 września 1939 roku o pakcie Ribbentrop-Mołotow.
Tyle że porozumienia – o ile istnieje – nie udało się wprowadzić w życie.
Osadzona w realiach XIX i XX wieku kremlowska opowieść o nieistnieniu Ukrainy zaczęła się sypać.
Dla wojennej opowieści Moskwy to punkt zwrotny.
Trumpa, jak się okazało, nie słucha Europa. Ta, o której Putin jeszcze rok temu mawiał, że to kundelki, które merdając ogonem, zaraz przybiegną do nóg pana [Trumpa]. Także Ukrainie nie da się niczego „kazać” – bo wbrew oficjalnym rosyjskim opowieściom, nie jest pachołkiem wykonującym polecenia z Waszyngtonu.
Tak oto po raz pierwszy w tej brutalnej opowieści o podboju Ukraina stała się aktorem, a nie tylko polem bitwy. A dziś nawet – wedle oficjalnego przekazu władz w Moskwie – ma realny wpływ na przebieg kampanii wyborczej na Węgrzech.
Moskiewską narrację cechuje pewien bezwład, więc nadal było w niej o tym, że Ukraina nie ma legalnych władz, bo nie było wyborów. W nowym kontekście, kiedy Putin z Trumpem okazali się niewszechmocni, odpowiedź Ukrainy miała już jednak znaczenie. A Kijów odpowiedział, że wybory zrobi, ale potrzeba do tego rozejmu.
Była to pierwsza pułapka na Putina. Kreml na rozejm nie godzi się cały czas, bo uważa to za swoją klęskę. Odpowiedział więc, że do wyborów nie jest potrzebny rozejm. W Rosji przecież wybory Putina na kolejną prezydencką kadencję w marcu 2024 roku odbyły się już w czasie wojny (czyli w tym momencie SWO można było nazywać wojną). A poparcie dla Putina było rekordowe – 87,28 procent.
„Rosja również jest w stanie konfliktu zbrojnego z Ukrainą. Ale przeprowadziliśmy wybory – prezydenckie, a ostatnio wybory samorządowe i regionalne. Robimy to wszystko. Ale z jakiegoś powodu oni tego nie robią” – powiedział Putin 27 listopada 2025.
Rzeczywiście, jesienią 2024 głosowanie na przedstawionego przez Putina kandydata na stanowisko gubernatora obwodu kurskiego odbyło się w czasie ukraińskiej operacji w tym obwodzie. Wyborcy uciekali z domów bez dokumentów, lekarstw i ubrań, a państwo rosyjskie się załamało. Ale gubernator wybory wygrał w cuglach (po trzech miesiącach Putin go odwołał z powodu oskarżeń o gigantyczną korupcję).
Tak oto Kreml pokazał, że przez wybory rozumie co innego niż Ukraina:
głosowanie w Rosji to zatwierdzanie podjętych wcześniej decyzji, a nie realny wybór. Więc głosować można pod ostrzałem. Ukraina głośno odpowiedziała, że ona wyborów tak nie przeprowadza.
Jeszcze w listopadzie 2025 Putin zakładał, że wybory w Ukrainie po wojnie przebiegną po jego myśli: „Przecież jak tylko zostaną zawarte jakiekolwiek porozumienia pokojowe, a to oznacza zakończenie walk, stan wojenny wprowadzony [przez Kijów] musi zostać natychmiast zniesiony. A jeśli stan wojenny zostanie zniesiony, wybory muszą zostać ogłoszone natychmiast”.
Chwilę później pojawiły się wątpliwości wynikające z tego, że Ukraina to nie Rosja:
Lutowe przecieki o rozmowach Waszyngtonu i Kijowa o możliwość przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na Ukrainie już w maju, a także referendum w sprawie ewentualnych porozumień o rozwiązaniu konfliktu, wywołały w Moskwie panikę.
A kiedy „Financial Times” doniósł, że Ukraina może rozpisać wybory 24 lutego, w rocznicę najazdu, Ukraina poczekała troszkę z oficjalnym dementi („najpierw rozejm, potem wybory”), dając Moskwie szansę na kolejne komentarze.
I one pokazują zmianę w postrzeganiu Ukrainy i jej społeczeństwa
Stało się jasne, że wybory w Ukrainie są dla Moskwy niezwykle ryzykowne. Co po prostu jest uznaniem istnienia Ukrainy:
A najlepiej, żeby wyborów w Ukrainie nie było:
W rosyjskiej propagandzie mnóstwo jest wezwań do zniszczenia Ukrainy i mordowania Ukraińców (bo „dobrzy Ukraińcy od dawna są w Rosji”). Ale ton tych bluzgów się zmienia. Rosja zaczyna mierzyć się z faktem, że Ukraina istnieje, a Ukraińcy to nie Rosjanie. Wszystkie wypowiedzi w sprawie wyborów pokazują, że do aparatczyków kremlowskich dociera istnienie ukraińskiego społeczeństwa.
W końcu sam Putin – jak gdyby nigdy nic – na posiedzeniu swojej „Rady Bezpieczeństwa” (spotkania najważniejszych ludzi reżimu) 20 lutego „oddał głos członkom delegacji, którzy niedawno pracowali w Genewie i spotkali się z delegacjami amerykańską i ukraińską w celu znalezienia pokojowego rozwiązania”.
Jakby nie spędził czterech lat na przekonywaniu, że z Ukrainą nie ma co rozmawiać, bo Ukrainy nie ma. Ba, jego rzecznik ostatnio na pytanie o to, czy Putin spotka się z prezydentem Zełenskim, po raz pierwszy nie odpowiedział „tak, ale w Moskwie”. Uchylił się od odpowiedzi.
Rozmowy w Genewie oczywiście do niczego nie doprowadziły, bo Putin nie jest gotów na zakończenie wojny bez przejęcia kontroli nad „Małorosją”.
A „Małorosji” nie ma – jest Ukraina.
Niedzielne „Wiesti Niedieli” 22 lutego wielki materiał poświęcają prezydentowi Zełenskiemu, który „zachowuje się niegrzecznie”, bo pyta w amerykańskiej FoxNews „czego chcecie: wyborów, czy wyrzucenia mnie? Bo Rosja chce mnie po prostu wyrzucić”. („Niegrzeczność” to w rosyjskim przekazie niepłaszczenie się przed silniejszymi). Twórcy przekazu uważają, że stanowisko Zełenskiego jest tak ważne, że trzeba je omówić i wyśmiać.
Jeśli pamięta się o codziennych ofiarach rosyjskiego najazdu na Ukrainę, taka zmiana w narracji Kremla wydaje się niewielka. Ale oni do tej pory w swej imperialnej opowieści nie mierzyli się z faktem istnienia Ukrainy.
A tu mamy inne tego dowody, niewyobrażalne cztery lata temu:
Na zdjęciu głównym – Putin w 2006 roku przed mapą Rosji z wyraźną jej zachodnią granicą. Fot AFP.
Od początku pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku śledzimy, co mówi na ten temat rosyjska propaganda. Jakich chwytów używa, jakich argumentów? Co wyczytać można między wierszami?
UWAGA, niektóre z linków wklejanych do tekstu mogą być dostępne tylko przy włączonym VPN.
Cały nasz cykl GOWORIT MOSKWA znajdziecie pod tym linkiem.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze