Naznaczona. Wysoka cena obrony praw człowieka na Łotwie
W kampanii przed odbywającymi się już za tydzień wyborami na Łotwie ton nadają ksenofobiczni politycy. Tymczasem w listopadzie ponownie rusza proces Ievy Raubiško, która ratowała ludzi w lesie na granicy łotewsko-białoruskiej – wbrew władzy i obojętności dużej części społeczeństwa.
Emilia Sułek, OKO.press: Jak trafiłaś na białoruską granicę?
Ieva Raubiško: To była długa droga. W 2011 roku zaczęła się wojna domowa w Syrii. Do Europy uciekało coraz więcej ludzi. Wiosną 2016 roku zaproszono mnie na debatę o migracji w Rydze. Debata towarzyszyła wystawie zdjęć o kryzysie migracyjnym na Morzu Śródziemnym. Brali w niej udział różni politycy, m.in. Artis Pabriks, późniejszy minister obrony, i Andrejs Mamikins, łotewski europoseł, który uciekł potem do Moskwy. Dyskusja była totalnie oderwana od rzeczywistości na zdjęciach.
Pracowałam wtedy jeszcze na uniwersytecie i byłam jedyną osobą, która spytała: „Chwileczkę, a co z prawami człowieka?” Na tę debatę przyszedł mój stary znajomy Egils Grasmanis, który wcześniej założył na Facebooku grupę „Gribu palīdzēt bēgļiem” („Chcę pomóc uchodźcom”, GPB) i zbierał dary dla osób w ośrodku dla uchodźców w Muceniekach. Z czasem zrobiło się z tego poważne stowarzyszenie, organizacja pożytku publicznego, a ja zaczęłam pracować w niej jako Advocacy Officer [specjalistka ds. rzecznictwa].

Komentarze