Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„W związku z sukcesem wyborczym obecnego prezydenta Polski Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski kolejnych 5000 żołnierzy” – ogłosił prezydent USA na Truth Social.
Po wielu dniach zamieszania i niepewności prezydent Donald Trump ogłasza: USA wyślą do Polski 5 tysięcy dodatkowych żołnierzy. Ale uwaga – to niewiele wyjaśnia: nie wiadomo bowiem, czy chodzi o przywrócenie wstrzymanej, tudzież opóźnionej rotacji pancernej brygady bojowej z Teksasu (o której wstrzymaniu, a następnie jednak opóźnieniu informował generał Alexus G. Grynkevich, naczelny dowódca połączonych sił NATO w Europie oraz sił USA w Europie, a potem wiceprezydent J.D. Vance), czy o wysłanie dodatkowo 5 tysięcy żołnierzy.
Gdyby prawdziwy okazał się drugi scenariusz, oznaczałoby to, że tymczasowo amerykańska obecność wojskowa w Polsce zwiększyłaby się do 15 tysięcy żołnierzy.
Lakoniczny wpis Donalda Trumpa na Truth Social nie wyjaśnia sprawy. Trump podkreśla w nim jednak, że ta decyzja to zasługa prezydenta Karola Nawrockiego, co prawdopodobnie ma jednocześnie oznaczać, że to nie sukces rządu. W ostatnich dniach bowiem z misją w Waszyngtonie przebywali dwaj wiceministrowie obrony narodowej – Cezary Tomczyk oraz Paweł Zalewski, którzy również ogłaszali sukces swoich spotkań. O nich Trump jednak nie wspomina.
Na ogłoszenie Trumpa odpowiedział Karol Nawrocki:
„Stoję na straży sojuszu polsko-amerykańskiego i będę to robił nadal – jest to fundamentalny filar bezpieczeństwa każdego polskiego domu i całej Europy. Dobre sojusze to takie, które opierają się na współpracy, wzajemnym szacunku i zaangażowaniu na rzecz naszego wspólnego bezpieczeństwa. Dziękuję prezydentowi Stanów Zjednoczonych Donaldowi J. Trumpowi za jego przyjaźń wobec Polski oraz za decyzje, których praktyczne znaczenie widzimy dziś bardzo wyraźnie. Bezpieczeństwo Polski i Polaków jest dla mnie sprawą najwyższej wagi!” – napisał Nawrocki.
Ludzie prezydenta Nawrockiego podkreślają w mediach społecznościowych wyłączne zasługi dobrych relacji Karola Nawrockiego z prezydentem Donaldem Trumpem jako powód owego sukcesu – jeśli faktycznie okaże się to sukcesem. Wciąż jeszcze niewykluczone, że Trump ogłosił wysłanie do Polski 5 tysięcy żołnierzy, których wysłanie było już dawno zaplanowane.
Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego napisał w mediach społecznościowych:
„Decyzja @realDonaldTrump [prezydenta Donalda Trumpa – red.] to ogromny sukces Prezydenta @NawrockiKN [prezydenta Karola Nawrockiego – red.] i efekt konsekwentnego budowania relacji transatlantyckich. Podczas środowej rozmowy z Podsekretarzem ds. Polityki w Departamencie Wojny @ElbridgeColby [Elbrigdem Colbym – red.] otrzymałem informację, że kwestia wzmocnienia obecności sił USA w Polsce zostanie szybko rozstrzygnięta z korzyścią dla Polski i naszego sojuszu. O takich sprawach rozmawia się jednak w ciszy. Zwiększenie kontyngentu sił zbrojnych USA to doskonała wiadomość dla Polski, wzmacniająca nasze bezpieczeństwo i potwierdzająca siłę oraz trwałość sojuszu polsko-amerykańskiego” – ogłosił Grodecki.
Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta podkreślił, że „bezpieczeństwo Polski opiera się na sile własnej, ale także na dobrej współpracy sojuszniczej. Dziś po raz kolejny przekonujemy się, że spokojna praca dyplomatyczna i konsekwentne budowanie relacji przynosi efekty”, a „za tę dobrą decyzję podziękowania należą się prezydentom Polski i USA”. „To ich doskonała relacja przynosi dziś spokój i bezpieczeństwo” – napisał Przydacz.
Zupełnie inaczej wygląda komunikacja rządu na ten temat. Politycy koalicji rządzącej podkreślają, że ta decyzja to sukces obu ekip i ich współpracy.
Ta sytuacja pokazuje jednak coś bardzo ważnego.
Prezydent Donald Trump i jego administracja rozgrywają ważne tematy związane z funkcjonowaniem NATO tak, by promować politycznie obóz MAGA.
Pytanie, czy całe to kilkudniowe zamieszanie, które zaczęło się od przecieków medialnych w sprawie wstrzymania rotacji pancernej brygady bojowej do Polski, następnie potwierdzenia tego faktu przez naczelnego dowódcę sił sojuszniczych w Europie, a następnie sprostowania tego przez wiceprezydenta J.D. Vance'a i Pentagon, nie służyło właśnie temu, by ostatecznie można było ogłosić sukces współpracy w ramach obozu MAGA.
Administracja Donalda Trumpa dokonuje „dostosowania” swojej obecności wojskowej w Europie. Proces jest jednak komunikowany w taki sposób, że więcej nie wiadomo, niż wiadomo.
Generał Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca sił sojuszniczych NATO w Europie i dowódca sił USA w Europie, przekazywał we wtorek 16 maja, że USA zamierzają wycofać z Europy w najbliższym czasie w sumie 5 tysięcy żołnierzy, i że dotyczy to właśnie wstrzymania planowanej rotacji pancernej brygady bojowej do Polski.
Grynkevich mówił też, że to nie koniec zmniejszania sił amerykańskich w Europie:
„W miarę jak sojusznicy będą rozwijać swoje zdolności, Stany Zjednoczone mogą wycofywać część własnych sił i wykorzystywać je do innych globalnych priorytetów. Należy się więc spodziewać, że z czasem nastąpi kolejne przegrupowanie sił amerykańskich” – mówił Grynkewich.
Tego samego dnia Pentagon informował, że USA planują zmniejszyć z 4 do 3 liczbę brygad bojowych stacjonujących w Europie i że nie chodzi o brygadę pancerną, która ma być relokowana do Polski. J.D. Vance informował, że to tylko „opóźnienie”.
Poza tym w środę 20 maja agencja Reuters informowała, powołując się na trzy źródła w amerykańskiej administracji, że USA zmniejszają siły wojskowe, które będą dostępne dla NATO. Chodzi o siły dostępne do dyspozycji dowódcom sojuszu. Informacje w tej sprawie mają zostać przekazane sojusznikom jeszcze w tym tygodniu.
Przeczytaj także:
Skrajnie prawicowy izraelski minister sam publikował film, na którym izraelskie służby dopuszczają się nadużyć na aktywistach flotylli Sumud
Dziś, 21 maja, w ciągu dnia polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło, że polscy aktywiści z flotylli Sumud wracają do kraju. To Kareem Awad, Łukasz Kozak i Agata Wisłocka. Izraelskie służby porwały ich w poniedziałek i wtorek ze statków na wodach międzynarodowych. Flotylla zmierzała w stronę Strefy Gazy z symboliczną pomocą humanitarną. Izraelczycy zatrzymali wszystkie statki. A następnie dopuścili się wielu nadużyć na zatrzymanych.
Jednocześnie sami zarejestrowali te nadużycia i je opublikowali.
Film na ten temat w mediach społecznościowych z dumą prezentował izraelski minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir.
To wymusiło mocniejszą reakcję przedstawicieli polskiego rządu. Najpierw ostro zaprotestował Radosław Sikorski. Dziś po południu polski minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński ogłosił, że Polska nałożyła na Ben Gwira zakaz wjazdu do naszego kraju.
To nie pierwszy tego rodzaju incydent. Wczesną jesienią zeszłego roku poprzednia flotylla została potraktowana przez Izraelczyków podobnie. Ben Gwir wówczas również publikował materiały z zatrzymanymi aktywistami. Nie były jednak tak drastyczne, jak obecnie. Tym razem na działania Ben Gwira negatywnie zareagował też jego kolega z rządu, minister spraw zagranicznych Gideon Sa'ar.
Te dwa fakty najpewniej sprawiły, że Polska, która zwykle bardzo ostrożnie reaguje na działania Izraela, tym razem postąpiła stanowczo.
Incydent ten pokazuje, jak Izrael stopniowo niszczy bardzo silne przez ostatnie dekady wsparcie dyplomatyczne Europy dla Izraela.
Przeczytaj także:
Netanjahu wścieka się na Trumpa, pakistański generał czeka na wylot do Teheranu, a Modżtaba Chamenei wydaje rozkazy z ukrycia
Negocjacje za kulisami trwają, a sytuacja pozostaje napięta. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Zagranicznych Esmail Baghei przekazał dziś, 21 maja, że Iran pochyla się nad kolejną amerykańską propozycją. W ostatnich dniach Amerykanie i Irańczycy wymienili kolejne wiadomości i propozycje za pośrednictwem Pakistańczyków.
Niejasny pozostaje status potencjalnej wizyty szefa pakistańskiej armii Asima Munira w Teheranie. Wizyta taka oznaczałaby, że jesteśmy blisko jakiegoś porozumienia. Dziś rano Al Dżazira raportowała, że pomimo plotek, Munir pozostaje wciąż w Islamabadzie. Turecka agencja prasowa Andalou pisze z kolei, że Munir ma wylecieć do Teheranu w ciągu 24 godzin.
Ewentualne porozumienie, o jakim obecnie się mówi, ma na celu przede wszystkim otwarcie Cieśniny Ormuz. Zdjęta miałaby zostać zarówno irańska blokada, jak i amerykańska kontrblokada. Strony miałyby się zgodzić następnie na przeprowadzenie rozmów na temat irańskiego programu atomowego w ciągu kolejnych 30 dni.
Według dwóch irańskich źródeł, na które powołuje się agencja Reuters, irański przywódca Modżtaba Chamenei wydał rozporządzenie, że wysoko wzbogacony uran (Iran posiada około 440 kg tego materiału) musi pozostać w Iranie. Może to być pozycjonowanie się Irańczyków przed negocjacjami.
Jeśli uda się doprowadzić do takiego porozumienia, dalsze rozmowy będą i tak niezwykle trudne. Być może trudniejsze niż przed wojną. Trump od miesięcy powtarza: Iran nie może posiadać broni jądrowej. We wcześniejszych rozmowach Amerykanie jasno mówili, że by to osiągnąć, Iran powinien zrzec się wysoko wzbogaconego uranu. A Irańczycy nie będą chcieli się na to zgodzić.
Nie jest to więc kwestia, którą można załatwić w ciągu 30 dni.
Trump dąży jednak do porozumienia i po ponad miesiącu niepowodzeń jakiś rodzaj umowy i otwarcie cieśniny Ormuz mógłby dać ulgę amerykańskiej administracji. Do tego dochodzi jednak niechęć Izraela do układu z Iranem.
Izraelczycy w rozmowach nie biorą udziału, co jednocześnie ułatwia i komplikuje sytuację. Ułatwia, bo ich dodatkowe i z pewnością maksymalistyczne postulaty uniemożliwiłyby porozumienie. A utrudnia, ponieważ chęć powrotu Izraela do działań zbrojnych przeciwko Iranowi musi powstrzymywać USA. Amerykanie mają sporo możliwości nacisku na Izrael, ale ostatnie lata pokazały, że korzystają z nich rzadko i niechętnie.
Dodatkowo Axios pisze, że po ostatniej rozmowie z Trumpem, izraelski premier Benjamin Netanjahu był wściekły. Jednocześnie, choć Trump w ostatnich tygodniach wielokrotnie groził wznowionym atakiem, a następnie się wycofywał, nie można w pełni wykluczyć, że Amerykanie w końcu z tej opcji skorzystają.
Wiele wskazuje na to, że nadchodzi kolejne przesilenie na irańskim froncie. I trudno przewidzieć, czy bliżej dziś do kroku w stronę pokoju, czy wojny.
Przeczytaj także:
Były poseł jest obiektem śledztwa Prokuratury Europejskiej. Był ważną postacią w aferze NCBiR
Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało dzisiaj Jacka Ż., byłego posła, współzałożyciela m.in. partii Porozumienie, byłego posła z list PO i PiS. Ż. spędził w Sejmie cztery kadencje. W latach 2020-2023 pełnił funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, w rządzie Mateusza Morawieckiego.
Zatrzymanie ma mieć związek ze śledztwem Prokuratury Europejskiej.
Ż. w 2023 roku podał się do dymisji ze stanowiska rządowego w związku z aferą w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. Zarządzał on wówczas tą instytucją.
NCBiR to rządowa agencja zajmująca się dystrybucją funduszy (unijnych i krajowych) przeznaczonych na badania i rozwój. W 2023 roku media ujawniły, że wielomilionowe dotacje rozdzielane przez tę instytucję otrzymują podejrzane podmioty, w niejasny sposób powiązane z władzą.
Najgłośniejsze przypadki opisywane przez media w tamtym czasie to przyznanie niemal 55 mln złotych z programu „Szybka Ścieżka” firmie prowadzonej przez 26-letniego Kacpra W. Firmę zarejestrowano na 10 dni przed terminem zgłaszania ofert w konkursie. Największą, prawie 123-milionową dotację przyznano firmie Piotra M., znajomego Jacka Ż.
Przeczytaj także:
Rosji zależy na sprzedaży miliardów metrów sześciennych gazu, który od kilku lat nie płynie do Europy. Chińczycy wiedzą, że Rosjanie są pod presją
Zakończyła się wizyta Władimira Putina w Pekinie. Tak jak pisaliśmy, w jej trakcie oba kraje podpisały wiele dokumentów dotyczących współpracy gospodarczej. W przemówieniach obu przywódców padło wiele słów na temat przyjaźni i współpracy pomiędzy oboma narodami. Poza dyplomatyczną fasadą działo się jednak znacznie więcej i nie wszystko poszło po myśli Rosjan.
W rosyjskiej delegacji znaleźli się m.in. szefowie kluczowych rosyjskich firm energetycznych — Gazpromu i Rosnieftu. Mimo tego żaden z podpisanych dokumentów nie wspomina o planowanym przez Rosję gazociągu Siła Syberii 2, choć przed wizytą Rosjanie sugerowali, że będzie to tematem „bardzo szczegółowych dyskusji”.
Putin zdawał się sugerować gotowość do prac nad projektem, gdy mówił w Pekinie, że Rosja gotowa jest „kontynuować stabilne, nieprzerwane dostawy wszelkiego rodzaju paliwa dla szybko rosnącego chińskiego rynku”.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow tak mówił o postępie rozmów na temat Siły Syberii 2:
„Osiągnęliśmy postęp. Doszliśmy do porozumienia w przypadku wielu głównych aspektów Siły Syberii 2. Należy podkreślić postęp, ale wciąż jeszcze musimy sfinalizować tę umowę”.
Wbrew opowieści Pieskowa, chińskie media głównie milczą na temat rzekomego wielkiego postępu w tej sprawie.
Słowa Pieskowa to głównie dobra mina do złej gry. Rosjanie mają w dyskusjach gospodarczych z Chinami słabe karty. Projekt Siła Syberii 2 to gazociąg do jednego odbiorcy — Chin. Po ataku na Ukrainę w lutym 2022 roku Europa odwróciła się od rosyjskiej energii. A przekierowanie jej w innym kierunku wcale nie jest prostą operacją. Chiny wiedzą, że Rosja nie ma łatwych alternatyw. Mogą więc stawiać twarde warunki.
Gazociąg miałby dostarczać do Chin około 50 mld metrów sześciennych gazu. W 2021 roku Rosja dostarczyła do Europy 150 mld metrów sześciennych (W 2025 – 36). W obecnej sytuacji Chiny mogą spokojnie wymagać od Rosji jak najkorzystniejszej ceny i jak największych ilości gazu. To Rosji bardziej zależy na tym projekcie.
Przeczytaj także: