MyDr to kolejna nauczka dla polskiego państwa: outsorcing usług publicznych nigdy się nie opłaca
Wyciek superwrażliwych danych medycznych 19 milionów Polek i Polaków to nie jest tylko problem firmy MyDr. To przede wszystkim problem polskiego państwa, które postanowiło oddać nasze dane w zarząd prywatnej firmie i płaciło za to publicznymi pieniędzmi
Jako pacjent korzystałem z MyDr ledwie kilka razy. Odczucia miałem mieszane. Z jednej strony bardzo mi się podobało, że „moja” NFZ-owska przychodnia zafundowała sobie system do elektronicznej rejestracji wizyt na długie lata przed tym, zanim wreszcie zafundowało go sobie polskie państwo (jego uruchamianie jest w trakcie; ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda zapowiada, że do końca roku 2027 ma on objąć wszystkie typy usług medycznych).
Ale była też druga strona – działało to bowiem generalnie kiepsko, aplikacja wykrzaczała się z niewiadomych powodów, przewijanie wolnych terminów było procesem żmudnym i irytującym, interfejs był mocno oldschoolowy i nieintuicyjny. Ot, polskie IT w swym anegdotycznym wydaniu.
Przyznam, że nawet przeszło mi przez myśl, że zbyt bezpiecznie to ten MyDr nie wyglądał. Ale oczywiście machnąłem na to ręką, bo aplikacja nie żądała ode mnie, przynajmniej tak wprost zbyt wielu danych. A ja nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że MyDr to w rzeczywistości ogromny cyfrowy kombajn, który służy również do generowania i gromadzenia informacji medycznych po stronie samej placówki. Oczywiście nie jednej.

Komentarze