Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
W najbliższą niedzielę, 24 maja, krakowianie zdecydują o tym, czy w toku referendum odwołają prezydenta Aleksandra Miszalskiego oraz całą radę miasta. Młody, postępowy, bez afer na koncie. Czym naraził się mieszkańcom polityk, który miastem rządzi raptem pół kadencji?
„Jako honorowa obywatelka zwrócę się do wszystkich Krakowian z wielką prośbą: nie idźcie na to referendum. Mówiąc językiem młodzieżowym: olejcie to” – mówiła podczas czwartkowej (21 maja) nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Krakowa prof. Krystyna Zachwatowicz-Wajda, odbierając tytuł Honorowej Obywatelki Krakowa.
Pytanie: iść czy nie iść na niedzielne referendum, zdaje się najważniejszym elementem dyskusji toczącej się dziś w stolicy Małopolski. 24 maja odbędzie się tam historyczne głosowanie, w którym mieszkańcy zdecydują o tym, czy odwołać prezydenta miasta i całą radę miasta, czy też pozwolić im dokończyć kadencję.
Już dziś, bez względu na ostateczny wynik referendum, sam fakt jego zorganizowania jest żółtą kartką wystawioną prezydentowi przez mieszkańców. Jacek Majchrowski, który rządził Krakowem przeszło dwie dekady, nigdy nie doczekał się takiej formy sprawdzianu. Aleksander Miszalski, szef Koalicji Obywatelskiej w Małopolsce, były poseł i samorządowiec, miastem rządzi zaledwie dwa lata. I już popadł w polityczne tarapaty.
44-letni polityk rozpoczął swoją prezydenturę w Krakowie w iście wielkomiejskim stylu. Zarówno na swoje zaprzysiężenie, jak i pierwsze spotkania z dziennikarzami przyjechał na rowerze. Jego pierwszą decyzją była sprzedaż prezydenckiego lexusa oraz deklaracja, że stanie na czele Marszu Równości – jako pierwszy prezydent w historii miasta.
„Kraków będzie otwarty, transparentny, przejrzysty, uczciwy. Na takie miasto zasługują mieszkańcy” – deklarował Aleksander Miszalski. A potem zaczęły się schody.
Kraków jest dziś niechlubnym liderem w rankingu najbardziej zadłużonych miast Polski. Miasto tonie w długach; na tyle, że średnio na każdego mieszkańca miasta przypada nawet 10 tysięcy złotych dziury.
Prezydent ową dziurę w budżecie próbował łatać podwyżkami cen biletów komunikacji miejskiej (dziś najtańszy, 20-minutowy bilet normalny kosztuje 4 złote, bilet godzinny to wydatek 6 złotych), rozciągnięciem strefy płatnego parkowania i objęcia nią nawet weekendów, do godziny 22. Oliwy do ognia dolało jednak wprowadzenie w mieście Strefy Czystego Transportu, zabraniającej poruszania się po mieście najstarszym dieslom; chyba że opłacą wjazd do miasta.
Choć miesięczna opłata za wjazd do Krakowa nieekologicznych samochodów wynosi sto złotych miesięcznie – i zupełnie nie dotyczy mieszkańców miasta, spotkała się z ogromnym społecznym sprzeciwem, podgrzewanym przez Ruch Narodowy oraz inne prawicowe organizacje, kojarzone wcześniej z ruchami antyszczepionkowymi, ultrakonserwatywnymi i antyukraińskimi. To właśnie SCT stała się punktem wyjścia do organizacji referendum. Jak pisaliśmy w OKO.press: „Przeciwnicy SCT stworzyli w Krakowie efekt chaosu, nad którym gabinet prezydenta nie był w stanie zapanować. Pod osłoną nocy niszczono znaki informujące o wjeździe do strefy, a zdjęcia wrzucano do sieci. Pojawiła się dezinformacja, narracja o oblężonym Krakowie, mieście ekskluzywnym, dla bogatych (czyt. z drogimi, ekologicznymi samochodami), czego symbolem miał być upadek lub co najmniej poważne trudności mikroprzedsiębiorstw”.
Przeczytaj także:
„Nie mam wątpliwości, że Aleksander Miszalski obrywa za Jacka Majchrowskiego” – wskazywał w rozmowie z OKO.press socjolog i komentator polityczny, prof. Jarosław Flis. Z twarzą prezydenta Krakowa zlepiło się jednak także niechlubne określenie dotyczące zarażenia miasta „epidemią kolesiostwa”.
Polityk KO, w tiktokowym filmiku opublikowanym tuż po rozpoczęciu prezydentury symbolicznie wietrzył krakowski magistrat z cygar poprzednika, dokonywał odważnych cięć personalnych (jak np. zwolnienie oskarżanej o mobbing bliskiej współpracownicy Jacka Majchrowskiej Marii Anny Potockiej). A chwilę później upartyjnił urząd i zatrudnił na wysokich stanowiskach w miejskich spółkach oraz w magistracie polityków związanych z partią Donalda Tuska. To właśnie za owe „kolesiostwo” i spłatę partyjnych długów Aleksander Miszalski może teraz zapłacić swoim stołkiem. Miszalskiemu wytyka się też styl prezydentury, tiktokowe filmy, które zdaniem krytyków nie przystoją urzędowi takiej rangi czy nagrania z prywatnych spotkań, na których widać prezydenta będącego pod wpływem alkoholu.
Oficjalnie za referendum swoi grupa wzburzonych mieszkańców. Ta jednak jest silnie dotowana i wspierana tak przez Prawo i Sprawiedliwość, Konfederację i mniejsze ultraprawicowe ugrupowania, jak i Łukasza Gibałę, który od lat bezskutecznie stara się o urząd prezydenta Krakowa. Dziś w mieście trwa walka o każdy głos „za” pójściem na wybory lub zostaniem w domu. Kraków został zalany banerami, plakatami i ulotkami wzywającymi do pójścia na wybory. Walka, po obu stronach, trwa też w sieci.
A co na to mieszkańcy? Ostatni sondaż SW Research dla magazynu „Wprost” wskazuje, że największa grupa ankietowanych – aż 44,2 procent – mówi, że nie wie, co zrobi w niedzielę i czy chce, czy nie chce odwołania prezydenta.
Aby niedzielne referendum w Krakowie było ważne, udział w nim musi wziąć co najmniej 3/5 liczby wyborców, którzy dwa lata temu wybierali prezydenta i radę miasta. Oznacza to, że przynajmniej 158 555 mieszkańców musi w niedzielę 24 maja oddać głos. W przypadku rady miasta prób ten wynosi 179 792 głosy. Aby wziąć udział w głosowaniu, trzeba być ujętym w stałym obwodzie głosowania na terenie Krakowa.
Lokale wyborcze będą otwarte od godziny 7 do 21. Adres swojej komisji wyborczej można sprawdzić np. w usłudze mObywatel.
Niedzielne referendum ma podwójne znaczenie. Nie tylko przesądzi o ewentualnej zmianie włodarza Krakowa, ale – w przypadku powodzenia – może rozpocząć falę referendów w całym kraju. „Odwołanie Miszalskiego w Krakowie może pociągnąć za sobą całą serię referendalnych wyborów” – pisał poseł PiS Ryszard Terlecki. W podobnym tonie wypowiada się Konrad Berkowicz z Konfederacji: „Po Krakowie to samo robimy z Platformą w całej Polsce” – pisał prawicowy polityk.
Do walki o Kraków niechętnie garnie się centrala partii, która usilnie stara się utrzymać temat referendum w narracji o lokalnym problemie. Sam prezydent Aleksander Miszalski odmawia wywiadów ogólnopolskim portalom, m.in. OKO.press, czas poświęcając głównie na spotkania z mieszkańcami. Tylko w maju w ramach „Ławeczek Dialogu” odwiedził 10 rejonów miasta, odwiedził nawet działkowców.
„Jeśli do referendum by nie doszło, pan prezydent może odetchnąć z ulgą. Dokończy prezydenturę, ale trudno sobie wyobrazić, by druga połowa jego kadencji była odważna. Spodziewam się niestety bardzo ostrożnej, może nawet populistycznej polityki, obliczonej na niewywoływanie większych emocji wśród mieszkańców” – oceniał w rozmowie z OKO.press politolog prof. Marek Bankowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
A prof. Jarosław Flis wskazywał, że choć walkę o Kraków może przegrać Miszalski, to spokojna może być Koalicja Obywatelska jako taka. „Organizacja referendum jest stosunkowo łatwa, bo nietrudno jest skrzyknąć ludzi przeciwko jednej osobie i to tej, która rządzi miastem. Trudniej tylko pójść dalej i wygrać wybory. Choćby dlatego, że graczy jest więcej, a ich interesy i polityczne postulaty zaczynają być ze sobą sprzeczne.Nawet, jeśli krakowskie referendum okazałoby się skuteczne [...] wcale nie jest powiedziane, że mieszkańcy w wyborach prezydenckich znów nie wskażą kandydata lub kandydatki z Koalicji Obywatelskiej” – komentuje prof. Flis.
Przeczytaj także: