Gdy nauczyciele ogłosili, że zaprotestują przeciwko rządowi Donalda Tuska, PiS postanowił ogłosić, że bardzo kocha (i zawsze kochał) nauczycieli. To oczywista bzdura, choć obecny rząd również ma wiele za uszami. W oświacie szykuje się kolejny poważny konflikt: o wyższe płace i reformę pensum.
„Nauczycieli zawsze kochaliśmy i były podwyżki” — zadeklarował w rozmowie w Kanale Zero Henryk Kowalczyk, były minister rolnictwa w rządzie PiS. „Nie pamiętam wskaźników, ale były to godne podwyżki” — dodał Kowalczyk, z wykształcenia nauczyciel.
A to wszystko w związku z planowanym na 31 sierpnia 2026 protestem Związku Nauczycielstwa Polskiego pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów.
Związkowcy domagają się od rządu Donalda Tuska przyspieszenia prac nad obywatelskim projektem ustawy, który przebudowałby system wynagradzania w oświacie. Zamiast corocznych negocjacji budżetowych, nauczyciele chcą, żeby ich zarobki były powiązane ze średnią w gospodarce narodowej.
„Miarą troski o nauczycieli jest to, że nie było protestów za naszych czasów, czyli każdy nauczyciel dostawał godne wynagrodzenie” — komentował Kowalczyk, komplementując w ten sposób politykę płacową PiS.
Wypowiedź jest wyjątkowo szokująca, biorąc pod uwagę, że w 2019 roku doszło do największego strajku nauczycieli w nowoczesnej historii Polski. Przystąpiło do niego 75 proc. placówek oświatowych, a praca w szkołach stanęła na ponad trzy tygodnie. Głównym powodem strajku, obok tzw. deformy edukacji, było zamrożenie nauczycielskich płac na poziomie – w przypadku pensji zasadniczej najmłodszych nauczycieli, bez nadgodzin i dodatków – poniżej pensji minimalnej.
PiS, wówczas pod rządami Beaty Szydło, w swojej wielkiej miłości do nauczycieli, nie tylko ignorował środowiska edukacyjne, ale w czasie protestów zaangażował cały aparat propagandowy, na czele z TVP, do nagonki i dyskredytacji pracowników oświaty. A ze związkowców z „Solidarności” zrobił łamistrajków, podpisując z nimi we fleszach kamer porozumienie, które żadnym porozumieniem nie było, bo ani nie realizowało postulatów strajkujących, ani nie przybliżało nauczycieli do średnich zarobków.
Proces pauperyzacji zawodu stale postępował. Jak obliczyliśmy w OKO.press, w latach 2016-2023 średnie wynagrodzenie nauczyciela, czyli uwzględniające dodatki i nadgodziny, wzrosło:
W tym samym czasie:
To wcale nie oznacza, że obecny rząd nie ma nic za uszami.
31 sierpnia ZNP wyjdzie na ulice pod hasłem „Politycy – dotrzymajcie słowa!” Chodzi o deklarację z kampanii wyborczej 2023 roku, gdy Koalicja Obywatelska zobowiązała się nie tylko do jednorazowych dużych podwyżek, ale również poparcia pomysłu powiązania wynagrodzeń nauczycieli ze średnią w gospodarce krajowej.
Już po wyborach obietnicę powtórzyła nie tylko ministra edukacji Barbara Nowacka, ale także premier Donald Tusk. Podczas zjazdu delegatów ZNP w listopadzie 2024 roku szef rządu zadeklarował, że rząd odpowie na ten postulat do końca kadencji. Pierwsze czytanie projektu ustawy w tej sprawie odbyło się w styczniu 2024, potem projekt trafił na specjalną podkomisję, gdzie utknął.
Rząd, odpowiadając na krytykę nauczycieli, do tej pory skutecznie zasłaniał się dużą podwyżką, którą przyznał w styczniu 2024 roku. Wówczas zarobki nauczycieli wzrosły o dumnie brzmiące 30 proc., co jednak nie zrekompensowało mrożenia płac w latach 2012–2023 – i tu warto przypomnieć, że nie tylko rząd Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego wzgardził nauczycielami. Na 0 proc. podwyżki nauczyciele mogli liczyć też w czasach, gdy szefową rządu była Ewa Kopacz.
Mówiąc dosadniej, nauczyciele stracili przez ponad dekadę tyle w stosunku do innych grup zawodowych, że podniesienie prestiżu zawodu wymaga rewolucyjnych zmian. A takich na horyzoncie brak. W 2025 i 2026 nauczyciele mogli już tylko liczyć na wzrost płac odpowiadający wskaźnikom dla całej budżetówki.
Związkowcy chcą więc skończyć z uznaniowymi podwyżkami. Ich projekt zakłada, że nauczyciel dyplomowany, na najwyższym stopniu awansu zawodowego, zarabiałby 155 proc. średniej w gospodarce narodowej w III kwartale poprzedniego roku. Chodzi tu nie o pensję zasadniczą, ale średnią (z dodatkami i pracą ponadwymiarową). To byłaby wyjątkowo kosztowna reforma. Gdyby opierać się na wskaźnikach z 2025 roku, nauczyciel dyplomowany zarabiałby 13 596 zł brutto, ponad 3,2 tys. więcej niż dziś.
Wiceminister edukacji Henryk Kiepura w listopadzie 2025 powiedział, że ze wstępnych wyliczeń wynika, że powiązanie wynagrodzeń nauczycieli ze średnią w gospodarce, to
koszt dla budżetu państwa rzędu 38 mld zł.
Dla porównania – cały budżet na oświatę w 2026 roku wynosi ponad 111 mld zł, a na program 800+ rząd planował w tym roku wydać 61,7 mld zł.
A to oznacza, że aby zrealizować postulat związkowców, rząd musiałby gdzieś szukać oszczędności. Najłatwiej, jak twierdził rząd, byłoby urealnić nauczycielskie pensum, czyli czas pracy.
Większość nauczycieli i tak realizuje dziś nadgodziny ze względu na braki kadrowe. Ten usankcjonowany system łatania dziur pomaga wszystkim. Dyrektorom – zapełniać wakaty i układać plan lekcji, nauczycielom – reperować budżety, a samorządom – oszczędzać. Nadgodziny są bowiem tańsze i mniej zobowiązujące niż tworzenie nowych etatów. To jednak krótkowzroczna strategia, bo mimo zmian demograficznych, za 10 lat ktoś w polskich szkołach będzie musiał uczyć.
Po pierwsze, dlatego że niż demograficzny nie jest równomiernie rozłożony w kraju i sam spadek liczby uczniów nie gwarantuje rozwiązania kryzysu kadrowego.
Po drugie, liczba młodych, którzy wchodzą do zawodu nauczycielskiego i zostają w nim dłużej, jest bardzo niska. Dziś aż 60 tys. osób, które uzupełniają braki kadrowe, to emeryci. Średni wiek nauczyciela w Polsce to 48 lat (i jest o 6 lat wyższy niż jeszcze w 2013 roku).
Co więcej, w 2026 roku dyrektorzy zgłosili do kuratoriów aż 49 tys. wniosków o zatrudnienie bez wymaganych kwalifikacji. A kuratoria wydały 38 tys. takich zgód.
To najlepiej pokazuje, że mamy do czynienia z kryzysem, który sam się nie rozwiąże. Bez konkurencyjnych płac nie będzie chętnych do pracy w szkołach. A konkurencyjnych płac rząd nie zaproponuje bez rozpoczęcia wyjątkowo drażliwej dyskusji o zmianach w pensum. Związki zawodowe kategorycznie odrzucają nawet sugestie, żeby zamiast 18 tablicowych godzin w niewydolnym systemie wynagradzania, nauczyciel pracował oficjalnie więcej, ale za lepszą pensję.
Biorąc pod uwagę, że zbliża się sezon wyborczy, możemy spodziewać się, że napięcie na linii nauczyciele – rząd będzie tylko rosło.
Nauczyciele mają bowiem więcej niż jedną kartę przetargową: na szali jest zarówno poparcie w przyszłorocznych wyborach, jak i poparcie dla reformy oświaty, którą sukcesywnie wdraża MEN.
— To nie jest skok na kasę, bo zbliżają się wybory. Chcemy rozmawiać o mechanizmie kształtowania naszych wynagrodzeń, tak abyśmy nie byli uzależnieni od wizji tego, czy innego polityka — mówi nam Sławomir Broniarz, prezes ZNP.
— Nie da się prowadzić polityki edukacyjnej, stosując drapieżny wyzysk rodem z XIX wieku. Nauczyciele mają coraz większy zakres obowiązków, a zarabiają wciąż za mało.
Broniarz zwraca uwagę, że do obowiązków nauczycieli dojdzie zaraz pilotaż elektronicznych dzienników, nadzór nad uczniowskimi telefonami oraz wdrażanie reformy Kompas Jutra. — A politycy nadal nie realizują swoich obietnic. W 2024 roku słyszeliśmy, że podwyżki to początek zmian, od tego czasu nic się dla nas dobrego nie wydarzyło. Nasz zawód nadal się pauperyzuje — tłumaczy Broniarz.
Gdy pytam, co zrobi ZNP, jeśli rząd zrezygnuje ze stworzenia ustawowych wskaźników waloryzacji nauczycielskich pensji, prezes związku odpowiada, że mają przygotowane różne scenariusze. — Będziemy pytać, co dzieje się z deklaracją ministry Barbary Nowackiej, która w jednym z wywiadów powiedziała, że w 2027 roku nasze wynagrodzenie wzrośnie o 11 proc. Niestety tej obietnicy nie widać w założeniach budżetowych — mówi Broniarz.
Pytany o zwiększenie pensum, prezes ZNP twierdzi, że to „samobójstwo”.
— Nadgodziny są dziś bajpasem, który łata dziury kadrowe. Jako były dyrektor szkoły mogę uczciwie powiedzieć, że każda placówka ma inny stan kadrowy, dlatego wyższe pensum byłoby błędem. Z pozycji związkowca muszę też przypomnieć, że taka propozycja już była. W 2019 roku premier Beata Szydło zaproponowała nam zwiększenie pensum w zamian za podwyżki, co przeliczało się na wzrost stawki za godzinę pracy na poziomie złotówki — komentuje Broniarz.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Komentarze