0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Frank Vassen, Wikipedia na licencji CC BY 2.0Fot. Frank Vassen, W...

Poprzednia próba ocalenia ostatnich osobników dropia, które ostatecznie zniknęły z Polski w 1986 roku, okazała się porażką. Taki los spotkał inicjatywę prowadzoną w latach 70. ubiegłego wieku w stacji poznańskiej Akademii Rolniczej w Siemianicach. Obecnie, przy zaangażowaniu przyrodników z Uniwersytetu Zielonogórskiego, trwa nowy projekt, realizowany już w zupełnie nowych realiach. Dlaczego? Ponieważ drop wyginął w Polsce kilkadziesiąt lat temu.

W 1958 roku Jan Sokołowski w książce poświęconej ptakom Polski pisał o dropiach: „Drop jest najokazalszym ptakiem europejskim i pod względem wagi jednym z najcięższych gatunków latających. Samiec waży przeciętnie około 10 kilogramów”.

Pomimo okazałych rozmiarów i dobrze umięśnionych nóg drop zachował zdolność do lotu. Trudniej przyszło mu zaadaptować się do zmieniających się warunków w jego historycznych siedliskach w Polsce. Sokołowski konkludował: „Skoro warunki otoczenia zmienią się choćby nieznacznie, drop czuje się źle i nie może utrzymać się tam, gdzie inne ptaki, jak na przykład kuropatwy, dają sobie doskonale radę. Na rzeczy nowe reaguje jedynie ucieczką i opuszcza okolicę”.

Dlaczego straciliśmy dropie?

W ostatnim czasie podjęto próbę ponownego wprowadzenia tego gatunku w województwie lubuskim. Projekt na razie ma charakter pilotażu, ale zaangażowani weń naukowcy mają nadzieję na sukces. Prace koordynuje prof. dr hab. Leszek Jerzak, dyrektor Instytutu Nauk Biologicznych Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Jak wyjaśnia, jeszcze w XIX wieku dropie występowały na większości obszaru Polski (w obecnych jej granicach), między innymi na Mazurach, Śląsku, w Małopolsce i na Lubelszczyźnie. W XX wieku ich zasięg systematycznie się kurczył. W latach 60. populacja lęgowa ograniczała się już przede wszystkim do zachodniej części Polski, zwłaszcza Wielkopolski i Pomorza Zachodniego, a jej liczebność oceniano na około 300 osobników.

Pod koniec lat 70. w kraju żyło zaledwie kilkadziesiąt dropi.

Ostatni potwierdzony lęg miał miejsce w 1986 roku w województwie zachodniopomorskim, w okolicach Pyrzyc.

Od tego czasu drop jest uznawany za wymarły regionalnie, a pojedyncze obserwacje mogły dotyczyć ptaków zalatujących z Niemiec.

Wśród głównych przyczyn gwałtownego spadku liczebności dropi w Europie Środkowej, a w konsekwencji ich zaniku w Polsce, ekspert wymienia przemiany krajobrazu rolniczego i intensyfikację produkcji rolnej. Mechanizacja rolnictwa, chemizacja, stosowanie pestycydów, upraszczanie struktury upraw, tworzenie wielkoobszarowych monokultur oraz likwidacja elementów półnaturalnych, takich jak miedze i nieużytki – to wszystko doprowadziło do zanikania odpowiednich siedlisk i ograniczenia bazy pokarmowej.

— Istotnym czynnikiem były również rosnąca antropopresja, w tym polowania i kłusownictwo, a także presja drapieżników. W przypadku tak dużego i naziemnie gniazdującego ptaka dodatkowym problemem było bezpośrednie niszczenie lęgów podczas prac polowych — mówi OKO.press prof. Jerzak

Dlatego projekty ochrony dropia nie mogą ograniczać się wyłącznie do ochrony samych ptaków. Konieczna jest również odbudowa siedlisk – zróżnicowanych, jeżeli chodzi o ich strukturę, ekstensywnie użytkowanych i bogatych w bazę pokarmową. Tu mogłyby pomóc programy rolnośrodowiskowe oraz rozwój rolnictwa przyjaznego przyrodzie.

Przeczytaj także:

Dropie w lubuskim

W województwie lubuskim pomysł przywrócenia dropia pojawił się kilkanaście lat temu. Dyskusję zainicjowano w Lasach Państwowych. Z czasem leśnicy zarzucili ten pomysł, a sprawą zainteresował się Polski Związek Łowiecki. Wojciech Pawliszak, łowczy okręgowy z PZŁ w Gorzowie Wielkopolskim, utworzył stację, która ma być zaczątkiem projektu, w ramach którego w tym roku wykluły się pierwsze dropie. Do projektu włączył się również zespół naukowców z Uniwersytetu Zielonogórskiego.

— Program reintrodukcji dropia obejmuje pozyskiwanie jaj z istniejącej populacji, ich inkubację, wychów młodych ptaków, przygotowanie ich do samodzielnego życia, a następnie kontrolowane uwalnianie do środowiska. Równolegle planowane są działania na rzecz poprawy jakości siedlisk, wspierania programów rolnośrodowiskowych oraz edukacji lokalnej społeczności — wyjaśnia prof. Jerzak.

— Ponieważ rodzima populacja dropia w Polsce wyginęła, materiał do programu pozyskujemy obecnie z populacji brandenburskiej. Taki sposób działania będzie stosowany do czasu, gdy polska populacja osiągnie zdolność do samodzielnego odtwarzania się poprzez naturalne lęgi — dodaje naukowiec.

Doświadczenia innych krajów w reintrodukcji dropia są szczególnie ważne. Zanim zaczął się projekt, bardzo ważnym etapem były wizyty na Węgrzech, w Brandenburgii oraz w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieją ośrodki zajmujące się tym gatunkiem.

— Szczególnie cenne były dla nas doświadczenia brytyjskie, gdzie David Waters rozpoczął projekt od podstaw i doprowadził do powstania znaczącej populacji dropia. Interesowały nas nie tylko kwestie związane z samą hodowlą, ale również przygotowanie ptaków do życia na wolności, sposób kształtowania siedlisk, edukacja społeczna oraz wykorzystanie programów rolnośrodowiskowych — mówi prof. Jerzak.

Pierwsze kroki ku wolności

Prof. Jerzak dodaje, że w polskim zespole są już osoby przeszkolone za granicą, które zdobyły praktyczne doświadczenie w zakresie inkubacji, wychowu i przygotowania młodych dropi do życia na wolności. Z pierwszych 10 jaj ostatecznie wykluło się osiem dropi. Jaja pochodzą od ptaków z Brandenburgii i są pozyskiwane bezpośrednio z terenu, co pozwala na bardzo wysoki odsetek ich zapłodnienia.

— Młode dropie rozwijają się bardzo dobrze. Opiekunki ptaków pozostają również w stałym kontakcie ze stacją w Brandenburgii, konsultując na bieżąco pojawiające się problemy i obserwacje — mówi prof. Jerzak.

Na obecnym etapie najważniejsze jest prawidłowe przygotowanie ptaków do życia na wolności. Opiekunki wychodzą z młodymi poza teren stacji, gdzie ptaki uczą się samodzielnego wyszukiwania pokarmu, poruszania się w naturalnym środowisku i poznają charakterystyczne elementy lokalnego krajobrazu.

— Dokładnego miejsca realizacji pilotażu nie ujawniamy, bo drogie są wyjątkowo wrażliwe na nadmierną obecność człowieka, dlatego ograniczenie kontaktu z ludźmi jest bardzo ważne dla prawidłowego rozwoju ich naturalnych zachowań i późniejszego funkcjonowania na wolności — zastrzega prof. Jerzak.

Jednak oprócz samego zapewnienia miejsca do wyklucia i odchowania piskląt, problemem pozostaje kwestia odpowiednich warunków po wypuszczeniu na wolność. Zespół prof. Jerzaka przeprowadził analizę potencjalnych siedlisk zgodnie z kryteriami stosowanymi przez europejskie zespoły zajmujące się ochroną tego gatunku.

— Analizowaliśmy między innymi odległość od dróg szybkiego ruchu, linii wysokiego napięcia i farm wiatrowych, strukturę krajobrazu, wielkość pól, rodzaj prowadzonych upraw, udział łąk i nieużytków oraz potencjalną dostępność miejsc odpowiednich do żerowania i zakładania lęgów. Do wskazania potencjalnych lokalizacji wykorzystano również specjalistyczne narzędzia analityczne — mówi naukowiec.

Ostateczny wybór padł na obszar w północnej części województwa lubuskiego. Jego dużą zaletą jest korzystna struktura krajobrazu – odpowiednia wielkość pól, zróżnicowanie upraw, obecność łąk i terenów nieużytkowanych oraz możliwość wykorzystania programów rolnośrodowiskowych. Istotne jest również stosunkowo niewielkie zagrożenie związane z planowanymi inwestycjami oraz bliskość populacji dropia w Brandenburgii.

Zespół naukowców zaangażowanych w projekt ma nadzieję, że kiedyś populacja lubuska połączy się z tą brandenburską, co zwiększyłoby jej stabilność i odporność na lokalne zagrożenia.

Powrót obarczony ryzykiem

Nie zmienia to faktu, że projekt wchodzi w najtrudniejszą fazę. Na wolności na ptaki będą czyhały różne zagrożenia.

— Jednym z istotnych czynników są warunki atmosferyczne. W przypadku bardzo ostrych zim część dropi może podejmować migracje w kierunku zachodniej i południowo-zachodniej Europy, a podczas takich wędrówek ptaki są narażone na dodatkowe zagrożenia. Obserwowane ocieplenie klimatu może w pewnych aspektach działać na korzyść dropia, między innymi poprzez ograniczenie presji związanej z surowymi zimami — mówi prof. Jerzak.

Nie oznacza to jednak, że zmiana klimatu jest dla gatunku jednoznacznie korzystna – jej konsekwencje mogą być różne w zależności od regionu i zmian zachodzących w całym ekosystemie.

— Obawiamy się również kłusownictwa oraz nieumyślnego płoszenia ptaków. Drop jest dużym i charakterystycznym gatunkiem, dlatego jego pojawienie się może wzbudzać zainteresowanie ludzi — mówi prof. Jerzak.

Kluczowe będą współpraca z rolnikami i edukacja.

Dropie występują w naturze najczęściej w niewielkich stadach i nie powinny stanowić istotnego zagrożenia dla produkcji rolnej. Jednocześnie odpowiednio prowadzona gospodarka rolna może znacząco poprawić warunki bytowania tego gatunku.

— Szczególne znaczenie mają działania ograniczające stosowanie pestycydów, zachowanie miedz i innych elementów nieprodukcyjnych krajobrazu, utrzymywanie zróżnicowanej struktury upraw oraz odpowiedni dobór roślin, w tym między innymi rzepaku — mówi prof. Jerzak.

Wiele będzie zależeć także od tego, jak będą wyglądały programy rolnośrodowiskowe i na ile będą się rolnikom opłacać. Są też pomysły, żeby docelowo stworzyć szerszy projekt regionalny pod nazwą „Kraina Dropia”. Jego elementem mogłaby być promocja agroturystyki, lokalnych produktów oraz obserwacji dropi w ich naturalnym środowisku. W wielu krajach możliwość obserwowania tych imponujących ptaków przyciąga miłośników przyrody z całego świata.

Cel: stabilna populacja

Polska próbowała ochronić dropia już drugiej połowie XX wieku. To był okres, kiedy liczebność tego gatunku zaczęła gwałtownie spadać zarówno w naszym kraju, jak i w Niemczech.

Działania prowadziła między innymi Akademia Rolnicza (dziś Uniwersytet Przyrodniczy) w Poznaniu. W stacji doświadczalnej w Siemianicach podjęto próbę hodowli dropia w warunkach kontrolowanych. Pozyskiwano jaja do inkubacji i utrzymywano dorosłe osobniki z myślą o stworzeniu stada zarodowego. Program zakończył się jednak tragicznie.

— W grudniu 1980 roku nieznani sprawcy zabili większość przebywających w stacji dropi. W kolejnych latach ginęły również następne osobniki, które przeniesiono do stacji w Stobnicy, co ostatecznie uniemożliwiło kontynuowanie programu. Natomiast w Niemczech, a szczególnie w Brandenburgii, działania ochronne przyniosły znacznie lepsze rezultaty. Tamtejsza populacja została utrzymana i jest obecnie jednym z najważniejszych źródeł materiału wykorzystywanego w działaniach ochronnych w Europie Środkowej — mówi prof. Jerzak.

Według naukowca ostatecznym sukcesem projektu nie będzie samo wypuszczenie określonej liczby ptaków, lecz powstanie stabilnej populacji dropia w Polsce, funkcjonującej w odpowiednio przygotowanym krajobrazie rolniczym.

— Reintrodukcję traktujemy jako projekt długoterminowy, obejmujący nie tylko hodowlę i wypuszczanie ptaków, lecz również ochronę siedlisk, współpracę z rolnikami, monitoring populacji oraz edukację — mówi prof. Jerzak.

Za wcześnie na fanfary

Ostrożnie na temat projektu pilotażowego w lubuskim wypowiada się dr Marcin Tobółka, ornitolog z Katedry Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

— Jest dużo za wcześnie, żeby mówić o sukcesie i o tym, że dropie zaczęły wracać. Oczywiście kibicuję projektom, których celem jest przywracanie gatunków ptaków, ale należy zdawać sobie sprawę, że wcześniej próby hodowli dropia były już podejmowane i zakończyły się fiaskiem — mówi OKO.press dr Tobółka.

Ptaki te bytują w siedliskach przypominających stepy. W Polsce zachodniej jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieliśmy większe kompleksy łąkowe i rozległe pola uprawne. Niemniej populacja dropi ulegała znacznej redukcji nie tylko ze względu na utratę siedlisk. — Dropie były zabijane, a że były ptakami dużymi, to stanowiły źródło pożywienia dla ludzi — mówi dr Tobółka.

Do tego doszły przekształcenia w krajobrazie rolniczym. Drop nigdy nie był gatunkiem, który szukał towarzystwa ludzi. Tymczasem wraz z intensyfikacją gospodarki rolnej zwiększała się obecność człowieka w miejscach jego występowania, a drop ustępował.

Wspomniana przez prof. Jerzaka zakończona tragicznie próba zachowania gatunku przez Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu od początku mierzyła się z wysoką śmiertelnością ptaków. Na poznańskiej uczelni wciąż wisi poster z tamtych czasów, który przedstawia w obrazowy sposób trudności związane z realizacją tego przedsięwzięcia.

Pierwsze dwa lata projektu przeżyły zaledwie dwa ptaki, jeden w 1974 roku i jeden w roku kolejnym.

Według dr. Tobółki nawet jeśli przeżyłoby więcej piskląt i ostatecznie zostałyby wypuszczone, byłoby ich za mało. Do tego ptaki pochodzące z hodowli znacznie trudniej adaptują się do warunków naturalnych. Wreszcie – ich historyczne siedliska praktycznie przestały istnieć.

— Można to porównać do projektów przywracania głuszca. Kolejne ptaki wprowadzane z hodowli po latach nie mają łatwo. Te projekty zdają się nie mieć końca i wciąż są dalekie od ogłoszenia sukcesu, ponieważ dużo ptaków wciąż ginie — mówi dr Tobółka.

— Podobnie zresztą jest z kuropatwami. Byliśmy zaangażowani lokalnie w projekt wsiedlania kuropatw z hodowli. Oznakowaliśmy łącznie ponad 150 ptaków i z tych wypuszczonych praktycznie żaden nie przeżył. Przez to, że są odchowane w wolierach, nie są w stanie poradzić sobie na wolności — dodaje dr Tobółka.

Najtrudniej zapoczynać od zera

Reintrodukcja dropia odbywa się od zera. Na wolności w Polsce nie bytują dziko żyjące, rozmnażające się osobniki tego gatunku. Sytuację komplikuje jeszcze fakt, że są zdolne do rozmnażania bardzo późno, dopiero po trzech, czterech latach.

— To długie dojrzewanie połączone z niską przeżywalnością. Do pierwszego roku nie dożywa 80–90 procent piskląt. Więc wszystko to stanowi ogromne wyzwanie. Sam fakt, że wykluło się osiem dropi, jeszcze nie przesądza o sukcesie — mówi dr Tobółka.

— Ptaki wciąż przebywają w zamkniętym ośrodku. Jeśli będą wypuszczane, potrzebne są również obszary wielkości kilku tysięcy hektarów, gdzie nie będzie się stosować środków ochrony roślin, a myśliwi będą regularnie wystrzeliwać wszystkie drapieżniki. Te warunki zostały spełnione przy projekcie w Brandenburgii i dzięki ciągłemu ich podtrzymywaniu dropie tam funkcjonują. W Polsce będzie trudno o zapewnienie takiego komfortu wypuszczanym ptakom. Tym bardziej, że mowa jest o obszarach w zachodniej Polsce, gdzie coraz częściej pojawia się kolejny drapieżnik lądowy, czyli szop pracz — mówi ornitolog.

Innym zagrożeniem jest sieć napowietrznych linii wysokiego napięcia. W Hiszpanii, gdzie dropie występują stosunkowo licznie, kolizje z napowietrznymi liniami przesyłowymi stanowią najczęstszą przyczynę ich śmiertelności. Do tego trudno w Polsce znaleźć rozległe obszary z mniejszym zagęszczeniem ludzi, a drop to gatunek, który źle znosi obecność człowieka.

— Rozpoczynając taki projekt, należy przyjąć, że to będzie ogromna praca i stałe zaangażowanie przez lata. Cały czas będą musieli być ludzie, którzy będą reagować na zagrożenia. Potrzebne jest też utrzymywanie siedlisk w taki sposób, żeby w trwały sposób zabezpieczyć ich otwarty charakter. Inne elementy, o których należy pamiętać, to wypas i wykaszanie uwzględniające obecność tych ptaków i zapewniające dropiom miejsca z wysoką roślinnością, w której mogą się ukryć. A także rezygnacja ze stosowania środków chemicznych w rolnictwie — mówi dr Tobółka.

To wszystko oznacza konieczność ciągłego inwestowania. Sama budowa stacji kosztowała ponad 770 tysięcy złotych. Wszystko będzie zależeć od tego, czy na kolejnych etapach nie będzie brakować pieniędzy. Oraz od utrzymania projektu we względnej tajemnicy.

— Projekt powinien być realizowany bez wskazywania dokładnych lokalizacji, gdzie byłyby w przyszłości wypuszczane dropie. W przeciwnym razie zaraz pojawią się osoby, które będą chciały je zobaczyć. Nachalna obecność ludzi wynikająca z rozgłosu – tego drop w ogóle nie potrzebuje. Dziś mówienie o tym, że drop wraca do Polski, albo że mamy sukces, bo wykluło się kilka ptaków z inkubowanych jaj, jest przedwczesnym optymizmem — mówi dr Tobółka.

Projekt przywracania dropia pokazuje nam, jak ważna jest ochrona gatunków, zanim całkowicie wyginą.

Koszt ich powrotu jest bardzo wysoki, a osoby zaangażowane w reintrodukcję będą musiały wykonywać przez lata tytaniczną pracę. Większość takich działań, także tych związanych z ratowaniem wciąż występujących w Polsce gatunków ptaków, które znalazły się na skraju wyginięcia, wymaga ciągłego zaangażowania ludzi i stałych nakładów finansowych.

Bez człowieka, ochrony siedliska, lęgów i jaj, a potem piskląt, tego rodzaju działania są niemożliwe do realizacji. Dlatego tak ważne jest zapewnianie stałego finansowania. I to w naprawdę wieloletniej, a nie paroletniej perspektywie, o co nie zawsze będzie łatwo.

Na zdjęciu Paweł Średziński
Paweł Średziński

Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".

Komentarze