Niedokończona zimna wojna. Ameryka patrzy na Kubę
Odległa o 150 km od wybrzeży USA Kuba od dekad urąga amerykańskiej potędze. Jednak na wyspie przecina się tyle geopolitycznych osi konfliktu, że amerykański sekretarz stanu Marco Rubio i inne jastrzębie administracji Trumpa powinni przemyśleć scenariusz ataku znacznie staranniej, niż zrobili to w przypadku Iranu.
Sprawa Kuby od dziesięcioleci unosi się nad amerykańską prawicą jak aura niedokończonej zimnej wojny. Wracała w przemówieniach, kampaniach wyborczych i rodzinnych opowieściach emigrantów z Miami, ale mimo sankcji, gróźb i rytualnych zaklęć zapowiadających rychły koniec kubańskiego rządu, pozostawała poza zasięgiem sprawstwa Waszyngtonu.
Dziś po raz pierwszy od bardzo dawna część rządzących nad Potomakiem może uznać, że historia daje im szansę na domknięcie tego rozdziału. Tyle że każda próba przyspieszenia upadku Hawany niesie ryzyko kryzysu większego niż sama Kuba.
Jeszcze kilka miesięcy temu sama sugestia, że Stany Zjednoczone mogłyby rozważać operację wojskową przeciwko Kubie, brzmiałaby jak polityczna fantazja albo nostalgiczny sen części emigracyjnej prawicy z Miami. Dziś temat wrócił do amerykańskiej debaty w sposób zaskakująco konkretny. W Waszyngtonie coraz częściej mówi się nie tylko o zaostrzeniu sankcji, ale również o scenariuszu zakładającym użycie siły.

Komentarze