Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Trump zapowiada wysłanie do Polski 5 tys. żołnierzy, ale NATO nadal nie wie, czy chodzi o realne wzmocnienie flanki, czy tylko przywrócenie wcześniej wstrzymanej rotacji. Sikorski ironizuje, że zamieszanie jest takie, że udało się zdezorientować nawet Putina.
Dwudniowe spotkanie ministrów spraw zagranicznych NATO w szwedzkim Helsingborgu (21–22 maja) nie przyniosło wyjaśnień w sprawie planowanych redukcji amerykańskich wojsk w Europie i finalnej wielkości kontyngentu w Polsce. Według relacji dziennika „The Guardian”, sekretarz stanu USA Marco Rubio odmawiał odpowiedzi na konkretne pytania sojuszników twierdząc, że to „techniczne decyzje wojskowe”, a nie polityczne. Tymczasem spotkanie ministrów spraw zagranicznych NATO ma jego zdaniem charakter polityczny.
Jak po spotkaniu ironizował minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który ze Szwecji przyleciał prosto do Pragi na konferencję „Globsec”, wyjaśniło się, że po ogłoszonych w ciągu ostatnich kilku dni cięciach i zwiększeniu amerykańskiego kontyngentu w Polsce, poziom obecności amerykańskich żołnierzy będzie „mniej więcej taki sam, może nieco większy”.
„Jeśli chodzi o rozmieszczenie wojsk w Polsce, oczywiście cieszymy się, że prezydent Trump wyjaśnił, iż poziom obecności amerykańskiej w Polsce będzie mniej więcej taki sam jak do niedawna, a może nieco większy. Szczególnie satysfakcjonujące jest to, że udało nam się zmylić nawet Putina. Nie ma on pojęcia, co zamierzamy zrobić” – mówił Sikorski.
Minister żartował, że właśnie tak powinno się uprawiać „strategiczną decepcję”.
Wypowiedź Sikorskiego podtrzymuje więc wątpliwość, czy czwartkowe ogłoszenie Trumpa, że wyśle do Polski dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy, może de facto oznaczać jedynie zaplanowaną rotację pancernej brygadowej grupy bojowej, którą wcześniej Waszyngton miał wstrzymać. Jeśli ten scenariusz okaże się prawdziwy, liczebność amerykańskich żołnierzy w Polsce wzrośnie być może o około tysiąc żołnierzy.
Jak wynika z relacji spotkania w Szwecji brytyjskiego dziennika „The Guardian”, sekretarz stanu Marco Rubio potwierdził, że administracja Trumpa przygotowuje dalsze zmiany w obecności wojskowej USA w Europie. Powtarzał, że „nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem”, bo proces trwa od początku kadencji Trumpa. Tłumaczył, że to skutek tego, że USA mają zobowiązania także wobec Indo-Pacyfiku, Bliskiego Wschodu i innych regionów świata.
„Myślę, że wszyscy w NATO dobrze rozumieją, że obecność wojskowa Stanów Zjednoczonych w Europie będzie dostosowywana i że proces ten już trwał oraz był koordynowany z sojusznikami. [...] Ten proces trwa od dłuższego czasu i nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem” – mówił Rubio, dodając, że ostatecznie liczba amerykańskich żołnierzy w Europie będzie „mniejsza niż historycznie”
Według relacji „The Guardian” Rubio miał też potwierdzić, że zmiany obejmą amerykański wkład w model sił NATO, czyli system sił szybkiej gotowości na wypadek kryzysu lub wojny. Jak w środę donosiła agencja Reutera, Amerykanie mają planować zmniejszenie amerykańskich sił dostępnych dla NATO w ramach tzw. modelu sił NATO (z ang. NATO Force Model).
Model sił NATO to ramy organizacyjne udostępniania Sojuszowi sił krajowych. Daje on przywódcom politycznym i wojskowym NATO wiedzę o tym, jakie siły krajowe mogą być udostępnione dla Sojuszu w czasie pokoju, kryzysu i konfliktu w celu wsparcia trzech podstawowych zadań NATO: odstraszania i obrony, zapobiegania kryzysom i zarządzania nimi oraz obrony zbiorowej. Amerykanie mają planować zmniejszenie tych sił. Tu też nie wiadomo, czy chodzi tylko o te siły, które mają zostać wycofane z Europy, czy o kolejne jednostki, a Rubio nie podał szczegółów.
Według relacji polskiego szefa MSZ ten temat był poruszany podczas spotkania za zamkniętymi drzwiami, z której Sikorski nie chciał zdradzać szczegółów.
Jednocześnie w trakcie spotkania mocno miała wybrzmieć frustracja Trumpa wobec europejskich sojuszników. Rubio powiedział wprost, że podczas lipcowego szczytu NATO w Ankarze jednym z głównych tematów będzie „rozczarowanie” Trumpa reakcją NATO na amerykańskie działania wobec Iranu. Nazwał nadchodzący szczyt jednym z najważniejszych w historii Sojuszu.
„To będzie musiało zostać omówione. Nie da się tego dziś rozwiązać ani zaadresować. To temat dla przywódców” – mówił Rubio o „rozczarowaniu” Trumpa reakcją NATO na działania USA na Bliskim Wschodzie.
Europejscy członkowie NATO liczyli na to, że dwudniowe spotkanie ministrów spraw zagranicznych sojuszu z sekretarzem stanu USA Marco Rubio przyniesie jakieś rozstrzygniecie w kwestii planowanej redukcji amerykańskiego kontyngentu wojskowego w Europie. Od początku maja z Waszyngtonu napływały chaotyczne informacje o tym, że:
Jeśli chodzi o Polskę, to kluczową niejasnością w sprawie jest to, czy ogłaszając w czwartek 21 maja rozmieszczenie w Polsce kolejnych 5 tysięcy żołnierzy we wpisie na platformie Truth Social Donald Trump miał na myśli tylko przywrócenie planowej rotacji pancernej brygady bojowej, czy przywrócenie rotacji i dodatkowo wysłanie do Polski 5 tysięcy żołnierzy. Gdyby prawdziwy okazał się ten drugi scenariusz, amerykańska obecność w Polsce wzrosłaby nawet do 15 tysięcy żołnierzy – no chyba że żołnierzy z Polski zostaliby rozmieszczeni też w innych państwach wschodniej flanki NATO.
Te niejasności dotyczące zaangażowania Amerykanów w NATO zdominowały dyskusje na tegorocznej edycji konferencji Globsec. Dopytywany o to, na ile zmniejszenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie wpłynie na europejską siłę odstraszania i zdolności obronne, Sikorski usiłował bagatelizować problem.
„Aby lepiej zrozumieć znaczenie liczby 5 tysięcy żołnierzy, warto wspomnieć, że Stany Zjednoczone mają obecnie w Europie około 85 tysięcy żołnierzy. Ukraina, która – co prawda – funkcjonuje w warunkach wojennych, dysponuje prawie milionem żołnierzy. Polska, działająca w warunkach pokojowych, ma ich 200 tysięcy” – mówił Sikorski.
Takie podchodzenie do sprawy ze strony europejskich decydentów krytykował dziś w rozmowie z OKO.press Ian Brzeziński, ekspert ds. bezpieczeństwa i obrony Atlantic Council. Brzeziński podkreślał, że Trump tnie w Europie wojska metodą salami – po kawałku. A niepokojący jest ogólny trend.
„Administracja Trumpa nie dokonuje jednego dużego cięcia, lecz stopniowo ogranicza amerykańską obecność wojskową w Europie „metodą salami” – kawałek po kawałku. Z jednej strony daje to Europejczykom więcej czasu na dostosowanie się do zmian, z drugiej strony nie zmienia to zasadniczego faktu: administracja Trumpa jest zdecydowana wyraźnie zmniejszyć amerykańską obecność wojskową w Europie. A to mnie niepokoi, bo uważam, że żyjemy dziś w czasach, w których należałoby ją raczej wzmacnia” – mówił ekspert.
Czy obecność wojsk USA w Europie ogranicza zdolności Ameryki do działania w innych częściach świata, albo generuje dla USA nadmierne koszty koszty? Co naprawdę oznaczają decyzje administracji Trumpa dla bezpieczeństwa Europy i NATO, oraz czy zgodnie z zapewnieniami polskich władz, Polska może liczyć na specjalne traktowanie? Czytaj więcej w rozmowie z Ianem Brzezińskim przeprowadzonej podczas konferencji Globsec w Pradze.
Przeczytaj także:
Obecność Asima Munira w Teheranie to przede wszystkim znak, że dochodzi do rozmów na najwyższym poziomie. Munir ma dobre stosunki z Trumpem. Porozumienia jeszcze jednak nie osiągnięto
Dowódca pakistańskiej armii, marszałek Asim Munir, wylądował w Teheranie. Munir jest najpotężniejszą osobą w Pakistanie, ma dobrą relację z Donaldem Trumpem i jest kluczową postacią pośredniczącą w rozmowach między Amerykanami a Irańczykami.
Jego wizyta w irańskiej stolicy może oznaczać, że jesteśmy coraz bliżej porozumienia między USA a Iranem. A nawet jeśli nie chodzi o ustalenie ostatnich szczegółów, to wizyta Munira w Teheranie z pewnością oznacza rozmowy na najwyższym możliwym poziomie. Z kolei Reuters donosi, że Katar wysłał dziś grupę negocjatorów, którzy mają pomóc w osiągnięciu porozumienia. Irańskie źródła przekazywały agencji w czwartek, że nie ma jeszcze mowy o porozumieniu, ale podejmowane są kroki w dobrym kierunku.
W podobnym tonie wypowiadał się dziś amerykański sekretarz stanu Marco Rubio.
Nawet gdyby udało się jednak w najbliższych dniach osiągnąć jakiś rodzaj porozumienia, nie oznacza to jednocześnie, że wszystkie problemy w relacjach amerykańsko-irańskich uda się załatwić. Tych dalej będzie wiele, a umowa najpewniej oznaczać będzie kilka podstawowych ustaleń i zgodę na dalsze rozmowy o kolejnych szczegółach – takich jak irański program atomowy.
Nie wiemy bowiem, co dokładnie znajduje się w propozycjach, które są obecnie omawiane. W niektórych przeciekach jest mowa m.in. o obustronnym zaprzestaniu blokady cieśniny Hormuz.
Zawieszenie broni w wojnie USA i Izraela z Iranem trwa od 8 kwietnia.
Izraelczycy w rozmowach nie biorą udziału. A wiele wskazuje na to, że najchętniej wróciliby do wojny i zadawania kolejnych ciosów Iranowi. Axios pisze, że po ostatniej rozmowie z Trumpem, izraelski premier Benjamin Netanjahu był wściekły. Jednocześnie, choć Trump w ostatnich tygodniach wielokrotnie groził wznowionym atakiem, a następnie się wycofywał, nie można w pełni wykluczyć, że Amerykanie w końcu z tej opcji skorzystają.
Postęp w rozmowach nie oznacza, że napięcia ustały. Sytuacja w cieśninie Hormuz dalej jest trudna, pomimo niewielkiego zwiększenia liczby statków, jakie otrzymują zezwolenie na przepłynięcie cieśniny. Z kolei w niedzielę 17 maja blisko elektrowni atomowej Baraka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wybuchł pożar – według władz Emiratów wybuchł w wyniku ataku dronowego. Drony miały zostać wystrzelone z terytorium Iraku. Szczegóły nie są jasne, ale między wierszami można wyczytać, że Emiratczycy oskarżają o atak irackie organizacje wspierające Iran.
Tego rodzaju atak mógł być ostrzeżeniem i demonstracją, co może się stać, jeśli Amerykanie wznowią wojnę. Tego nie można wykluczyć, ale jednocześnie od 8 kwietnia nigdy nie byliśmy jeszcze tak blisko jakiegoś rodzaju porozumienia.
Przeczytaj także:
Za rządów Özgüra Özela największa partia opozycyjna CHP znacznie poprawiła pozycję w sondażach. W zeszłym roku władze pozbawiły możliwości startu w wyborach prezydenckich członka CHP, popularnego burmistrza Stambułu.
Sąd w Turcji zarządził usunięcie lidera największej partii opozycyjnej ze swojego stanowiska. Według sądu ostatnie wybory na przewodniczącego Republikańskiej Partii Ludowej (Cumhuriyet Halk Partisi, CHP) zostały przeprowadzone wadliwie. I dlatego zostały nieważne.
W ten sposób Özgür Özel został de jure pozbawiony swojej funkcji, a jego miejsce może teraz zająć jego poprzednik, Kemal Kılıçdaroğlu. Kılıçdaroğlu jest ponad dwie dekady starszy od Özela, jest też twarzą porażki opozycji w wyborach prezydenckich w 2023 roku. Stąd jest też uważany przez rządzącą AKP za łatwiejszego przeciwnika. A wyrok powszechnie interpretowany jest jako kolejny ruch, by ułatwić partii rządzącej utrzymanie władzy po kolejnych wyborach w 2028 roku.
CHP udrzuca wyrok i uważa go za „próbę przewrotu”.
„Nie poddamy się!” – napisał Özel w mediach społecznościowych po wyroku – „Nie obiecuje wam usłanej różami drogi do władzu, obiecuje wam za to, że przetrwamy to cierpienie i nigdy się nie poddamy. Obiecuję wam honor, godność, odwagę i walkę!”
To nie pierwszy w ostatnich latach tego rodzaju wyrok sądowy uderzający w CHP. Po 2024 roku setki działaczy CHP zostało skazanych za korupcję. Najsłynniejszy przypadek dotyczy byłego burmistrza Stambułu.
18 marca 2025 Uniwersytet Stambulski pozbawił burmistrza Stambułu Ekrem İmamoğlu dyplomu ukończenia tej uczelni. Przedstawiciele Uniwersytetu przekazali, że anulowali dyplom İmamoğlu i 28 innym osobom z powodu „oczywistych błędów”. W Turcji rektorów wyższych uczelni wybiera rząd, co pozwala uczynić z nich narzędzie politycznej walki.
W Turcji dyplom ukończenia szkoły wyższej jest niezbędnym warunkiem, by wystartować w wyborach prezydenckich.
Dzień później İmamoğlu został aresztowany. Przed aresztowaniem polityk wyraźnie prowadził w sondażach dotyczących kolejnych wyborów prezydenckich.
Analogicznie CHP znacząco poprawiła pozycję w sondażach dotyczących kolejnych wyborów parlamentatnych (odbędą się równocześnie z wyborami prezydenckimi) za kadencji Özgüra Özela. Obecnie średnia sondażowa daje partii około 33 proc. wskazań i pozycję lidera.
Prezydent Erdoğan publicznie przekonuje, że nie zamierza startować w kolejnych wyborach. Na zmianę zdania ma jednak niemal dwa lata.
Przeczytaj także:
Grzegorz Braun stanął w piątek przed warszawskim sądem, jednak rozprawa została zakłócona zachowaniem samego oskarżonego. Lider Konfederacji Korony Polskiej znieważył prokuratora, za co sędzia nakazał mu opuszczenie sali rozpraw na 30 minut.
„Ten banderowski prokurator reprezentuje reżim aktualny, ukropoliński reżim. Dał popis swojej bezcelowej skłonności do manipulacji i kłamstwa. Zaprezentował się jako skrajnie stronniczy, agresywny, napastliwy”
- powiedział Grzegorz Braun podczas rozprawy przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe, jak relacjonuje „Fakt”.
Braun w ten sposób mówił o prokuratorze Macieju Młynarczyku, który przed sądem przypomniał sposób, w jaki oskarżony odnosił się do świadków w procesie, w którym zarzuca mu się siedem czynów karalnych.
Te uwagi prokuratora sprowokowały Grzegorza Brauna do ostrych słów, a atmosfera na sali rozpraw zrobiła się gorąca.
Sędzia zareagował więc, pytając prokuratora, czy czuje się znieważony. Ten odpowiedział:
„Wysoki sądzie, mam służbową grubą skórę, a oskarżony nie jest w stanie mnie znieważyć. Natomiast zwracam uwagę na niechlujność retoryczną oskarżonego. Przekracza granice, które określają przepisy dotyczące powagi sądu” – odpowiedział prokurator.
Sędzia przychylił się do tego. Uznał, że Grzegorz Braun rzeczywiście przekroczył granice dopuszczalnej wypowiedzi i dlatego zdecydował o usunięciu Grzegorza Brauna z sali na 30 minut.
Obrona posła zaprotestowała, jednak bez skutku.
Rozprawa przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe dotyczy sprawy, w której zebrano aż 17 wątków z lat 2023–2025. Grzegorz Braun jest oskarżony o siedem czynów karalnych.
Wśród nich pojawia się kwestia obrazy uczuć religijnych wyznawców judaizmu, znieważenia, naruszenia nietykalności cielesnej i zniszczenia mienia.
Zarzuty te łączą się z głośnymi ekscesami posła jak zgaszenie świec chanukowych w Sejmie, zniszczenie choinki w krakowskim sądzie czy przerwanie wykładu prof. Jana Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym.
To nie jedyne problemy posła Grzegorza Brauna z prawem, z którego wyraźnie sobie kpi. Niedawno, 8 maja, Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu próbowała mu postawić zarzuty w związku z tzw. „obywatelskim zatrzymaniem” ginekolożki Gizeli Jagielskiej w szpitalu w Oleśnicy.
To był już czwarty raz, kiedy prokurator próbował odczytać Braunowi zarzuty. Poprzednio poseł a to składał wnioski o wyłączenie prowadzących śledztwo prokuratorów, a to przedstawiał usprawiedliwienie nieobecności.
8 maja w prokuraturze się stawił, ale znów się nie udało, bo podczas odczytywania zarzutów Grzegorz Braun po prostu wstał i wyszedł. Następnie złożył wniosek o przeniesienie śledztwa do innej prokuratury, bo ta – jego zdaniem – złamała zasadę domniemania niewinności.
Przeczytaj także:
Adam Bodnar, a z nim Senat, wprowadził do ustawy anty-SLAPP ważną poprawkę. Jeśli przepisy wejdą w życie, to autor pozwu będzie musiał wykazać przed sądem, że jego intencją nie było nakładanie knebla i uciszenie głosów krytyki. Rząd tę odpowiedzialność próbował scedować na osobę pozwaną.
Senat jednogłośnie przyjął w czwartek ustawę „o szczególnych środkach ochrony w postępowaniu cywilnym osób uczestniczących w debacie publicznej”, zwaną potocznie anty-SLAPP. Ustawa ta daje bowiem sądom możliwość nałożenia grzywny na organizacje, firmy i osoby fizyczne, które sięgają po pozwy sądowe, by w ten sposób stłumić krytykę i zastraszyć dziennikarzy, aktywistów czy organizacje społeczne.
Projekt wróci teraz do Sejmu, ale z ważną zmianą. Senat przyjął bowiem poprawkę autorstwa byłego ministra sprawiedliwości i RPO Adama Bodnara, który zaproponował przerzucenie ciężaru dowodu na autora pozwu.
Jak tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Bodnar, chodzi o to, żeby ustalić pewien rytm działania przy przerzucaniu ciężaru dowodu. „Powód składa pozew, pozwany na to reaguje, twierdząc, że to tłumienie debaty publicznej. Wtedy powód musi wykazać, że nie ma na celu tłumienia debaty, bo zaistniały okoliczności uzasadniające pozew. Dopiero na bazie tej wymiany sąd będzie oceniał, czy pozew ma charakter SLAPP, czy nie” – objaśniał senator.
Bodnar przygotowując poprawkę wyszedł naprzeciw organizacjom społecznym, które od tygodni apelują, że rządowy projekt ustawy anty-SLAPP ma wady. Jedną z nich było właśnie obciążenie ofiary SLAPP ciężarem udowodnienia, że jej działanie było legalne – wbrew europejskim założeniom dyrektywy.
Ustawa anty-SLAPP wróci teraz do Sejmu. Kiedy zostanie uchwalona? Tego nie wiadomo, bowiem na razie nie ma jej w porządku obrad na przyszły tydzień.
Sejm uchwalił ustawę anty-SLAPP przed tygodniem, 15 maja. Ustawa ta wprowadza do polskiego porządku prawnego charakterystyczny rodzaj postępowań prawnych zmierzających do stłumienia debaty publicznych. Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym.
Ich celem nie jest udowodnienie przed sądem, że krytyka była nieadekwatna. Chodzi o rodzaj uciszenia czy zniechęcenia pozwanych do dalszych publikacji i nagłośnienia nieprawidłowości. A więc uciszenia krytyki i wywołanie „efektu mrożącego”, zniechęcającego innych do podobnych działań.
Jak wyjaśniał podczas wystąpienia w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha: „żeby zniechęcić taką osobę do krytykowania, stawiania publicznie pytań czy wątpliwości, kieruje się sprawę do sądu z wydumanym roszczeniem i zarzutem naruszenia dóbr osobistych, wciągając de facto tę osobę w wieloletni i niezwykle kosztowny spór sądowy”.
Ustawa anty-SLAPP zakłada:
Polska ma obowiązek uchwalić przepisy anty-SLAPP. Rząd jest już z tymi zapisami spóźniony – czas na wprowadzenie w polski porządek prawny stosownych przepisów minął 7 maja. Rządowy projekt wychodzi jednak poza minimum wymagane przez Unię Europejską – i daje szansę na realne dostosowanie zapisów do polskich realiów.
Przeczytaj także: