Politycy zbijają kapitał, podsycając antyuchodźcze nastroje, a w przeludnionych obozach uchodźcy żyją w rozpaczliwych warunkach. Niemieckie miasta pokazują, że można inaczej: "Musimy działać. Jaka jest alternatywa do ratowania ludzi na morzu? Pozwolić im utonąć?"

Jak informuje Deutsche Welle, w poniedziałek, 13 stycznia 2020 roku koalicja kilkudziesięciu niemieckich miast, wśród nich Poczdam i Düsseldorf, zażądała od rządu, żeby pozwolił na natychmiastowe przyjęcie uchodźców uratowanych na Morzu Śródziemnym. „To nasz humanitarny obowiązek” – mówią zgodnie.

„Bylibyśmy gotowi przyjąć więcej osób, gdyby tylko nam pozwolono. Obecnie obowiązuje polityka czekania i obserwowania, a to przeciwieństwo działania” – mówił burmistrz Poczdamu Mike Schubert i pyta:

„Jaka jest alternatywa dla ratowania ludzi na morzu? Pozwolić im utonąć?”.

Koalicja nadziei

Koalicja Bezpieczny Port (ang. Safe Harbour, niem. Seebrücke) powstała w lipcu 2018 roku, kiedy kilku łodziom, które uratowały uchodźców, zabroniono wpłynięcia do europejskich portów. „Uznaliśmy, że kiedy państwa łamią międzynarodowe prawa i utrudniają organizacjom pozarządowym ratowanie życia, społeczeństwo obywatelskie musi odpowiedzieć” – tłumaczyła Liza Pflaum z Seebrücke.

„Inicjatywa ma na celu znalezienia bezpiecznej przystani dla tych, którzy zostali zmuszeni do ucieczki z domu” – czytamy w formule deklaracji przynależności do ruchu. „Głęboko wierzę, że tam, gdzie polityka federalna nie wypełnia swoich powinności, działanie musi podjąć polityka lokalna. Dlatego wzywam nasze miasta i gminy do ogłoszenia się Bezpiecznym Portem”.

Taka deklaracja zobowiązuje m.in. do:

  • gotowości do przyjęcia większej liczby uchodźców (niż przewidziane w limitach przydziału)
  • wspieranie ich pomyślnego osiedlenia w społeczności lokalnej poprzez zapewnienie opieki, szczególnie w zakresie mieszkalnictwa, zdrowia i edukacji;
  • protestowanie przeciwko kryminalizacji operacji poszukiwawczo-ratowniczych na Morzu Śródziemnym oraz zapewnienia wsparcia finansowego dla cywilnych łodzi ratowniczych;
  • zaangażowanie w tworzenie sojuszu Bezpiecznych Portów w Europie, w celu kształtowania europejskiej polityki migracyjnej z poszanowaniem praw człowieka.

Dzisiaj miast jest już 120. Domagają się od rządu uruchomienia art. 23 niemieckiej ustawy o pobycie, która zezwala na natychmiastowe przyznawanie specjalnych zezwoleń na pobyt ze względów humanitarnych.

„Gminy muszą mieć więcej do powiedzenia w tej sprawie” – powiedziała Miriam Koch, dyrektorka departamentu migracji i integracji w Düsseldorfie. Deklaruje też, że miasto jest w stanie pomieścić jeszcze 5 tys. osób.

„Liczba osób gotowych zapobiegać tej katastrofie rośnie z każdym dniem” – deklaruje Schubert.

Miasta bliżej ludzi

Niemieckie ministerstwo spraw wewnętrznych zadeklarowało chęć dialogu z miastami, ale daty rozmów nie wyznaczono. Miasta są rozgoryczone, bo choć spotkania domagają się od dawna, nigdy do niego nie doszło.

Pflaum zapytana, skąd ta przepaść między narodową i europejską polityką a solidarnością na poziomie społeczeństwa obywatelskiego i miast, mówi:

„Sama zadaję sobie to pytanie. W 2015 roku widzieliśmy, jak niemieckie społeczeństwo obywatelskie okazało wielką solidarność z przybywającymi uchodźcami. W ostatnich latach coraz głośniejsza jest jednak populistyczna prawica, a krajowi politycy posłuchali niestety właśnie jej”.

„Wiele osób, które pomogły w 2015 roku, dziś dzieli życie z ludźmi, którzy do nas wtedy trafili. Zdajemy sobie sprawę, że gdyby ci sami ludzie próbowali przepłynąć Morze Śródziemne teraz, pewnie by zginęli. Na poziomie lokalnym ludzie zbudowali już więzi i relacje, ale politycy na szczeblu krajowym są od tych doświadczeń oderwani”.

„Gminy i miasta są o wiele bliżej związane z mieszkańcami, więc okazują więcej solidarności” – dodaje Pflaum. „Historycznie idea „obywatelstwa” wyszła w końcu z miast. Dzisiaj, w ruchach takich jak Seebrücke, ludzie organizują się oddolnie w opozycji do poziomu krajowego, który próbuje organizować społeczeństwo odgórnie”.

Europa w bezruchu

Rząd Angeli Merkel kojarzony jest z jednym z najbardziej prouchodźczych i proimigranckich w Europie. Od czasu kiedy w 2015 z otwartymi ramionami przyjęto milion uchodźców, niemiecka kanclerz jest łatwym celem prawicowej krytyki – Trump zarzucał jej nawet spowodowanie Brexitu. Od czasu przyjęcia uchodźców rząd skupiał się więc na „balansowaniu między promowaniem integracji, a kontrolowaniem imigracji” – podsumowuje DW.

Europejska polityka uchodźcza nigdy do końca nie otrząsnęła się z porażki solidarnej relokacji i ugrzęzła w martwym punkcie. Przy dumnym udziale Polski część państw nie zważając na kary odmówiła przyjęcia uchodźców.

Wprowadzenie rozporządzenia Dublin III spowodowało z kolei, że napływ uchodźców do Europy został zablokowany tak, żeby skupiał się w kilku krajach przyjmujących (pierwszy kraj, w którym złożono wniosek, jest tym, który rozstrzyga).

W praktyce oznacza to, że kraje graniczne UE, do których najczęściej trafiają uchodźcy (Grecja, Włochy, Hiszpania, Malta) zostają z problemami same. Obozy dla uchodźców są przeludnione, oczekiwanie na rozpatrzenie wniosku o azyl może trwać latami.

Doprowadziło to niektóre rządy do tak nieludzkich pomysłów, jak kryminalizacja akcji ratujących życie uchodźców przepływających Morze Śródziemne na prowizorycznych tratwach. UE całkowicie się z ratowania wycofała. Z danych Międzynarodowej Organizacja ds. Migracji ONZ wynika, że w samym 2019 roku przez Morze Śródziemne do Europy przedostało się prawie 105 tys. ludzi. 1 246 zginęło podczas próby przedostania się na ląd.

Potrzeba rąk do pracy

Postulat niemieckich miast jest nie tylko humanitarny, ale też racjonalny. W Niemczech i w całej Europie brakuje rąk do pracy, a będzie coraz gorzej.

Wiedeński Instytut Międzynarodowych Studiów Ekonomicznych w opublikowanym w czerwcu 2019 raporcie informuje, że Europa zbliża się do „punktu zwrotnego”, kiedy popyt na pracę stanie się równy podaży – innymi słowy, niedobór rąk do pracy zacznie ograniczać wzrost gospodarczy.

Z problemem jako pierwsze będą musiały zmierzyć się państwa Europy Środkowo-Wschodniej osłabione emigracją do Europy Zachodniej. Niemcy już dziś starają się przeciwdziałać osłabiającym gospodarkę brakom na rynku pracy i otwierają rynek dla imigrantów spoza UE.

„Zapewnienie wykwalifikowanej siły roboczej jest kluczowym wyzwaniem dla utrzymania dobrobytu i bezpieczeństwa w perspektywie długoterminowej” – mówił niemiecki minister pracy Hubertus Heil.

Polska: rząd przeciwko miastom

Polski rząd na imigrantów i uchodźców (między którymi nie widzi różnicy) jest wiecznie obrażony. Mimo że przyjmujemy najwięcej imigrantów spoza UE, ekipa PiS woli unikać tematu, a kiedy trzeba, wraca do kampanii strachu przed imigrantami.

Rząd PiS do dzisiaj uważa zablokowanie solidarnej relokacji uchodźców za swój wielki sukces. „Pomagamy na miejscu” – chwaliła się Beata Kempa, chociaż – jak pisaliśmy: jesteśmy jednym z państw, które pomaga najmniej (jak na swoje możliwości) i w dodatku mało efektywnie.

Beata Szydło uważała, że Polska swoje już zrobiła, bo przyjęła milion uchodźców z Ukrainy – ten milion to tak naprawdę imigranci z Ukrainy, którzy nie przyjeżdżają po pomoc, tylko do pracy i ratują naszą gospodarkę.

Kiedy w grudniu 2016 roku radni i prezydent Sopotu zwrócili się do rządu o umożliwienie przyjęcia sierot z Aleppo, MSWiA odpowiedziało, że to zbyt skomplikowane, Polska wystarczająco pomaga Syryjczykom. „Poinformowano nas, że w ubiegłym roku do Polski przyjętych zostało 40 uchodźców z Syrii, więc jeśli miasto chce, może pomóc tym, którzy już tu są” – relacjonowała rzeczniczka miasta Sopot.

Uchodźców nie musimy szukać daleko. Do Polski wciąż próbują uciekać Czeczeni. Próbują, bo polska straż graniczna udaje, że prośby o azyl nie słyszy i łamiąc prawo międzynarodowe, nie wpuszcza uciekających.

Miasta, które otworzyły się na uchodźców i imigrantów, np. Gdańsk, gdzie przy magistracie powstała Rada ds. Imigrantów były przez rządowe media bezlitośnie oczerniane. Rok po śmierci prezydenta Adamowicza, sąd ukarał TVP za naruszenie dóbr gminy.

OKO walczy z ksenofobią.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Komentarze

  1. Krzysztof Skladanowski

    Kiedyś w internecie dość często podawane były wyliczenia jakoby przez CIA zrobione, które określały jak wzrasta niebezpieczeństwo dla kraju wraz ze wzrostem procentowym społeczności muzułmańskiej. Podawali to prawicowcy, niechętni przyjmowania uchodźców. Ostatnio jednak przestali. Bo o ile przekroczeni 10% populacji przez wyznawców Allacha oznacza wysokie niebezpieczeństwo prowadzące wręcz do prób wymuszania prawa szariatu, o tyle populacja muzułmańska poniżej 1% nie stanowi żadnego niebezpieczeństwa. A więc, gdyby Polska przyjęła do 400 000 uchodźców, nie groziłoby to społeczeństwu większymi kłopotami. Katastrofalny wniosek.

  2. Grzegorz Graff

    Polska przyjmuje uchodźców ekonomicznych, którzy od pierwszego dnia mają tu pracę, uczą się języka, nie wyciągają ręki po zasiłki. A jak to wygląda u sąsiadów? W Norwegii niespełna połowa uchodźców jest chętna do jako takiej integracji, a jeszcze mniej znajduje pracę.W miastach szwedzkich policja zniechęca do spacerów wieczorami, nie jest w stanie panować nad przestępczością gangów. W noc sylwestrową we Francji zgrilowano setki samochodów, taka nowa tradycja. Polski rząd przyjął słuszny kurs: bezpieczeństwo (zachęcam do przeczytania tego https://euroislam.pl/czy-szwecja-pr­zygarnela-bogactwo/).

Masz cynk?