Odległa o 150 km od wybrzeży USA Kuba od dekad urąga amerykańskiej potędze. Jednak na wyspie przecina się tyle geopolitycznych osi konfliktu, że amerykański sekretarz stanu Marco Rubio i inne jastrzębie administracji Trumpa powinni przemyśleć scenariusz ataku znacznie staranniej, niż zrobili to w przypadku Iranu.
Sprawa Kuby od dziesięcioleci unosi się nad amerykańską prawicą jak aura niedokończonej zimnej wojny. Wracała w przemówieniach, kampaniach wyborczych i rodzinnych opowieściach emigrantów z Miami, ale mimo sankcji, gróźb i rytualnych zaklęć zapowiadających rychły koniec kubańskiego rządu, pozostawała poza zasięgiem sprawstwa Waszyngtonu.
Dziś po raz pierwszy od bardzo dawna część rządzących nad Potomakiem może uznać, że historia daje im szansę na domknięcie tego rozdziału. Tyle że każda próba przyspieszenia upadku Hawany niesie ryzyko kryzysu większego niż sama Kuba.
Jeszcze kilka miesięcy temu sama sugestia, że Stany Zjednoczone mogłyby rozważać operację wojskową przeciwko Kubie, brzmiałaby jak polityczna fantazja albo nostalgiczny sen części emigracyjnej prawicy z Miami. Dziś temat wrócił do amerykańskiej debaty w sposób zaskakująco konkretny. W Waszyngtonie coraz częściej mówi się nie tylko o zaostrzeniu sankcji, ale również o scenariuszu zakładającym użycie siły.
Pentagon analizuje różne warianty działania, od „ograniczonych uderzeń na wybrane cele” (ulubiony slogan Trumpa i jego ludzi) po operacje przypominające amerykańskie interwencje w Panamie czy – tylko do pewnego stopnia – tegoroczną akcję przeciwko reżimowi Nicolása Maduro w Wenezueli, którego w zasadzie chirurgicznie porwano. Obalony satrapa czeka na proces przed federalnym sądem w Nowym Jorku.
Tłem tych rozmów jest najpoważniejszy kryzys kubańskiego państwa od lat dziewięćdziesiątych. Administracja Donalda Trumpa stopniowo zwiększa presję ekonomiczną na nieodległą wyspę, ograniczając dostawy ropy i otwarcie sugerując, że obecny system polityczny na Kubie nie ma przyszłości. W Hawanie coraz częściej słychać oskarżenia, że Stany Zjednoczone próbują stworzyć warunki prowadzące do destabilizacji kraju, a następnie wykorzystać powstały chaos jako uzasadnienie dalszej eskalacji.
Równocześnie atmosfera wokół wyspy zaczyna przypominać momentami najgorętsze epizody wojny, skądinąd zwanej zimną. Amerykańskie media opisują obawy związane z kubańskimi dronami pozyskiwanymi z Rosji i Iranu, Pentagon wzmacnia obecność wojskową w regionie, a przedstawiciele władz w Hawanie mówią już wprost o ryzyku amerykańskiej agresji militarnej. Pytanie nie brzmi już tylko, czy Kuba przetrwa kolejny kryzys gospodarczy.
Coraz częściej rozważa się, jak daleko posunie się Waszyngton, by zmienić władzę 90 mil od Florydy.
Nie oznacza to jednak, że w Waszyngtonie wszyscy myślą o Kubie w kategoriach inwazji. Drugi scenariusz zakłada wymianę kierownictwa państwa przy zachowaniu zasadniczej konstrukcji reżimu. Część analityków porównuje go do wydarzeń w Wenezueli, gdzie odsunięcie Nicolása Maduro nie doprowadziło do rozpadu państwa, lecz do przejęcia sterów przez nowe kierownictwo, gotowe do rozmów z administracją Trumpa.
Sam Trump sugeruje, że tego rodzaju kontakty z Kubą już istnieją. W maju napisał, że „Kuba prosi o pomoc” i że rozmowy są prowadzone. Kilka dni później dyrektor CIA John Ratcliffe spotkał się z przedstawicielami kubańskich władz, w tym z Raúlem Guillermo Rodríguezem Castro, wnukiem poprzedniego I sekretarza Komunistycznej Partii Kuby (hiszp. PCC) Raúla Castro, oraz ministrem spraw wewnętrznych Lázaro Álvarezem Casasem.
Z kolei amerykański szef dyplomacji Marco Rubio deklaruje, że preferowanym rozwiązaniem pozostaje „wynegocjowane porozumienie”. Według sygnałów płynących z rządu miałoby ono obejmować częściowe otwarcie gospodarki, większą obecność zagranicznego kapitału, udział środowisk emigracyjnych w odbudowie kraju oraz ograniczenie rosyjskich i chińskich wpływów na wyspie.
Problem polega na tym, że Kuba nie jest Wenezuelą. Eksperci zwracają uwagę, że trudno wskazać polityka, który mógłby odegrać rolę kubańskiej Delcy Rodríguez i przeprowadzić kontrolowaną transformację. Władza na wyspie ma formę bardziej zamkniętą, mniej spersonalizowaną i silniej osadzoną w instytucjach bezpieczeństwa. Trump może więc szukać nie tyle konkretnego następcy, ile całej formuły przejściowego rządzenia.
W tym miejscu trzeba jednak dopowiedzieć rzecz kluczową.
Na Kubie żadna kontrolowana transformacja nie może dokonać się bez wojska.
Rewolucyjne Siły Zbrojne nie są wyłącznie armią w klasycznym sensie. Poprzez holding GAESA, czyli Grupo de Administración Empresarial, kontrolują znaczną część najbardziej dochodowych sektorów gospodarki: turystykę, handel detaliczny w walutach wymienialnych, finanse, logistykę, port Mariel, sieci hoteli i przedsiębiorstwa obsługujące napływ dewiz.
Reuters pisał w maju, że GAESA jest rozległym konglomeratem wojskowych przedsiębiorstw, powszechnie uznawanym za najbardziej dochodową i sprawną część kubańskiej gospodarki.
Kubańskie wojsko nie przypomina więc neutralnego arbitra, który w chwili kryzysu może po prostu odsunąć partię od władzy i oddać państwo cywilom. Znacznie bliżej mu do modelu irańskich Strażników Rewolucji: instytucji zbrojnej, która równocześnie pilnuje porządku politycznego i zarządza własnym imperium gospodarczym. El País opisywał GAESA jako „równoległą gospodarkę” Kuby, z wielomilionowymi rezerwami poza realną kontrolą publiczną, a „Financial Times” pisał wręcz o wojskowej firmie prowadzącej na wyspie „państwo równoległe”.
W takim układzie przyszłość systemu nie zależy wyłącznie od lojalności wobec partii czy pamięci o rewolucji. Generałowie zarządzają aktywami, które mają konkretną wartość i wymagają przewidywalności. Dalsza izolacja może zagrażać tym interesom, podobnie jak niekontrolowany rozpad państwa. Z drugiej strony zbyt gwałtowne otwarcie niosłoby ryzyko utraty pozycji budowanej przez dziesięciolecia. Dlatego ewentualna transformacja, jeśli kiedykolwiek nastąpi, prawdopodobnie będzie tyleż procesem politycznym, co negocjacją ekonomiczną. Bez udziału ludzi kontrolujących GAESA trudno wyobrazić sobie trwałe przeobrażenie kubańskiej rzeczywistości.
Badacze tacy jak Brian Latell czy Richard Feinberg zwracają uwagę, że armia pozostaje najlepiej zorganizowaną i najbardziej sprawną instytucją na wyspie. Jeżeli doszłoby do kontrolowanej transformacji, prawdopodobnie nie zostałaby ona przeprowadzona przeciw wojsku, lecz za jego przyzwoleniem.
Historia państw komunistycznych pokazuje, że przełom często nie zaczynał się na ulicy ani w gabinetach polityków. Przychodził wtedy, gdy ludzie kontrolujący aparat bezpieczeństwa dochodzili do wniosku, że dotychczasowy porządek przestał gwarantować stabilność. W przypadku Kuby znaczenie takiej kalkulacji jest tym większe, że armia pozostaje nie tylko filarem państwa, lecz także jednym z najważniejszych uczestników życia gospodarczego wyspy.
W Waszyngtonie rozważany jest jeszcze trzeci scenariusz. Nie zakłada wojskowej interwencji, ani politycznego porozumienia, lecz załamanie państwa pod ciężarem własnego kryzysu. Sam Trump stwierdził niedawno, że dalsza eskalacja może nie być potrzebna, ponieważ kraj „rozpada się sam”.
Gdyby rzeczywiście doszło do utraty kontroli nad sytuacją, pierwszym skutkiem nie byłoby prawdopodobnie powstanie demokratycznego rządu, lecz nowa fala migracji. Setki tysięcy Kubańczyków mogłyby próbować przedostać się na Florydę lub przez Meksyk do Stanów Zjednoczonych. Paradoksalnie więc scenariusz całkowitego kolapsu, choć dla części zwolenników twardej polityki wobec Hawany brzmi kusząco, mógłby stworzyć Waszyngtonowi
problem większy niż ten, który próbuje dziś rozwiązać.
Tymczasem trudno zrozumieć obecną politykę Waszyngtonu wobec Hawany bez zrozumienia Marca Rubio. Szef dyplomacji nie jest zwykłym urzędnikiem realizującym program rządu. W pewnym sensie tworzy własny projekt, towarzyszący mu od początku kariery politycznej.
Rodzice Marco Rubio wyjechali z Kuby jeszcze przed zwycięstwem rewolucji Castro. Formalnie nie należeli więc do pokolenia emigrantów, które po 1959 roku stworzyło polityczny i kulturowy świat kubańskiego Miami. Rubio wyrósł jednak właśnie w tej atmosferze. W południowej Florydzie Kuba od dawna nie jest postrzegana jako zwykły problem polityki zagranicznej. Bardziej przypomina niedomknięty rozdział własnej historii, obecny w rodzinnych opowieściach, lokalnej polityce i pamięci zbiorowej emigracji.
Benjamin Rhodes, jeden z architektów otwarcia Baracka Obamy na Hawanę, zwracał uwagę, że polityczna biografia Rubio jest w dużej mierze produktem antycastrowskiej kultury Miami. Trudno wskazać drugiego amerykańskiego polityka tej rangi, dla którego kwestia Kuby pozostawałaby przez tyle lat równie centralnym punktem politycznej tożsamości.
Dlatego obecny kryzys warto czytać nie tylko przez pryzmat Hawany. W pewnym sensie zaczął się on także w Miami. Rubio należał do najważniejszych zwolenników twardej polityki wobec Wenezueli, a stawką tej gry nigdy nie było wyłącznie Caracas. Przez lata to właśnie wenezuelska ropa podtrzymywała funkcjonowanie kubańskiej gospodarki. Osłabienie Maduro oznaczało automatycznie osłabienie Hawany.
Już podczas pierwszej kadencji Trumpa Rubio, który reprezentował Florydę w Senacie, otwarcie przedstawiał walkę z reżimami w Caracas, Hawanie i Managui jako element jednego politycznego projektu. W jego wizji były to nie odrębne kryzysy, lecz fragmenty tej samej mapy ideologicznej Ameryki Łacińskiej.
Dziś wydaje się, że po raz pierwszy od dekad Rubio dostrzega realną możliwość osiągnięcia celu, który przez lata pozostawał wyłącznie politycznym marzeniem kubańskiej prawicy na Florydzie. Nic dziwnego, że to właśnie 55-letni Republikanin znajduje się w centrum działań wobec Hawany.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto obserwować działania ministra spraw zagranicznych USA. Donald Trump nie będzie mógł ubiegać się o kolejną kadencję, zatem republikanie zaczną wkrótce szukać nowego przywódcy.
Jeżeli kubański projekt Rubio zakończyłby się powodzeniem, polityk zyskałby coś znacznie cenniejszego niż dyplomatyczny sukces. W oczach wielu republikańskich wyborców stałby się człowiekiem, który doprowadził do największej zmiany na Kubie od 1959 r. Na Florydzie, gdzie pamięć o Castro pozostaje ważnym elementem politycznej tożsamości, trudno byłoby przecenić znaczenie takiego osiągnięcia. A gdy rozpocznie się rywalizacja o przywództwo w Partii Republikańskiej po Trumpie, podobne historie mogą ważyć więcej niż niejeden projekt ustawy czy wskaźnik gospodarczy.
Wróćmy do potencjalnej inwazji: nawet gdyby Donald Trump zdecydował się na użycie siły przeciwko Kubie, nie oznaczałoby to automatycznie konieczności uzyskania zgody Kongresu. Paradoks amerykańskiego systemu polega na tym, że choć konstytucja przyznaje prawo wypowiadania wojny parlamentowi, kolejni prezydenci od dziesięcioleci prowadzą ograniczone operacje wojskowe, powołując się na swoje uprawnienia jako naczelnego dowódcy sił zbrojnych. Biały Dom mógłby argumentować, że działania mają charakter obronny, służą ochronie obywateli amerykańskich lub przeciwdziałaniu zagrożeniu bezpieczeństwa narodowego.
Dodatkową osłonę stanowi ustawa War Powers Resolution z 1973 r. Zobowiązuje ona prezydenta do poinformowania Kongresu o rozpoczęciu działań zbrojnych w ciągu 48 godzin, ale jednocześnie pozostawia mu możliwość prowadzenia operacji przez okres od 60 do 90 dni bez formalnej deklaracji wojny. W praktyce oznacza to, że ograniczone uderzenia lotnicze, blokada morska czy operacja specjalna w Hawanie mogłyby zostać rozpoczęte i prowadzone przez stosunkowo długi czas jeszcze przed rozstrzygnięciem sporu politycznego w Waszyngtonie.
Znacznie trudniej byłoby natomiast znaleźć przekonujące uzasadnienie dla pełnoskalowej inwazji. Ekipa Trumpa wskazuje między innymi na niedawny akt oskarżenia przeciwko 95-letniemu już Raúlowi Castro w sprawie morderstwa popełnionego w 1996 r. oraz na zarzuty dotyczące działań wymierzonych w bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Wielu amerykańskich prawników odpowiada jednak, że nawet jeśli oskarżenia są zasadne, czyny zarzucane młodszemu bratu Fidela nie spełniają kryterium „zbrojnego ataku”, które w prawie międzynarodowym mogłoby uzasadniać rozpoczęcie wojny bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Innymi słowy, na amerykańskiej scenie politycznej nie ma zgody co do użycia siły. Demokraci od miesięcy próbują ograniczyć swobodę działania prezydenta. W Senacie inicjatywie tej przewodzili Tim Kaine z Wirginii, Kalifornijczyk Adam Schiff i nadzieja partii w wyborach prezydenckich 2028 Ruben Gallego z Arizony, domagając się jednoznacznego zakazu prowadzenia operacji wojskowych przeciwko Kubie bez zgody Kongresu.
Pod koniec kwietnia republikańska większość odrzuciła jednak odpowiednią rezolucję stosunkiem głosów 51 do 47. Co znamienne, przeciwko własnej partii zagłosował coraz częściej sympatyzujący z Trumpem lewicowy populista John Fetterman z Pensylwanii, natomiast po stronie przeciwników interwencji znaleźli się republikanie Susan Collins z Maine, zagrożona wyborczą porażką w listopadzie, i libertarianin z Kentucky Rand Paul.
Opozycja nie ogranicza się przy tym do argumentów konstytucyjnych. Demokraci przedstawiają ewentualną operację jako klasyczną „wojnę z wyboru”, niewynikającą z bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Kongresmeni Nydia Velázquez (pochodzenia portorykańskiego) i były szef Komisji Spraw Zagranicznych Izby Gregory Meeks ostrzegają, że konflikt mógłby szybko wymknąć się spod kontroli i stać się największym kryzysem na Karaibach od dziesięcioleci.
W ich ocenie administracja Trumpa ryzykuje nie tylko międzynarodową izolację, lecz także wywołanie masowej migracji z Kuby do USA, o czym była już mowa.
Po zmroku Hawana coraz częściej przypomina miasto po klęsce żywiołowej. W wielu dzielnicach światło gaśnie na kilka, a czasem kilkanaście godzin dziennie. Gdy temperatura przekracza trzydzieści stopni, mieszkańcy wynoszą materace na balkony i dachy budynków, próbując złapać choć odrobinę ruchu powietrza. W aptekach brakuje podstawowych leków, przed stacjami benzynowymi ustawiają się długie kolejki samochodów, a codzienność coraz większej liczby rodzin opiera się na paczkach i przelewach wysyłanych przez krewnych mieszkających za granicą.
Z perspektywy ostatnich inwazji militarnych Waszyngtonu istnieje zasadnicza różnica między Kubą a Iranem. Islamska Republika, choć przed wojną znajdowała się w fatalnej sytuacji gospodarczej, pozostaje państwem liczącym ponad 90 milionów mieszkańców, dysponującym znacznymi zasobami energetycznymi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i siecią regionalnych sojuszników. Nawet w okresach najdotkliwszych sankcji Teheran zachowywał względną siłę i samowystarczalność.
Kuba znajduje się na drugim biegunie. Nie posiada porównywalnych zasobów, jest uzależniona od importu energii, a jej gospodarka od lat funkcjonuje w stanie permanentnych niedoborów.
Bliższym punktem odniesienia mogłaby wydawać się Wenezuela, ale i tutaj analogia jest ograniczona. Caracas dysponuje największymi potwierdzonymi – pomimo często niesprawnej infrastruktury – rezerwami ropy naftowej na świecie i przez lata mogło kupować lojalność części społeczeństwa dzięki dochodom z eksportu surowców. Kuba takich instrumentów nie ma. Jej głównym kapitałem pozostaje aparat państwowy, armia, służby bezpieczeństwa oraz zdolność do kontrolowania życia publicznego mimo pogarszających się warunków ekonomicznych.
Nie oznacza to jednak, że amerykańskie wojska zostałyby przywitane kwiatami. W środowiskach emigracyjnych w Miami taki obraz bywa popularny, ale historia podpowiada większą ostrożność. Niezadowolenie z władz nie musi automatycznie oznaczać poparcia dla zagranicznej interwencji. Kubańczycy są zmęczeni kryzysem i jednocześnie głęboko wyczuleni na kwestie suwerenności.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz nie przypominałby więc wyzwolenia Paryża w 1944 r. ani entuzjastycznych scen z Bagdadu po obaleniu Saddama Husajna. Znacznie bardziej realna wydaje się mieszanina ulgi, niepewności i strachu. Część społeczeństwa mogłaby uznać amerykańską obecność za szansę na poprawę warunków życia. Inni widzieliby w niej naruszenie narodowej godności. Jeszcze inni przede wszystkim szukaliby sposobu, by opuścić wyspę.
Kuba zajmuje w amerykańskiej wyobraźni miejsce zupełnie szczególne. Leży zaledwie ok. 90 mil (ok. 150 km) od Florydy, a jej historia od końca XIX wieku splata się z historią amerykańskiej potęgi niemal nieprzerwanie.
Punktem zwrotnym była wojna hiszpańsko-amerykańska z 1898 r. Formalnie Stany Zjednoczone wystąpiły w obronie kubańskich dążeń niepodległościowych. W praktyce klęska Hiszpanii oznaczała zastąpienie jednego imperium przez drugie. Kuba uzyskała niepodległość, ale już kilka lat później poprawka Platta dała Waszyngtonowi prawo ingerowania w jej sprawy wewnętrzne, utrzymywania baz wojskowych i faktycznego nadzorowania polityki wyspy.
Historyk Louis A. Pérez Jr., jeden z najwybitniejszych badaczy stosunków amerykańsko-kubańskich, pisał, że Kuba zajmowała w amerykańskiej wyobraźni miejsce „naturalnie przeznaczone do amerykańskiej dominacji”.
W jego interpretacji konflikt między Hawaną a Waszyngtonem nie zaczął się wraz z Castro. Rewolucja z 1959 roku była raczej momentem, w którym Kuba po raz pierwszy od pokoleń próbowała wyrwać się z politycznej orbity Stanów Zjednoczonych.
To tłumaczy, dlaczego kolejne kryzysy były odbierane przez obie strony w tak odmienny sposób. Dla Waszyngtonu nieudana inwazja w Zatoce Świń w 1961 r. była kompromitującą porażką operacji prowadzonej przez CIA. Dla Hawany stała się dowodem, że amerykańska ingerencja pozostaje trwałym elementem rzeczywistości. Rok później świat znalazł się o krok od wojny nuklearnej podczas kryzysu kubańskiego. Od tamtej pory bezpieczeństwo wyspy było definiowane nie tylko przez jej własne możliwości, lecz także przez relacje z mocarstwami gotowymi równoważyć wpływy Stanów Zjednoczonych.
Dlatego ewentualna amerykańska interwencja nie byłaby odbierana na Kubie wyłącznie jako odpowiedź na kryzys humanitarny czy próbę obalenia niepopularnego rządu. W oczach wielu mieszkańców wpisywałaby się w znacznie dłuższą historię. Politolog Lars Schoultz zauważył w 2018 r., że przez większą część swojej historii cała Ameryka Łacińska była postrzegana w Waszyngtonie nie jako równorzędny partner, lecz jako
oczywista przestrzeń amerykańskiej dominacji. Żaden kraj regionu nie doświadczał tej logiki równie intensywnie jak Kuba.
W tej debacie łatwo przeoczyć jeszcze jedną rzecz. O przyszłości Kuby najczęściej wypowiadają się amerykańscy politycy, analitycy, dyplomaci albo przedstawiciele emigracji. Znacznie rzadziej słychać samych Kubańczyków żyjących na wyspie. Tymczasem wielu z nich odrzuca zarówno język rewolucyjnej propagandy, jak i wizję zmiany narzuconej z zewnątrz. Dysydentka i publicystka Yoani Sánchez pisała niedawno, że Kubańczycy „nauczyli się nie ufać wielkim obietnicom transformacji”, a prawdziwe zmiany muszą być mierzone nie deklaracjami polityków, lecz „nieodwracalnymi krokami ku wolności”.
W podobnym tonie wypowiadają się inni przedstawiciele opozycji: oczekują zmian, ale obawiają się, że wyspa ponownie stanie się przedmiotem cudzych projektów geopolitycznych. To ważne przypomnienie. Kuba nie jest wyłącznie polem starcia między Hawaną, Miami i Waszyngtonem. Jest również społeczeństwem, które od dziesięcioleci próbuje odzyskać możliwość decydowania o własnym losie.
Ewentualna interwencja na Kubie nie byłaby wyłącznie sprawą amerykańsko-kubańską. W 1962 r. wyspa stała się centrum światowej polityki dlatego, że znajdowała się na przecięciu interesów dwóch supermocarstw. Dziś układ sił jest inny, ale logika geopolityczna pozostaje zaskakująco podobna. Kuba ponownie znajduje się na styku rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi, Rosją i Chinami.
Moskwa nie dysponuje już możliwościami Związku Radzieckiego. Trudno wyobrazić sobie rosyjski most powietrzny czy operację na skalę kryzysu kubańskiego. Moskwa jest zaangażowana w Ukrainie, a jej zasoby wojskowe są ograniczone. Nie oznacza to jednak obojętności. Kreml niemal na pewno wykorzystałby każdą amerykańską interwencję jako dowód, że Waszyngton sam łamie zasady suwerenności państw, których przestrzegania domaga się od innych. W wojnie informacyjnej byłby to prezent o trudnej do przecenienia wartości. Mieliśmy z tym już doświadczenie po porwaniu Maduro.
Chiny prawdopodobnie nie odpowiedziałyby na taki kryzys demonstracją siły. Pekin od dawna buduje swoją pozycję w Ameryce Łacińskiej cierpliwie i bez rozgłosu, inwestując w porty, infrastrukturę i telekomunikację.
Tym bardziej amerykańska interwencja na Kubie byłaby dla chińskich władz cennym argumentem politycznym. Pozwalałaby przypomnieć światu, że Stany Zjednoczone nadal uznają Karaiby za obszar swoich uprzywilejowanych interesów. W Pekinie z pewnością nie przeoczono by ironii sytuacji. Waszyngton od lat podkreśla, że żadne mocarstwo nie ma prawa podporządkowywać sobie sąsiedztwa, jednocześnie zachowując wyjątkową wrażliwość na wydarzenia rozgrywające się kilkadziesiąt mil od wybrzeży Florydy.
Równie chłodno przyjęto by taką decyzję w Ameryce Łacińskiej. Nie trzeba sympatyzować z kubańskim reżimem, by z nieufnością patrzeć na amerykańskie interwencje wojskowe. W regionie pamięć historyczna jest długa. Amerykańskie interwencje w Gwatemalii, Dominikanie, Chile, Grenadzie czy Panamie pozostają częścią historii regionu, do której regularnie się wraca.
Dlatego nawet rządy krytyczne wobec Hawany mogłyby uznać, że przyszłość Kuby powinni rozstrzygać sami Kubańczycy.
W europejskich stolicach również pojawiłyby się pytania o sens takiego przedsięwzięcia. Nie dlatego, że Kuba ma dla Europy szczególne znaczenie strategiczne. Problem leży gdzie indziej. Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę administracja amerykańska przekonuje sojuszników, że głównym wyzwaniem pozostaje bezpieczeństwo Europy, a w dłuższej perspektywie rywalizacja z Chinami. Na tym tle kryzys na Karaibach mógłby zostać odebrany jako niepotrzebne rozpraszanie uwagi i zasobów. Trudno byłoby uniknąć pytania, czy otwieranie kolejnego konfliktu rzeczywiście służy amerykańskim interesom, czy raczej odciąga uwagę od tych miejsc, które sam Waszyngton uznaje dziś za najważniejsze.
Właśnie dlatego stawką byłaby nie tylko przyszłość Kuby. Równie ważne byłoby to, jak interwencja zostałaby odczytana przez resztę świata. Od zakończenia zimnej wojny amerykańska polityka zagraniczna balansuje między dwoma obrazami samej siebie: strażnika porządku międzynarodowego i mocarstwa gotowego działać jednostronnie we własnej strefie wpływów. Kuba ma tę szczególną właściwość, że natychmiast przywołuje oba te obrazy jednocześnie. I właśnie dlatego każdy kryzys wokół wyspy bardzo szybko przestaje być tylko kryzysem karaibskim.
To wszystko ma również wymiar czysto polityczny na podwórku amerykańskim. Od czasów wojny w Iraku amerykańskie społeczeństwo pozostaje wyjątkowo nieufne wobec nowych konfliktów zbrojnych, szczególnie tych, które nie wynikają z bezpośredniego ataku na Stany Zjednoczone. Najnowsze badania pokazują, że większość Amerykanów sprzeciwia się użyciu siły przeciwko Kubie. Według sondażu YouGov 64 proc. respondentów jest przeciwko wojnie z wyspą, a jedynie 15 proc. ją popiera. Podobne wyniki przyniosło badanie Marist Poll: 61 proc. ankietowanych sprzeciwia się operacjom wojskowym na Kubie.
Co ważne, podział przebiega nie tylko między partiami, ale również geograficznie. W południowej Florydzie, wśród kubańskiej diaspory, nastroje są niemal odwrotne. Sondaże cytowane przez „Miami Herald” wskazują, że blisko 80 proc. kubańsko-amerykańskich wyborców popiera jakąś formę amerykańskiej interwencji wojskowej, czy to w celu obalenia reżimu, czy w celu rozwiązania kryzysu humanitarnego. To właśnie ten elektorat od lat stanowi jedno z najważniejszych politycznych zapleczy twardej linii wobec Hawany.
Ale południowa Floryda od dawna patrzy na Kubę inaczej niż reszta kraju.
To, co w Miami może przynosić polityczne punkty, niekoniecznie działa w Ohio, Arizonie czy Pensylwanii.
Zwłaszcza gdy zaostrzenie konfliktu zaczyna oznaczać wydatki, kolejne fale migrantów albo obrazy chaosu trafiające codziennie do serwisów informacyjnych. Sondaże YouGov pokazują, że większość Amerykanów nie tylko sprzeciwia się wojnie z Kubą, ale również sceptycznie ocenia dalsze zaostrzanie sankcji. Wielu respondentów uważa, że ich skutki odczuwa przede wszystkim kubańskie społeczeństwo, a nie rządzący wyspą aparat władzy.
Znaczenie tych nastrojów wzrasta wraz ze zbliżającymi się wyborami do Kongresu. W listopadzie wyborcy będą oceniali nie tylko sytuację gospodarczą, lecz także kierunek amerykańskiej polityki zagranicznej. Republikanie mogą liczyć na entuzjazm części elektoratu na Florydzie, ale poza nią krajobraz wygląda mniej jednoznacznie. W ostatnich latach wielu umiarkowanych wyborców coraz chłodniej patrzyło na zagraniczne interwencje, niezależnie od tego, kto zasiadał w Białym Domu. Demokraci już teraz przedstawiają działania administracji jako próbę wciągnięcia kraju w kolejną „wojnę z wyboru”, prowadzoną w czasie, gdy Amerykanie bardziej przejmują się cenami, migracją i własną sytuacją ekonomiczną.
Dla Marco Rubio i części republikańskiej prawicy Kuba pozostaje sprawą niemal pokoleniową. W skali całego kraju ten sam projekt wygląda znacznie mniej oczywiście. Ameryka roku 2026 jest zmęczona zagranicznymi konfliktami i mocno skupiona na sprawach wewnętrznych. W takim klimacie nawet ograniczona operacja wojskowa mogłaby szybko przestać być debatą o Hawanie. Stałaby się testem nastrojów samych Amerykanów i ich gotowości do zaakceptowania kolejnego kryzysu poza granicami kraju.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze