0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Od kilku lat w mediach coraz bardziej przebija się temat europejskiej suwerenności technologicznej. Na europejską alternatywę dla Google'a i Microsoftu jeszcze przed premierą spadły oskarżenia o rosyjskie powiązania, na unijnych polityków – o nadmierne sprzyjanie amerykańskim korporacjom technologicznym. Czy te zarzuty są uzasadnione?

Pakiet na rzecz suwerenności

3 czerwca Komisja Europejska przedstawiła potężny pakiet na rzecz europejskiej suwerenności technologicznej. Ma on przyspieszyć cyfrowy rozwój EU i ma uwolnić Europę od rozwiązań z zewnątrz.

„Nie możemy sobie pozwolić na zależność od innych w zakresie technologii, które zapewniają działanie naszych szpitali, stabilność sieci energetycznych i bezpieczeństwo usług” – powiedziała przewodnicząca KE, Ursula von der Leyen, podkreślając przy tym, że Europa dysponuje zarówno talentami, jak i odpowiednią bazą przemysłową.

W skład nowego unijnego pakietu wchodzą:

Chips Act 2.0 to kolejna już regulacja (po europejskim akcie w sprawie chipów), która ma pomóc europejskim firmom zajmującym się produkcją układów scalonych, potocznie zwanych chipami lub półprzewodnikami (komponentami obecnymi w zasadzie wszystkich produktach elektronicznych).

Zakłada ograniczenie zależności od zewnętrznych dostawców, wspieranie rodzimych przedsiębiorstw, finansowanie innowacji, ułatwienia proceduralne, poprawienie warunków prowadzenia badań naukowych w omawianej dziedzinie, a także zagwarantowanie, że nowe produkty będą dostosowane do potrzeb europejskiego przemysłu i szybciej dotrą na rynek. Zamówienia publiczne mają uwzględniać rodzime firmy, aby wzmacniać europejski wzrost gospodarczy. Poszczególne regiony miałyby ułatwiać inwestycje w obszarze półprzewodników.

Cloud and AI Development Act (CADA), czyli Akt w sprawie rozwoju chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji, ma teoretycznie wzmocnić europejską suwerenność w sektorze AI, centrów danych czy zdolności obliczeniowych, oferując przystępne usługi dla europejskiego biznesu i administracji, aby zmniejszyć ich zależność od zewnętrznych usług chmurowych.

Europa ma – jak czytamy na stronach Komisji Europejskiej – przyspieszyć „wdrażanie chmury i sztucznej inteligencji w sektorach krytycznych, przy jednoczesnym zachowaniu otwartości rynku na naszych partnerów”. CADA zakłada też m.in. przyjęcie przez państwa członkowskie „krajowych strategii w zakresie chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji”, inwestycje w badania i innowacje, minimum trzykrotne zwiększenie zdolności przetwarzania danych w UE (w ciągu 5-7 lat), ułatwienia dla producentów w postaci przyspieszonych procedur i w dostępie do kluczowych zasobów, a także – podobnie jak w przypadki Chips Act 2.0 – promowanie unijnych przedsiębiorstw i uwzględnianie ich w przetargach publicznych.

Doprecyzowano też kwestie dotyczące suwerenności, wprowadzając jej 4-stopniową skalę. Pierwszy poziom zakłada przechowywanie danych w infrastrukturze zlokalizowanej w UE, drugi – niezależność dostawców od państw trzecich i przejrzystość łańcucha dostaw – tak, aby uniemożliwić zdalne wyłączenie usługi.

Trzeci zakłada, że nie tylko infrastruktura musi znajdować się w Europie, ale też firma ją kontrolująca musi być europejska lub zostać uznana przez UE za równoważną z firmami europejskimi.

Czwarty poziom wymaga, aby dostawcy pozostali wolni od jakiejkolwiek ingerencji państw trzecich, byli transparentni i w pełni kontrolowali cały łańcuch dostaw.

Państwa członkowskie same mają ocenić, który stopień suwerenności przypiszą poszczególnym obszarom.

Przeczytaj także:

Cyfryzacja sektora energetycznego

Strategiczny plan działania na rzecz cyfryzacji i sztucznej inteligencji w sektorze energetycznym (Strategic roadmap for digitalisation and AI in energy) ma być odpowiedzią na sytuację geopolityczną, rosnące ceny i wzrastającą rolę zastosowań cyfrowych w energetyce. Jego autorzy wierzą, że dzięki zastosowaniom AI uda się zmniejszyć popyt na energię elektryczną, zwiększyć wydajność i zaoszczędzić na rachunkach. Miałoby się to przełożyć na oszczędności rzędu 71 mld euro (w przypadku konsumentów) i 94 mld euro (w zastosowaniach przemysłowych) rocznie.

Plan bazuje na 3 filarach.

Pierwszy – „energia dla AI” – ma przy pomocy czystej energii zwiększyć wydajność i konkurencyjność centrów danych, nie powodując przy tym jeszcze większego przeciążenia sieci i nie doprowadzając do wzrostu cen energii elektrycznej.

Filar drugi to „Cyfryzacja i AI w systemie energetycznym”. Zakłada wdrażanie rozwiązań sztucznej inteligencji w całym łańcuchu dostaw energii, w celu stworzenia inteligentnych sieci energetycznych, ułatwiających efektywne zarządzanie zasobami, a także wykorzystujących dane oraz AI do ograniczenia ryzyka związanego z klęskami żywiołowymi.

Sieci miałyby być sterowane europejskimi modelami AI. W związku z tym KE zapowiada, że będzie wspierać rozwój otwartoźródłowych narzędzi sztucznej inteligencji.

Filar trzeci to dane dla sztucznej inteligencji i systemu energetycznego. Dotyczy wymiany danych w omawianych obszarach, aby ta stała się prostsza i bardziej wydajna.

Otwarte źródła

Europejska strategia open source (otwartego oprogramowania, dalej OSS) zakłada promowanie europejskich alternatyw open source, w opozycji do pozaunijnych rozwiązań bazujących na zamkniętym kodzie.

OSS charakteryzuje się tym, że jego kod jest publicznie dostępny. Twórcy danego projektu udzielają innym licencji na jego modyfikowanie i wykorzystanie. Ułatwia to zarówno prace nad aplikacjami (nie trzeba zaczynać pisania wszystkiego „od zera”), dostosowywanie ich do nowych wymogów, jak i zgłaszanie błędów.

Pozwala też obniżyć koszty i zachować kontrolę nad kodem, który w przypadku rozwiązań zamkniętoźródłowych rodziłby dużo większą zależność od wsparcia producenta. Open source w administracji publicznej oznacza większą kontrolę nad infrastrukturą, interoperacyjność i mniejszą zależność od jednego dostawcy.

Otwarte oprogramowanie ma jeszcze inne aspekty, ważne z punktu widzenia demokracji. Chodzi o przejrzystość – otwartoźródłowe aplikacje państwowe dają gwarancje, że nie ukryto w nich potajemnie innych, szkodliwych dla użytkownika, funkcji. Nie bez znaczenia jest też finansowanie z kieszeni podatników. Inicjatywa „public money, public code” zwraca uwagę, że kod finansowany z podatków obywateli powinien być dla nich publicznie dostępny.

Chociaż autorzy unijnego pakietu na rzecz suwerenności podkreślają „europejskość” otwartoźródłowych rozwiązań, warto zaznaczyć, że otwarty kod nie jest z automatu europejski. Możemy się spotkać zarówno z otwartoźródłowymi, chińskimi czy amerykańskimi aplikacjami, jak i z europejskimi programami o zamkniętym kodzie.

Unijna strategia zakłada, że OSS, wykorzystywane zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym, będzie stanowić centrum europejskiej suwerenności cyfrowej. Autorzy dokumentu zwracają uwagę, że UE wydaje obecnie 264 mld euro rocznie na oprogramowanie od dostawców zewnętrznych – zwykle są to rozwiązania z USA.

Unijna strategia zapowiada promowanie rozwiązań open source w kluczowych dziedzinach unijnej polityki (jak np. – europejski portfel tożsamości cyfrowej). Unia planuje opracować otwartoźródłowe alternatywy w usługach publicznych, promować OSS w różnych obszarach – od produkcji chipów, po AI. Administracja publiczna ma nie tylko korzystać z otwartego oprogramowania, ale też je współtworzyć, ustalając stosowne procedury podczas rozpisywania przetargów na zamówienia publiczne.

Projekty stawiające na OSS mają być traktowane priorytetowo we wszystkich obszarach technologicznych – od półprzewodników, po chmurę obliczeniową. Autorzy zapowiadają też wzmocnienie roli dotychczasowych unijnych inicjatyw na rzecz otwartego oprogramowania, dbałość o kwestie dotyczące bezpieczeństwa, szkolenia, wsparcie dla startupów oraz promowanie unijnych twórców oprogramowania open source na arenie międzynarodowej.

Komisja przypomina o już działających inicjatywach, jak np. Next Generation Internet Initiative (NGI – internet nowej generacji, bardziej zdecentralizowany i przyjazny ludziom), Simpl (platforma udostępniająca darmowe open source komponenty, zgodne z unijnymi normami) czy Chips Joint Undertaking – inicjatywę na rzecz europejskich półprzewodników.

Europejskie oprogramowanie

Unijne regulacje nie powstają więc w próżni. W Europie nie brakuje talentów, firm i inicjatyw z sektora technologicznego. Do tej pory rola wielu z nich była jednak marginalizowana – nie miały takich zasobów czy marketingu, co konkurencja z Chin czy USA. Teraz, gdy wzrosła świadomość społeczna i polityczna na temat suwerenności cyfrowej, europejskie inicjatywy mogą zyskać na znaczeniu.

Jedną z nich jest Euro-Office, o którym na polskim gruncie pisali już Maciej Gajewski czy Paweł Czajkowski. To chmurowe oprogramowanie biurowe, którego oficjalna premiera miała miejsce 9 czerwca, chociaż pasjonaci mogli się z nim zetknąć już wcześniej.

Narzędzie jest porównywalne do Microsoft 365 czy Google Docs (podobnych usług amerykańskich gigantów). Umożliwia pracę na edytorach tekstu, arkuszach kalkulacyjnych czy prezentacjach, współdzielenie dokumentów i współpracę wielu użytkowników przy tych samych projektach.

Obsługuje większość popularnych formatów (m. in. DOCX, ODT, PPTX, PDF, and TXT) – co w praktyce oznacza, że będzie kompatybilne z dokumentami utworzonymi przy pomocy produktów innych producentów. Efekty pracy można pobrać na swoje urządzenie lub zapisać w aplikacji.

Za przedsięwzięciem stoi szereg europejskich firm i inicjatyw, m.in. Nextcloud (znana z rozwiązań do chmurowej pracy biurowej pod kontrolą użytkownika), IONOS (kojarzony głównie z hostingiem), Eurostack (projekt poświęcony europejskiej suwerenności cyfrowej), OfficeEU (pakiet biurowy), Proton czy Tuta (najbardziej znane z usług pocztowych).

Rosyjski ślad

Jednak jeszcze przed oficjalną premierą projektu wybuchł skandal. Oprogramowanie Euro-Office bazuje bowiem na kodzie autorstwa OnlyOffice – podobnego opensourceowego pakietu biurowego. OnlyOffice jest firmą z rosyjskimi konotacjami. Media zaczęły więc straszyć, że europejskie oprogramowanie jest podatne na rosyjską ingerencję. Dodatkowo twórcy samego OnlyOffice zarzucają Euro-Office bezprawne naruszenie licencji.

O co w tym wszystkim chodzi?

OnlyOffice, na którego kodzie bazuje Euro-Office, jest pakietem zarejestrowanej na Łotwie spółki Ascensio System SIA, będącej częścią grupy ONLYOFFICE Capital Group Pte. Ltd zarejestrowanej w Singapurze.

Firma ma jednak rosyjskie konotacje, jej dyrektor generalny – Lev Bannov, ma (oprócz tureckiego) także rosyjskie obywatelstwo. Firma formalnie wycofała się z Rosji w 2019 roku, wciąż jednak zarzuca się jej rosyjskie powiązania.

Dziennikarze portalu cybernews, którzy przeanalizowali kod Euro-Office, zauważyli, że 99% kodu miało powstać „w rosyjskiej strefie czasowej”. Ponadto rozwiązanie EuroOffiice na system Android ma zawierać kod, który pobiera pakiet „z nieznanego zasobu w chmurze”.

Analitycy cybernews zwracają uwagę, iż każda zmiana w kodzie otrzymuje specjalny, unikalny znacznik, tzw. fingerprint (odcisk palca) – i nie jest możliwe, aby dwa identyczne istniały w niepowiązanych ze sobą projektach. Tyle że – jak przyznają sami dziennikarze – najnowsza zmiana, zarejestrowana zarówno w OnlyOffice, jak i Euro-Office, pochodzi z 5 marca 2026 roku.

Euro-Office formalnie odłączył się od OnlyOffice 27 marca 2026 roku – „ponieważ współpraca nie była możliwa z wielu powodów, w tym z powodu braku przejrzystości i domniemanych powiązań z Rosją”.

Czy więc obawy o to, że Euro-Office umożliwia Rosjanom dodawanie złośliwych elementów do kodu, są uzasadnione?

W przypadku zamkniętego kodu rzeczywiście należałoby mieć takie obawy. Tutaj właśnie objawia się przewaga otwartoźródłowych rozwiązań. W ich przypadku liczy się nie tylko to, kto napisał kod – ale też, kto go przejrzał i zatwierdził. Mówiąc wprost: jeśli w kodzie OnlyOffice zostałyby dodane jakieś elementy umożliwiające implementację złośliwego oprogramowania, każdy, łącznie z programistami Euro-Office, mógłby je zobaczyć, ponieważ w OSS kod jest z definicji ogólnodostępny.

Kolejna przewaga otwartoźródłowych rozwiązań to właśnie możliwość rozwijania projektu niezależnie od pierwowzoru – i właśnie to zrobili twórcy Euro-Office.

Innymi słowy: nawet jeśli kod europejskiego pakietu został napisany w większości przez Rosjan, to Europejczycy mieli szansę go przeczytać oraz przetestować (i przyjąć – uznając, że jest bezpieczny lub wprowadzić modyfikacje, gdyby coś ich zaniepokoiło).

Oba projekty zostały już rozdzielone – czyli Euro-Office będzie się dalej rozwijać niezależnie, już tylko pod europejską egidą.

Osobna sprawa to kwestia licencji. Open source polega na tym, że upublicznia się kod oprogramowania tak, aby każdy mógł go wykorzystać. Pod warunkiem, że kod nowego produktu także pozostanie otwartoźródłowy. W ramach samego OSS istnieje wiele różnych licencji. Z punktu widzenia przeciętnego użytkownika różnią się niezbyt istotnymi detalami.

OnlyOffice działa na licencji AGPLv3 – umożliwiającej dowolne korzystanie z kodu w celu stworzenia własnego produktu, jeśli ten zostanie wypuszczony na podobnych zasadach i jego kod także zostanie upubliczniony.

Punkt 7 tej licencji pozwala twórcy na określenie dodatkowych wymagań, jakie muszą spełnić osoby korzystające z jego kodu. Wymagania te jednak nie mogą stać w sprzeczności z założeniami otwartego oprogramowania.

OnlyOffice zarzuciło Euro-Office łamanie prawa autorskiego. W ramach dodatkowych wymagań zastrzegło sobie bowiem możliwość wykorzystania ich kodu jedynie pod warunkiem, że korzystający zachowa logo produktu, a jednocześnie nie będzie używać znaków towarowych właściciela prawo autorskich.

Tymczasem Euro-Office usunął i logo OnlyOffice, i jego wymagania z własnej licencji pakietu – uznając ja za niezgodne z AGPLv3. Wygląda więc na to, że jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z naruszeniem licencji – to nie po stronie Euro-Office, a samego OnlyOffice.

AGPLv3 pozwala bowiem na dodanie własnych warunków – ale także na ich usunięcie przez osoby wykorzystujące dalej kod. Tak przynajmniej wynika ze stanowiska Free Software Foundation, odpowiedzialnej za licencję AGPLv3.

„AGPLv3 jasno stanowi, że zezwala wszystkim licencjobiorcom na usunięcie dodatkowych warunków, stanowiących »dalsze ograniczenia« w ramach (A)AGPLv3” – czytamy na stronie fundacji.

Czy mimo tych kontrowersji Euro-Office okaże się realną alternatywą dla usług amerykańskich big techów? Trudno powiedzieć. Powyższe kwestie nie są raczej interesujące z punktu widzenia przeciętnego użytkownika, dla którego liczy się funkcjonalność, cena czy rozpoznawalność i renoma marki.

Jeśli chodzi o funkcjonalność – każda tego typu inicjatywa potrzebuje czasu, by zacząć realnie odpowiadać na wymagania użytkowników (pisałam o tym szerzej w OKO.press w artykule dotyczącym odejścia od Microsoftu), jest więc po prostu za wcześnie, by to ocenić.

Pod względem rozpoznawalności Euro-Office na pewno radzi sobie lepiej niż niszowe projekty pojedynczych pasjonatów. Fakt, że za oprogramowaniem stoją firmy mające już pewną renomę, daje nadzieję, że Euro-Office spotka się z szerszym przyjęciem.

Pokonać przyzwyczajenia

Jednak nawet jeśli usługa będzie w 100% funkcjonalna, problemem okaże coś innego: przyzwyczajanie użytkowników, których trzeba przekonać, by zrezygnowali z lubianego i znanego oprogramowania na rzecz czegoś nowego. A to nigdy nie jest łatwe: przeciętny użytkownik czy przedsiębiorca nie interesuje się suwerennością cyfrową, bo ma dość innych problemów. W pracy nad dokumentami nie chce myśleć o polityce.

Paradoksalnie więc europejski pakiet może wygrać ceną – ludzie, którzy niekoniecznie zastanawiają się nad kwestią europejskich wartości czy suwerenności cyfrowej, mogą zwrócić się w kierunku Euro-Office jako bardziej opłacalnej alternatywy względem produktów Microsoftu.

Jeśli jednak chodzi o użytkowników indywidualnych, może być trudno przekonać ich do nowego oprogramowania, skoro googlowego i microsoftowego używają już od pierwszych klas podstawówki. Zwłaszcza że te są znane i działają, a Euro-Office na obecnym etapie wciąż jest raczej ciekawostką dla pasjonatów, a nie produktem dla przeciętnego, nietechnicznego i niezaznajomionego z europejskimi alternatywami człowieka, który nie będzie wiedział, jak zacząć korzystać z usługi.

Pozostaje nadzieja, że za jakiś czas się to zmieni.

Póki jednak europejskie oprogramowanie nie zadomowi się w szkołach równie mocno, co amerykańskie, pozostanie domeną korzystających z niego profesjonalistów i pasjonatów. Europejskie alternatywy istnieją przecież od lat – a mimo to wciąż przegrywają z amerykańską konkurencją.

Zamieszanie, jakie wybuchło wokół Euro-Office, na pewno przyczyni się do jego rozpoznawalności – ale siłą rzeczy niekoniecznie w pozytywnym aspekcie.

Kontrowersje wokół unijnego pakietu

Dużo większe kontrowersje, niż omawiana wyżej, jakby na to nie patrzeć – prywatna inicjatywa, budzą jednak działania samych polityków i proponowany przez nich pakiet na rzecz suwerenności.

Krytycy zwracają uwagę, że CADA pozostawia amerykańskim big techom duże pole manewru. W praktyce wciąż pozostaną domyślnym wyborem.

Serwis netzpolitik.org opisuje problem szerzej. Podkreśla, jak łagodnie CADA traktuje amerykańskie korporacje. Pierwszy poziom suwerenności oznacza de facto otwarte drzwi dla Google'a, Microsoftu czy Amazona, już posiadających swoje centra danych Europie (ale zapewniając dostęp do nich amerykańskim władzom na podstawie Cloud Act).

Tymczasem, uwzględniając historię umów i porozumień między UE a USA, jest prawdopodobne, że UE uzna amerykańskich dostawców za adekwatnych z tymi europejskimi, umożliwiając im osiągnięcie trzeciego poziomu europejskiej suwerenności.

W praktyce oznacza to, że wrażliwe dane Europejczyków, łącznie z tymi dotyczącymi stanu zdrowia czy wymiaru sprawiedliwości, trafiałyby w ręce amerykańskich dostawców.

Najwyższy, czwarty poziom bezpieczeństwa, byłby dla amerykańskich firm rzeczywiście nieosiągalny. Ma on dotyczyć sektora obronnego. Warto, aby nasz MON, planujący podpisanie umów z amerykańskim Palantirem, miał ten aspekt na względzie.

Krytycy innego unijnego pakietu, Cyfrowego Omnibusa, zwracali uwagę, że ułatwi on życie przede wszystkim amerykańskim big techom, które już się zadomowiły na rynku.

Uwzględniając, że europejskie startupy mogą zostać wykupione przez zagraniczne firmy czy wchodzić z nimi we współpracę, a UE podkreśla otwartość rynku na zagranicznych partnerów – wszystko to wskazuje, że Pakiet na rzecz suwerenności także przysłuży się głównie firmom technologicznym zza oceanu.

Interesy społeczności lokalnych

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. CADA zakłada m.in. „uproszczenie i przyspieszenie wydawania zezwoleń i rozmieszczania centrów przetwarzania danych”, a jednocześnie dodaje się, że „zdecydowana większość rynku ma pozostać otwarta dla partnerów”.

Uwzględniając, że już teraz budowa centrów danych budzi liczne kontrowersje, jest zwykle owiana nimbem tajemnicy, a sąsiedzi takich inwestycji skarżą się na rosnące rachunki za energię elektryczną czy problem z dostępem do wody, należy zadać pytanie: czy to na pewno branża Data Center potrzebuje ułatwień? Czy raczej zwykli ludzie, którzy są zmuszeni mieszkać i żyć w sąsiedztwie takich inwestycji?

Z drugiej strony – globalny rynek technologiczny będzie się rozwijał tak czy inaczej, a Europa, zarówno na poziomie państwa i biznesu, jak i zwykłych mieszkańców, będzie chciała z tej technologii korzystać.

Suwerenność technologiczna jest więc w naszym interesie. Pozostaje znalezienie kompromisów, które z jednej strony umożliwią działania rodzimym przedsiębiorcom, a z drugiej – nie uderzą w prawa zwykłych ludzi. Tymczasem w deklaracjach unijnych polityków widać bardzo duże zaufanie do technologii, a jednocześnie nie widać tam troski o drugiego człowieka.

Teoretycznie pewne nadzieje powinien budzić zrównoważony rozwój. Strategiczny plan działania na rzecz cyfryzacji i sztucznej inteligencji w sektorze energetycznym przewiduje właśnie włączanie centrów danych do systemu energetycznego w sposób przejrzysty i zrównoważony. Zakłada rozmowy trójstronne między przedstawicielami sektora energetycznego, centrów danych i władz publicznych.

Trudno nie zauważyć, że stronę społeczną pominięto.

W praktyce mieszkańcy lokalnych społeczności mogą zostać postawieni przed faktem dokonanym, że w ich okolicy powstanie centrum danych należące do Microsoftu czy Google'a, którym unijni urzędnicy ułatwili działania – i to w imię dążenia do europejskiej suwerenności.

Ukłony w stronę przedsiębiorców uderzą w interesy i godność zwykłych ludzi, zmuszonych ponosić koszta takich inwestycji. Może to finalnie doprowadzić do wzrostu antyunijnych nastrojów wśród samych mieszkańców. A chyba nie o to chodzi.

Zbieranie danych i prawa człowieka

Jest jeszcze jedna kwestia, która w tym wszystkim umyka. Dyskutując nad tym, komu powierzyć nasze dane, przestajemy pytać, czy te w ogóle powinny być w takim zakresie gromadzone. Skupiamy się na tym, kto będzie dostawcą sztucznej inteligencji – a nie na tym, czy jej wykorzystanie w omawianych zakresach rzeczywiście jest konieczne.

Deklaracje unijnych polityków cechuje bezrefleksyjna wiara w możliwości, jakie daje technologia – bez adekwatnych rozważań na temat związanych z nią zagrożeń. Pojawia się refleksja odnośnie zbytniego uzależnienia UE od zewnętrznych dostawców – ale brakuje tej odnośnie nadmiernego uzależnienia od cyfrowych usług per se.

Droga do europejskiej suwerenności jest trudna.

Związane z nią działania, i te publiczne, i te prywatne, będą się spotykać z krytyką z różnych stron. Wrogim reżimom silna Europa jest nie na rękę. Sojusznicy będą chcieli, aby państwa unijne wciąż pozostawały od nich zależne. Konkurencja natomiast będzie się obawiać, że europejskie alternatywy zagrożą ich pozycji rynkowej.

Z tej perspektywy każda krytyka europejskich inicjatyw może zostać potraktowana jako działanie na rzeczy amerykańskich firm. Trudno jednak nie krytykować pomysłu, w którym wiele mówi się o europejskim przywództwie, a realnie mało robi w kwestii uniezależnienia UE od zewnętrznych dostawców. I zgodnie z którym politycy zdają się z większym entuzjazmem podchodzić do technologii, niż do zachowania praw człowieka.

Niektóre elementy Pakietu na rzecz suwerenności rzeczywiście stanowią krok w dobrą stronę. Inne jednak bardziej przysłużą się amerykańskim korporacjom niż mieszkańcom Europy.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Joanna Cisowska
Joanna Cisowska

Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.

Komentarze