Amerykańskich mandatów nie zapisuje się w testamencie, ale polityczne nazwisko potrafi działać niemal jak spadek. W republice zbudowanej na nieufności wobec arystokracji dynastie polityczne mają się więc całkiem dobrze. Darline Graham jest najnowszym przykładem mechanizmu, który działa w USA od pokoleń.
Pytanie nie było szczególnie podchwytliwe. Podczas debaty przed republikańską dogrywką w Karolinie Południowej Darline Graham została zapytana o Chiny, Tajwan i stabilność w regionie Pacyfiku. Przyznała, że na bezpieczeństwie narodowym zna się słabo. Na sali rozległo się buczenie. Chwilę później powiedziała, że Karolina Południowa ma 50 milionów mieszkańców. Ma około 5,5 miliona.
Tydzień później wygrała prawybory.
Graham pokonała we wtorek 25 sierpnia kongresmena Ralpha Normana, zdobywając 52,4 proc. głosów przy 47,6 proc. dla rywala. Została republikańską kandydatką do Senatu i w listopadzie zmierzy się z demokratką Annie Andrews. W głęboko republikańskiej Karolinie Południowej oznacza to, że z dużym prawdopodobieństwem będzie senatorką także przez następnych sześć lat. Sam wynik był również ważnym zwycięstwem Donalda Trumpa: w ostatnich tygodniach część popieranych przez niego kandydatów przegrywała, a tutaj prezydent zaangażował się wyjątkowo mocno.
W normalnej kampanii do Senatu występ taki jak debata Graham mógłby zakończyć karierę kandydata. Ona miała jednak nad Normanem przewagę, której trudno było przeciwstawić doświadczenie czy znajomość polityki zagranicznej. W chwili debaty już była senatorką Stanów Zjednoczonych.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej pracowała jako doradczyni zawodowa i kierowała stanową komisją do spraw osób niewidomych. Nigdy nie wygrała wyborów, nie zasiadała w legislaturze stanowej ani nie miała doświadczenia w polityce federalnej. 11 lipca zmarł jej starszy brat Lindsey Graham, jeden z najbardziej rozpoznawalnych republikańskich senatorów ostatniego ćwierćwiecza. Dwa dni później Donald Trump publicznie wskazał Darline jako kandydatkę na jego miejsce. Gubernator Henry McMaster ją mianował, a następnego dnia Graham złożyła przysięgę.
Prezydencka rekomendacja nie miała mocy prawnej, ale miała ogromną moc polityczną. Trump namówił nową senatorkę, żeby wystartowała również w wyborach na pełną kadencję, i poparł ją, zanim jeszcze oficjalnie zgłosiła kandydaturę.
W pierwszej turze prawyborów 11 sierpnia Graham dostała 33 proc. głosów, najwięcej spośród dziesięciorga kandydatów. Ralph Norman, od dziewięciu lat zasiadający w Kongresie członek konserwatywnego Freedom Caucus, zdobył 25 proc. Oboje weszli do dogrywki.
Wtedy słabość Graham stała się trudniejsza do ukrycia. Po fatalnej odpowiedzi o Tajwanie Norman próbował zamienić wybory w referendum nad jej przygotowaniem do urzędu. Trump odpowiedział pełną mobilizacją. Przyjechał do Myrtle Beach na wiec, choć w tegorocznych prawyborach rzadko osobiście prowadzi kampanię na rzecz swoich kandydatów. Bronił Graham po debacie, przekonując, że przyznanie się do niewiedzy świadczy o uczciwości, a od szczegółów będzie miała kompetentnych doradców. Wyborców prosił, żeby głosowali tak, jak gdyby na karcie znajdowało się jego nazwisko.
Na tym pomoc się nie skończyła. MAGA Inc., potężny super PAC Trumpa, wydał w ostatnich dniach kampanii ponad 827 tys. dolarów na telefony i wiadomości do wyborców wspierające Graham. To znacząca suma także dlatego, że komitet dotąd oszczędnie angażował swoje pieniądze w tegoroczne prawybory, ku niezadowoleniu republikanów walczących w znacznie bardziej konkurencyjnych stanach.
Norman miał za sobą dziewięć lat w Waszyngtonie, własny majątek, konserwatywną reputację i poparcie między innymi senatorów Mike’a Lee i Ricka Scotta oraz byłego senatora Jima DeMinta. Przez większość czasu głosował zgodnie z linią Trumpa, ale zdarzało mu się sprzeciwiać prezydentowi w sprawach wydatków, a w prawyborach prezydenckich 2024 roku początkowo popierał Nikki Haley. W starciu z kandydatką wspieraną osobiście przez Trumpa to wystarczyło, by stać się tym mniej trumpowskim republikaninem.
Osobliwe jest również to, jak niewiele wiadomo o poglądach samej Graham.
Ludzie od lat związani z polityką Karoliny Południowej opisywali ją jako polityczną „czarną skrzynkę”; nawet osoby znające ją zawodowo sugerowały, że decyzja o ubieganiu się o pełną kadencję była efektem silnej presji otoczenia. Do kampanii weszła bez własnego dorobku wyborczego i bez pozycji budowanej latami wewnątrz partii. Miała za to dwa zasoby o trudnej do przecenienia wartości: poparcie Trumpa i nazwisko zmarłego brata.
To drugie wykorzystuje dosłownie. Jej pełne nazwisko brzmi Darline Graham Nordone, ale w polityce występuje jako Darline Graham. Jeden z republikańskich strategów opisywał sytuację Normana tak: musi walczyć jednocześnie z Trumpem i „duchem Lindseya”. Wynik dogrywki pokazał, że nie była to jedynie efektowna metafora.
Historia ma przy tym osobisty szczegół, który utrudnia sprowadzenie jej do komedii nepotyzmu. Po śmierci rodziców dwudziestodwuletni Lindsey został opiekunem trzynastoletniej Darline i w praktyce ją wychowywał. Kiedy Trump przedstawiał jej nominację jako hołd dla zmarłego senatora, odwoływał się więc do autentycznej historii rodzinnej.
Tyle że Senat Stanów Zjednoczonych nie jest rodzinnym mauzoleum.
Darline Graham przeszła w kilka dni drogę od stanowej urzędniczki, która nigdy nie prosiła wyborców o mandat, do jednej ze stu osób uchwalających federalne prawo, zatwierdzających sędziów Sądu Najwyższego i członków rządu oraz współdecydujących o polityce zagranicznej mocarstwa. Zawdzięczała ten skok dwóm ludziom. Jeden był jej bratem. Drugi prezydentem Stanów Zjednoczonych.
I właśnie w tym miejscu historia Darline Graham przestaje być opowieścią o wyjątkowym zbiegu okoliczności.
Polityczne nazwiska dziedziczy się oczywiście nie tylko w Ameryce. Pierre Trudeau rządził Kanadą, a trzy dekady później premierem został jego syn Justin. Chaim Herzog był prezydentem Izraela, dziś ten sam urząd sprawuje jego syn Isaac. W Wielkiej Brytanii po Williamie Pitcie Starszym premierem został William Pitt Młodszy, ale w epoce mocno przeddemokratycznej.
Polska miała własny, wyjątkowo skondensowany epizod politycznego dziedziczenia. Katastrofa smoleńska pozostawiła po sobie całą grupę wdów, wdowców, dzieci i rodzeństwa ofiar, którzy w następnych latach weszli do polityki albo próbowali to zrobić. Zjawisko nie ograniczało się do jednej partii.
Najbardziej dosłownym odpowiednikiem amerykańskiego „wdowiego mandatu” była Alicja Zając:
dwa miesiące po śmierci męża, senatora PiS Stanisława Zająca, jako jedyna kandydatka wygrała wybory uzupełniające dokładnie na zwolnione przez niego miejsce. Podobnie polityczną schedę po małżonku przejęli Beata Gosiewska, wdowa po Przemysławie Gosiewskim, która została senatorką, a potem europosłanką, oraz Jacek Świat, mąż posłanki Aleksandry Natalli-Świat, który w 2011 roku wszedł do Sejmu i zasiada w nim do dziś.
Z czasem pojawiło się następne pokolenie. Małgorzata Wassermann, córka Zbigniewa Wassermanna, została jedną z bardziej rozpoznawalnych posłanek PiS i utrzymuje mandat do dziś. Kacper Płażyński, syn marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego, był kandydatem PiS na prezydenta Gdańska, a później został posłem.
Nie każda taka kariera okazała się równie trwała. Beata Gosiewska po kadencji w Senacie i pięciu latach w Parlamencie Europejskim nie wróciła już do parlamentarnej polityki; w 2019 roku nie znalazła się w gronie ponownie wystawionych przez PiS europosłów.
Andrzej Melak, brat Stefana Melaka, po jednej kadencji w Sejmie nie uzyskał reelekcji w 2019 roku i pozostał aktywny przede wszystkim w działalności związanej z pamięcią katyńską i smoleńską. Ich wejście do wielkiej polityki było więc wyraźne, ale nie przekształciło się w równie trwałą pozycję partyjną jak u Wassermann czy Świata.
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, wdowa po Jerzym Szmajdzińskim, została posłanką, a dziś jest senatorką Lewicy. Paweł Deresz, wdowiec po Jolancie Szymanek-Deresz, bez powodzenia próbował dostać się do Senatu. Barbara Dolniak, wdowa po pośle PO Grzegorzu Dolniaku, przegrała pierwszą próbę, ale później weszła do Sejmu z Nowoczesnej, została jego wicemarszałkinią i pozostaje posłanką KO. Barbara Nowacka, córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, miała własne doświadczenie społeczne i polityczne jeszcze przed katastrofą, ale dziś należy do najważniejszych polityczek swojego pokolenia i jest ministrą edukacji.
Nie wszystkie te biografie można więc nazwać prostą sukcesją po zmarłym krewnym. Właśnie dlatego polski przypadek jest ciekawy. Smoleńsk pokazał w bardzo krótkim czasie całe spektrum działania rodzinnego kapitału politycznego: od niemal dosłownego przejęcia mandatu, przez przyspieszenie istniejącej kariery, po nazwisko i biografię, które ułatwiały wejście do polityki, ale nie gwarantowały w niej przetrwania.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych zjawisko wywołuje szczególny zgrzyt, bo trudno znaleźć państwo, które większą część własnej mitologii zbudowało na zerwaniu z dziedzicznym przywilejem.
Nie ma potrzeby robić z Ojców Założycieli proroków współczesnej merytokracji. Republika, którą stworzyli, była daleka od dzisiejszego rozumienia egalitarnej demokracji. Jednocześnie odrzucenie dziedzicznej arystokracji należało do jej fundamentów. Konstytucja zakazuje nadawania tytułów szlacheckich. Urząd miał pochodzić z wyboru lub przewidzianej prawem nominacji, nie z krwi.
Jeszcze ciekawsza jest rozmowa, którą w 1813 roku prowadzili Thomas Jefferson i John Adams. Jefferson pisał o „naturalnej arystokracji”, opartej na cnocie i talentach, którą przeciwstawiał arystokracji sztucznej, opartej na bogactwie i urodzeniu. Dobre państwo powinno umieć wynosić do władzy tych pierwszych i powstrzymywać drugich.
Adams był mniej optymistyczny. Pytał, jakie właściwie szanse mają talent i cnota w konkurencji z bogactwem, pochodzeniem i nazwiskiem, skoro każde z nich samo w sobie daje człowiekowi wpływ na wyborców. Przewidywał nawet, że sława Waszyngtona będzie procentować jego dalekim krewnym.
Była w tej wymianie zdań ironia.
John Adams był drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jego syn John Quincy Adams miał za sobą wielką własną karierę, więc trudno robić z niego dziewiętnastowieczną Darline Graham. Dwanaście lat później został jednak szóstym prezydentem. Pierwsza wielka dynastia polityczna republiki narodziła się niemal równocześnie z republiką.
Na tym polega paradoks powracający od Adamsów do Grahamów. Amerykanie nie stworzyli dziedzicznych urzędów, ale osobliwą demokrację, w której można dziedziczyć niemal wszystko, co pomaga urząd zdobyć: nazwisko, kontakty, darczyńców, ludzi partii, uwagę mediów i przekonanie, że po jednym członku rodziny pozostaje coś na kształt politycznej schedy.
Nie ma hrabiów Karoliny Południowej ani książąt Massachusetts. Są Grahamowie, Adamsowie, Kennedy, Bushowie i dziesiątki mniej sławnych rodzin. Republika może zakazać dziedziczenia tytułów, ale znacznie trudniej uniemożliwić dziedziczenie pozycji, prestiżu i znaczenia nazwiska.
To zjawisko miało przy tym przez większą część XX wieku płeć. Dla mężczyzn rodzinne nazwisko bywało przyspieszeniem kariery, ale dla kobiet często było warunkiem niemal koniecznym, żeby w ogóle mogły ją rozpocząć.
Spośród 95 kobiet, które zasiadały w Kongresie między 1917 a 1976 rokiem, 34 objęły miejsce po zmarłym mężu.
Wiele z nich traktowano jako „rozwiązanie” tymczasowe: znane nazwisko miało utrzymać mandat w rękach partii do czasu znalezienia odpowiedniego mężczyzny.
Jeszcze bardziej dosłowna była żona jako polityczny dubler żyjącego męża.
Jej historia okazała się jednak bardziej ponura i mniej wygodna niż opowieść o bezwolnej marionetce. Wallace była ciężko chora na raka. O pierwszych symptomach lekarze poinformowali męża, nie ją. Jako gubernatorka zaczęła też stopniowo wychodzić z roli dublerki, między innymi angażując się w poprawę warunków w szpitalach psychiatrycznych. Zmarła w 1968 roku, mając 41 lat.
To ważne zastrzeżenie. Mechanizm otwierający kobietom drzwi był często jawnie patriarchalny. Nie znaczy to, że kobiety, które przez nie weszły, pozostawały marionetkami.
Najczęstszą formą tego mechanizmu był „wdowi mandat”. Śmierć kongresmena stwarzała partii problem. Wdowa miała nazwisko znane wyborcom, mogła obiecać kontynuację pracy męża, a przy tym często uchodziła za kandydatkę tymczasową, która nie zagrozi lokalnym politykom czekającym na urząd.
Tyle że niektóre wdowy nie chciały ustępować miejsca.
Nancy Pelosi pokazuje następną fazę. Jej ojciec Thomas D’Alesandro był kongresmenem i burmistrzem Baltimore, brat również został burmistrzem. Pelosi wychowała się więc wewnątrz demokratycznej polityki, choć własną karierę odłożyła na lata, wychowując pięcioro dzieci. Do Izby Reprezentantów weszła dopiero w wieku 47 lat, po wcześniejszej wieloletniej pracy w aparacie Partii Demokratycznej. Dwadzieścia lat później została pierwszą kobietą przewodniczącą Izby.
Byłoby nonsensem przedstawiać jej karierę jako urząd odziedziczony po ojcu. Równie trudno uznać, że zaczynała z tego samego miejsca co anonimowa 47-letnia matka pięciorga dzieci. Dostała od rodziny coś bardziej użytecznego niż mandat: znajomość polityki, kontakty i dostęp do świata, do którego inni muszą najpierw znaleźć wejście.
Historia kobiet szczególnie dobrze pokazuje, czym jest polityczna dziedziczność. Urzędu zwykle nie można przepisać żonie ani córce. Można jej przekazać wszystko, co czyni jego zdobycie łatwiejszym. Przez dziesięciolecia było to dla kobiet boczne wejście do świata, który główne drzwi trzymał przed nimi zamknięte.
Nie należy przy tym sprowadzać amerykańskich dynastii do Kennedych, Bushów czy Rooseveltów. Dziedziczność politycznego kapitału przestała dawno być przywilejem białej protestanckiej elity.
Carrie Meek, afroamerykańska nauczycielka z Florydy, rozpoczęła karierę jeszcze w epoce segregacji. W 1992 roku weszła do Kongresu. Dziesięć lat później jej bezpieczny demokratyczny okręg przejął syn Kendrick, wcześniej już stanowy parlamentarzysta. Nie dostał więc kariery w prezencie, ale dostał coś bardzo cennego: nazwisko i elektorat, który to nazwisko znał.
Jeszcze bardziej wymowna jest historia Carsonów z Indianapolis. Julia Carson była córką samotnej nastoletniej matki pracującej jako pomoc domowa; sama w młodości pracowała między innymi jako kelnerka i przy zbiorach. Po latach kariery lokalnej w 1996 roku trafiła do Kongresu. Po jej śmierci mandat zdobył wnuk André Carson.
W jednej rodzinie wystarczyło więc jedno pokolenie, by przejść od biednej czarnej klasy pracującej segregowanej Ameryki do dynastii kongresowej. Nie trzeba majątku z XIX wieku ani przodka na Mayflower. Wystarczy, że pierwsza osoba w rodzinie zdobędzie urząd i zbuduje nazwisko, organizację oraz lojalny elektorat. Drugie pokolenie zaczyna już w zupełnie innym miejscu.
Jeszcze mniej subtelnie wyglądało to w Chicago. Bill Lipinski, syn polskiego robotnika fabrycznego, przez jedenaście kadencji reprezentował bezpieczny demokratyczny okręg. W 2004 roku wygrał prawybory, po czym wycofał się z wyborów. Partyjni działacze umieścili na jego miejscu syna Dana, który nigdy wcześniej nie kandydował. Dzięki temu ominął prawybory, czyli właściwie jedyny niebezpieczny etap wyborów w tym okręgu. W listopadzie wygrał i pozostał w Kongresie przez szesnaście lat.
To już przypominało mniej przekazywanie rodzinnej tradycji, a bardziej zmianę nazwiska właściciela na szyldzie franczyzy. Dziedziczność przecina więc rasę i klasę. Rodzina może rozpocząć historię w segregowanym Południu albo w polskiej robotniczej dzielnicy Chicago, a pokolenie później posiadać nazwisko będące samo w sobie zasobem wyborczym. Amerykańska polityczna oligarchia potrafi demokratyzować swój skład bez likwidowania mechanizmu, który ją wytwarza.
Ten mechanizm nie jest zresztą tylko wrażeniem powstającym po przeczytaniu życiorysów Adamsów, Meeków czy Lipinskich. Próbowano go zmierzyć.
W 2009 roku ekonomiści Ernesto Dal Bó i Pedro Dal Bó oraz politolog Jason Snyder opublikowali w „Review of Economic Studies” analizę historii Kongresu od jego powstania w 1789 roku do 1996 roku. Około 9 proc. kongresmenów miało krewnego, który zasiadał w Kongresie przed nimi, i podobny odsetek doczekał się krewnego, który trafił tam później. Dynastie okazały się w polityce wyraźnie częstsze niż podobne rodzinne skupiska w innych prestiżowych zawodach.
Najprostsze wyjaśnienie byłoby niewinne: być może polityczne rodziny po prostu mają cechy sprzyjające politycznej karierze. Dzieci senatorów wyrastają w domach, w których rozmawia się o polityce, uczą się występować publicznie, poznają ludzi, którzy potrafią prowadzić kampanie; być może dziedziczą także ambicję albo temperament potrzebny do zdobywania głosów. Wtedy Kennedy czy Bush byłby politycznym odpowiednikiem kolejnego pokolenia lekarzy albo prawników.
Autorzy próbowali jednak oddzielić wpływ samego sprawowania władzy od cech rodziny. Porównywali między innymi kongresmenów, którzy w pierwszej próbie reelekcji minimalnie wygrali, z tymi, którzy minimalnie przegrali. Tak niewielka różnica w wyniku pozwala potraktować dalszy pobyt jednych w Kongresie, a odejście drugich jako coś zbliżonego do przypadku.
Okazało się, że dłuższe pozostawanie przy władzy samo zwiększało prawdopodobieństwo, że później do Kongresu trafi krewny polityka.
Autorzy nazwali ten mechanizm samopodtrzymywaniem się władzy. W skrócie: „power begets power”, władza rodzi władzę.
Co dokładnie jest dziedziczone, próbował później uchwycić Brian Feinstein. Przeanalizował wszystkie wybory do Izby Reprezentantów w latach 1994–2006, w których zwalniał się mandat i nie startował urzędujący kongresmen. Kandydaci należący do politycznych rodzin mieli istotną przewagę nad porównywalnymi kandydatami bez takich koneksji. Feinstein określił ją jako „brand name advantage”:
polityczne nazwisko działało trochę jak marka znana konsumentowi.
Co ciekawe, jego wyniki nie potwierdziły, że przewagę dynastycznych kandydatów można po prostu wyjaśnić większym doświadczeniem politycznym albo łatwiejszym zdobywaniem pieniędzy. Sam rodzinny znak firmowy miał znaczenie.
To nieco modyfikuje sens wszystkich wcześniejszych historii. Nie chodzi wyłącznie o to, że rodzice przekazują dzieciom zainteresowania, znajomości albo dobre wykształcenie.
Urząd publiczny sam wytwarza prywatny kapitał, który może przeżyć polityka i zostać wykorzystany przez jego rodzinę.
Nazwisko staje się rozpoznawalne, darczyńcy znają telefon, działacze wiedzą, z kim rozmawiać, media uznają krewnego za naturalnego kandydata, a wyborca dostaje znajomą etykietę zamiast człowieka, o którym nic nie wie. Formalnie mandat nadal zdobywa się w demokratycznych wyborach. Punkt startowy kolejnego pokolenia został jednak częściowo opłacony przez poprzednie.
I właśnie w tym sensie republika, która nie pozwala dziedziczyć urzędów, sama produkuje dziedziczny kapitał polityczny.
Donald Trump nie wynalazł politycznych dynastii. W jego przypadku rodzinność władzy przybrała jednak formę wyjątkowo dosłowną. Jednym z najbardziej wymownych obrazów pierwszej prezydentury pozostaje szczyt G20 w Hamburgu w 2017 roku. Trump na krótko wyszedł ze spotkania, a jego miejsce przy stole światowych przywódców zajęła Ivanka. Siedziała obok Angeli Merkel, Theresy May i Xi Jinpinga.
Nie była to, jak czasem później przedstawiano, żadna konstytucyjna sukcesja prezydencka. Trump nie utracił zdolności sprawowania urzędu, a Ivanka po prostu na kilka minut zajęła jego fotel.
Obraz był jednak mocny właśnie dlatego, że w normalnej administracji miejsce prezydenta na takim spotkaniu zajmuje wysoki urzędnik państwowy, a nie jego córka.
Ivanka nie była zresztą wtedy tylko prezydenckim dzieckiem podróżującym z ojcem. Miała formalne stanowisko doradczyni prezydenta. Jej mąż Jared Kushner należał do najbardziej wpływowych ludzi pierwszej administracji; jako senior adviser zajmował się między innymi Bliskim Wschodem i specjalnie dla niego powołanym Biurem Amerykańskich Innowacji. Oboje weszli więc do Białego Domu nie przez wybory, służbę cywilną czy wieloletnią karierę partyjną, lecz przez rodzinę.
Jednocześnie biznes Trumpów nigdy całkowicie nie zniknął z pola widzenia polityki.
Donald podczas obu prezydentur pozostawił zarządzanie przedsiębiorstwem przede wszystkim synom, ale zachował własność. W drugiej kadencji doszły do tego przedsięwzięcia kryptowalutowe, nowe projekty zagraniczne i kolejne pytania o to, gdzie kończy się urząd prezydenta, a zaczyna rodzinny interes. Trump Organization utrzymuje, że istnieje wyraźna granica między firmą a administracją; eksperci od etyki od lat kwestionują, czy taki podział rzeczywiście usuwa konflikt interesów.
W tym sensie przypadek Darline Graham dobrze pasuje do historii Trumpa. Prezydent nie mógł jej mianować do Senatu, bo to kompetencja gubernatora Karoliny Południowej. Mógł jednak publicznie wskazać, kogo chce zobaczyć na miejscu zmarłego senatora, a potem użyczyć tej osobie własnej popularności, pieniędzy i politycznej marki. Gdy Graham po fatalnej debacie znalazła się pod ostrzałem, Trump pojechał do Karoliny Południowej i powiedział swoim zwolennikom, żeby głosowali tak, jak gdyby to on sam znajdował się na karcie.
Nie ma tu zamachu na konstytucyjną sukcesję ani formalnego dziedziczenia urzędu. Jest coś subtelniejszego. Granica między państwem, partią, rodziną i prywatnym interesem staje się u Trumpa wyjątkowo płynna. Córka może zostać doradczynią prezydenta, zięć negocjatorem na Bliskim Wschodzie, synowie zarządzać majątkiem pozostającym własnością prezydenta, a siostra zmarłego sojusznika zostać przez niego namaszczona jako naturalna spadkobierczyni politycznego miejsca brata.
I wtedy pytanie nie brzmi już, czy Ameryka ma dynastie. Ma je od Adamsów. Ciekawszy jest moment, w którym demokratyczny mandat zaczyna być traktowany jak rodzinny zasób: czego nie da się wprawdzie przepisać testamentem, ale można wskazać następcę, przekazać mu nazwisko, kontakty i patronat, a potem poprosić wyborców, żeby zatwierdzili transakcję.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze