0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. VALENTIN FLAURAUD / AFPFot. VALENTIN FLAURA...

Gdy pytam Rafała Skopka, młodego polskiego naukowca, który pracował na Stanfordzie, co wybrałby dzisiaj, mając dwie porównywalne propozycje pracy z dobrej uczelni amerykańskiej i europejskiej, odpowiada bez zastanowienia: Europę.

Jeszcze kilka lat temu taka odpowiedź nie byłaby oczywista. Przez większą część XX wieku naukowe talenty płynęły przede wszystkim w przeciwnym kierunku. Stany Zjednoczone przyciągały europejskich uczonych pieniędzmi, laboratoriami, prestiżem, swobodą badań i ogromnym rynkiem akademickim. Powojenna Ameryka zbudowała dzięki temu przewagę, której europejskie uniwersytety do dziś nie zniwelowały.

Donald Trump pogarsza część warunków, dzięki którym ten mechanizm działał. Rząd uderza w federalne programy badawcze, likwiduje granty uznawane za sprzeczne ze swoimi priorytetami, zmienia politykę wizową i od półtora roku prowadzi polityczną wojnę z najbardziej prestiżowymi uniwersytetami.

Po pierwszym roku jego drugiej kadencji pismo „Nature” naliczyło ponad 7800 zamrożonych lub zakończonych grantów badawczych oraz około 25 tys. miejsc pracy zlikwidowanych w federalnych instytucjach zajmujących się nauką.

Naukowcy nie pakują jednak masowo walizek. Są za to pierwsze przeprowadzki, wyraźnie większe zainteresowanie europejskimi grantami i pieniądze, których jeszcze niedawno Europa na ten cel nie przeznaczała.

Europa sprawdza, czy kryzys amerykańskiej polityki naukowej można zamienić w europejski zysk. Polska natomiast musi odpowiedzieć sobie na trudniejsze pytanie: jeśli część naukowców ze Stanów zechce przyjechać do Europy, dlaczego mieliby wybrać właśnie nas?

Przeczytaj także:

„Stany wydawały mi się magiczne”

Rafał Skopek jest biologiem molekularnym. Przygotowuje się do obrony doktoratu i pracuje obecnie na Wydziale Medycznym UKSW, gdzie zajmuje się badaniami nad ostrą białaczką szpikową. Na Stanford University School of Medicine znalazł się dzięki stypendium Fulbrighta.

Pojechał jeszcze za prezydentury Joe Bidena.

„Stany wydawały mi się trochę magiczne. Nauka hulała, wszystko działało. Później przyszły wybory, inauguracja Trumpa i atmosfera bardzo się zmieniła. Na uczelniach pojawił się lęk. Na Stanfordzie było to wyraźnie odczuwalne” – opowiada.

Lęk nie oznaczał pustoszejących laboratoriów. Skopek nie zna osobiście nikogo, kogo nie wpuszczono z powrotem do Stanów ani komu z dnia na dzień rozsypała się kariera naukowa. Krążyły jednak historie o problemach wizowych doktorantów, postdoców i badaczy z zagranicy. Sam, kiedy musiał wrócić do Polski na egzamin na rzecznika patentowego, zastanawiał się, czy bez problemu przekroczy ponownie amerykańską granicę.

„Bardzo stresowałem się powrotem. Nie wiedziałem, co będzie” – mówił mi.

Od tego czasu problem stał się mniej abstrakcyjny. Administracja Trumpa ogłosiła zmianę wieloletnich zasad dotyczących pobytu zagranicznych studentów i naukowców.

Nowa reguła ma zasadniczo ograniczyć taki pobyt do czterech lat, a osoby potrzebujące więcej czasu na doktorat czy szkolenie będą musiały ubiegać się o przedłużenie. Dotychczas status studenta był powiązany przede wszystkim z rzeczywistym okresem trwania programu.

To dodatkowa niepewność właśnie w tej grupie, na której od dekad opierała się siła amerykańskiej nauki: wśród młodych ludzi przyjeżdżających z całego świata na doktoraty i staże podoktorskie.

Skopek od początku planował powrót. Stypendium Fulbrighta było etapem doktoratu. Pobyt w Kalifornii zmienił jednak jego wyobrażenie o różnicy między nauką amerykańską i europejską.

„Kiedyś wydawało mi się, że różnica między Ameryką a Europą jest gigantyczna. Dziś patrzę na to inaczej” – mówi.

Amerykańska maszyna nadal działa

„Stany nadal są na szczycie nauki i Trump tego z dnia na dzień nie zmieni” – zaznacza Skopek.

Na Stanfordzie zobaczył świat nieustannej konkurencji: publikacje, patenty, kolejne eksperymenty, start-upy. Ludzi, którzy zaczynali około dziewiątej rano, kończyli około dziewiątej wieczorem, w międzyczasie jedli albo ćwiczyli, lecz właściwie nie przestawali myśleć o pracy.

Jeden ze współpracowników powiedział mu kiedyś, że jeśli szef laboratorium przestanie podrzucać mu nowe pomysły i zadania, powinien zacząć się martwić. Będzie to oznaczało, że przestał go doceniać.

„To zdanie zostało ze mną. Jeżeli dobrze wykonujesz swoją pracę, teoretycznie powinno wystarczyć. A tam zawsze możesz zrobić więcej, szybciej i lepiej” – wspomina.

Dlatego opowieść o rychłym końcu naukowej dominacji USA jest przedwczesna.

Według danych analizowanych przez Bruegla w 2024 roku Stany Zjednoczone skupiały 36 proc. badaczy z listy Highly Cited Researchers, obejmującej naukowców należących do najczęściej cytowanych w swoich dziedzinach. Chiny miały 21 proc., Europa wraz ze Szwajcarią i Norwegią 19 proc.

Amerykańska przewaga wynika z koncentracji kapitału, laboratoriów, grantów, znanych nazwisk i najlepszych doktorantów. Jeżeli badaczowi nie odpowiada jedna uczelnia, ma do wyboru dziesiątki innych, bez opuszczania kraju i anglojęzycznego obiegu naukowego.

Ta przewaga powstawała przez pokolenia.

Sam termin „brain drain”, drenaż mózgów, powstał w Europie właśnie po to, by opisać odpływ naukowców i lekarzy do Stanów Zjednoczonych i Kanady. W latach 60. używano go w Wielkiej Brytanii po raporcie Royal Society o emigracji brytyjskich uczonych.

Kierunek był widoczny znacznie wcześniej. Przed II wojną światową i podczas niej do USA uciekali uczeni przed faszyzmem i antysemityzmem. Po wojnie rozbudowany sektor uniwersytecki i federalne finansowanie badań stworzyły kolejne zachęty do imigracji.

Na ten mechanizm zwraca uwagę Bartosz Rydliński, politolog z UKSW, który pracował także jako visiting researcher na Georgetown University. Jego zdaniem amerykańską przewagę budowały nie tylko pieniądze i dobre uczelnie. Stany przez dziesięciolecia potrafiły zamieniać migrację w kapitał.

Najbardziej spektakularny przykład dała Europa XX wieku. Faszyzm, wojna i prześladowania wypchnęły za Atlantyk część europejskich elit intelektualnych. Później działał już mechanizm samonapędzający się: dobry naukowiec przyciągał kolejnych ludzi, budował zespół, kształcił studentów i tworzył sieci kontaktów. Rosła wraz z nimi pozycja całych instytucji.

Rydliński podczas naszej rozmowy wskazywał właśnie na znaczenie tego „zasysania” europejskich elit i sieci, które powstały wokół przyjezdnych uczonych.

Od 1946 roku do tego mechanizmu dochodził program stypendiów Fundacji Fulbrighta, jeden z najbardziej udanych instrumentów amerykańskiej dyplomacji publicznej.

Jego deklarowanym celem była wymiana ludzi i idei oraz budowanie pokojowych relacji między państwami. Dzisiaj działa w ponad 160 krajach.

Rydliński patrzy więc na obecną politykę także jak na ryzyko utraty części kapitału budowanego przez kilka pokoleń. „Soft power można budować przez 80 lat i stracić ją w pół roku” – mówi.

Chciałoby wyjechać trzy czwarte. Tylko dokąd?

Pierwszy alarm pojawił się wiosną 2025 roku.

„Nature” zapytało pracujących w USA naukowców, czy w związku z działaniami nowej administracji rozważają wyjazd. Trzy czwarte respondentów odpowiedziało, że tak. Wynik miał jednak istotne ograniczenie: próba nie była reprezentatywna dla całej społeczności naukowej. Do ankiety zgłaszali się zainteresowani, więc można zakładać nadreprezentację osób szczególnie niezadowolonych. Bruegel traktował te odpowiedzi jako sygnał, nie pomiar emigracji.

Deklaracja wyjazdu i rzeczywista przeprowadzka laboratorium, rodziny i kariery na inny kontynent to dwie różne decyzje.

Profesor po pięćdziesiątce ze stałym etatem, własnym zespołem, domem pod Bostonem i dziećmi w szkole ma znacznie wyższy próg decyzji wyjazdu niż trzydziestoletni postdoc, któremu za osiem miesięcy kończy się kontrakt.

Ta druga grupa może być najważniejsza.

Bruegel sprawdził ścieżki edukacyjne naukowców pracujących na najlepszych amerykańskich uczelniach. 9,3 proc. najwyżej cytowanych badaczy w USA studiowało wcześniej przynajmniej raz w Europie. Wśród postdoków z Harvardu, Columbii, Princeton i University of Pennsylvania europejskie wykształcenie miało od 7 do 19 proc. badanych.

To grupa, dla której Europa nie jest abstrakcyjną krainą za oceanem. Ci ludzie już raz zdecydowali się na międzynarodową przeprowadzkę, często znają europejskie uczelnie, mają tam przyjaciół, dawnych promotorów albo rodzinę.

Skopek widział podobny mechanizm na Stanfordzie.

Amerykanie przeważnie chcieli pozostać w USA. Harvard, MIT czy Stanford nadal stanowiły dla nich naturalny szczyt kariery. Inaczej bywało z przyjezdnymi.

„Europejczycy czy Azjaci często po pewnym czasie myśleli o powrocie. Rodzina, dom, kultura – to wszystko ma znaczenie. Ja też tęskniłem za Europą” – opowiada.

Zapamiętał też badaczkę z Nigerii, którą wraz ze współpracownikiem mentorował. Zaczęła zastanawiać się, czy chce dalej rozwijać karierę w Stanach.

„Powiedziała: myślę o Europie, bo mój brat robi doktorat w Polsce”.

Jedna rozmowa nie dowodzi zmiany globalnego kierunku migracji. Pokazuje za to rodzaj decyzji, które za kilka lat mogą pojawić się w statystykach.

Pierwsze liczby już się pojawiają

W lutym 2026 roku „Nature” podało, że liczba naukowców pracujących w USA, którzy złożyli wnioski o prestiżowe granty European Research Council wymagające prowadzenia badań w Europie, wzrosła w ciągu roku ponad dwukrotnie.

Francja uruchomiła program Choose France for Science, adresowany do zagranicznych badaczy gotowych przenieść projekty do francuskich instytucji. W pierwszej rundzie wybrano 46 laureatów spośród 119 formalnie złożonych wniosków. 41 z 46 pracowało wcześniej w Stanach Zjednoczonych.

Do końca maja liczba wybranych naukowców przekroczyła 60, a francuskie władze deklarowały około 37 mln euro inwestycji. Wśród instytucji, z których przychodzili badacze, wymieniały Harvard, Yale, Princeton i NASA.

Sześćdziesięciu naukowców na tle amerykańskiego sektora akademickiego to niewiele. Ale mamy już konkretne nazwiska, umowy i przenoszone projekty.

Skopek ocenia skalę ostrożnie:

„Na razie raczej setki niż tysiące ludzi. Europa ma ograniczone możliwości absorpcji takiej migracji. Nie wystarczy powiedzieć: przyjeżdżajcie. Potrzebne są stanowiska, laboratoria, granty i całe zaplecze”.

Amerykański kryzys sam nie stworzy europejskiego sukcesu.

Właśnie przekonuje się o tym Grecja. Ateny od kilku lat próbują odwrócić własny drenaż mózgów, który przyspieszył po kryzysie finansowym.

Jeden z najbardziej reklamowanych programów miał za 80 mln euro sprowadzać młodych naukowców do greckich zespołów badawczych. Wybrano 145 projektów spośród 1241 zgłoszeń, ale po wielomiesięcznych opóźnieniach okazało się, że program został skasowany.

Część badaczy zdążyła wcześniej zrezygnować z innych możliwości zawodowych, wierząc, że finansowanie rzeczywiście ruszy. Grecki przypadek pokazuje problem ważny również dla Polski: naukowca można przyciągnąć pieniędzmi, ale do przeprowadzki potrzebne jest jeszcze zaufanie, że państwo dotrzyma własnych obietnic.

Europa poczuła okazję

5 maja 2025 roku Ursula von der Leyen ogłosiła inicjatywę Choose Europe for Science. Początkowo Komisja mówiła o dodatkowych 500 mln euro na lata 2025-2027. Do początku 2026 roku europejski pakiet rozrósł się do blisko 900 mln euro. Komisja doliczyła się ponadto ponad stu krajowych i regionalnych programów służących przyciąganiu i zatrzymywaniu naukowców.

W czerwcu 2026 ruszył najbardziej widowiskowy instrument tej polityki, ERC Plus Grant (European Research Council).

Grant może wynieść do 7 mln euro i trwać siedem lat. W pierwszej edycji do rozdania jest 210 mln euro, wystarczające na około 30 projektów. Konkurs jest otwarty dla naukowców każdej narodowości i z każdego kraju, jeżeli projekt będzie realizowany w Unii Europejskiej albo państwie stowarzyszonym z programem.

Trzydzieści grantów na całą Europę nie zmieni rynku. Pokazuje jednak zmianę ambicji. Unia zaczęła traktować mobilność badaczy jako element konkurencji gospodarczej i geopolitycznej.

Rydliński zwraca uwagę, że korzystanie z amerykańskiego kryzysu nie musi oznaczać wielkiego powrotu naukowców na stałe. Dla kraju takiego jak Polska bardziej realistyczny może być inny model: przyciąganie ludzi na kilka lat.

„Dajmy im możliwość przyjazdu na dwa lata. Nawet jeżeli nie będą chcieli tu zamieszkać, przez te dwa lata nauczą nowej metodologii studentów, doktorantów, dadzą know-how”.

Dobry badacz przywozi ze sobą więcej niż własny projekt. Kontakty, sposób organizowania pracy, dostęp do sieci współpracy i doświadczenie wyniesione z innego środowiska akademickiego. Po dwóch czy trzech latach może wrócić do Stanów, ale część tego zostaje w instytucji, która go zatrudniła.

Rydliński widzi dla Polski jeszcze prostszy punkt wyjścia: diasporę naukową.

Państwo, ambasady i konsulaty mają możliwość ustalenia, którzy dobrzy badacze polskiego pochodzenia pracują na amerykańskich uczelniach i w instytutach. Zamiast ogólnego apelu o „powrót do kraju” można zwrócić się do konkretnych ludzi z konkretną ofertą.

Pensja, pieniądze na projekt, możliwość zbudowania zespołu, pomoc mieszkaniowa. Inne państwa dokładają także zachęty podatkowe. Grecja oferuje powracającym z zagranicy specjalistom 50-procentowe zwolnienie z podatku dochodowego przez siedem lat.

W swojej propozycji Rydliński mówi wprost o mapowaniu polskich naukowców w USA, kontaktowaniu się z nimi i tworzeniu ofert na tyle dobrych, by pobyt w Polsce miał sens zawodowy.

„Ludzie zaczynają się bać”

Prof. ucz. dr hab. Ewa Gmurzyńska z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka w dziedzinie mediacji i alternatywnego rozwiązywania sporów, obserwuje sytuację także przez kontakty z amerykańskim środowiskiem akademickim.

„Akademia jest na celowniku” – mówi.

Wskazuje na presję wywieraną na Columbię i Harvard, konflikty dotyczące protestów propalestyńskich, oskarżenia o antysemityzm, politykę różnorodności i wolność ustalania programów akademickich.

„Nastroje są bardzo kiepskie. Ludzie zaczynają się bać” – opowiada.

Konflikt trwa.

Harvard i administracja Trumpa spierają się o miliardy dolarów federalnych pieniędzy, status zagranicznych studentów i zarzuty o naruszenia praw obywatelskich. Część decyzji Białego Domu blokują sądy. Jeszcze 13 sierpnia 2026 sąd federalny odrzucił kolejny pozew administracji zarzucający Harvardowi niewystarczającą ochronę żydowskich i izraelskich studentów.

Równocześnie administracja przestawia politykę naukową na własne priorytety. W lipcu zaprezentowała program „Science: A New Golden Age”, mocniej akcentujący sztuczną inteligencję, technologie kwantowe i inne obszary strategiczne.

„Nature” opisywało także przesuwanie pieniędzy National Science Foundation z podstawowych programów naukowych do inicjatyw preferowanych przez Biały Dom.

Administracja zwiększa więc polityczny wpływ na to, jakie badania państwo finansuje, które instytucje uważa za wiarygodne i jakie dziedziny traktuje jako priorytet.

Dla naukowca liczy się już sama możliwość nagłej zmiany zasad.

Szczególnie jeśli nie ma jeszcze stałego etatu.

Młody naukowiec może ruszyć pierwszy

Gmurzyńska właśnie młodych badaczy uważa za grupę najbardziej podatną na europejską ofertę.

„Zatrudnienia są zamrożone z powodu niepewności i cięć funduszy. Młodzi naukowcy w takiej sytuacji mogą chcieć zmienić miejsce zamieszkania” – mówi.

Europa ma też atuty słabo widoczne w rankingach uniwersytetów: ochronę zdrowia niewiązaną bezpośrednio z jednym pracodawcą, zabezpieczenia pracownicze, częściej dłuższe urlopy czy mniejsze uzależnienie życia rodziny od jednego kontraktu.

Bruegel zwraca jednak uwagę na ogromne różnice wynagrodzeń między najlepszymi stanowiskami w USA a Europą. Dochodzą sztywne siatki płac na wielu uczelniach europejskich i mniejsza autonomia instytucji w konstruowaniu indywidualnych ofert.

Profesorowi, który w Kalifornii zarabia kilkaset tysięcy dolarów rocznie, trudno zaproponować konkurencyjne warunki. Postdoc może porównywać inny zestaw kosztów i korzyści.

Pierwsza fala europejskiego „brain gain” może więc składać się przede wszystkim z ludzi po trzydziestce, którzy właśnie wybierają miejsce na samodzielną karierę naukową.

Polska: Chcielibyśmy, ale gdzie ich posadzimy?

Prof. Adam Leszczyński z Uniwersytetu SWPS, socjolog i historyk, a także dyrektor Instytutu Narutowicza, gdy pytam go o możliwość przejęcia amerykańskich talentów, zaczyna od Europy.

„Akademia europejska może skorzystać tylko wtedy, jeżeli będzie konkurencyjnym miejscem pracy” – mówi.

Konkurencyjnym oznacza: pieniądze na badania, warunki pracy oraz pozycję instytucji w międzynarodowej hierarchii.

„System nauki jest niesłychanie hierarchiczny. Taki wyjazd, na przykład do Polski, nie może być po prostu degradacją z punktu widzenia kariery” – tłumaczy.

Polska może przygotować anglojęzyczne zaproszenia, opowiadać o bezpieczeństwie Warszawy i kosztach życia. Badacz sprawdzi jednak, z kim będzie pracował, jakie granty może zdobyć, jakie ma laboratorium, gdzie publikują jego przyszli współpracownicy i czy po pięciu latach w polskiej instytucji jego pozycja będzie lepsza.

Leszczyński nie owija w bawełnę:

„Z punktu widzenia badacza, który myśli o międzynarodowej karierze, przyjazd do Polski jest po prostu złym pomysłem. Może wyjazd do Wielkiej Brytanii albo Niemiec byłby lepszy”.

W 2024 roku Polska przeznaczyła na działalność badawczo-rozwojową 51,5 mld zł, czyli 1,41 proc. PKB. Rok wcześniej było to 1,56 proc.

Średnia dla Unii wynosiła 2,2 proc. PKB. W Szwecji było to 3,6 proc., w Belgii 3,4 proc., w Austrii 3,3 proc., w Finlandii 3,2 proc., w Niemczech 3,1 proc.

Jeszcze bardziej niewygodny obraz daje European Research Council.

Polska należy do tzw. widening countries, grupy państw o słabszych wynikach w europejskiej konkurencji o najbardziej prestiżowe granty.

Kraje tej grupy mają około jednej czwartej mieszkańców Unii, ale trafia do nich zaledwie około jednej dwudziestej grantów ERC. Wskaźnik powodzenia w konkursach wynosi zwykle od 1 do 7 proc., przy średniej ERC około 11 proc.

ERC wskazuje na mniej korzystne środowisko akademickie, niższe krajowe nakłady na badania, słabszy dostęp do międzynarodowych sieci i gorsze zaplecze wspierające przygotowanie projektów.

To właśnie rzeczy, które decydują, gdzie naukowiec będzie chciał przenieść laboratorium.

Amerykański odpływ może ominąć Europę Środkową

Powstaje więc możliwość paradoksalna.

Trump może uruchomić częściowy odpływ talentów ze Stanów. Europa może na nim skorzystać, a Europa Środkowa jedynie obserwować przeprowadzki z Bostonu do Paryża, Wiednia, Monachium czy Kopenhagi.

Amerykański brain drain wówczas zwiększy różnice wewnątrz Unii.

Bogate instytucje dostaną kolejnych dobrych ludzi, którzy pomogą im zdobyć kolejne granty, publikacje i patenty. Dzięki temu staną się jeszcze atrakcyjniejsze dla następnych badaczy.

ERC nazywa najlepsze grupy powstające w słabszych systemach „szczęśliwymi wyspami”. Pojedynczy świetny grantobiorca może przyciągnąć z zagranicy kolejnych ludzi i uruchomić pozytywne sprzężenie.

Mechanizm działa także w drugą stronę. Słabsza instytucja zdobywa mniej grantów, ma mniej pieniędzy na ludzi i jeszcze trudniej przyciąga kolejnych dobrych badaczy.

Leszczyński dodaje pytanie politycznie niewygodne:

„Pieniędzy nie ma dla swoich. Płace w polskiej nauce są dwukrotnie lub trzykrotnie niższe niż na Zachodzie. Skąd się mają znaleźć środki na amerykańskich naukowców?”

Łatwo promować program, w którym wybitny badacz z USA dostaje kilka milionów euro na przeprowadzkę. Trudniej wyjaśnić miejscowemu adiunktowi, dlaczego dla przyjezdnego pieniądze się znalazły, a jego projekt kolejny raz odpadł.

Europejskie łowienie talentów wymaga nowych pieniędzy.

Nie tylko Europa poluje

Jeżeli Stany zaczną tracić ludzi, Europa będzie jednym z kilku chętnych.

Kanada ma przewagę językową i kulturową, a dla Amerykanina przeprowadzka do Toronto jest prostsza niż do Berlina. Głośnym przykładem przeprowadzki do Kanady są Marci Shore i Timothy Snyder, którzy opuszczają Yale dla Munk School of Global Affairs na University of Toronto. Shore zastrzega jednak, że ich decyzja dojrzewała na długo przed wyborami 2024 roku: Munk School zaczęła ich rekrutować około trzech lat temu, a ofertę najprawdopodobniej przyjęliby także po zwycięstwie Kamali Harris. „To, co nie jest zwyczajne – i co jest naprawdę radykalne i zasługuje na baczną uwagę – to to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych” – pisze Shore. Jej zdaniem to właśnie sytuacja polityczna w USA, a nie sama przeprowadzka „kilku akademików w średnim wieku z jednego dobrego uniwersytetu do drugiego”, jest historią wartą uwagi.

Australia oferuje podobny model akademicki. Chiny od lat zwiększają inwestycje w badania i budują infrastrukturę zdolną konkurować z amerykańską.

Bruegel zwracał uwagę, że jeszcze przed obecnym kryzysem najczęściej wskazywanymi zagranicznymi kierunkami przez absolwentów amerykańskich uczelni były Wielka Brytania i Kanada.

Rydliński zwraca uwagę, że o tę samą grupę badaczy będą konkurować również Chiny i Indie. Europa nie ma więc przed sobą pustego boiska.

„Dobrze, żeby Europa była w tym nie tylko skuteczniejsza, ale pierwsza” – mówi.

Wyścig już trwa.

Fulbright jako papierek lakmusowy

Skopek wraca na koniec do Fulbrighta.

Program istnieje dzięki przekonaniu, że państwo korzysta, kiedy przyciąga ludzi z zagranicy i wysyła swoich obywateli w świat. Powstają kontakty, znajomość kraju i zaufanie, które przeżywają pojedyncze projekty.

„Jedną z największych sił Stanów Zjednoczonych było to, że znajdowali się tam ludzie o różnych specjalizacjach, różnym pochodzeniu, różnym sposobie myślenia” – mówi Skopek.

„Dla nauki jest to ogromna wartość. Im bardziej zróżnicowane jest środowisko, tym więcej różnych perspektyw spotyka się w jednym miejscu”.

Jego zdaniem utrudnianie wymiany uderza również w interes Ameryki.

„Jeżeli Ameryka zacznie utrudniać ludziom przyjazd, to sama pozbawia się części tej przewagi”.

Fulbright na razie przetrwał. W lipcu 2026 Izba Reprezentantów większością 348 do 79 odrzuciła poprawkę, która zlikwidowałaby jego finansowanie.

Amerykańska nauka nie jest też tożsama z polityką administracji Trumpa. Uniwersytety się bronią, sądy blokują część decyzji, Kongres odrzuca część pomysłów prezydenckiego otoczenia. Federalne agencje nadal wydają miliardy na badania, a Biały Dom uruchamia nowe programy w sztucznej inteligencji i dziedzinach strategicznych.

Zmieniają się jednak zasady finansowania i polityczna cena pracy w części obszarów badawczych.

Dla świata wystarczy, że niewielki odsetek najlepszych ludzi uzna tę cenę za zbyt wysoką.

Drenaż czy cyrkulacja?

Z określeniem „brain drain” trzeba jeszcze uważać.

Nie mamy dowodu na masową emigrację naukowców ze Stanów Zjednoczonych do Europy.

Mamy deklaracje chęci wyjazdu, rosnącą liczbę wniosków o europejskie granty, pierwsze programy rekrutacyjne, kilkudziesięciu naukowców ściągniętych przez Francję, nowe bariery wizowe i niepewność dotyczącą finansowania.

To znacznie więcej niż rok temu, lecz nadal za mało, by mówić o odwróceniu historycznego kierunku migracji.

Współczesna nauka coraz gorzej pasuje zresztą do obrazu mózgu „utraconego” przez jeden kraj i „zdobytego” przez drugi. Badacz może spędzić trzy lata w Paryżu, wrócić do Kalifornii, nadal prowadzić wspólne projekty z Francuzami, wysyłać do nich doktorantów i razem składać wnioski o granty.

Dla Europy nawet taki czasowy przepływ ma wartość.

Dlatego propozycja Rydlińskiego wydaje się ciekawsza od marzenia o wielkim powrocie emigracji naukowej. Dwuletni pobyt wybitnego badacza może oznaczać nowe metody, kontakty, publikacje i doktorantów, którzy później będą pracowali już bez niego.

Nie trzeba przekonywać profesora ze Stanfordu, że Warszawa jest lepsza od Kalifornii. Warto jednak dać mu powód, żeby przez jakiś czas prowadził tutaj zespół. Rydliński właśnie w taki sposób opisuje potencjalną korzyść z czasowego ściągania naukowców z USA.

Skopek nadal podkreśla amerykańskie przewagi. Uwielbia San Francisco. Stanford zrobił na nim ogromne wrażenie. Nie opisuje Stanów jako kraju, z którego należy uciekać.

A jednak zapytany o własny wybór wskazuje Europę. Kierunek przepływu przestał być oczywisty.

Dla Europy jest to okazja. Polska ma wcześniejszy problem: musi zbudować miejsce, do którego dobrym naukowcom opłaca się przyjechać.

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze