Wyłączyli rosyjski, jak światło. Łotewski znasz słabo, a tu każą ci wkuwać po łotewsku matematykę. To jest challenge. Dzieci nie dają rady, zaczynają szumieć. W klasie robi się chaos, nauczycielka dostaje histerii. [Reportaż z łotewskiej Łatgalii]
W lesie dudni muzyka. Z okazji Ligo, święta przesilenia letniego, w Łotwie są dwa dni wolnego. Na scenie amfiteatru łotewskie zespoły ludowe. Pod sceną leje się piwo, skwierczą kiełbaski. Publiczność gada po rosyjsku. Dwa światy równoległe.
Tramwajem numer 5 wraca do Daugavpils dwoje starszych ludzi. Dywagują, kiedy skończy się wojna.
– Jak zabiją Putina – mówi mężczyzna.
– Raczej Zełenskiego – poprawia go kobieta.
Ona jest Rosjanką, on Polakiem z Białorusi. Mieszkają w Łotwie.
Przysiadam się. – Przepraszam, to kto zaczął tę wojnę?
– Pani z gazety? O, to nie wiem, czy ktoś będzie chciał rozmawiać.
Umieszczam ogłoszenie na Facebooku w grupie Mamuśki z Daugavpils. Dominują posty w stylu „Sprzedam wiadro jagód”. Mój brzmi: „Polska dziennikarka szuka nieobywateli i obywateli Rosji, może być anonimowo”. W komentarzach nawalanka. Ktoś wyzywa mnie od chachłaczek i szoszonek, węszy ukraińską prowokację. Ktoś sugeruje, że powinna się mną zająć policja. Zgłaszają się dwie osoby, anonimowo.
Z Anną umawiam się w parku imienia Andrejsa Pumpursa, łotewskiego poety. Wcześniej park nosił imię Aleksandra Puszkina. Stał tu też jego pomnik. Kropi deszcz. Anna rozkłada nad nami parasol. Na głowie Pumpursa siedzi zmoknięta mewa.
Anna jest Rosjanką, ale obywatelką Łotwy. Jej babka była starowierką, dziadek miał korzenie łatgalskie. Tak nazywa się niesłowiańskich mieszkańców Łatgalii, regionu na wschodzie Łotwy, gdzie leży Daugavpils. Za to ojciec Anny był przyjezdny, z Rosji. Rodzice szybko się rozstali, podzielili między sobą dzieci. Brat wyjechał z ojcem. Anna uważa, że lepiej na tym wyszedł, bo matka cierpi na schizofrenię. Anna mieszkała u babki, potem w domu dziecka.
Z wykształcenia jest filolożką rosyjską, choć marzyła o polonistyce. W Daugavpils stoją obok siebie cztery kościoły: luterański, prawosławny, katolicki i molenna starowierców. Annę pociągała szczególnie msza po polsku. Ale i tak wybrała rosyjski. Uczyła w szkole, ale jej etat zredukowano. Od 2021 roku w szkołach – tych dla mniejszości rosyjskiej – coraz bardziej okrajano nauczanie w tym języku. Wypadł też rosyjski jako język obcy. Można się uczyć tylko języków Unii Europejskiej.
Anna stara się przekwalifikować na nauczanie niemieckiego. Ale nie wie, czy wróci do pracy w szkole. – Jak pójdę na etat, to brata już nie odwiedzę. Przynajmniej, dopóki trwa wojna.
W czerwcu 2025 roku Saeima (łotewski parlament) zakazał podróży do Rosji wybranym kategoriom pracowników budżetówki.
Brat mieszka pod Moskwą. Anna Moskwy nie lubi. Matka porzuciła ją tam kiedyś na dworcu. Za to Petersburg uwielbia. Ermitaż, teatr, Newa… Wzdycha, bo dziś pojechać tam jest trudniej. Łotewska Straż Graniczna trzepie bagaż powracającym, ponoć szukają książek. Czeszą też telefony. Podobno, bo Anna nie zna nikogo, komu by się to przydarzyło.
Na razie udziela korepetycji, rozkręca szkółkę niedzielną. – Bo im mniej jest rosyjskiego w szkole, tym bardziej trzeba uczyć dzieci, kto to był Puszkin i Czechow – wyjaśnia.
Trochę pracowała w sklepie. Kiedyś klient zadzwonił na policję, że koleżanka ze zmiany kaleczy łotewski. Przyszła kontrola z urzędu, przepytać ją z języka. Patrzy na mnie: – Niech się Pani nie dziwi, to tu normalne. Rosyjskojęzyczni mają w Łotwie pod górkę.
Anna ma na to wiele przykładów.
W styczniu miejski szpital zwolnił 49 osób z rosyjskim paszportem. Dostali wymówienie z dnia na dzień. (Chcę spotkać się z którąś z tych osób, odmawiają). Przez kraj przeszła fala zwolnień w strategicznych sektorach: energetyka, transport, wodociągi.
W szkołach są kontrole znajomości języka łotewskiego. Rosyjskojęzyczni nauczyciele muszą przestawić się na nauczanie po łotewsku. Koleżanka Anny w latach 90. wyjechała do Anglii. Wróciła, uczy angielskiego. – Gdzie ona miała ćwiczyć łotewski, w Londynie? – pyta Anna. , Gdy ma przyjść kontrola, koleżanka idzie na chorobowe.
Anna nie zazdrości też uczniom, zwłaszcza najmłodszym: – W domu i na podwórku wszyscy mówią po rosyjsku. Wiele dzieci pierwszy kontakt z łotewskim ma w szkole.
Żal jej ludzi starych, tych, którzy przyjechali tu w czasach ZSRR. Daugavpils było ważnym ośrodkiem przemysłu. Produkowało amunicję, włókna chemiczne, tabory kolejowe. Zatrudniało pracowników z całego ZSRR. – W Łotwie mówią dziś, że to okupanci – sarka Anna. – A przecież nie przyjechali z własnej woli. W ZSRR wysyłano pracowników z jednego końca kraju na drugi.
Anna zna wielu takich ludzi. Żyją biednie, zdrowie stracili, bo pracowali fizycznie. Na przykład jej sąsiadka, z Białorusi. Kładła rury. Przyszła niepodległość, sąsiadka straciła pracę. Jest nieobywatelką. Chce wystąpić o łotewski paszport, uczy się do egzaminu z języka. Anna pomaga jej, pożycza książki.
Z książkami ostatnio jest kłopot. Od stycznia 2026 roku VAT na rosyjskojęzyczną prasę i książki skoczył do 21 procent. Emeryt już sobie książki nie kupi, nie stać go, narzeka Anna. Ponoć biblioteki publiczne nie mogą kupować rosyjskich autorów. Ale może to plotka? Zastrzega.
Plotką na pewno nie jest to, że Łotwa zabroniła obchodów Dnia Zwycięstwa. Zamiast tego 9 maja świętuje Dzień Europy. Kwiaty pod jakimś pomnikiem-mogiłą złożyć można, ale nie w miejscu, gdzie kiedyś stał zdemontowany radziecki pomnik.
Manifestacje polityczne są zabronione. Tak jak wszelkie symbole związane z polityką Rosji. W tym roku media obiegły zdjęcia kobiety, która pod pomnik przyszła z torebką w rosyjskie niebiesko-biało-czerwone paski. Interweniowała policja. – Kobieta twierdziła, że to Tommy Hilfiger, ale to raczej była demonstracja polityczna – zauważa Anna.
Anna w paszporcie wpisane ma narodowość: Rosjanka. W radzieckich paszportach ta rubryka była obowiązkowa. W Łotwie od 2022 roku można usunąć ten zapis. Anna nie zamierza. To jej język i kultura. A wojna, czy to jej wojna? – pytam.
– No wiadomo, że nie – odpowiada. Przez tę wojnę nie może odwiedzać brata, źle jej się czyta Czechowa, innych klasyków też. Może wróci do nich po wojnie.
Pytam, czy nie boi się, że Rosja zaatakuje Łotwę.
– Wątpię, skoro na Ukrainie tak mało zwojowali. Jeśli myśleć logicznie – zastrzega. – Tu ludzie boją się czego innego, deportacji!
Rząd zaostrzył prawo migracyjne. Osoby z paszportem Federacji Rosyjskiej, które mieszkają w Łotwie, wezwano do odnowienia pozwolenia na pobyt. Niespełnienie tego wymogu, oznaczało utratę prawa do pobytu.
Anna: – Zaczęli deportować obywateli Rosji. Kto wie, kiedy wezmą się za negrów.
– Słucham?
– Negrów. Tak u nas mówią na tych bez obywatelstwa. To skrót od niegrażdanin, nieobywatel.
Niepodległa Łotwa miała problem, bo według radzieckiego spisu powszechnego z 1989 roku, etnicznych Łotyszy było ledwie 52 procent. Reszta to Rosjanie, Białorusini, Polacy i inne nacje. Albo ogólnie człowiek radziecki. Gdyby dać im obywatelstwo, doszliby do władzy i zagłosowali za połączeniem z Rosją. Tak rozumowano.
Uchwalono więc, że obywatelstwo będzie tylko dla prawdziwych Łotyszy. To tacy, których przodkowie mieszkali tu przed 17 czerwca 1940 roku. Od tej daty do 1941 roku liczy się w Łotwie okres pierwszej sowieckiej okupacji. Druga zaczęła się po „wyzwoleniu”, czyli w 1945 roku. Pomiędzy była okupacja niemiecka.
Dla osób, których korzenie nie sięgają tak głęboko, wymyślono status nieobywateli. W łotewskim prawodawstwie to coś innego niż bezpaństwowość. W 1993 roku w Łotwie mieszkało 876 000 nieobywatelek i nieobywateli, to jakieś 14,3 procent ludności.
W 1995 roku Łotwa zaczęła powolny proces ich naturalizacji. Trzeba było mieć stałą pracę lub niezłą emeryturę, znać język i zobowiązać się do lojalności wobec państwa. W ciągu trzydziestu lat naturalizowało się ponad 150 tysięcy osób. Ćwierć miliona zmarło, czas przecież płynie. Reszta wyjechała lub wzięła rosyjski paszport – to akurat było proste, wystarczyło urodzić się w ZSRR. W 2025 roku miało go w Łotwie 41 000 osób. To wszystko dane Urzędu Spraw Obywatelskich i Migracji. Od 2020 roku dzieci urodzone w Łotwie dostają obywatelstwo automatycznie.
Nieobywatele – ich liczba skurczyła się do 165 871 osób – do Unii Europejskiej wjadą bez wizy, ale pracować tam nie mogą. W Łotwie mogą mieszkać, ale nie do końca są u siebie. Dlatego sąsiadka Anny, ta od rur, nie zgodzi się na rozmowę. Woli siedzieć cicho. Nigdy nie wiadomo, kiedy Łotwa takich jak ona też zacznie wyrzucać z kraju.
– A ilu ludzi wyrzucono do tej pory? – pytam Annę.
– Nie wiem, ale co i rusz o tym czytam. – I dodaje, że język łatgalski też nie miał lekko. Niektórzy badacze twierdzą, że to dialekt łotewskiego, inni, że osobny język. Faktycznie, zakazany był w zaborze rosyjskim po powstaniu styczniowym (Łatgalia historycznie to były Inflanty polskie). Potem, w ZSRR de facto też. – Łotwa, mając takie doświadczenia, nie powinna prześladować nas dziś za rosyjski.
Z Anną nadal jesteśmy w kontakcie. Jednak pojechała do brata. I pisze mi, że łotewski rząd zakazał importu książek z Rosji. Będą jeszcze droższe.
Z Romanem też rozmawiam w parku. Dookoła łażą mewy, liczą, że coś dla nich mamy.
Rodzina Romana jest trochę polska, trochę białorusko-rosyjska. Babcia mówiła po polsku, ale rodzice przeszli na rosyjski. On w paszporcie ma „Polak”. I jest z tego dumny. Z Polakami pracował w Anglii, tyle że to byli Polacy z Polski. A on rosyjskojęzyczny obywatel Łotwy. Jeden się czepiał, że Roman jest ruski i obwiniał za Katyń. „Nie ruski, tylko rosyjskojęzyczny”, tłumaczył mu.
Do Anglii wyjechał z zawiści, że innym się lepiej powodzi. „A co robisz, żeby tobie lepiej się żyło?”, spytał sam siebie. I pojechał zbierać maliny. Potem poszedł do fabryki, zaczął piąć się w górę.
Wcześniej, w Łotwie, chciał być zawodowym żołnierzem. Wstąpił do wojska, ale jego oddział nieetnicznych Łotyszy był poniewierany przez dowództwo. – Byliśmy drugim sortem – wspomina. Z wojska przeszedł do policji. Praca odpowiedzialna, ale pensja głodowa. Wytrzymał cztery i pół roku.
– W Anglii w tydzień zarabiałem więcej niż tu w miesiąc. I nikt nie pytał, na jakim poziomie jest mój angielski. Wystarczyło, że mogłem się dogadać. A u nas sprzątaczka musi mieć B1 z łotewskiego. Z miotłą będzie rozmawiać?
(Znajduję tabelę, która rozporządzeniem Rady Ministrów ze stycznia 2023 roku określa poziom łotewskiego dla każdego zawodu. Tyle że osobom sprzątającym wystarcza poziom A1).
Roman wrócił z Anglii, bo uznali z żoną, że lepiej by syn poszedł do rosyjskiej szkoły. Pytam, czy to wybór polityczny.
– Bynajmniej. Po łotewsku mówi ledwie dwa miliony ludzi, a po rosyjsku dogadasz się na całym świecie.
Nie przewidzieli jednego: pełnoskalowej inwazji. A ta przypieczętowała los języka rosyjskiego. Już wcześniej zaczął znikać z przestrzeni publicznej. Najpierw z szyldów z nazwami ulic i sklepów. Jedyna branża, która dziś reklamuje się w Daugavpils po rosyjsku, to producenci nagrobków i wieńców pogrzebowych.
Znika też z innej przestrzeni. Roman wyciąga telefon: – Mam tu apkę mojego banku. Zatrudniam bank, żeby przechowywał moje pieniądze. To moja sprawa jak się z nim komunikuję.
Ale łotewski parlament we wrześniu 2024 roku nakazał bankom komercyjnym wycofać rosyjski z bankomatów.
Roman narzeka też na urzędy: – Nawet jak do okienka podejdzie ruska babuleńka, urzędnik odpowie jej po łotewsku, bo boi się wylecieć z roboty. Przecież Łotwa jest w Unii. To jak to możliwe, że dyskryminuje ludzi z powodu języka? – pyta Roman. Podkreśla, że w Łatgalii wielu rosyjskojęzycznych to ludzie miejscowi. – Jak nas zabrano Polsce po pierwszym rozbiorze, to tu była gubernia białoruska, a potem witebska.
A potem Lenin dał nas Łotwie. My jesteśmy tu rdzenni, coś jak Indianie w Stanach.
Konstytucja jednoznacznie określa łotewski jako język państwowy. W 2012 roku w Łotwie odbyło się jednak referendum, czy rosyjski nie powinien być drugim językiem urzędowym. Na tak było niecałe 25 procent, głównie w Łatgalii i Rydze. Putin grzmiał, że to skandal, bo część społeczeństwa nie ma prawa głosu.
W sondażu Baltic Institute of Social Sciences „za” lub „raczej za” było 51% respondentów. Tyle że w sondażu pytano też nieobywateli.
Syn Romana poszedł do szkoły, ale rosyjskiego nie uczył się długo. – Przyszli, ćpok i wyłączyli rosyjski, jak światło. – Roman pstryka palcami. Od razu spadł poziom nauczania. – Łotewski znasz słabo, a tu każą ci wkuwać po łotewsku matematykę. To jest challenge. Dzieci nie dają rady, zaczynają szumieć. W klasie robi się chaos, nauczycielka dostaje histerii.
Ojca najbardziej martwi jednak co innego. – U dzieci w głowie powstaje próżnia. Każdy portal medialny może ją zapełnić. Rosyjski, ukraiński, każdy. Pani wie, ile obrazków taki czternastolatek ogląda na minutę? To nie tak jak kiedyś, że od rana czekaliśmy aż będzie kreskówka Wilk i Zając.
Syn jest łotewskim patriotą, ale boję się, że się zawiedzie. Pani sobie wyobraża, że łotewska telewizja w programach dla dzieci w ogóle nie pokazuje dzieci z Łatgalii? Jak chcą integracji, niech mówią im od małego: „Jesteście częścią tego kraju”, zamiast kijem zaganiać je do lekcji łotewskiego.
Roman ogląda wszystko jak leci: BBC, wiadomości z Łotwy, Rosji, Ukrainy. Jednak i on nie zawsze daje sobie rady z fejkami. Kilka z jego opowieści brzmi dziwnie. Roman twierdzi na przykład, że Łotwa chce nadawać obywatelstwo uchodźcom z Ukrainy. I że łotewski rząd z politykami z Ukrainy rozmawia po rosyjsku. A to dla niego objaw podwójnych standardów.
Pytam o te dwa wątki Bałtyckie Centrum Dziennikarstwa Śledczego Re:Baltica. W 2024 roku ujawnili przeciek z Rosji, plan kampanii dezinformacyjnej wycelowanej w Łotwę. Jednym z jej punktów było podkreślanie, że Ryga faworyzuje Ukraińców. Re:Baltica przyznaje: opowieści Romana to typowa „dezinformacyjna karma z TikToka”.
Roman ma jeszcze innego asa w rękawie. W maju w Łatgalii spadł dron w Rezekne, drugim co do wielkości mieście regionu. Kolejny wpadł do jeziora koło Krasławy. (Znajduję wędkarza, który widział, jak spadał, kategorycznie odmawia rozmowy, „nawet gdyby mi pani zapłaciła”).
Drony nadleciały znad Rosji, ale były ukraińskie. Uznano, że to rosyjski system zakłócania sprawił, że zbłądziły na terytorium NATO. – Łotwa od miesięcy testuje rozwiązania alarmowe. A jak coś wleciało, to syrena nawet nie miauknęła – oburza się Roman. Po tych wydarzeniach premierka Evika Siliņa podała się do dymisji.
– A wie pani, czym wcześniej zajmowała się nasza premierka? – z błyskiem w oku pyta Roman. – Pracowała w branży porno. Są na to sekstaśmy – triumfuje.
– No chyba pan przesadził. – Pytam go o źródło.
– Niech pani sobie poszuka w internecie.
Sprawdzam. Taśmy to fejk, spreparowany przez speców od czarnego PR-u. Kobietę, która jest na nagraniu, znaleziono za granicą. Nie jest nawet podobna. Ten wątek był popularny na rosyjskich kanałach. Potwierdza to Re:Baltica.
Roman jest cięty na polityków. – Przypominają sobie o nas tylko przed wyborami. Będą w październiku, więc już zaczynają się zjeżdżać. Obiecują, że zbudują nam drogę, rozwiną przemysł. Ale tu się nic nie opłaca. Bo transport kuleje.
Daugavpils to drugie co do wielkości miasto Łotwy, ma 77 tysięcy mieszkańców. Kiedyś było dobrze skomunikowane z resztą ZSRR. Do granicy z Białorusią jest 35 km, a do Rosji 120 kilometrów. Dziś najbliższe lotnisko jest w Wilnie. Pociąg z Wilna przestał kursować w pandemii. Autobus jedzie raz na dzień.
Do Rygi jest 230 kilometrów. Roman: – Oni są tam na nas kompletnie głusi. Ja jestem pokojowo nastawiony. Ale są ludzie, którzy hodują w sobie złość. To idealny materiał dla specsłużb dowolnego kraju. Im nie trzeba nawet płacić, oni będą robić dywersję za darmo.
Rząd sami prosi się o kłopoty, tak uważa Roman. Bo te nowe przepisy to paliwo dla putinowskiej propagandy. Ma na myśli deportacje i przepisy dotyczące telewizji. Już w marcu 2022 roku parlament zakazał oglądania rosyjskiej i białoruskiej telewizji. Grozi grzywna do 700 Euro. Zapadła też decyzja o skasowaniu łotewskich mediów publicznych w języku rosyjskim.
– A skąd policja wie, kto co ogląda?
– Od sąsiada.
– Słucham?
– Dawniej wygódki były na ulicy. Jak chciałeś komuś zaszkodzić, pisałeś gdzie trzeba, że sąsiad wytarł zadek portretem Stalina. Tak nam dziadek mówił. Dziś idziemy w podobną stronę.
– Może to porównanie trochę na wyrost? – pytam.
– Skądże. Ja mam firmę transportową i sporo luzu. Ale ci z budżetówki już do Białorusi nie pojadą. A wszyscy jeździli tam do dentysty, bo taniej. Dziś boją się, że ktoś doniesie.
Wojna pozbawiła Romana złudzeń. Nie do Rosji (był parę razy, nie podobało mu się tam wcale), ale do łotewskich sąsiadów.
– Wielu ludzi rzuciło nam się wtedy do gardła. Że ruski zły, kolonizator i świnia. Jak Łotysze piszą na nas źle, to uchodzi im płazem. Ale w drugą stronę, to byłby skandal. Zresztą, to są boty. Chcą nas sprowokować, żebyśmy występowali przeciw władzy.
– Czyli to rosyjska prowokacja? – pytam.
– Albo łotewska – mówi Roman. – Bo jakbyśmy się zjednoczyli i spytali rząd, czemu łotewska gospodarka jest w dupie, to mieliby kłopot. Ryba gnije od głowy. Pokaż palcem na nas, że to wina ruskich, to będzie nam ta głowa, czyli rząd, mniej śmierdzieć. A przecież, jak przyjdzie wojna, to trzeba stać ramię w ramię. I bronić kraju.
– A przyjdzie wojna?
– Nie przyjdzie. A na co my jesteśmy Moskwie potrzebni?
Na pożegnanie chce mi pokazać zdjęcie. – Wie pani, jak w latach 40. domy ocieplali? Gazetami. Akurat rozbieraliśmy chałupę po babce, to miałem przegląd prasy. Gazety niemieckie, ruskie, łotewskie, żydowskie. Jacy my wtedy byliśmy wielokulturowi, a teraz? Dobrze mi się z panią rozmawia. I niech pani napisze, że nie jestem okupantem. Gdyby ktoś usłyszał naszą rozmowę – dodaje po cichu – od razu byłoby, że jestem agentem.
– Agentem?
– Bo mówię, że nie podoba mi się łotewska polityka.
Jest niedziela, miasto puste. Dookoła tylko mewy.
– To ty szukałaś ludzi do reportażu? – pyta Wadim Bogdanow, aktor Teatru Daugavpilskiego. – I co, pewnie nikt się nie zgłosił? Ludzie się boją.
Bogdanow ma 38 lat. Urodził się tu, wyjechał na studia do Petersburga, grał w Teatrze im. Maksyma Gorkiego w Samarze. Że nie jest prawdziwym ruskim, zrozumiał dość szybko.
– Poszedłem z kolegą z akademika w Samarze, na piwo – opowiada. Na jedno piwo, podkreśla, żeby było jasne, że to była rozmowa na trzeźwo. Tamten mówi: „Wadim, fajny gość z ciebie. Tylko żal, że nie masz duszy.” – To było na poważnie. Wtedy zrozumiałem, że ja może i jestem ruski, ale nie stamtąd.
Bogdanow mówi mi to na leżaczku na podwórku między garażami. Kawa w papierowym kubku, skręcony papieros ciągle gaśnie. Jakaś wietrzna pogoda. Zaraz i tak wejdziemy do środka, w sali na piętrze zaczynają się próby. Bogdanow przebierze się w pepegi, wymięte spodnie i koszulę w paski. Założy plecak i pójdzie do szkoły. Bo sztuka nazywa się „Lekcje języka łotewskiego”.
Napisał ją Andriej Timofiejew, dramaturg rodem z Daugavpils, dziś mieszka w Rydze. Bogdanow zapisał się na kurs łotewskiego, chciał się podciągnąć z języka. Spisywał przeżycia z kursu, a Timofiejew zrobił z tego sztukę. Po rosyjsku i łotewsku, ale – jak podkreślono na plakatach – z akcentem.
Na scenie szkolna ława i krzesło. Kolja, rówieśnik autora, chodzi na kurs językowy. Musi zdać egzamin, inaczej wywalą go z roboty. Na kursie jest parę osób (widzimy je tylko na ekranie). Jest wiekowa nauczycielka historii, na szkolny stres łyka tabletki. Jest policjant i migrantka-prymuska z Białorusi.
Kolja duka, wychodzi z siebie, ale i tak nie zda. Nauczycielka nawet nie podejdzie do egzaminu. Dostanie spazmów, zacznie bluzgać na Łotwę i Łotyszy, trzaśnie drzwiami. Główny bohater też przeżyje załamanie.
Ile jest z niego w tej sztuce, pytam aktora po próbie.
– To sztuka o nas wszystkich tutaj. O doświadczeniu bycia obcym. Bo dla Rosjan nie masz duszy, a Łotwa to niby twój kraj, ale też cię nie chce.
Bogdanow egzaminu zdawać nie musiał. Jest z rodziny staroobrzędowców. Ma obywatelstwo.
– Nie ma znaczenia, czy jesteśmy tu od dawna, czy nie – zastrzega. – Nie chodzi o przeszłość. Tu chodzi o dzisiejszą mentalność. Bo wielu rosyjskojęzycznych myśli: „Jak to, ZSRR przyniosło Łotyszom kulturę, a wy nas teraz dyskryminujecie?”
Z tą mentalnością jest jak z alkoholizmem, ciągnie Bogdanow. Możesz go zwalczyć pod warunkiem, że przyznasz, że masz problem z piciem. – Jeśli przyznam się, że siedzi we mnie ten ruski okupant i szowinista, to mogę nad tym pracować. A jak się uprę, że sam jestem ofiarą, to nic nie da się zrobić.
Niestety rosyjska propaganda podsyca myślenie w kategoriach ofiary – mówi Bogdanow.
– Ludzie wymyślają jakieś pseudoproblemy, byle tylko nie przyznać, że w Ukrainie toczy się wojna. Wolą gadać o tym, że są dyskryminowani. – I dodaje: – Ktoś mnie pytał, czy Łotysze i ruscy mogą żyć razem. Tak, ale ruscy muszą przyznać się i przeprosić za okupację. A Łotysze muszą im wybaczyć. A na to się nie zanosi.
Bogdanow jest też reżyserem i blogerem. W mediach społecznościowych publikuje rolki, rozprawia się w nich z kawałkami propagandy. Że Ukraina buduje w Łotwie swoje bazy wojskowe, całą wojnę wywołało NATO. Rolki Bogdanowa oglądają i w Rosji, i w Ukrainie.
– W Rosji jest masa rozsądnych ludzi. Ale wybierają milczenie. Ja ich nie osądzam, nie mam moralnego prawa.
Nie osądza też swoich sąsiadów w Daugavpils, którzy wybierają ciszę. Ale przez to miasto wydaje się prorosyjskie. A ruska propaganda ma zasięgi. Dlatego ludzie opowiadają, że język rosyjski jest poniewierany, nie wolno w nim rozmawiać.
Bogdanow: – To brednie. Moja babcia nie zna ani słowa po łotewsku. Szczerze mówiąc, rosyjski też już prawie zapomniała. Dzwonię w jej imieniu do lekarzy, urzędów. Mówię: „Dzień dobry, przepraszam, mogę po rosyjsku”? Jeszcze nikt nie odmówił. Niemożliwe, że tylko mnie trafiają się fajni Łotysze.
– Może to sprawa klasowa, masz wysoki kapitał społeczny? – zastanawiam się na głos.
Bogdanow robi kolejną kawę. Zaraz znów zawołają go na próbę.
– Spójrzmy na to z drugiej strony. Moja narzeczona jest Łotyszką. Oglądamy filmy po rosyjsku, bo wersji łotewskiej brak. Popyt jest za mały. Mamy przykład z Białorusi, co może stać się z łotewskim, jeśli nie poskromi się rosyjskiego. Trudno konkurować z językiem, którym mówi pół miliarda ludzi.
„Lekcje języka łotewskiego” to nie pierwszy monodram aktora. Wcześniej był „Człowiek i tyran” inspirowany opowiadaniem Nabokova. Bogdanow sam to reżyserował. Są tam Hitler, Putin. I jest też Rosjanin, z Łotwy. Stoi na scenie zdezorientowany, jakby zgubił się w mieście. W jednej ręce siatka, w drugiej laska, na nosie grube okulary. „Sąsiadka mówi, niech pan poszuka w internecie kursu językowego. Ja nie mogę nawet tego internetu znaleźć, a co dopiero jakiś kurs” – żali się emeryt. W pewnej chwili Bogdanow pyta publiczność: Czy są tu Rosjanie? A przepraszam, dziś większość z nas woli mówić „rosyjskojęzyczni.” Ale fakt jest taki, że jesteśmy Ruscy.
Bogdanow długo czuł się obywatelem świata. Pełnoskalowa inwazja przestroiła mu tożsamość. Dziś jest łotewskim patriotą. Jego matka, która od lat mieszka w Anglii, wierzy, że Rosja zmuszona została do wojny przez NATO. – Na szczęście miłość do syna jest silniejsza – mówi Bogdanow. Z ojcem niestety jest gorzej.
– A czemu ludzie boją się rozmawiać? – pytam przy ostatnim łyku kawy.
– Bo propaganda wciska im kit do głowy. Ludzie piszą mi w komentarzach, że łotewski rząd to faszyści. Nikt jednak nikogo nie sadza do więzienia. Czyli wolność jednak jest.
Inna Pławoka właśnie została babcią. Pokazuje zdjęcia w telefonie. Malutki człowiek śpi zadowolony, jakby śnił o niebieskich migdałach. Pławoka jest w siódmym niebie. – Drżałam cała, oby tylko nie dali dziecku Władimir. Całe szczęście nazwali syna Nikolas.
Pławoka założyła portal medialny Czajka (po polsku mewa). Bo mewa to symbol Daugavpils. W 1975 roku, na siedemsetlecie miasta wzniesiono nawet pomnik mewy. – Mewa podobna jest do nas, dziennikarzy, uważnie wszystko obserwuje, głośno krzyczy.
Czajka to jedyne niezależne medium w Łatgalii, podkreśla Pławoka. Wszystkie inne związane są z politykami i biznesem. Wystartowała w 2018 roku. Przeżyła pandemię, potem zaczęła się pełnoskalowa wojna. – Byliśmy jedyną gazetą w mieście, która nazwała rzecz po imieniu WOJNA: Rosja zaatakowała Ukrainę – podkreśla Pławoka. Inne redakcje omijały temat, by nie podpaść czytelnikom.
Część czytelników istotnie się obraziła. Pławoka musiała zmienić klub fitness i salon urody, słyszała tam wrogie komentarze. Były i komplementy, czytelnicy z innych regionów prosili, by drukować po łotewsku. Tak narodził się serwis w drugim języku. Bo Czajka pisze przede wszystkim po rosyjsku.
Wojna była dla Pławoki szokiem. Jeszcze większym były reakcje ekspertów z Rygi. W łotewskiej telewizji zapewniali, jak proukraińskie jest społeczeństwo. W Daugavpils Pławoka słyszała, jak ludzie szeptali: „Putin i nas niedługo wyzwoli”. Dostawała wiadomości: „Na koniec i tak wszyscy polezą na kolanach do Putina”.
W emocjach napisała tekst, już sam tytuł mówił wiele: „Drodzy politycy, jesteście gotowi na Łotyszy, którzy chlebem i solą witają czołgi?” Zaraz po publikacji dostała telefon z kancelarii prezydenta. Egils Levits chciał udzielić jej wywiadu. – Nie miałam wrażenia, że traktuje nas jako pełnoprawną część społeczeństwa – wspomina Pławoka.
Już wtedy wypłynął temat emerytur dla obywateli Rosji mieszkających w Łotwie. Levits rzucił coś w stylu, że jak chcą rosyjskich emerytur, niech jadą do Rosji. Pławoka przyznaje, że brakło jej wtedy rezonu. Dziś odparłaby: „Czy Łotwa naprawdę może sobie na to pozwolić? Jesteśmy najszybciej wyludniającym się państwem Europy.”
Poprosili też, by napisała analizę, czego od państwa oczekuje ludność Łatgalii. Pławoka wątpi, by coś z tego wykorzystano.
– No właśnie, a czego oczekuje? – pytam.
– By przestać definiować język jako problem. I nie czepiać się ludzi, że nie mają obywatelstwa. Im trzeba powiedzieć: „Jesteście częścią tego kraju. Będziemy myśleć, jak rozwiązać wasze problemy”. I najlepiej powiedzieć to po rosyjsku.
Pławoka jest nieobywatelką. Jej rodzina pochodzi z Białorusi, ma splątane korzenie: polskie, białoruskie, rosyjskie, żydowskie. Ojciec był inżynierem, studiował w Mińsku. Budował drogi w Łotwie, potem w obwodzie tiumeńskim na Syberii. Inna skończyła tam szkołę, poszła na studia w Petersburgu. Studiowała muzeologię.
– Uczyli nas tam, że kultura rosyjska jest największa na świecie.
Po studiach wróciła do Łotwy. Jej syn jest obywatelem, wnuk też. Ona sama szykuje się do naturalizacji. Przy okazji chce usunąć z paszportu zapis, że jest narodowości białoruskiej. – Jedyne co mnie wiąże z tym krajem, to smak truskawek u dziadków spod Mohylewa. Języka nie znam, z władzą w Białorusi nie chcę mieć nic wspólnego – podkreśla.
Czajka zatrudnia na stałe dziesięć osób, utrzymuje się z grantów. Ale czytana jest nie tylko lokalnie. Jakieś 70 procent czytelników jest z Łatgalii, 20 procent to pozostała część kraju, reszta to Białoruś, Rosja i inne kraje Europy.
– Czy jest na liście ekstremistów w Białorusi? – pytam.
– Nie znalazłam nas na liście, ale nie wiadomo.
Matka Pławoki ma paszport rosyjski. Niedawno dostała zaległą emeryturę. Po 2022 roku wielu ludzi przestało otrzymywać świadczenia. Kreml wini sankcje. Ryga wini Kreml, bo zablokował wypłaty. Matka Pławoki przez trzynaście miesięcy nie dostawała ni kopiejki. Uczyła się za to słówek: – Wieczorem odrabiała lekcje, rano płakała, że wszystko zapomniała. Wiek robi swoje.
Kurs językowy Pławoka dała matce w prezencie. Płatny, bo do darmowych były kolejki.
W międzyczasie matka skończyła 75 lat. Od tego wieku nie trzeba już zdawać. Pławoka uważa, że zwalniać z egzaminu językowego powinno się wcześniej. Pławoka przyznaje, że matka lepiej radzi sobie dziś w sklepie i aptece, przeczyta ogłoszenie na podwórku. Gorzej jest z mediami. – Wierzy we wszystko, co piszą w internecie. Takim ludziom trzeba dostarczać sprawdzonych informacji.
W styczniu 2026 roku ucichł program 4 Łotewskiego Radia, nadawał po rosyjsku. Pławoka uważa, że likwidacja rosyjskojęzycznych mediów publicznych to błąd. – Ludzie szukają kogoś, kto im objaśni świat. Jeśli my tego nie zrobimy, pójdą pod skrzydła Putina.
– A to prawda, że ludzie donoszą na sąsiadów, jak ktoś ogląda rosyjską telewizję? – pytam.
– Gdyby mój sąsiad na cały regulator, przy otwartym oknie słuchał programów Sołowiowa czołowego propagandzisty Kremla, sama zadzwoniłabym na policję. A to się zdarza. Nie, że ktoś po cichu słucha sobie w domu. To manifestacja polityczna.
Pytam o ostre kontrole przy powrotach z wyjazdów do Rosji i Białorusi. O niczym takim Pławoka nie słyszała. – Raczej bym się bała, że Łukaszenka cię zamknie.
I przypomina historię kobiety, która wybrała się do Białorusi do kosmetyczki. Zamiast na zabieg trafiła do kolonii karnej z zarzutem szpiegostwa, na cztery lata. Wymienili ją w grudniu 2025 roku. Takich przypadków było parę.
Pytam o najgorętszy temat: deportacje.
– Temat jest rozdmuchiwany przez Rosję. W 2024 roku z Łotwy wyjechał 82-letni Borys Katkow. Rosyjskie media podniosły alarm, że Łotwa wyrzuciła weterana wojennego. O tym, że był czołowym propagandystą Rosji, cisza.
Faktycznie, jak informuje mnie Urząd Spraw Obywatelskich i Migracji, przez ostatnie trzy lata wydano zaledwie 113 nakazów wyjazdu.
– A to prawda, że jest przyrost rusofobii? – pytam.
– Jeśli pogląd, że każdy Rosjanin odpowiada za to, co się dzieje w Ukrainie, to rusofobia, to i ja jestem rusofobką. W końcu to oni wybierali tę władzę.
I dodaje: – Osobiście spotykam się raczej z hejtem ze strony wyznawców ruskiego miru.
– A czemu ludzie boją się rozmawiać?
– Bo za działanie wbrew nowej „Koncepcji bezpieczeństwa narodowego” grożą konsekwencje.
To dokument, który wyznacza kierunek polityki bezpieczeństwa kraju. Pławoka przypomina historię paru podchmielonych pasażerów, którzy w tramwaju śpiewali Katiuszę. Dostali po 300 Euro grzywny. – Dlatego ludzie rozmawiają w kuchni albo jak są wstawieni. Sęk w tym, że te myśli nadal są w ich głowie.
– A ilu ludzi w ogóle jest za Rosją? – pytam.
– Myślę, że u nas w mieście nie mniej niż połowa. Daugavpils jako jedyne nie wywiesiło ukraińskiej flagi na Radzie Miasta. Bo mer się nie zgodził.
Andrejs Elksnins sprawuje urząd, z przerwami, od 2017 roku. Ma większość w Radzie Miasta. Jest z Socjaldemokratycznej Partii Zgoda, która współpracowała z Jedną Rosją, partią Putina. Ta współpraca, przynajmniej oficjalnie, przerwana została w 2017 roku. Ale mer potępił demontaż pomnika żołnierzy Armii Radzieckiej. Zburzono go w mieście w październiku 2022 roku.
– To bezideowiec – mówił mi o nim Wadim Bogdanow, aktor. – Płakał po pomniku, a firma jego kumpla wygrała przetarg na demontaż. Trzeba go spytać, gdzie są pieniądze z Europejskiego Funduszu Odbudowy. Daugavpils dostaje ich sporo. Skandali z przetargami było w mieście parę.
Bogdanow wspomina, jak mer kupował tramwaje z Czech, za czterokrotność ich ceny. Jakiś inny przetarg wygrała ponoć firma, która kupiła tabor z fabryki powiązanej z rosyjską zbrojeniówką.
Z Pławoką spotykam się w biurze New East Culture Institute, który organizuje warsztaty ze świadomej konsumpcji mediów. To tu wystawiane są „Lekcje języka łotewskiego”. Bilety rozeszły się błyskawicznie.
Po spektaklu rozmawiam z Jorenem Dobkiewiczem, założycielem Instytutu. Pytam, czy ludzie oglądają zakazaną telewizję, rosyjską lub białoruską. Dobkiewicz wygląda przez okno. Ściana budynku naprzeciwko obrośnięta jest talerzami satelitarnymi. Skierowane są na Białoruś. – Ale może nie działają, nie wiem – zastrzega. – Tyle że dziś nie potrzeba satelity, na każdej wsi mają TikToka.
– A to prawda, że w mediach publicznych wiadomości z Łatgalii prawie nie ma?
Dobkiewicz: – Niestety tak. Do nas przyjeżdża więcej mediów z zagranicy niż z Rygi.
Ostrzega, że język nie determinuje poglądów. Największy szok przeżył w Jełgawie, 40 km od Rygi, gdzie Bogdanow wystawiał gościnnie swój monodram „Człowiek i tyran”. Z głośnika leci kilka taktów „Ja ruskij”, to hit piosenkarza Shamana.
Ja ruskij, idę zawsze do końca,
Ja ruskij, swoją krew mam od ojca,
Ja ruskij, i to mój wielki fart,
Ja ruskij, niech drży przed nami świat!
Shaman wspiera Putina, występuje dla rosyjskich żołnierzy. Objęty jest w UE sankcjami.
Dobkiewicz: – Na sali młoda publiczność, sami Łotysze. Gdy ze sceny rozbrzmiewa „Ja ruskij”, publika klaszcze i wyje z zachwytu. Spodziewaliśmy się raczej gwizdów. Byliśmy w szoku. Skąd oni znają tę piosenkę? W Łatgalii nie zdarzyło nam się to nigdy.
Przy tej samej ulicy co New East urzęduje Olga Pietkiewicz. W pokoju ma biurko, parę krzeseł i drukarkę. W tym samym gmachu mieści się Urząd Spraw Obywatelskich i Migracji oraz klub nocny Bastylia. Za oknem jedzie tramwaj, ten z kontrowersyjnego przetargu.
Jest 9 rano i pierwsza klientka. Chce wyrobić matce pozwolenie na pobyt stały. Matka jest Rosjanką, wyszła za Łotysza, wojskowego z Sewastopola. Zamieszkali w Łotwie. Był rok 1982. Urodziły się dzieci. ZSRR się rozpadł, oni się rozwiedli, mąż zmarł. Ona została.
Córka żali się: – Mama znów oblała egzamin. Zabrakło jej sześć punktów. Zawsze wykłada się na części pisemnej.
A na egzaminie trzeba było napisać rozprawkę. Temat: Opowiedz koleżance, jaki artykuł w prasie zrobił na tobie wrażenie i dlaczego.
Pietkiewicz: – Większość moich klientów słabo pisze nawet w swoim języku. To ślusarze, murarze, a tu muszą zdawać egzamin na komputerze.
Pietkiewicz coś o tym wie, jej rodzice byli nieobywatelami. Na obywatelstwo trzeba zdać język na poziomie B1, na pobyt stały A2. Matka zdała od razu. Ojciec zdawał osiem razy, co trzy miesiące, do skutku. Pietkiewicz myśli, że zaliczyli mu z litości. Pisała mu rozprawki, on kuł je na pamięć, by zdać i zapomnieć. Zawsze był małomówny, a po łotewsku to już w ogóle.
Klientka: – Mama jest cała w nerwach. Jak spytać o lekcje łotewskiego, od razu jest awantura.
Pietkiewicz ma pomysł: zwolnienie z egzaminu z przyczyn zdrowotnych. Najlepszy byłby papier od psychiatry, o rozstroju nerwowym albo depresji. Podaje nazwisko lekarza. Uprzedza, że mówi wyłącznie po łotewsku.
– Tylko jak przekonać mamę? Przecież to wstyd iść do psychiatry – martwi się klientka. I zwraca się do mnie: – Mama jest głęboko urażona. Ma 62 lata, żyje tu ponad czterdzieści, a teraz musi zdawać z jakimiś Hindusami.
Wcześniej egzaminy odbywały się dzień w dzień, specjalnie dla obywateli Rosji. Większość ludzi już zdała albo się poddała, reszta podchodzi do egzaminu z migrantami z całego świata.
Olga ma na półce plik ankiet. Obywatele Rosji ubiegający się o pozwolenie na pobyt muszą odpowiedzieć na całą serię pytań.
Czy uważa Pan/Pani, że Rosja w 2014 roku dokonała nielegalnej aneksji Krymu?
Czy uważa Pan/Pani, że Białoruś udziela wsparcia Rosji w zbrojnej agresji przeciw Ukrainie?
Czy popiera Pan/Pani demontaż radzieckich pomników w Łotwie?
Pytam Olgę, czy zdarzają się tacy, co odpowiadają wbrew sobie.
– Ci ludzie przeżyli ZSRR. Wiedzą, że trzeba wpisać to, czego partia sobie życzy.
– A są w Łatgalii tacy, co czekają na Putina?
– Mało, mniej niż 10 procent. Oni tylko tak gadają. To ofiary rosyjskiej telewizji.
Ale Pietkiewicz przyznaje, że wielu ludzi tęskni za ZSRR. – Nie za Breżniewiem albo Gorbim. Po prostu wydaje im się, że w ich młodości trawa była bardziej zielona.
Jeszcze raz podkreśla: – Nie ma tak, że ruscy są za Putinem, a Łotysze przeciw.
I wspomina obywatela Rosji, który chciał przedłużyć pozwolenie na pobyt. Narzekał: „Szkoda, że nie poszedłem do psychiatry, gdy brałem rosyjski paszport. Chyba postradałem rozum”. W dzień wyborów prezydenckich w Rosji pofatygował się do Rygi, odstał parę godzin w kolejce do konsulatu, by skreślić całą kartę do głosowania i napisać „Rosja bez Putina”.
Klientka zbiera do teczki papiery. Pyta, ile się należy za poradę. – Nic – odpowiada Pietkiewicz. – Wystarczy, że na mnie zagłosujesz.
Bo Pietkiewicz kandyduje do parlamentu, z listy populistycznej partii „Łotwa na Pierwszym Miejscu”. Studiowała prawo, pracowała też trochę w mediach. Mówił o niej Dobkiewicz, szef New East: „Ta pani chce zrobić karierę polityczną na pomaganiu rosyjskojęzycznym emerytom”.
– A czemu ludzie boją się rozmawiać? – pytam ją po wyjściu klientki.
– Bo coś chlapną, a potem to wypłynie.
Ma przykład. – W Dzień Zwycięstwa w 2018 roku jeden facet opublikował post ze wstążką św. Jerzego i hasłem Spasibo diedu za pobiedu, (Dzięki dziadku, za zwycięstwo). W 2026 roku dostał wezwanie do sądu. Bo już w marcu 2022 roku Łotwa wpisała wstążkę na listę zakazanych symboli, razem z „Z”.
– Przecież prawo nie może działać wstecz – mówi Pietkiewicz. – Post był stary, ale właściciel konta powinien był go usunąć.
Jest jedenasta. Za dwie godziny Pietkiewicz wsiądzie w pociąg do Rygi. Jedzie na protest w obronie Teatru im. Michaiła Czechowa, rosyjsko-amerykańskiego aktora i reżysera. Teatr jest łotewski, ale gra po rosyjsku. Ministerstwo Kultury rozważa, czy afisze teatralne nie łamią prawa. Przecież w przestrzeni publicznej nie może być napisów po rosyjsku. Ktoś doniósł też, że w pracy, poza sceną używa się w teatrze rosyjskiego.
Mniej niż losy teatru Pietkiewicz martwi ogólna tendencja. Popularna sieć restauracji skasowała menu po rosyjsku. Personel w sklepie z zabawkami – Pietkiewicz ma czworo dzieci – przestawił się na łotewski.
– Czekam, kiedy im ten interes upadnie. Ta nadgorliwość będzie ich drogo kosztować.
Wychodzę. Pod drzwiami siedzi jeszcze jeden klient. W spracowanych rękach ściska urzędową kopertę. Po raz kolejny zawalił egzamin.
Przez cienkie drzwi słychać ich rozmowę: – Niech pan się zgłosi do psychiatry. Skierują pana na obserwację. Poleży pan dziesięć dni, zrobią jakieś testy i dostanie pan zwolnienie.
– A jaką mam gwarancję, że nie wyślą mnie na stałe do psychuszki?
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu” (Wydawnictwo Czarne). Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu” (Wydawnictwo Czarne). Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
Komentarze