0:00
Prawa autorskie: Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.plCezary Aszkielowicz ...
11 kwietnia 2022

Nienawiść z rykoszetu. „Sp…dalaj na Białoruś” usłyszała Białorusinka Polina na polskiej drodze

Białorusini uciekający przed wojną i terrorem reżimu Łukaszenki coraz częściej spotykają się w Polsce z przejawami wrogości. Bo białoruski reżim współpracuje z reżimem Putina i wspiera inwazję na Ukrainę. Jakie formy przybierają te „oddolne sankcje”? Opowiadają sami Białorusini

Wydrukuj

Po sfałszowanych wyborach prezydenckich 2020 roku i zaostrzeniu represji przez Aleksandra Łukaszenkę dziesiątki tysięcy Białorusinów uciekły z kraju w obawie o zdrowie, wolność i życie. Znacząca część znalazła bezpieczną przystań w Polsce, inni równie licznie wyjechali do Ukrainy.

Teraz, po najeździe Rosji, część z nich uciekła z Ukrainy do Polski, spora część została tam angażując się w wolontariat, wstępując do oddziałów ochotniczych.

Trafiający teraz do Polski Białorusini nie mogą jednak liczyć na ułatwienia, które uzyskują Ukraińcy, mimo że jeszcze pół roku temu Polska wyciągała do nich dłoń w geście przyjaźni.

Powody zmiany stosunku do Białorusinów można wiązać z udziałem reżimu Łukaszenki w agresji na Ukrainę – to z terytorium Białorusi Rosja przeprowadziła uderzenie na Kijów, stamtąd wyleciało około 20 proc. rosyjskich rakiet skierowanych w ukraińskie miasta i to w Białorusi przegrupowują się dzisiaj jednostki okupujące w ostatnich tygodniach Buczę czy Irpień.

O tym, gdzie znajdują się konkretne rosyjskie jednostki ujawniają w mediach społecznościowych aktywiści białoruscy. Jednocześnie nawołują do uznania Białorusi za teren okupowany przez Rosję. Decydują się także na sabotaż połączeń kolejowych, by utrudnić poruszanie sie rosyjskich oddziałów.

Mimo to od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę białoruskie organizacje w Polsce mierzą się z rosnącą każdego dnia liczbą przypadków uprzedzeń, dyskryminacji a czasem nawet wrogości wobec Białorusinów obwinianych za działania Łukaszenki i Rosji.

Rozmawiam o tym z Białorusinami – dziennikarką, medalistką olimpijską, byłym dyrektorem klubu sportowego BATE Borysów, psycholożką i aktywistami.

Daria Czurko, białoruska aktywistka i obrończyni praw człowieka, przygotowała raport, z którego wynika, że ponad 60 proc. udokumentowanych przez białoruskie organizacje na emigracji przypadków dyskryminacji i uprzedzeń, zdarza się w Polsce.

W Polsce jeden na trzy przypadki to odmowa świadczenia usług. Jedna czwarta to problemy związane z prawem pracy. Częste są też przypadki odmowy wynajmu mieszkania ze względu na białoruski paszport.

Manifestacja tych uprzedzeń najczęściej przybiera formę gróźb albo poniżania (aż 70 proc.), 20 proc. to przypadki uszkodzenia mienia.

Jedną z organizacji oferującej pomoc prawną w takich sytuacjach jest Centrum Białoruskiej Solidarności. Alina Koushyk z Centrum przywołuje szereg przykładów uprzedzeń i dyskryminacji – wiele z nich dotyczy odmowy świadczenia usług bankowych czy podpisania umów najmu.

Ludzie odmawiający są często wrodzy i bezczelni. Bywa, że na Białorusinach wyżywają się także słownie ich ukraińscy współpracownicy.

Jak ta wrogość się przejawia

Rodzina Poliny zdążyła się o tym przekonać, mimo że spędziła w Polsce raptem trzy tygodnie. Przejeżdżała przez Polskę samochodem z białoruskimi rejestracjami, ale jak sama uważa – „miała pecha” i trafiła w niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie. [Polina nie chciała ujawniać swojej tożsamości].

Polina: „Na jednej z dróg nagle zaczął na nich trąbić kierowca minibusa z polską rejestracją. Zajechał im drogę i zmusił do zatrzymania. Wysiadł z samochodu zaczął dopytywać, co robię na jego ziemi? Powiedział, że mnie zabije, zastrzeli… potem wrzeszczał przekleństwa, żebym „spierdalała” do Białorusi.

Prosiłam go, żeby przestał, ale był wściekły! Nadal obrażał i groził. Po chwili z samochodu wysiadła też kobieta i zaczęła mówić, że to przeze mnie ich dzieci umierają w Ukrainie. Prosiłam, żeby przestali chociażby ze względu na dzieci, które ze mną jechały. Powiedziała coś do niego i odjechali.

Dzieci do końca nie rozumiały co się dzieje. Ale najstarsza córka, kiedy zobaczyła później podobny samochód, powiedziała, że jedzie nim Lialia, który chce zabić mamę... Niezbyt przyjemnie”.

Polinie pomogło Centrum Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, o którym dowiedziała się z mediów. Sprawa trafiła na policję.

Kto pada ofiarą tych uprzedzeń?

Jedną z takich osób jest Yauheniya Dolgaya, dziennikarka opozycyjnego portalu Reform.by i twórczyni projektu Body of Belarus. Obecnie codziennie opowiada w swoich mediach społecznościowych historie Białorusinów wspierających Ukrainę jako wolontariusze albo przelewających za nią krew.

Yauheniya Dolgaya: Do Kijowa wyjechałam w 2020 roku. Byłam zatrzymana przez służby białoruskie, otrzymałam zarzuty administracyjne, ale powodem była tak naprawdę moja praca dziennikarska. Cudem mnie wypuścili i nie zwlekając wyjechałam z bliskimi do Kijowa.

Żyliśmy tam dwa lata. Pisałam artykuły dla miejscowych mediów i mojego reform.by. Zrobiliśmy duże śledztwo w sprawie zabójstwa Witalija Szyszowa z Białoruskiego Domu w Ukrainie [red. o skatowanie i powieszenie białoruskiego aktywisty podejrzewane są białoruskie służby]. Dostawałam wtedy groźby.

Wtedy w Ukrainie pojęcie o wydarzeniach w Białorusi było dosyć powierzchowne. Często słyszałam – mamy Donbas i Krym, nie możemy się skupiać na Białorusi. Dlatego próbowałam budować świadomość przez ukraińskie media.

Razem ze swoją redaktorką, ukraińską dziennikarką Lesią Gandżą (jest obecnie w obronie terytorialnej) zrobiłyśmy projekt – Politwiazynki – o kobietach, więźniarkach politycznych w Białorusi. Planowałyśmy przekonywać ukraińskie polityczki do ich wspierania.

Chcieliśmy, żeby Ukraińcy i Białorusini się zbliżali i rozumieli, że Białoruś nie równa się Łukaszence. Oraz że mamy wspólnego wroga – Władimira Putina. Tak żyłam do 24 lutego 2022 roku.

Eksplozje o świcie

24 lutego właściwie nie spałam. Aktualizowałam wiadomości. Oglądałam też na żywo wystąpienie Putina. Było o 5 rano, a o 6 ludzie z walizkami i plecakami zaczynali kolumnami wychodzić na ulice. Tego dnia w naszej dzielnicy słychać było silne eksplozje. Pod oknami cały dzień jechały kolumny wojskowych pojazdów. W drugą stronę uciekali ludzie.

Byliśmy w szoku i nie zdecydowaliśmy się wyjechać od razu. Następnej nocy też słyszeliśmy silne eksplozje. Rozebraliśmy na części nasze łóżko i powstawialiśmy materace w okna, żeby nie zraniło nas rozbite szkło.

Znaleźliśmy schron bombowy w naszym budynku. Umówiliśmy się z sąsiadami i przygotowaliśmy go na kolejną noc. Eksplozje znowu brzmiały całą noc. Wprowadzono już wtedy godzinę policyjną, a pod naszymi oknami bez przerwy słyszeliśmy jazgot gąsienic. Nie da się go opisać, jest okropny. To nie to samo, co dźwięk wydawany przez czołgi na paradach Łukaszenki – to dźwięk wojny.

Dotarło do mnie, że muszę ratować siebie i swoje dziecko. W tamtym momencie sześć najbliższych stacji metra udostępniono jako schrony, wagony już nie kursowały. Taksówek też już nie było. Na drodze stał ogromny korek, a do centrum było bardzo daleko. Ludzie naokoło wychodzili ze schronów z czerwonymi, podkrążonymi oczami, wszyscy wycieńczeni i przestraszeni.

O 6:30 wybiegłam na środek drogi i zatrzymałam zbliżający się samochód. Przeprosiłam i powiedziałam kierowcy, że jestem gotowa zapłacić każde pieniądze za podwózkę do najbliższej działającej stacji metra.

Wsiedliśmy i dojechaliśmy do metra, skąd pojechaliśmy na stację Uniwersitet, bo jest najgłębsza. Siedzieliśmy tam kilka godzin, po czym okazało się, że musimy wrócić do miejsca, z którego wyruszyliśmy – autobus ewakuacyjny odjeżdżał z naszej dzielnicy.

Na drodze sformował się ogromny korek. Naokoło cały czas słychać było eksplozje. Niektórzy padali na ziemię. Dźwięk syren alarmowych do tego miejsca chyba nie docierał.

Autobusem przez wojnę

Czekaliśmy na autobus w schronie na stacji metra pod ochroną teroborony (obrony cywilnej). Miał nas zawieźć na granicę z Polską. To była przerażająca podróż, jechaliśmy z pełną świadomością, że Rosjanie mogą nasz autobus po prostu rozstrzelać. Dostaliśmy instrukcję jak własnym ciałem zakrywać dziecko.

Pod Kijowem przejeżdżaliśmy obok miejsc, w których wcześniej toczyły się walki, obok lejów po bombach. Kiedy jesteś w miejscu takich wydarzeń, odczucia stają się zupełnie inne. W trakcie dnia masz złudzenie kontroli, ale w nocy je tracisz. Siedzisz i gapisz się w okno próbując cokolwiek dostrzec.

Po ponad 20 godzinach jazdy dostaliśmy informację, że na przejściu Medyka-Szegini jest coś w rodzaju katastrofy humanitarnej z powodu ogromnej masy uciekających ludzi i lepiej tam nie jechać. Odstawiono nas na dworzec we Lwowie, gdzie mieliśmy próbować wsiąść do pociągu.

Dworzec we Lwowie

Dworzec był najstraszniejszym miejscem, które widziałam. Tam bardzo czuć wojnę. Trudno to opisać. Ze wszystkich stron z ekranów grzmią wiadomości – w Mariupolu strzelają, w Charkowie strzelają, w Odesie strzelają. Walki toczą się już na kijowskim Obołonie, nieopodal naszego mieszkania.

Byłam skrajnie wyczerpana. Nie spałam od 23 lutego. Staliśmy na peronie. Dookoła chodzili ludzie z bronią powtarzający: „kobiety i dzieci do przodu, mężczyźni do tyłu”. A mężczyźni wcale się nie cofają. Twoje dziecko jest wypychane na tory, musisz je cały czas trzymać blisko.

Przez cztery godziny trzy razy informowano nas, że pociąg się spóźnia. Nagle komunikat, że pociągu jednak nie będzie. Odwracam się i widzę, że wszyscy zaczynają płakać, szczególnie starsze kobiety. Moja córka patrzy na mnie i mówi: „Okłamałaś mnie”. Próbuję jej tłumaczyć, że nie mam na to wpływu, a ona płacze i powtarza: „Okłamałaś mnie!”.

Wtedy zaczęło się tratowanie. To był koszmar. Człowiek staje się jakąś pierwotną istotą. Moja córka upadła i ludzie zaczęli po niej iść, mężczyźni też. Ledwo udało mi się ją wyciągnąć. Krzyczała: „Proszę, nie chcę umierać! Błagam, zaprowadź mnie do bezpiecznego miejsca”.

Wtedy się złamałam.

W pracy widziałam skatowanych ludzi, ludzi ze śladami po torturach, słyszałam ich historie. Robiłam śledztwa na ten temat. Ale kiedy własna córka mówi ci takie rzeczy, to coś w tobie po prostu pęka.

Trafiliśmy do mieszkania znajomego we Lwowie. Wydawało mi się wtedy, że każda stracona minuta jest na wagę złota, że zaraz przyleci rakieta i wszyscy zginiemy. On próbował nas przekonać, że musimy się umyć, wyspać i coś zjeść. Wszyscy byliśmy na granicy omdlenia.

We Lwowie spędziliśmy dobę, większość z niej w schronie. Syreny nie pozwalają się uspokoić. Przyjaciółka pomogła znaleźć nam autobus ewakuacyjny do Krakowa.

W chwili, gdy wsiadaliśmy do tego autobusu, czułam, że jestem uchodźczynią. Wiesz… kiedy w Białorusi Kurdowie szli na Bruzgi [red. przejście graniczne z Polską] – ja się w tamtym momencie czułam właśnie taką Kurdyjką.

Byłam gotowa zrobić wszystko, by tylko znaleźć się po drugiej stronie granicy. Byłam przerażona wizją tego, że mogą nas złapać jacyś kadyrowcy, którzy wyślą nas do Białorusi. Ten strach był paraliżujący.

Do Warszawy z Kijowa jechaliśmy łącznie 6 dni. Kiedy znalazłam się w Polsce bardzo mi ulżyło. Po drodze straciliśmy połowę bagaży. W nich jakąś sumę pieniędzy. Ale w tamtej chwili to wszystko traci jakiekolwiek znaczenie.

„Żeby dzieci nie widziały…”

Rozmawiam z Białorusinami przyjeżdżającymi teraz z Ukrainy. Opowiadają, że kiedy oni przejeżdżają przez te miejscowości pod Kijowem, w których były walki, to muszą układać swoje dzieci w przejściu autobusu, na podłodze. Żeby nie widziały. Wszędzie leżą trupy i części ludzkich ciał. Wszystko osmalone. I ten zapach.

Jest mi wstyd, bo moja historia jest niczym w porównaniu z tym, co przeżywają dzisiaj ludzie w Mariupolu albo po prostu w Ukrainie. W Kijowie zaprzyjaźniłam się z trenerką. Ona bardzo długo nie mogła znaleźć swojej mamy w Mariupolu. Dosłownie wczoraj udało się jej wyjechać z tego miejsca. Ma odmrożone palce u stóp, są czarne i wymagają amputacji. A ona i tak jest szczęśliwa, bo udało jej się wyjechać.

Psycholożka mówi mi, że nie mogę tak myśleć, nie mogę tego porównywać i deprecjonować swoich emocji.

Nikita Grekowicz.: W Warszawie znajomi pomogli znaleźć mieszkanie. To był pierwszy krok. Ale co dalej?

Yauheniya Dolgaya: Żyję w przekonaniu, że dziecko musi za wszelką cenę integrować się ze społeczeństwem, w którym żyje. Dlatego wygooglowałam szkoły nieopodal naszego mieszkania. W drugiej się udało. Dobrze trafiliśmy, bo to szkoła sportowa.

Uważam, że każdy powinien mieć do czynienia ze sportem. Sport wszystkich ratuje, szczególnie przy traumatycznych przeżyciach. Na przykład, kiedy trzeba ciągnąć walizki bez chwili na złapanie oddechu. [śmiech]

Powiem szczerze, że mojej córce chyba po raz pierwszy podoba się chodzenie do szkoły. W Białorusi zatrzymywano mnie na jej oczach. Ona sama trafiła na chwilę do uazika [red. samochód milicji]. To było dla niej bardzo trudne przeżycie. Ale w szkole traktują ją z dużym wyczuciem. Słyszałam dużo dobrego o polskich szkołach.

Bez gwarancji w banku

Poza tym musiałam zająć się wyrobieniem konta. Ukraińskie banki zablokowały karty Białorusinów, więc straciłam dostęp do części swoich pieniędzy. Nie dostaliśmy żadnego uprzedzenia, ale szczerze powiedziawszy nie byłam tym zaskoczona. Intuicyjnie czułam, że coś takiego może się wydarzyć. Miałam na tamtym koncie kilkaset euro.

Napisałam do obsługi klienta wiadomość tłumaczącą, że jestem przeciwko Łukaszence i poprosiłam, żeby odblokowali środki i wysłali je na konto Sił Zbrojnych Ukrainy. „Sława Ukrainie! Żywie Biełaruś!”. Przysłali odpowiedź z linkiem dokąd poszły te pieniądze.

W Polsce poszłam do banku PKO BP. Otworzyłam konto, ale tego samego dnia wieczorem okazało się, że jest zablokowane. Pomyślałam, że muszę poczekać, aż przyślą mi kartę. Nic to nie zmieniło. Następnego dnia w oddziale moje konto wstępnie odblokowali i powiedzieli, że ktoś zadzwoni, by potwierdzić moją tożsamość.

Rozmawiałam przez telefon z ukraińskojęzyczną konsultantką – wszystko się potwierdziło. Dostałam informację, że konto jest odblokowane. Ale dosłownie po trzech sekundach było zablokowane ponownie.

Poszłam do banku ponownie. Bardzo nieprzychylnie patrzyli tam na mój białoruski paszport. Ale tym razem byłam na to przygotowana. Przyniosłam teczkę dokumentującą represje, których doświadczyłam. Decyzje sądów, groźby… Zaczęłam im po białorusku tłumaczyć co to za teczka i co się w niej znajduje. „Jestem przeciwko Łuce! Co to za chujnia?!”. Tak im mówiłam. Wszystko nagle zrozumieli [śmiech]. Nawet bez tłumacza, a wcześniej tylko „polski i English”.

Po trzech minutach karta była gotowa do użycia. Odtąd nie było problemów.

Wiem, że moi znajomi mieli bardzo podobne historie, dlatego od razu zapytałam, czy to odgórna decyzja. W banku PKO BP podobno nie ma takich postanowień. Ale niektórzy pracownicy mogą przejawiać wrogość i na własną rękę podejmować takie czynności opisując je jako sankcje. Prawdopodobnie właśnie na kogoś takiego trafiliśmy.

Dyskusja w taksówce

Ale to nie koniec, bo tego samego dnia chciałam kupić antydepresanty. Apteka, w której je znalazłam, była daleko na Pradze, więc zdecydowałam się na taksówkę. Było już późno a ja nie znam dobrze tego miasta.

Taksówkarz okazał się Ukraińcem. Widział moje imię, więc od razu zapytał skąd jestem. Kiedy usłyszał odpowiedź od razu powiedział: „A wiesz, że was, orków, trzeba zabijać razem z Rosjanami? Teraz z chłopakami zamierzamy wyławiać tu wszystkich rosyjskojęzycznych i was bić”. Odpowiedziałam, że to karalne. Zaczął tłumaczyć: „Wy palicie żywcem naszych ludzi!”.

Próbowałam z nim dyskutować, ale on tylko mówił swoje. Dopiero kiedy na niego nakrzyczałam i powiedziałam, że przeszłam przez tortury, że uciekłam od wojny, to zapytał ile czasu tu jestem: „Rok?”. Nie usłyszał nic z tego, co starałam się mu powiedzieć. Zapytałam go na koniec „Skoro jesteś taki bojowy, to dlaczego nie jedziesz walczyć?”. Odpowiedział, że zbiera pieniądze i poprosił o napiwek.

Oficjalny Kijów rozumie naszą sytuację. Sam Arestowicz [Oleksij, doradca szefa urzędu prezydenta Ukrainy] jest przecież pół-Białorusinem. Ludzie wpadający w taką wrogość wobec Białorusinów są po prostu pod wpływem propagandy.

Bardzo się tego boję. Bardzo się boję takiej narodowościowej przemocy. Uważam, że musimy głośno tłumaczyć kim jesteśmy. Swego czasu dużo pisałam o dyskryminacji. Teraz mam wrażenie, że cała moja praca nie miała najmniejszego sensu.

Mam jeszcze jedno pytanie – o przyszłość. Myślicie o przyszłości?

Nie. Ja nie mam przyszłości. Jeśli przeżyłam dzień, to jest dobrze.

Teraz czasem trzeba zaplanować jakiegoś lekarza, pójść do pracy. Musieliśmy się zająć podstawami legalizacji naszego pobytu. Szukam dodatkowej pracy, nowych projektów, żeby zapomnieć się w pracy. Poczuć się normalnie. Patrzę na ludzi w kawiarniach i nie potrafię uwierzyć w to, co widzę. Że ten świat istnieje.

Wystarczyło kilka dni, żeby to normalne życie się zatarło. O prawdziwej przyszłości nie potrafię myśleć. Wojna to zmieniła. W Kijowie budowałam jakąś przyszłość. Teraz się tego boję. Nie. Póki co, nie.

Dyskryminacja nawet w sporcie

Zgłoszenia w sprawach dyskryminacji zbiera również Fundusz Solidarnościowy Białoruskich Sportowców. Liderzy Funduszu od 2020 roku, medalistka olimpijska pływaczka Aleksandra Herasimienia oraz Michaił Zalewski, były dyrektor klubu sportowego BATE Borysów, opowiadają jaką formę przybiera dyskryminacja w sporcie:

Michaił Zalewski: Rejestrujemy takie przypadki dotyczące białoruskich sportowców zawodowych, amatorów i wśród dzieci. Zdarza się we wszystkich dziedzinach sportu, od piłki nożnej po karting. W każdym z przypadków proponujemy pomoc prawną i próbujemy interweniować w poszczególnych federacjach.

Oprócz tego Fundusz przygotował oświadczenie podsumowujące obecną sytuację. Mówimy tam o tym, jak interpretować pewne zachowania, i jak na nie reagować. Przedstawiamy tam instrukcję, jak weryfikować białoruskich sportowców sprzeciwiających się Łukaszence. Teraz ci ludzie spotykają się z zakazami i dyskryminacją – płacą potrójną cenę za swoją odwagę.

Aleksandra Herasimienia: Trafia do nas wiele przypadków dyskryminacji dzieci. Postanowienie MKOl-u [red. zakaz uczestniczenia w zawodach sportowców reprezentujących białoruskie i rosyjskie federacje] miało dotyczyć sportowców reprezentujących reżim. W praktyce okazało się, że wiele organizacji zinterpretowało ten komunikat po swojemu. Zdecydowali, że sama białoruska narodowość powinna uniemożliwiać start w zawodach albo uczestniczenie w wydarzeniach klubowych.

Niektóre dzieci, które od roku/półtora trenują w polskich klubach, są z nich teraz wyrzucane ze względu na swoją narodowość.

Nikita Grekowicz: Jak na te wydarzenia reagują inne dzieci? Czy też wpadają w tę pułapkę nienawiści?

Niestety, trafiały do nas przypadki, w których polskie dzieci wywierały presję na białoruskie dzieci ze względu na ich pochodzenie. Tutaj ponownie najczęściej dotyczyło to dzieci, które są w Polsce już od roku/półtora.

Ile mieliście takich zgłoszeń?

M.Z.: Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Na razie to dziesiątki przypadków, ale za tydzień mogą być setki. Trzeba przy tym brać pod uwagę, że nie trafia do nas każdy przypadek. Niektórzy nie chcą tego zgłaszać, mimo że do tego zachęcamy.

Co odpowiadają polskie federacje na wasze interwencje?

A.H.: Na razie nie reagują. Nie dostajemy odpowiedzi na nasze maile. Zakładamy, że to właśnie federacje powinny regulować sytuacje w krajowym sporcie, zapobiegać przypadkom dyskryminacji czy wrogości.

Mamy nadzieję, że władze sportowe będą ze zrozumieniem podchodziły do naszej sytuacji i ze zrozumieniem odbiorą nasze zgłoszenia. Żeby nie dochodziło więcej do sytuacji wyrzucania dzieci z klubów.

A jak Białorusini pomagają teraz Ukrainie?

Wszystkie organizacje skupiają się dzisiaj na pomocy Ukrainie. Free Belarus Center zorganizował już dziesiątki autobusów, które przewiozły ludzi z Kijowa na polską granicę. Partyzantki koordynują pomoc humanitarną i pomagają uchodźcom w Polsce.

Nawet nasz fundusz, mimo że teoretycznie zaangażowany wyłącznie w sportowe tematy, zebrał pomoc humanitarną i rzeczy potrzebne ukraińskiej armii.

Rozumiemy sytuację w Ukrainie i wiemy jak jest trudna, dlatego staramy się pomagać. Wiemy też, że zwycięstwo Ukrainy (bo Ukraina na pewno zwycięży) będzie nową szansą również dla Białorusi. Wolność Ukrainy to fundament wolnej Białorusi. Od jej przyszłości zależy nasza przyszłość.

Problemem jest to, że Białorusini nie mają tutaj obecnie żadnego statusu prawnego. Uważam, że brak rozwiązań umożliwiających legalizację naszego pobytu też jest objawem uprzedzeń.

Jesteśmy teraz całkowicie obcy, mimo że półtora roku temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. To wzbudza lęk. To ci sami ludzie, z tymi samymi historiami tylko doświadczeni dodatkowo przez wojnę.

Potrójna traumatyzacja Białorusinów

Zapytałem Elenę Gribanową, białoruską psycholożkę specjalizująca się w traumach kryzysowych, jakie znaczenie ma ta sytuacja dla zdrowia psychicznego. Gribanowa spróbowała wyjaśnić skąd mogą brać się takie dyskryminacyjne zachowania i jak można je tłumaczyć.

Elena Gribanowa: To szczególna odpowiedź na traumatyczne wydarzenie, którego wszyscy doświadczyliśmy. Pojawia się złość. Nie można jej nakierować na tego, kto ją wywołuje. Ale ona nie znika. Pojawia się potrzeba wyładowania, a najbezpieczniej skierować to na kogoś, kto nie ma możliwości nam odpowiedzieć.

Tę samą reakcję można było zaobserwować w białoruskich czatach podczas protestów w Białorusi. Ludzie zaczynali ze sobą się kłócić. W momencie, kiedy to społeczeństwo powinno być zjednoczone, pojawiały się w nim pęknięcia. Teraz dochodzi do tego samego.

Ale trzeba mieć na uwadze, że wielu Białorusinów doznaje teraz potrójnej traumatyzacji. Pierwsza trauma to ta z czasu protestów, związana z zatrzymaniami, pobiciami, torturami, gwałtami i wypędzeniem. Druga to wojna. Trzecia dzieje się, kiedy docierają tutaj i odmawia się im pomocy na podstawie ich paszportu. Taka trauma będzie miała bardzo poważne reperkusje.

Wymyślanie sankcji

O innym wymiarze „sankcji” wspomniała też koordynatorka Nacji Liderów, internetowej platformy edukacyjnej dla Białorusinów. Chce zachować anonimowość.

"Jedna sprawa to sposób poradzenia sobie z agresją, ale druga to hype. Ludzie prześcigają się dzisiaj w wymyślaniu nowych »sankcji«, ale nie wszystkie są sprawiedliwe i przemyślane. Nagle wstrzymywane są programy pomocowe dla represjonowanych Białorusinów.

Pracuję w fundacji wspierającej darmową edukację obywatelską i pomoc psychologiczną dla aktywistów Białorusinów – fundusze zaczynają nam komunikować, że nie są gotowi w tej chwili rozpatrywać programy wsparcia dla nas. A kto ma coś zmieniać w Białorusi, jeśli nie społeczeństwo obywatelskie? Jak to społeczeństwo ma przetrwać w warunkach neototalitaryzmu bez wsparcia?"

Czy to "prywatny" hejt, czy systemowy

Zapytałem prezeskę przeniesionego właśnie z Kijowa Free Belarus Center, Palinę Brodik, czy problem dyskryminacji jest systemowy, czy wynika z indywidualnej inicjatywy ludzi w Polsce?

Palina Brodik: Przed chwilą otrzymałam informację, że jednej z moich znajomych odmówiono podpisania umowy wynajmu na białoruski paszport. Jednocześnie właściciele zgodzili się na kazachski paszport. Takie przypadki też się zdarzają.

Moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia raczej z indywidualnymi przykładami niż z problemem systemowym. Najbardziej rzucają się w oczy problemy z otwieraniem kont bankowych.

Yauhenii Miedwiediew [białoruski aktywista]: Większość przypadków jest indywidualna, dlatego staramy się zbierać materiały potwierdzające, że chodzi w nich o uprzedzenia narodowościowe, a nie o coś innego.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden konkretny przypadek. To BNP Paribas – centralny bank tej instytucji wciąż posiada białoruskie euroobligacje wydane latem 2020 roku. A jednocześnie odmawia Białorusinom otwierania kont. Sam pan się domyśla jak można to nazwać.

Czy można mówić o jakiejś tendencji?

P. B.: Intensywność mowy nienawiści i przypadków dyskryminacji rośnie albo spada w zależności od tego, jak bliski wydaje się aktywny udział wojsk białoruskich w inwazji. Kiedy pojawiają się informacje o wystrzeleniu kolejnych rakiet z terytorium Białorusi, zgłoszeń przybywa.

Z drugiej strony informacje o „wojnie kolejowej” [red. tak nazywany jest sabotaż na białoruskich połączeniach kolejowych przeprowadzany przez Białorusinów] powodują osłabienie tych tendencji.

Sytuacja nie jest krytyczna, ale musimy trzymać rękę na pulsie. Wszystko zależy od użycia mowy nienawiści w przekazach medialnych – w Ukrainie i w Polsce.

Póki co, jest zrozumienie, że Białorusini nie stoją po stronie Rosji i reżimu Łukaszenki. Starają się w miarę możliwości przyczyniać się do zwycięstwa Ukrainy. Jest też świadomość o Białorusinach walczących po stronie ukraińskiej i zaangażowaniu Białorusinów w pomoc Ukrainie zarówno na terenie Ukrainy, jak i poza nią.

Staramy się, żeby było to wszystko wyraźnie słychać, bo wszystkim nam zależy na zwycięstwie Ukrainy. To nie jest zwycięstwo jednego tylko kraju – to zwycięstwo całego regionu nad czystym złem. Musimy na tej wojnie walczyć ramię w ramię z Ukraińcami.

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne