Co wpłynie jesienią na rozkład sił w rządowej koalicji? Czy rząd zdoła przełamać „marazm i przysypianie”? „Parcie do przodu jest na prawicy. Po naszej stronie jest marazm i przysypianie” – mówi osoba z rządu
„Wyborcy nie mają wobec nas już żadnych oczekiwań” – słyszę od osoby ze strategicznego resortu w rządzie. Niektórzy wyborcy Lewicy są rozczarowani, że prawo aborcyjne nie zostało zliberalizowane, ale cieszą się, gdy Włodzimierz Czarzasty przygada prezydentowi. Część wyborców Koalicji Obywatelskiej jest rozczarowana, że Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński nie siedzą w więzieniu, ale cieszą się, gdy Donald Tusk powie, że nie będzie jak ciotuleńka i też przygada prezydentowi.
„Parcie do przodu jest na prawicy. Po naszej stronie jest marazm i przysypianie”.
Zbliżająca się kampania wyborcza? „Nie trzeba będzie proponować nic, bo nasi wyborcy niczego nie oczekują” – rozkłada ręce mój rozmówca.
W rządzie energii brak. Niektórzy odczytują zgłoszenie Macieja Berka na kandydata na sędziego TK jako odpowiedź na ten brak.
„Zawsze jest tak, że we wrześniu trzeba coś ogłosić” – rozbrajająco skomentowała Anna Maria Żukowska w Polsat News. Wystawienie Berka i opowieść wokół jego roli w TK miałby zelektryzować uśpioną bazę Koalicji Obywatelskiej, pokazać, że Donald Tusk nie ustaje w próbach naprawy państwa, choć stosuje środki, oględnie mówiąc, kontrowersyjne.
„Pewnie chce z Trybunałem zrobić to, co Bartłomiej Sienkiewicz zrobił z TVP” – spekuluje osoba na dyrektorskim stanowisku z rządu, bliska KO. „Premier obiecał, że nie będzie ciotuleńką. Szkoda, że nie dotyczy to innych obszarów” – dodaje.
Jesienią 2026 lub zimą 2027 Berek miałby pomóc skonsolidować elektorat KO wokół serialu o przejęciu TK. Ten sprytny ruch miałby jednocześnie zelektryzować twardy elektorat KO i twardy elektorat Lewicy. To Lewica miałaby zagospodarować emocje tych, którzy sprzeciwiają się temu, by koalicja wprowadzała polityków do Trybunału. Te osoby, które pamiętają, że na ulicach w 2017 roku prostestowały nie tylko przeciwko PiS-owi, ale też za niepartyjnym sądownictwem, znalazłyby wyrazicieli swoich wartości w Lewicy.
Klub Lewicy może – za zgodą Donalda Tuska – podzielić się w głosowaniu. Za Berkiem mogliby zagłosować posłowie i posłanki, którzy są jednocześnie ministrami (około 10 osób), a przeciwko – reszta. To wystarczyłoby, żeby kandydatura Berka miała większość. A taki ruch nie byłby precedensem. W 2024 roku Lewica podzieliła się w głosowaniu nad ustawą o użyciu broni na granicy.
Ale są też takie głosy: „Zwykłych ludzi to nie obchodzi” – twierdzi inna osoba ze strategicznego resortu. „Ta sprawa to nic zasięgowego”. Faktycznie, choć dziś nazwisko Macieja Berka rozpala głowy komentatorów i niektórych polityków, nie jest to osoba znana szerokiej rzeszy obywateli. Pod względem rozpoznawalności Berek to nie Żurek, o Sikorskim nie wspominając.
„Dla ludzi większe znaczenie ma CPN i zamrożenie cen paliw. Ten ruch stawia też pytanie, jak daleko demokracje liberalne mogą się posługiwać populizmem” – dodaje inna osoba z rządu.
Nominacja dla Berka może mieć znaczenie z punktu widzenia koalicyjnego rozkładu sił. A zwłaszcza może być testem dla Polski 2050.
Przez kilka tygodni w mediach niosły się plotki o tym, że Szymon Hołownia wraca do aktywnej polityki. Były szef Polski 2050, obecnie wicemarszałek Sejmu, po kilku miesiącach zmienił zdanie na temat partii, którą założył i jej obecnej przewodniczącej, którą wcześniej promował, a teraz – krytykuje i chce usunąć. Hołownia przez wakacje starał się odzyskać kontrolę nad klubem parlamentarnym.
Plan miał być taki, że Hołownia zastąpi Pawła Śliza w roli szefa klubu, a następnie doprowadzi do odnowienia koalicji z PSL-em. Gdy na czele partii stoi Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, taka koalicja nie jest możliwa. Za dużo różnic programowych dzieli te formacje.
Polska 2050 to enigma, jej zasoby terenowe są mizerne, ale klub jest siłą realną, bo realne są głosy współdecydujące o sejmowej większości.
„To już nieaktualne. Ten plan miał się wydarzyć do końca lipca. Ale Szymon popełnił bardzo duże błędy polityczne. Zaczął wszystkich obrażać” – mówi osoba z rządu z Polski 2050. Hołownia przegrał wszystkie klubowe głosowania.
Co ma z tym wspólnego Maciej Berek? Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, komentując kandydaturę Berka, oświadczyła: „Polacy na pewno nie potrzebują Trybunału, który tylko pożera naszą kasę na stołki do prowadzenia politycznych wojen”. Jednak osoby z jej klubu nie podzielają tak ostrego stanowiska i zapowiadają głosowanie za Berkiem. To głosowanie miałoby pokazać realną kontrolę Pełczyńskiej-Nałęcz nad klubem Polski 2050 i przygotować grunt pod usunięcie jej z rządu. Na korytarzach krąży plotka, że miałoby się to wydarzyć po głosowaniu nad budżetem.
„Dead woman walking” – mówi bez ogródek o Pełczyńskiej-Nałęcz osoba ze strategicznego resortu z Lewicy. Dodaje, że nie ma mowy, żeby po stronie rządowej był podmiot antysystemowy. A Pełczyńska-Nałęcz pozycjonuje się jako rebeliantka, co przyznała w rozmowie z OKO.press.
Ciąg dalszy tekstu pod wideo.
„Rząd nie jest o antysystemie, o rewolucji, jest o sprawczości” – dodaje mój rozmówca. Trudno się dziwić temu, że zupełnie nie zgadza się z tą oceną inna osoba z rządu, z Polski 2050. Polityk twierdzi, że co prawda są różnice między Pełczyńską-Nałęcz i Tuskiem, ale jednocześnie oboje dażą się szacunkiem. „Jest niezgoda i szacunek”, co ma być całkiem niezłą kombinacją, bo kończy się tym, że propozycje Pełczyńskiej-Nałęcz są brane na warsztat.
Jednak czy na pewno plan wprowadzenia Szymona Hołowni do rządu jest nieaktualny? 19 sierpnia 2026 zapytany o to przez dziennikarkę Polsat News Donald Tusk odpowiedział: „Nie spodziewajcie się takich zmian w sierpniu”.
Ta licytacja, kogo Donald Tusk szanuje bardziej, komu udało się coś zrealizować, kto bardziej rozumie oczekiwania wyborców (których to oczekiwań podobno nie ma), odzwierciedla nerwowość związaną z przygotowaniami do układania list wyborczych.
Na decyzje czasu jest sporo (najpewniej do późnej zimy 2027), ale teraz jest czas budowania scenariuszy i negocjacji. Sytuacja po prawej stronie jest stosunkowo jasna: są cztery główne podmioty (PiS, Konfederacja, Korona Grzegorza Brauna i Rozwój Plus Mateucza Morawieckiego). Niewiadomą jest, czy partia Morawieckiego ostatecznie pójdzie do wyborów samodzielnie, czy jednak z PiS-em.
Decyzja Morawieckiego może przesądzić o układzie list po stronie koalicji, która będzie chciała zgarnąć jak największą premię za jedność wobec rozdrobnienia prawicy. Jeśli Morawiecki z PiS-em się pogodzą, koalicja będzie musiała się skonsolidować, by w systemie d'Hondta dostać taką premię.
A ta premia może się okazać jedyną szansą na zwycięstwo, skoro – wrócę do cytatu z początku tekstu – po stronie koalicji jest „marazm i przysypianie”. Jeśli elektoraty koalicji będą zdemobilizowane, trzeba będzie nadrabiać d'Hondtem.
„Jeśli będą trzy komitety [po stronie koalicji], to w sumie nie zdobędziemy powyżej 220 mandatów. Jeśli będą dwa, to będzie między 220 a 230 mandatów. Może się uda prześliznąć nad 230. Jeśli będzie jedna lista, to weźmiemy te 230 mandatów” – rysuje scenariusze osoba z rządu, która w poprzednich latach nie popierała postulatów jednej listy.
Założenie jest takie, że po stronie prawicy będzie wysoka mobilizacja, bo będą cztery różne oferty i koalicja może z tym zawalczyć tylko d'Hondtem, bo musi założyć, że w liczbach bezwzględnych będzie miała mniej wyborców.
A jeśli jednak po stronie koalicji nie będzie jednego ani dwóch komitetów, tylko cztery lub więcej? Wracają plotki o tym, że do założenia partii szykuje się prawnik, prof. Marcin Matczak, zwany niekiedy polskim Jordanem Pettersonem. Matczak właśnie tworzy kluby Radykalnego Centrum. Ma ich być 50. Podwaliny pod struktury partyjne? „Chciałbym zbudować ruch publiczny, który niekoniecznie będzie jednak polityczny, ale działając publicznie, będzie sprawczy. Choć nie wykluczam konieczności czysto politycznego zaangażowania. Nawet nie w kontekście wyborów, ale np. referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Bo ja się realnie boję, że do niego może dojść” – powiedział Jakubowi Majmurkowi w wywiadzie dla „Polityki”.
Kiedy jednak pytam o tę inicjatywę przedstawiciela rządu, słyszę: „Poproszę o poważny zestaw pytań. Już bardziej wierzę w inicjatywę Rafała Brzoski. Brzoska to jest jakaś historia”.
Niby oczywista oczywistość, ale koalicja nie może liczyć na to, że prezydent zapadnie w sen jesienno-zimowy. Zapewne kłód rzuci rządowi pod nogi jeszcze więcej, bo i stawka jest większa: rozstrzygnięcie wyborcze w 2027 roku.
Niedawno Przemysław Czarnek mówił, że wygrana Nawrockiego to był „dzień, który dał nam pan” (nawiązując do religijnej piosenki). Jednak to dopiero początek i prawa strona czeka na ten dzień, gdy przejmie pełnię władzy.
Jeśli rządowi uda się przekonać opinię publiczną, że to koalicja proponuje prorozwojową agendę, a prezydent ją sabotuje, może na tym wygrać. Tyle że – po raz kolejny wracamy w to samo miejsce – jeśli po stronie rządu jest „marazm i przysypianie” i nieumiejętność komunikowania własnej agendy, to szanse na to nie są największe.
Pisałam niedawno o „wampirach” z prawicy (Nawrocki, Sakiewicz, Bąkiewicz), które karmią się powstaniem warszawskim do swoich politycznych celów. Widać tam wyraźnie umiejętność zaplecza Nawrockiego do korzystania z okazji do tworzenia zbiorowych rytuałów, wydarzeń przebijających medialny szum.
Ekipa Nawrockiego dba o to, żeby co kilka tygodni stworzyć wydarzenie, coś, na czym skupi się uwaga opinii publicznej – niekoniecznie na długo, ale za to intensywnie, odsuwając na chwilę inne tematy na dalszy plan. Mediasfera żyje dziś takimi wydarzeniami: tym, co da się przerobić na „content” na platformy społecznościowe. Na początku sierpnia to były „urodziny objęcia urzędu”. Pod koniec sierpnia to będzie spotkanie z młodzieżą w ośrodku prezydenckim.
Takie wydarzenia mogą mieć nawet większe znaczenie niż szkodliwe weta – bo budują wokół prezydenta pozytywne emocje i przyciągają ludzi mniej zainteresowanych polityką.
Na to, jak będzie wyglądać jesień polityczna w Polsce wpłynie też stan gry w Stanach Zjednoczonych. I to nie tylko dlatego, że polscy politycy (zwłaszcza na prawicy) patrzą w USA jak w święty obrazem i przekopiowują tamtejsze taktyki polityczne.
Jeśli Republikanie przegrają midterms (wybory połówkowe), a na to się zanosi, Trump znajdzie się w nowej sytuacji politycznej. To może skłonić prawicę do rewizji swojego politycznego playbooka (może jednak nie wszystko, co robi Trump działa i prowadzi do wyborczych sukcesów), może obniżyć zaufanie do protrumpistowskich sił w Polsce, może trochę podkopać Karola Nawrockiego.
Ale stworzy też konkretne zdarzenia polityczne, do których trzeba będzie się odnieść. „Są dwie prognozy: albo po przegranej Trump dostanie szału i rzuci się jeszcze mocniej do polityki zagranicznej, albo odpuści zagranicę i skupi się na sprawach wewnętrznych. Skłaniam się do pierwszej prognozy” – słyszę w MSZ.
A „szał Trumpa” w polityce zagranicznej z pewnością w jakiś sposób odbije się na Polsce i będzie wymagał reakcji polskich władz (rządy i prezydenta). W jaki sposób? A któż to wie – wszak chodzi o Trumpa.
Władza
Wybory
Włodzimierz Czarzasty
Szymon Hołownia
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz
Donald Tusk
Rząd Donalda Tuska (drugi)
Trybunał Konstytucyjny
Maciej Berek
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Komentarze