0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.plFot. Mateusz Skwarcz...

To takie moje powiedzonko, które ma oznaczać, że w polskiej oświacie dzieje się tak dużo, że nie sposób nadążyć i niby chce się człowiekowi z tego śmiać, ale tak naprawdę to jesteśmy zmęczeni. Jak taki smutny klaun z obrazka.

W szkolnictwie nieustannie pojawiają się nowe pomysły rozwiązań, wszystkie bez wyjątku obmyślane przez osoby niepracujące w szkołach. Wdrażanie tych propozycji pochłania gigantyczne zasoby – czas, pieniądze, naszą energię do pracy z dziećmi i młodzieżą – a nie rozwiązują one najbardziej palących problemów polskiej edukacji. Czasem nawet wydaje się, że coś tam rozwiążą, ale potem się okazuje, że jednak nie. Albo że właściwie to nie mamy do czynienia z nowym rozwiązaniem, tylko z powrotem do tego, co było. I było dobre.

Jako przykład posłużyć może kilka incydentów inaugurujących wejście w nowy rok szkolny 2026/2027.

Przeczytaj także:

Kryzys kadrowy a poniżki

Tak w naszym środowisku mówimy o podwyżkach. W najbliższy rok szkolny witamy wsparci słowami Katarzyny Lubnauer, wiceministry edukacji narodowej, która na antenie Radia ZET opowiadała, że wyśmienicie nam się wiedzie, albowiem połowa z nas wpada w drugi próg podatkowy:

„Zmiana, którą zaproponował minister Domański, jest uszyta pod nauczycieli. Biorąc pod uwagę, że pierwszy próg przesuwa się do 130 tys., ale wchodzi też ten drugi między 130, a 150 tys., niższy podatek procentowo co oznacza, że nauczycielom będzie więcej zostawać w portfelach, do 3 600 zł”.

Pani wiceministra zapomniała dodać, że żeby wpaść w drugi próg, trzeba… harować w kilku szkołach.

Mamy w tej chwili w polskiej oświacie dwadzieścia tysięcy wakatów (!), a polscy nauczyciele przepracowują 2,24 miliona nadgodzin tygodniowo w skali całego kraju (dane za r. szk. 2025/2026). Też bym mogła pracować na dwa etaty. Wystarczyłoby, że jako polonistka nie czytam wypracowań i próbnych egzaminów maturalnych, tylko podrzucam je do góry. Jeśli spadną awersem, uczeń zalicza. Jeśli rewersem – wstawiam jedynkę. A tak serio, jeśli jesteś rodzicem i z informacji przynoszonych ze szkoły przez swoje dziecko wnioskujesz, że nauczycielka twojego dziecka nie przygotowuje się twórczo i starannie do lekcji, długo przetrzymuje sprawdziany, na lekcji czyta z podręcznika, więc będzie trzeba dziecię zapisać na korepetycje i słono je opłacić (korki pobiera już co trzecie dziecko w Polsce), to może być tak, że chodzi o nauczycielkę przepracowaną, zestresowaną i permanentnie przemęczoną. Czemu nauczyciele to sobie robią?

Być może dlatego, że nasze podstawowe, pełnoetatowe wynagrodzenie netto wynosi 3900-5100 zł (zależnie od wykształcenia i stopnia awansu). A może dlatego, że szkoła jakoś musi funkcjonować, a chętnych do pracy po prostu nie ma. Mamy za to 10% pracujących emerytów, a odsetek ten rośnie z roku na rok. MEN chce ich zatrzymać za wszelką cenę, dlatego na początku tego roku ustanowił nową nagrodę jubileuszową w wysokości 400% wynagrodzenia miesięcznego: za 45 lat pracy w szkole. Czyli dla osób mających lat 70. Życzmy im zdrowia.

Wiceprezeska ZNP, Urszula Woźniak, apeluje: „Państwo nie może budować systemu na założeniu, że nauczyciel utrzyma się dopiero wtedy, gdy do jednego etatu dołoży tyle godzin, ile zdoła udźwignąć. Powinien godnie zarabiać, pracując na jednym etacie”. Niestety najbliższa poniżka, to znaczy, pardon, podwyżka dla całego środowiska nauczycielskiego ma wynieść 3% od 1 stycznia 2027 roku.

Może kogoś nowego to zachęci do podjęcia pracy w szkole? Zapraszamy. Kuratoria przyznają, że coraz częściej wydaje się zgody na zatrudnianie osób, które są dopiero w trakcie zdobywania uprawnień do pracy w szkole. Trzeba przejrzeć Bank Ofert Pracy dla Nauczycieli, iść na rozmowę do wybranej szkoły, gdzie smutna dyrektorka pokiwa głową i przyzna, że tak, bierzemy już wszystkich. Po przyjęciu do pracy trzeba zdobyć zaświadczenie o niekaralności, warto też zacząć odpowiednią podyplomówkę i voila.

Ale uprzedzam, trzeba mieć też poczucie humoru.

Metoda projektu

Polska wierchuszka oświatowa ogłasza jako sukces innowację edukacyjną, czyli wprowadzenie do szkół podstawowych metody projektowej. Przez jeden tydzień w roku szkolnym nie odbywają się lekcje, tylko praca projektowa lub prezentowanie efektów wcześniej rozpoczętego projektu. Chodzi o wieloetapowe przedsięwzięcie realizowane pod kierunkiem nauczyciela lub nauczycielki. Wystawienie spektaklu, urządzenie poczęstunku z wyhodowanych przez siebie warzyw, odsłonięcie muralu z ułożonym wspólnie wierszem, pokaz nakręconego przez dzieciaki filmu… Ile głów, tyle pomysłów. I więcej! Wspaniale, prawda?

Pamiętam, jak kiedyś pracowałam metodą projektu. Było super. Wielkie zaangażowanie po stronie moich uczennic, efekty pracy zapamiętane do dzisiaj. Wiecie, kiedy to było?

Gdy pracowałam w gimnazjum.

A potem je zlikwidowano.

Edukacja zdrowotna

W ubiegłym roku zasiadałam ekspercko w posiedzeniu Podkomisji stałej do spraw zdrowia publicznego Komisji Zdrowia Sejmu RP na temat edukacji seksualnej. Oczywiście stojąc na stanowisku, że edukacja zdrowotna wraz z modułem edukacji seksualnej powinna należeć do zajęć obowiązkowych.

Oto garść wybranych faktów, które przytaczano na spotkaniu (dane Ministerstwa Edukacji i Ministerstwa Zdrowia):

  • 16,1% chłopców i 10,4% dziewcząt przechodzi inicjację seksualną w wieku 14 lat lub wcześniej;
  • W grupie 15-latków, którzy przeszli inicjację seksualną, w trakcie ostatniego stosunku prezerwatywy używało jedynie 50,4% chłopców i 68,1% dziewcząt;
  • W ciągu 20 lat w Polsce (uwzględniono badania z 1996 i 2017 roku) poziom wiedzy uczniów i uczennic o HIV/AIDS uległ znacznemu zmniejszeniu;
  • Średnia wieku, w którym dzieci pierwszy raz widziały treści pornograficzne, wynosi niespełna 11 lat. 18,5% ankietowanych miało wówczas mniej niż 10 lat. Ze zdecydowaną większością (58,5%) populacji dzieci i młodzieży rodzice nigdy nie przeprowadzili żadnej rozmowy na temat oglądania pornografii w internecie i ewentualnych konsekwencji kontaktu z takimi materiałami.

Mamy twarde dane dowodzące, że kompleksowa edukacja seksualna – prowadzona rzetelnie, regularnie – przyczynia się do opóźnienia wieku inicjacji seksualnej, poprawia dobrostan psychiczny, redukuje ryzyko przemocy seksualnej, zwiększa gotowość do świadomego rodzicielstwa, zmniejsza liczbę nieplanowanych ciąż wśród osób poniżej 19 roku życia (spadek o 30-50%).

Treści te stanowią w podstawie programowej edukacji zdrowotnej tylko niewielki moduł, sprowadzałyby się do dwóch tematów lekcyjnych w semestrze. Czasem mniej, zależnie od klasy. Mówimy o absolutnym minimum. Wszystkie zagadnienia, które można by uznać za drażliwe, zostały oznaczone jako fakultatywne – nauczycielka w ogóle nie musiałaby ich realizować.

Ostatecznie jednak – i z tą wiedzą wchodzimy w rok szkolny 2026/2027 – edukacja seksualna prowadzona w ramach przedmiotu edukacja zdrowotna będzie jedynie opcjonalna. Czego nie można powiedzieć o niechcianej nastoletniej ciąży, biorąc pod uwagę restrykcyjność prawa aborcyjnego w Polsce.

Stosy odwołań

Na 1 września planowana jest w Głosie Nauczycielskim publikacja listu otwartego grupy polonistów i polonistek, którzy pracują z osobami w wieku maturalnym. Do rzeczonej grupy należę także i ja. Należy do niej też między innymi Paweł Łęcki, który od kilku tygodni nieodpłatnie pomaga abiturientom i abiturientkom pisać odwołania od wyników maturalnych z wypracowania z języka polskiego. Paweł regularnie publikuje na swoim profilu facebookowym posty z opisami przypadków osób, które powinny były otrzymać więcej punktów, ale nie otrzymały, dzięki czemu również osoby niebędące egzaminatorami mogą przekonać się o skali zjawiska. Co za nim stoi?

„Domagamy się klarownych wytycznych, dzięki którym maturzyści będą wiedzieć, czego się od nich oczekuje już na początku edukacyjnej drogi w szkole średniej; ujednolicenia standardów pracy w zespołach egzaminacyjnych […]”, jak piszemy w naszym apelu, i te dwa roszczenia uważam za szczególnie istotne. Zasady oceniania egzaminów maturalnych z języka polskiego – na poziomie i podstawowym, i rozszerzonym – są niestety niezwykle zawiłe, rozbudowane, co gorsza… Zmienne. Z reguły kluczowe informacje dotyczące tematu – na przykład obowiązująca definicja podanych terminów – pojawiają się już po napisaniu egzaminu, w materiałach pomocniczych dla egzaminatorów Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych. Do wewnętrznych szkoleń nie mają dostępu wszyscy nauczyciele i nauczycielki, tylko ci, którzy egzaminują.

Oto przykład niejasności: jeden z tematów wypracowań na tegorocznej maturze brzmiał: „Wpływ pracy na człowieka i na otaczającą go rzeczywistość”. Rozprawkę maturalną pisze się na podstawie dwóch wybranych utworów literackich. Jeśli przykładowa uczennica wybrałaby, dajmy na to, pisanie w swoim wypracowaniu o „wpływie pracy na człowieka” na podstawie Lalki (Ignacy Rzecki jako bohater całym sercem oddany prowadzeniu sklepu Wokulskiego, nawet na wakacje, biedaczek, nie mógł spokojnie wyjechać), a o „wpływie pracy na rzeczywistość otaczającą człowieka” na podstawie Dżumy (Rieux i ocalanie społeczności Oranu, wiadomo), to teoretycznie dobry pomysł, ale w praktyce biedne dziewczę właśnie straciło ogromną część punktów za tzw. KLiK (kompetencje literackie i kulturowe). W instrukcjach dla egzaminatorów podano bowiem, że zgodnie z koncepcją tego tematu należało napisać w każdym utworze z osobna o obu aspektach pracy, czyli najpierw o „wpływie pracy na człowieka” i „…na otaczającą go rzeczywistość” w Lalce, a potem w drugim utworze.

Lubię myśleć o egzaminie kończącym szkołę jako o, powiedzmy poetycko, zrywaniu owoców wysiłku edukacyjnego. Tyle lat pracy, czytania, pisania, podlewania, wzrastania, a oto kosz rumianych jabłek z drzewka wiedzy i umiejętności. Niestety obecna formuła maturalna z polskiego przypomina mi raczej koszenie trawy. Takiej wyschniętej. W upał.

Prace domowe

Jeśli zastanawiacie się, czy w końcu wolno zadawać prace domowe, czy nie wolno tego robić, bo coś Wam się obiło o uszy, ale potem zmieniali, więc nie wiecie, jak to w końcu jest, śpieszę z szeregiem sprostowań: wolno, ale nie na ocenę, ale trzeba zadaną pracę domową sprawdzić, ale uczeń nie ma obowiązku zrobienia zadanej pracy domowej, ale w klasach 1-3 odrabianie jej jest jednak obowiązkowe ze względu na konieczność usprawniania grafomotoryki – bez praktyki małe łapki nie nauczą się czytelnie pisać odręcznie – jednak prac praktyczno-technicznych do domu zadawać nie wolno, wolno za to zadawać wycinanki (?). Co więcej, gdy się pracuje z maluchami, to wolno zadawać do czytania w domu lektury i do nauki na pamięć wierszyki, ale wyłącznie nieobowiązkowo. W klasach 4-8 jest to już obowiązkowe, ale zadawanie do domu zadań do odrobienia, na przykład z matematyki, jest stanowczo nieobowiązkowe (ale obowiązkowo trzeba je sprawdzić, jeśli się nieobowiązkowo zada).

Regulacji dotyczących szkół ponadpodstawowych nie wprowadzono, więc problem mnie nie dotyczy, łączę się jednak w bólu z nauczycielami i nauczycielkami z innych etapów nauczania, gdyż pośród tych wszystkich drobiazgowych wytycznych (wyżej przedstawiłam tylko niektóre) kryją się dwie przykrości.

Pierwsza to presupozycja, że regulacje są nieodzowne, gdyż sami nauczyciele i nauczycielki rzekomo nie mają kompetencji, by rozpoznać potrzeby i możliwości podopiecznych. Taki wniosek wyłania się z powziętych działań MEN-u: stwórzmy listę zakazów i praw nauczyciela w zakresie zadawania pracy własnej, bo sam nie umie albo nie powinien o tym decydować. Tymczasem oddziały uczniowskie są zróżnicowane, metodologia pracy jest uwarunkowana specyfiką nauczanego przedmiotu, a szkoła to środowisko zmienne i chaotyczne (cyrk, jak już mówiłam), w którym sztywne wytyczne często zawodzą. Ja tam prac domowych nie zadawałam niemal nigdy – przeważnie byłam w stanie tak zorganizować warunki pracy na lekcji, by nie było to konieczne – ale czasem się zdarzyło.

Przykład? Z reguły pisało się u mnie w trakcie lekcji, bo nie miałam ochoty sprawdzać wypracowań pisanych przez korepetytora, mamę, wujka polonistę, stronę internetową z gotowcami (dziś: przez ChatGPT), ale gdy zdarzało mi się sięgać po wyjątkowo twórcze, niekonwencjonalne tematy, wiedziałam, że lepiej sprawdzi się wyciszenie, czas do namysłu. Moja przyjaciółka, też humanistka, zawsze zasiada do pisania po spacerze, twierdzi, że wtedy „samo się pisze”. Bywa też tak, że dodatkowy czas w domu na realizowanie zadań po prostu pomaga przemyśleć, utrwalić materiał, szczególnie gdy czas goni, a dana klasa była na tygodniowej wycieczce lub połowa chorowała na grypę.

Nie mam problemu z nieobowiązkowością prac domowych. Staram się po swojemu pracować nad motywacją wewnętrzną uczniów i uczennic i to dla mnie zrozumiałe, że ktoś może po prostu nie interesować się przedmiotem, którego nauczam, nie mieć ambicji, by zdobywać najwyższe noty z polskiego. Ale lubię myśleć o sobie z szacunkiem zawodowym. Nie potrzebuję, by mi palcem pokazywano, jak mam nauczać.

Jeśli do tego stopnia nie ufa się nauczycielom, może rzeczywiście powinna nas zastąpić sztuczna inteligencja.

Może ona by wyjaśniła decydentom, że nakaz sprawdzania każdej pracy domowej z osobna (bo do tego sprowadzają się tegoroczne uściślenia) sprawi, że zadawać się nie będzie już w ogóle. Jasne, byłoby wspaniale dawać każdemu dziecku i nastolatkowi pełną informację zwrotną na temat zadania domowego, ale w dzisiejszych realiach szkolnych nikt nie ma na to czasu. Zawsze można było poprosić, by chętne osoby przeczytały na głos, jak sobie poradziły z danym zagadnieniem. Zaprosić do sprawdzenia sobie nawzajem, w parach. Wziąć parę zeszytów wyrywkowo. Poprosić osoby, które nie umiały sobie poradzić z rozwiązaniem, by przyszły przed lekcją albo po niej po konsultację. Od tego roku szkolnego na etapie szkoły podstawowej takie praktyki będą niezgodne z rozporządzeniem o zadawaniu prac domowych.

Jeśli przyjdzie Wam do głowy zapytać nauczycielkę lub nauczyciela, jak podnieść dobrostan społeczności szkolnej i jakość nauczania, jak to zrobić, by dzieci były bardziej zmotywowane, by się wszyscy czuli w środowisku edukacyjnym lepiej i sensowniej, odpowie od razu. To żadna tajemnica. Trzeba zmniejszyć liczbę osób w klasie (bardzo trudno się indywidualizuje nauczanie w ponad 30-osobowej grupie) i dać nauczycielkom i nauczycielom takie podwyżki, by do zawodu garnęli się najlepsi, a potem dać im wolną rękę.

Jednakowoż to powstrzymałoby proces prywatyzacji polskiej edukacji, do którego politycy różnych opcji przykładają się od lat i, może z przyczyn elitarystycznych, a może ideologicznych, nawet nie próbują mu przeciwdziałać.

Wesołego nowego roku szkolnego!

Aleksandra Korczak

Wyróżniona w konkursie Nauczyciela Roku nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii. Ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ekspertką do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej, a także nagradzaną poetką performatywną.

Komentarze