0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. JOE RAEDLE / Getty Images via AFPFot. JOE RAEDLE / Ge...

Prezydent Donald Trump niespodziewanie ogłosił w czwartek (21 maja 2026) wieczorem, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowych 5 tys. żołnierzy. Problem w tym, że po serii sprzecznych komunikatów administracji USA wciąż nie wiadomo, czy chodzi o przywrócenie wcześniej wstrzymanej, względnie opóźnionej, rotacji brygady pancernej z Teksasu, czy o faktyczne zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Jednocześnie Waszyngton zapowiada kolejne ograniczenia zaangażowania militarnego w Europie, w tym wycofanie żołnierzy z Niemiec i zmniejszenie sił przeznaczonych do dyspozycji NATO.

Chaos komunikacyjny wokół decyzji Pentagonu i Białego Domu wywołuje coraz większy niepokój w europejskich stolicach.

„Amerykańska administracja Trumpa odchodzi od jednej z fundamentalnych zasad amerykańskiej polityki bezpieczeństwa: utrzymywania wysuniętej obecności wojskowej po to, by zapobiegać wojnom, które mogłyby później wciągnąć USA do konfliktu" – mówi Brzeziński. Czy obecność wojsk USA w Europie ogranicza zdolności Ameryki do działania w innych częściach świata albo generuje dla USA nadmierne koszty? Rozmawiamy o tym, co naprawdę oznaczają decyzje administracji Trumpa dla bezpieczeństwa Europy i NATO oraz czy zgodnie z zapewnieniami polskich władz, Polska może liczyć na specjalne traktowanie.

Wywiad przeprowadziliśmy podczas konferencji Globsec w Pradze.

Przeczytaj także:

Metoda salami

Paulina Pacuła, OKO.press: Prezydent Donald Trump ogłosił w czwartek 21 maja, że wyśle do Polski dodatkowych 5 tys. żołnierzy. Wciąż jednak nie jest jasne, czy chodzi o żołnierzy, których rotacja do Polski została wcześniej odwołana – jak twierdził gen. Alexus Grynkewich – lub jedynie opóźniona, jak później twierdził J.D. Vance i Pentagon, czy też Stany Zjednoczone zamierzają zrealizować plan rotacji brygady i dodatkowo wysłać do Polski 5 tys. żołnierzy. Jak Pan interpretuje te komunikaty? Jak mogą wyglądać redukcje amerykańskiej obecności wojskowej w Europie?

Ian Brzeziński, ekspert ds. bezpieczeństwa i NATO, starszy analityk Atlantic Council: Myślę, że wielu z nas z ulgą przyjęło wpis prezydenta Trumpa, w którym zapowiedział wysłanie 5 tys. żołnierzy do Polski. Ta decyzja następuje po wcześniejszym poleceniu odwrócenia decyzji o wycofaniu 4 tys. żołnierzy, którzy mieli trafić do Polski w ramach rotacji. Problem polega jednak na tym, że wokół tych decyzji wciąż panuje ogromna niejasność. Brakuje konkretnych informacji – przynajmniej ja takich nie widziałem – dotyczących rzeczywistych planów administracji wobec obecności wojskowej w regionie.

Administracja powinna jasno i publicznie przedstawić swoje plany dotyczące rozmieszczenia sił w Europie.

Jakie jednostki chce utrzymywać w poszczególnych krajach, w jakiej liczbie, na jak długo i jakie zadania mają wykonywać. Wojska rozmieszczane np. w Polsce nie pozostają wyłącznie w Polsce – ćwiczą także w państwach bałtyckich, czasem na Słowacji czy Węgrzech, jeżdżą również do Niemiec. Potrzebna jest przejrzystość, a dziś sytuacja jest całkowicie nieczytelna. To rodzi w regionie uzasadniony niepokój. Mam nadzieję, że decyzja prezydenta okaże się dobra i że uda się co najmniej utrzymać obecny poziom około 10 tys. amerykańskich żołnierzy w Polsce.

Jednocześnie sprzeczne komunikaty z ostatnich tygodni pokazują, jak bardzo administracji brakuje spójności i jasnej komunikacji dotyczącej planów rozmieszczenia wojsk.

Ostatnie decyzje wpisują się w szerszy ciąg działań prezydenta. Wspomniała pani o części z nich, ale lista jest dłuższa: wycofanie systemów Patriot z Radzikowa, wycofanie brygady z Rumunii, decyzja o przeniesieniu 5 tys. żołnierzy z Niemiec, anulowanie rozmieszczenia batalionu zdolności dalekiego rażenia w Niemczech, a także zapowiedź ograniczenia amerykańskiego wkładu w plany sił NATO. To wszystko jest spójne z wypowiedziami prezydenta i jego doktryną polityczną.

Wszystko wskazuje na to, że obecna administracja – inaczej niż wcześniejsze administracje i większość środowiska służb bezpieczeństwa w USA – nie postrzega już Europy jako obszaru o naprawdę żywotnym znaczeniu dla Stanów Zjednoczonych.

Administracja Trumpa odchodzi od jednej z fundamentalnych zasad amerykańskiej polityki bezpieczeństwa: utrzymywania wysuniętej obecności wojskowej po to, by zapobiegać wojnom, które mogłyby później wciągnąć USA do konfliktu.

Dotyczy to zarówno Europy, jak i obecności wojskowej w Japonii czy Korei Południowej.

Podważane są więc dwie zasady, które przez osiem dekad stanowiły fundament amerykańskiej strategii bezpieczeństwa: przekonanie, że bezpieczeństwo Europy leży w żywotnym interesie USA, oraz zasada wysuniętego rozmieszczenia wojsk. Obecna administracja chce znaczną część tych sił wycofać.

Łysy mężczyzna w ciemnym garniturze i jasnoniebieskim krawacie siedzi przy stole konferencyjnym i przemawia do mikrofonu podczas panelu dyskusyjnego. W tle widoczne są niebieskie plansze konferencyjne oraz częściowo inni uczestnicy debaty.
– Wszystko wskazuje na to, że obecna administracja – inaczej niż wcześniejsze administracje i większość środowiska służb bezpieczeństwa w USA – nie postrzega już Europy jako obszaru o naprawdę żywotnym znaczeniu dla Stanów Zjednoczonych – mówi Ian Brzeziński OKO.press. Fot. Dorota Holubová/Globsec 2026

Widać to również w oficjalnych dokumentach strategicznych opublikowanych w grudniu (chodzi o strategię bezpieczeństwa narodowego – red.) i styczniu (chodzi o strategię obrony narodowej – red.). Administracja jasno deklaruje w nich chęć ograniczania obecności wojskowej w Europie i przekazania Europejczykom większej odpowiedzialności za obronę kontynentu. To istotna zmiana, bo dotychczas zakładano raczej, że to Stany Zjednoczone będą liderem europejskiego bezpieczeństwa.

Wszystko to dzieje się dodatkowo w kontekście rosnącej frustracji prezydenta wobec europejskich sojuszników, których – w jego ocenie – wsparcie dla amerykańskiej polityki wobec Iranu jest niewystarczające.

Dlatego spodziewam się, że mimo obecnych wahań i sprzecznych sygnałów dotyczących Polski, kolejne redukcje amerykańskiej obecności wojskowej w Europie są bardzo prawdopodobne.

Ostatecznie wszystko sprowadza się do konkretnych liczb. Kluczowe pytanie brzmi więc: ilu żołnierzy zostanie wycofanych i jakie zdolności wojskowe znikną z Europy. W którym momencie – pana zdaniem – odstraszanie NATO zacznie być realnie osłabione? Czy wycofanie 5 tys. żołnierzy to niewiele? A może 10 tys. to już poważny problem? Gdzie przebiega granica, po której europejskie zdolności obronne i odstraszanie zostaną istotnie naruszone?

Mam wrażenie, że każdą kolejną decyzję o wycofaniu wojsk traktujemy osobno, jakby była stanem docelowym. Najpierw była Rumunia – „to tylko 4 tys. żołnierzy, nie ma powodów do obaw”. Potem systemy Patriot – „to tylko kilka baterii”. Tymczasem ja patrzę przede wszystkim na szerszy trend.

Administracja Trumpa nie dokonuje jednego dużego cięcia, lecz stopniowo ogranicza amerykańską obecność wojskową w Europie „metodą salami” – kawałek po kawałku.

Z jednej strony daje to Europejczykom więcej czasu na dostosowanie się do zmian, choć przez to, że cały czas nie wiadomo, jakiego rodzaju dokładnie będą to cięcia, nie wiadomo, na co się trzeba przygotowywać. Z drugiej strony nie zmienia to zasadniczego faktu: administracja Trumpa jest zdecydowana wyraźnie zmniejszyć amerykańską obecność wojskową w Europie. A to mnie niepokoi, bo uważam, że żyjemy dziś w czasach, w których należałoby ją raczej wzmacniać.

Nie podzielam opinii, że obecność wojsk USA w Europie nadmiernie ogranicza zdolność Ameryki do działania w innych częściach świata, albo że generuje jakieś nieakceptowalne koszty.

Wystarczy spojrzeć na obecną wojnę USA z Iranem – operacje na Bliskim Wschodzie są w dużej mierze wspierane z baz w Europie. Podobnie wygląda kwestia działań w Afryce. Jednocześnie mamy Rosję prowadzącą najbardziej agresywną wojnę w Europie od czasów II wojny światowej.

Obecnie amerykańska obecność wojskowa w Europie to niecałe 80 tys. żołnierzy, czyli zaledwie kilka procent całości sił zbrojnych USA. Co więcej, znaczną część kosztów ich stacjonowania w Europie ponoszą europejscy sojusznicy. Ta obecność nie tylko pozwala Stanom Zjednoczonym działać poza Europą, ale także umożliwia skuteczną współpracę z europejskimi partnerami.

Uważam też, że Stany Zjednoczone mają trwały interes w utrzymaniu pokoju i stabilności w Europie. Historia pokazała już dwukrotnie – podczas I i II wojny światowej – co dzieje się, gdy Ameryka zaniedbuje bezpieczeństwo europejskie. Widzieliśmy to również przy rosyjskiej agresji na Ukrainę, która przyniosła ogromne koszty finansowe Europie i USA, a Ukrainie – ogromne straty ludzkie.

USA nie mają interesów w Europie

Jakie jest więc pana zdaniem uzasadnienie tych decyzji?

Tak, jak mówiłem: Donald Trump po prostu nie uważa Europy za obszar o żywotnym znaczeniu dla Stanów Zjednoczonych. Widać to wyraźnie w strategii bezpieczeństwa i strategii obronnej jego administracji. Te dokumenty pokazują niezwykle transakcyjne, merkantylne wręcz podejście do spraw bezpieczeństwa.

Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie widziałem amerykańskiej doktryny obronnej, która tak mocno wiązałaby użycie siły militarnej z ochroną interesów handlowych USA.

Dokumenty te wprost sugerują, że znaczenie gospodarcze Europy dla Stanów Zjednoczonych maleje oraz że Europa jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z Rosją. Rosja przedstawiana jest tam głównie jako zagrożenie dla Europy Środkowo-Wschodniej, a nie dla samych Stanów Zjednoczonych. To otwarte zakwestionowanie tezy, że USA mają w Europie żywotne interesy strategiczne. A jeśli administracja uważa, że takich interesów nie ma, to z jej punktu widzenia utrzymywanie silnej obecności wojskowej w Europie traci sens. I to właśnie jest logika stojąca za decyzjami Trumpa.

Warto jednak pamiętać, że choć prezydent ma bardzo szerokie konstytucyjne uprawnienia w zakresie polityki bezpieczeństwa, to jego stanowiska nie podziela większość amerykańskiej klasy politycznej ani społeczeństwa – w tym także znaczna część elektoratu MAGA.

Europa powinna przygotować się na dalsze redukcje w ciągu najbliższego półtora roku. Jestem jednak przekonany, że kolejna administracja będzie patrzeć na tę kwestię zupełnie inaczej.

Polskie władze przekonują obecnie, że Polska może liczyć na lepsze traktowanie ze strony administracji Trumpa jako „modelowy sojusznik”. Czwartkowa zapowiedź wysłania do Polski tych 5 tys. żołnierzy – już nieważne, czy faktycznie dodatkowych, czy tych wcześniej planowanych – ma być tego dowodem. Czy pana zdaniem możliwe jest, że Trump rzeczywiście zrobi wyjątek dla Polski i mimo ogólnego ograniczania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie będzie jednocześnie wzmacniał wschodnią flankę właśnie przez Polskę, np. ze względu na deklarowaną bliską relację z prezydentem Karolem Nawrockim? Polskie władze podkreślają w ostatnich dniach, że zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej nie dotyczą Polski. Czy to realny scenariusz?

Nie można wykluczyć, że Trump faktycznie zwiększy obecność wojskową USA w Polsce. Uważam to za mało prawdopodobne, ale możliwe. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli ogólna obecność wojsk amerykańskich w Europie będzie się zmniejszać, to osłabi to bezpieczeństwo całej wspólnoty transatlantyckiej – w tym również bezpieczeństwo Polski.

Uspokoić atmosferę

Słuchałam wczoraj podczas konferencji także innych amerykańskich ekspertów. Część z nich – na przykład były sekretarz obrony w pierwszej administracji Trumpa, Mark Esper – próbował uspokajać atmosferę i przekonywał, że Europa nadal może ufać Stanom Zjednoczonym, a jeśli doszłoby do rosyjskiego ataku, USA wywiążą się ze swoich zobowiązań sojuszniczych. Pan również jest o tym przekonany?

Powiedziałbym tak: nie mogę spojrzeć pani w oczy i stwierdzić, że Donald Trump jest dziś jedynym źródłem pewności, iż Stany Zjednoczone bezwarunkowo wypełnią zobowiązania wynikające z artykułu 5. Ale trzeba patrzeć szerzej niż tylko na samego Trumpa.

Gdyby pojawiła się potrzeba uruchomienia artykułu 5., na prezydenta wywierana byłaby ogromna presja polityczna – zarówno ze strony Kongresu, jak i amerykańskiej opinii publicznej – by USA wywiązały się z zobowiązań wobec sojuszników.

Trump musiałby wtedy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce przejść do historii jako jeden z najsłabszych prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych. Odmowa reakcji postawiłaby go właśnie w tej kategorii.

Pośród części klasy politycznej w Europie pojawiają się też takie twierdzenia, że może Europa zbyt mocno ogląda się na Stany Zjednoczone. Że gdyby Rosja zaatakowała np. państwa bałtyckie, to europejskie siły byłyby w stanie samodzielnie sobie z tym poradzić. Co pan na to?

Rosja pozostaje poważną siłą militarną. Może nie dorównuje potencjałowi całej wspólnoty transatlantyckiej, ale nadal dysponuje znaczącymi zdolnościami. Widać to choćby po skali zniszczeń w Ukrainie i przewagach geograficznych, jakie Rosja ma w regionie bałtyckim.

Jednocześnie Rosjanie mają dziś 600-800 tys. żołnierzy uwiązanych wojną w Ukrainie, co znacząco ogranicza ich możliwości. Rozszerzenie wojny i wejście w konflikt z NATO byłyby dla Putina bardzo ryzykowne. Musiałby rozciągnąć swoje siły jeszcze bardziej, narażając zarówno okupowane terytoria w Ukrainie, jak i samo terytorium Rosji. Zachód mógłby wtedy w pełni wykorzystać swoją przewagę, w tym gospodarczą, nad Rosją. Taki scenariusz stwarzałby nie tylko ryzyko militarne, ale także zagrożenie dla samego reżimu Putina.

Musimy brać takie scenariusze pod uwagę, ale jestem przekonany, że wspólnota transatlantycka odpowiedziałaby na sytuację objętą artykułem 5. w sposób zdecydowany.

Bardziej niepokoi mnie natomiast słaba gotowość Zachodu – w tym także Stanów Zjednoczonych – do reagowania na rosyjską agresję hybrydową. Rosja prowadzi przecież działania sabotażowe, dokonuje zabójstw, przecina kable na Morzu Bałtyckim, zakłóca sygnał GPS w regionie Bałtyku i na północy, a Europa wciąż nie odpowiedziała na to w sposób wystarczająco wyraźny, przynajmniej publicznie.

Nawet jeśli część działań odwetowych prowadzona jest niejawnie, ważne jest pokazanie jawnej odpowiedzi – tak, by Rosjanie wiedzieli, że spotyka się to z reakcją, a sojusznicy widzieli, że Zachód zachowuje jedność.

Jaką odpowiedź na rosyjskie działania hybrydowe uważałby pan za właściwą?

Jeśli mamy pewność, że Rosjanie przecięli kabel, powinniśmy odpowiedzieć np. wyłączeniem infrastruktury energetycznej za pomocą cyberataku. Chodzi o zasadę „oko za oko”. Tymczasem obecne milczenie Zachodu jest dla mnie zaskakujące.

Wesprzeć obóz MAGA

Można odnieść wrażenie, że Donald Trump komunikuje decyzje dotyczące wojsk w Europie w sposób obliczony na korzyść środowiska MAGA, czyli swojego obozu politycznego w Europie. W przypadku zapowiedzi wysłania dodatkowych 5 tys. żołnierzy do Polski wyraźnie podkreślił w czwartkowym poście na Truth Social, że to zasługa prezydenta Karola Nawrockiego, postrzeganego jako polityk bliski temu obozowi. Jednocześnie w Waszyngtonie byli w tym tygodniu przedstawiciele polskiego rządu, poza tym z Pete’em Hegsethem rozmawiał minister obrony narodowej, Władysław Kosiniak-Kamysz. Czyli działania podejmowano zarówno na poziomie rządowym, jak i prezydenckim. Na ile – pana zdaniem – polityczna chęć wspierania europejskiego środowiska MAGA wpływa dziś na decyzje Trumpa dotyczące NATO i amerykańskiej obecności wojskowej w Europie?

To wyraźnie jeden z czynników. Było to bardzo widoczne we wpisie Trumpa w Truth Social, gdzie próbował powiązać swoją decyzję z jedną stroną polskiej sceny politycznej. Uważam, że rozsądniej byłoby, gdyby prezydent nie angażował się w polską politykę wewnętrzną, bo w ten sposób osłabia amerykańskie wpływy i wprowadza napięcia do ważnych relacji bilateralnych. W dłuższej perspektywie może to obrócić się przeciwko niemu.

Stany Zjednoczone nie powinny prowadzić politycznych gier na podwórku swoich najważniejszych sojuszników. Takie działania powinniśmy raczej rezerwować wobec przeciwników.

Zastanawia mnie też, na ile ostatnia decyzja Trumpa mogła wynikać z reakcji samego elektoratu MAGA w USA. Nie widziałem badań na ten temat, ale mam wrażenie, że wielu wyborców tego obozu popiera utrzymanie silnej amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Być może to również wpłynęło na zmianę stanowiska prezydenta.

Polska opozycja, przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość, przekonuje, że ograniczanie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie należy rozpatrywać w kontekście narastającej krytyki Stanów Zjednoczonych w Europie, także personalnie Donalda Trumpa. Według tej argumentacji działania części europejskich liderów – w tym wypowiedzi Donalda Tuska – osłabiają fundamenty współpracy transatlantyckiej. Co pan sądzi o takiej argumentacji?

Moja rada dla Europejczyków jest taka: nie wdawajcie się w drobne polityczne utarczki i nie budujcie przekazu na personalnych atakach wobec amerykańskiego prezydenta. Dotyczy to każdego przywódcy państwa, które chce się mieć jako silnego i wiarygodnego sojusznika. Jednocześnie trzeba otwarcie i stanowczo mówić o swoich obawach wobec konkretnych decyzji administracji.

Jeśli Stany Zjednoczone ograniczają obecność wojskową w Europie, odpowiedzią powinno być spokojne, rzeczowe wyjaśnianie, dlaczego taka decyzja jest błędna lub nierozsądna. Argumentów nie brakuje. Takie działania osłabiają zdolność wojsk USA i Europy do wspólnego szkolenia, planowania i działania na polu walki. A kiedy Stany Zjednoczone osłabiają relacje wojskowe z najbliższymi sojusznikami, osłabiają również same siebie.

Polska jest tu bardzo dobrym przykładem. Polscy żołnierze walczyli u boku Amerykanów nawet w konfliktach, wobec których Warszawa miała wątpliwości – jak Irak czy Afganistan. Takie zdolności buduje się właśnie dzięki wieloletniej wspólnej obecności wojskowej i ćwiczeniom.

Nie można też ignorować politycznych konsekwencji takich decyzji. Wycofywanie wojsk USA z Europy jest niezwykle demoralizujące dla Ukrainy i jednocześnie wzmacnia Putina. Problemem jest również sposób podejmowania tych decyzji – nagły i chaotyczny. Państwa-gospodarze, takie jak Polska, przygotowując się na przyjęcie amerykańskiej brygady, inwestują w koszary, magazyny czy poligony. To wymaga czasu, pieniędzy i zaangażowania zasobów, które mogłyby służyć polskiej armii. Dlatego tak gwałtowne zmiany są po prostu destabilizujące i nieuczciwe wobec sojuszników.

Rozumiem, że w sytuacjach kryzysowych plany czasem trzeba zmieniać. Ale w tym przypadku nie jest dla mnie jasne, dlaczego decyzje podejmowano w tak nagły sposób i bez realnych konsultacji z państwami-gospodarzami – poza ogólnym przekonaniem Trumpa, że USA nie potrzebują już tak silnej obecności wojskowej w Europie.

Europejczycy będą dowodzić NATO?

Co słyszy pan od Europejczyków podczas tej konferencji? Na ile są oni przekonani, że Europa będzie w stanie samodzielnie przejąć odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu? Już w grudniu amerykańskie media informowały, że Waszyngton oczekuje, iż stanie się to nawet do 2027 roku. Czy to realistyczny scenariusz?

Nie sądzę, by Europa była w stanie przejąć pełną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę już do 2027 roku. Europejczykom wciąż brakuje części kluczowych zdolności wojskowych, ale także doświadczenia w samodzielnym dowodzeniu i ponoszeniu głównej odpowiedzialności operacyjnej.

Mam też poważne wątpliwości, czy obrona Europy kierowana przez Europejczyków byłaby równie skuteczna jak system oparty na przywództwie USA. Wynika to zarówno z różnic w potencjale wojskowym, jak i z powodów politycznych. Wystarczy porównać amerykańskie zdolności wywiadowcze z możliwościami państw europejskich.

Jest też szerszy problem polityczny.

Paradoksalnie wspólnocie transatlantyckiej łatwiej jest funkcjonować pod przywództwem Stanów Zjednoczonych niż pod przywództwem jednego z państw europejskich.

USA są zewnętrznym graczem, nie mają bezpośrednich sporów granicznych ani historycznych obciążeń w Europie, a jednocześnie dysponują największym potencjałem wojskowym. Być może brzmi to trochę arogancko, ale uważam, że jest w tym sporo prawdy: Europa była bardziej pokojowa i stabilna przez ostatnie 70-80 lat właśnie dzięki silnej obecności i przywództwu Stanów Zjednoczonych.

W Europie wiele osób czuje się zaskoczonych działaniami administracji USA i kolejnymi wypowiedziami dotyczącymi zaangażowania Stanów Zjednoczonych w NATO. Jak interpretuje pan słowa Donalda Trumpa, który kilkukrotnie podważał sens Sojuszu i sugerował możliwość wycofania USA z NATO? To tylko retoryka, czy Europa powinna liczyć się z możliwością takich działań?

Trump od 15-20 lat otwarcie mówi o swoim sceptycyzmie wobec NATO i europejskich sojuszników. Od dawna powtarza, że Europa korzysta z amerykańskiej ochrony, nie ponosząc sprawiedliwej części kosztów. W ostatniej dekadzie – zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej kadencji – jego frustracja wobec NATO tylko rosła.

Kiedy Trump mówi coś, traktuję to jako odzwierciedlenie jego rzeczywistych poglądów. Od dawna jasno deklaruje, że nie uważa Europy za obszar o żywotnym znaczeniu dla USA. Dlatego spodziewam się dalszych redukcji wojsk USA w Europie. Kluczowe będzie teraz to, jak administracja zdefiniuje zapowiedź ograniczenia amerykańskiego udziału w regionalnych planach sił NATO. Na razie to bardzo szeroka deklaracja, ale kierunek jest jasny.

Dlatego dziwi mnie, że Europejczycy za każdym razem są zaskoczeni kolejnymi „plastrami salami” odkrawanymi od amerykańskiej obecności wojskowej w Europie.

Europejczycy popełnili przy tym jeden błąd: nie potrafili jasno i spokojnie powiedzieć, że to nierozsądna polityka.

Albo reagowali przesadnie emocjonalnie, co tylko drażni Trumpa, albo bagatelizowali sprawę, mówiąc: „to tylko 4 tysiące żołnierzy”. Tyle że kolejne redukcje zaczynają się sumować i stają się poważnym problemem.

Europa powinna rzeczowo tłumaczyć Stanom Zjednoczonym, jakie konsekwencje mają takie decyzje, bo USA w rzeczywistości same osłabiają własną pozycję. Nie jestem pewien, czy Trump to rozumie, ale jego stanowisko nie odzwierciedla poglądów całego amerykańskiego establishmentu politycznego.

Europejczycy muszą przygotować się na trudniejsze relacje transatlantyckie w najbliższych dwóch latach. Jednocześnie mają powody, by w dłuższej perspektywie nadal stawiać na sojusz z USA. Jestem przekonany, że po tej prezydenturze Waszyngton wróci do bardziej tradycyjnego podejścia wobec Europy.

Trzeba reagować na działania Rosji

Zapytam więc jeszcze raz: czy na pewno wierzy pan w to, że w razie rosyjskiego ataku Rosji na Europę i konieczności użycia artykułu 5 USA włączą się do akcji i wspomogą Europę? Wielu ekspertów uważa, że znajdujemy się dziś w „oknie podatności” trwającym mniej więcej do 2030 roku, zanim Europa zbuduje najważniejsze zdolności obronne. Dlatego kluczowe jest dla nas pytanie, czy w tym okresie – przy Trumpie w Białym Domu – Europa nadal może liczyć na wsparcie Stanów Zjednoczonych.

Uważam, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Europa prowadzą wobec Rosji politykę niewystarczająco stanowczą. To porażka obu stron.

Nie znam pełnej odpowiedzi Zachodu na rosyjskie działania, ale weźmy choćby incydent z dronami, które wleciały głęboko nad terytorium Polski. To nie była pojedyncza prowokacja, lecz skoordynowany atak kilkudziesięciu dronów na państwo NATO. Owszem, Polska buduje Tarczę Wschód, co jest właściwą reakcją defensywną. Ale jakie realne działania odwetowe podjęła wspólnota transatlantycka wobec Rosji po tym, co było najbardziej jawnym aktem agresji militarnej przeciwko państwu NATO w historii Sojuszu? Reakcja była bardzo pasywna.

A to zachęca Rosję nie tylko do powtarzania takich działań, ale także do ich eskalowania. I właśnie tego obawiam się najbardziej. Rosja uważa działania hybrydowe za sposób na podważanie zaufania i jedności wspólnoty transatlantyckiej oraz osłabianie wiary Europejczyków i Amerykanów we własną gotowość do przeciwstawienia się agresji.

Europa musi przede wszystkim wypełnić swoje zobowiązania obronne. Powinna realnie realizować cel wydatków na poziomie 5 proc. PKB, rozwijać siły przygotowane do współczesnych konfliktów i robić to w trybie pilnym.

Jednocześnie wobec rosyjskich prowokacji i agresji – w tym wojny przeciw Ukrainie – Europa powinna działać bardziej zdecydowanie i samodzielnie. Europejskie państwa nadal nie wykorzystują w pełni swojego potencjału.

Ian Brzeziński – ekspert ds. bezpieczeństwa i polityki międzynarodowej, senior fellow think tanku Atlantic Council. Kieruje także firmą doradczą Brzezinski Group, specjalizującą się w kwestiach bezpieczeństwa, relacji rządowych i ryzyka politycznego. W latach 2001-2005 był zastępcą asystenta sekretarza obrony USA ds. Europy i polityki NATO, odpowiadając m.in. za rozszerzenie Sojuszu, planowanie sił NATO oraz operacje w Afganistanie, Iraku i na Bałkanach. Wcześniej pracował m.in. w Senacie USA przy komisji spraw zagranicznych.

Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze