Państwa unijne chcą uniezależnić swoją administrację od amerykańskich dostawców. To bardzo trudny, ale konieczny proces. Tymczasem w Polsce skala sojuszu państwa z big techami może przerażać. Choć i u nas są już iskierki nadziei, nie będzie jednak łatwo zmienić przyzwyczajenia
8 kwietnia 2026 DINUM – francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji zapowiedziała rezygnację z systemu operacyjnego Windows na rzecz Linuxa. Pozostałe agencje i resorty do jesieni 2026 roku muszą opracować plany zmniejszenia uzależnienia od pozaeuropejskich dostawców, uwzględniając cały szereg produktów i usług, od systemów operacyjnych, poprzez narzędzia do komunikacji i pracy biurowej, po sztuczną inteligencję i usługi chmurowe.
„Suwerenność cyfrowa nie jest opcją, jest strategiczną koniecznością” – powiedziała Anne Le Hénanff, francuska minister ds. sztucznej inteligencji i cyfryzacji.
To część szerszej, nie tylko francuskiej strategii, polegającej na uniezależnianiu się od zewnętrznych dostawców na rzecz europejskiej suwerenności cyfrowej.
Niderlandy zapowiadają „przejęcie kontroli nad własnymi danymi, infrastrukturą cyfrową i technologią”. Minionego lata duńskie Ministerstwo Cyfryzacji pilotażowo zaczęło stosować oprogramowanie LibreOffice (pakiet biurowy z otwartym kodem).
Norwegia widzi sojusznika w Kanadzie i rozważa dołączenie do niemiecko-kanadyjskiego Sovereign Technology Alliance. Niemiecki minister cyfryzacji Karsten Wildberger zadeklarował stopniowe uniezależnianie administracji i organów bezpieczeństwa od amerykańskich Microsoftu i Palantira.
W Niemczech podejmowano dotąd próby uniezależnienia się od amerykańskich big techów na poziomie poszczególnych landów. Szlezwik-Holsztyn wdrażał oprogramowanie open source od 2024 roku – zaczynając od LibreOffice jako pakietu biurowego.
Później przyszła kolej na pocztę. „Przenieśliśmy 110 milionów wpisów z kalendarza i e-maili do nowego systemu” – powiedział tamtejszy minister cyfryzacji, Dirk Schrödter, zwracając jednocześnie uwagę, że zmianom towarzyszą szkolenia oraz doradztwo dla pracowników administracji, dla których taka zmiana jest trudna.
Z czasem MicrosoftSharePoint (chmurowe narzędzie Microsoftu wykorzystywane m.in. do pracy zespołowej, współdzielenia dokumentów czy tworzenia witryn informacyjnych) ma zostać wyparte przez europejskie Nextcloud. Docelowo kraj chce przenieść całą administrację na Linuxa. Jak podaje serwis TheNextWeb –
Szlezwik-Holsztyn do początku 2026 roku przeniósł na Linuxa 30 000 stacji roboczych, oszczędzając na samych licencjach 15 mln euro.
W raporcie Digital Sovereignty Index (DSI – Indeks Suwerenności Cyfrowej), uwzględniającym wykorzystanie własnej infrastruktury hostingowej, na pierwszym miejscu wyróżniono Finlandię.
Uchodząca w UE za forpocztę cyfrowej suwerenności Francja zajmuje tam 4 miejsce (poza Finlandią, wyprzedzają ją Niemcy i Niderlandy).
Francja już teraz dysponuje własnym pakietem biurowym La Suite Numérique, który poza typowymi programami do pracy biurowej, zawiera także oprogramowanie do wideokonferencji Visio czy komunikator Tchap, zapewniający szyfrowanie end-to-end. Do 2027 roku Visio ma zastąpić Zoom (popularną amerykańską platformę do wideokonferencji należącą do Zoom Communications) i Teams (analogiczne narzędzie firmy Microsoft) na urządzeniach 2,5 mln urzędników.
Szlak przetarła Francuska Żandarmeria Narodowa (Gendarmerie Nationale), która od 2004 roku stopniowo stosowała oprogramowanie popularne zarówno wśród użytkowników Windowsa, jak i Linuxa: jak pakiet biurowy OpenOffice czy przeglądarkę Firefox. Finalnie w 2008 roku powstało GendBuntu – bazująca na Ubuntu (to system operacyjny na Linuxie) dystrybucja Linuxa dedykowana francuskiej armii. W 2024 roku na GendBuntu działało 97 proc. należących do wojska komputerów – co pozwoliło zmniejszyć koszta o ok. 40 proc. i zaoszczędzić na licencjach 2 mln euro rocznie.
Zmiany zachodzą nie tylko na poziomie państw. W 2025 roku utworzono nowe europejskie konsorcjum. European Digital Infrastructure Consortium for Digital Commons (DC-EDIC) powstałe z inicjatywy Niemiec, Holandii, Francji i Włoch, aby pracować nad uniezależnieniem europejskiej infrastruktury od amerykańskich big techów.
W listopadzie 2025 roku pod egidą Francji i Niemiec odbył się szczyt na rzecz europejskiej suwerenności cyfrowej.
Szacuje się, że w 2027 roku Europa wyda na niezależną infrastrukturę chmurową więcej niż USA: ponad 23 mld dolarów (w porównaniu z niespełna 7 mld w 2025).
Szerzej zagadnienia związane z techsuwerennością opisał Jan Jęcz w raporcie dla Polityki Insight. Widzi ją jako możliwość rozwoju technologii przy jednoczesnej możliwości współpracy z zewnętrznymi partnerami.
Chociaż temat jest podnoszony od dawna, to polityka Donalda Trumpa za jego drugiej prezydentury sprawiła, że państwa unijne zintensyfikowały działania w tym obszarze, a temat przebił się do mainstreamu.
Dlaczego państwa europejskie powinny uniezależnić się od usług amerykańskich firm? Sześć powodów:
Po pierwsze – kwestie związane z cyberbezpieczeństwem. Dobrym przykładem będą kłopoty niemieckiej Bundeswehry z oprogramowaniem Cisco, mającym teoretycznie zapewniać poufną, wieloosobową komunikację audiowizualną.
Nie chodzi tylko o to, że narzędzie zaoferowane niemieckiej armii przez renomowaną firmę z USA umożliwiało udział w konferencjach osobom postronnym, ale też o to, że pracownicy Bundeswehry nie byli w stanie sami rozwiązać problemów. Pozostała im interwencja u przedstawicieli firmy, którzy lekceważyli sprawę, póki ta nie została nagłośniona przez media. Przy zamkniętym oprogramowaniu zewnętrznych dostawców jest się de facto skazanym na ich łaskę i niełaskę.
Po drugie – dane obywateli. „Nie możemy zagwarantować w Microsofcie ochrony danych osobowych Francuzów” – powiedział Anton Carniaux, jeden z szefów Microsoftu, podczas przesłuchania we francuskim parlamencie w czerwcu 2025 roku. Austriacka organizacja NOYB zwróciła uwagę, że Microsoft 365 Education, wielonarzędziowy pakiet dla szkół, nielegalnie instaluje pliki cookies na urządzeniach uczniów – i tamtejszy organ ochrony danych przyznał społecznikom rację.
W Niemczech korporacja Microsoft dwukrotnie otrzymała BigBrother Award – antynagrodę przyznawaną za inwigilację i brak poszanowania prywatności.
Po trzecie – chociaż korporacje starają się przekonywać, że wystarczy po prostu postawić serwerownie czy centra danych w europejskich krajach, to fizyczna zmiana lokalizacji niewiele zmienia. Sprawia, że Europejczycy biorą na swoje barki wszystkie problemy związane z budową i utrzymaniem takich miejsc (dokładniej problem z centrami danych opisała Sylwia Czubkowska w książce Bóg Techy), a amerykańskie władze USA i tak mają dostęp do przechowywanych w Europie danych. Zapewnia im to tzw. Cloud Act z 2018 roku.
Po czwarte – problemem są same amerykańskie władze i ich antyeuropejskie nastawienie. Nie chodzi tylko o groźby kierowane w stronę europejskich państw (sprawa np. Grenlandii), ale też o realne działania. Żądania Amerykanów wobec Europy są coraz większe – i nie chodzi bynajmniej tylko o cła. Dobry przykład stanowią wymagania nakładane na podróżnych czy wymóg, by EU udostępniła USA swoje bazy danych biometrycznych (szerzej pisałam na ten temat w OKO.press w tym artykule).
W grudniu 2025 USA nałożyły sankcje na 5 osób działających na rzecz praw człowieka czy europejskich regulacji: – m.in. na Thierry'ego Bretona (byłego komisarza UE ds. rynku wewnętrznego) czy Josephine Ballon i Anna-Lena von Hodenberg z organizacji HateAid.
Ukarani nie tylko nie otrzymają zgody na wjazd do USA – nie mogą też korzystać z amerykańskich usług technologicznych czy płatniczych. Wcześniej na amerykańską czarną listę trafili sędziowie Międzynarodowego Trybunału Karnego.
Nicolas Guillou, w wywiadzie udzielonym „LeMonde” opisywał, jak sankcje działają w praktyce:
„W praktyce już nie robisz zakupów online, bo nie wiesz, czy opakowanie produktu nie pochodzi z Ameryki. Bycie objętym sankcjami jest jak cofnięcie się do lat 90.” – powiedział Guillou.
Po piąte więc – dochodzi kwestia tego, jak bardzo i europejska ekonomia, i życie obywateli zależą od amerykańskich usług. Postawienie na technologiczną niezależność pozwoli przejąć kontrolę nad tymi aspektami, przyczyniając się jednocześnie do rozwoju rodzimej technologii i gospodarki.
Po szóste: koszty. Chociaż cena inwestycji we własne oprogramowanie i infrastrukturę może przerażać, to w długofalowej perspektywie takie działania się zwyczajnie kalkulują. Widać to na przykładzie Francji i Niemiec, gdzie migracja z Windowsa na Linuxa przynosi realne oszczędności.
Tymczasem Polska amerykańskimi big techami stoi. Szerzej problem z amerykańskimi firmami technologicznymi opisała Sylwia Czubkowska w książce pod wiele mówiącym tytułem „Bóg techy”. Na problem wpływów amerykańskich korporacji w polskiej polityce uwagę niejednokrotnie zwracali też Anna Wittenberg, Gosia Fraser, Michał „rysiek” Woźniak w OKO.press czy inni dziennikarze.
Serwis Kontrabanda regularnie zajmuje się kwestiami dotyczącymi suwerenności cyfrowej i uzależnienia polskiej administracji od korporacyjnych usług. Oliwier Jaszczyszyn opisał m.in. kontrowersje związane z systemem Eduwarszawa – cyfrową platformą do pracy i nauki, przeznaczoną dla uczniów i nauczycieli z warszawskich szkół.
To projekt bazujący na oprogramowaniu Microsoft, którego utrzymanie w latach 2020-2025 kosztowało łącznie ponad 32 mln zł.
Kwestie zależności państwa od technologicznych gigantów monitorują też społecznicy. Fundacje Panoptykon oraz ICD (Internet. Czas działać) podjęły działania na rzecz wycofania śledzących skryptów technologicznych gigantów z rządowych stron.
Panoptykon aktywnie podnosi też kwestie wdrożenia unijnej regulacji DSA (Akt o usługach cyfrowych) w Polsce. Jednak mimo starań ze strony społeczeństwa obywatelskiego, prezydent Karol Nawrocki zawetował wdrożenie DSA – interes amerykańskich big techów okazał się ważniejszy od interesów polskich obywateli.
Fundacja Instrat wzięła na tapetę problem uprzywilejowania Microsoftu w administracji publicznej. W swoim raporcie „Zamówienia na pozór otwarte” wykazała, że w przetargach na oprogramowanie biurowe w polskiej administracji w 99 proc. faworyzuje się Microsoft. Aż w 20 proc. zamówień innych dostawców wyklucza się bezpośrednio, w pozostałych przypadkach – pośrednio, poprzez specyficzne wymagania (jak np. wymóg interfejsu z elementami 3D).
Autor raportu, dr Jarosław Kopeć, słusznie zwraca uwagę, że administracja uzależniona od jednego podmiotu to nie tylko ryzyko rosnących cen, które monopolista może sobie dowolnie podnosić, ale także zagrożenie paraliżem państwa w przypadku awarii czy wycofania się dostawcy.
Tymczasem wirtualny asystent w mObywatelu działa na należącej do Microsoftu chmurze Azure, a zorganizowany przez NASK przetarg na usługi chmurowe został unieważniony dopiero pod wpływem protestów. Chodziło o to, że mimo iż usługi miały być finansowane z europejskich funduszy, to w dokumentacji przetargowej NASK wymienił z nazwy Microsoft, Google i Amazon.
Ich przedstawiciele zasiadają m.in. w prezydenckiej Radzie Nowych Mediów czy Radzie ds. Cyfryzacji. Przedstawiciele Ministerstwa Cyfryzacji chwalą się na platformie X zdjęciami w siedzibie Google'a. Państwo polskie ochoczo korzysta z pozaeuropejskich platform społecznościowych, nieraz najważniejsze informacje publikując właśnie tam, zamiast na własnych stronach.
Od małego przyzwyczaja dzieci do korzystania z usług amerykańskich korporacji, promując je w szkołach. Obywatel w starciu z państwowo-bigtechową koalicją jest praktycznie bezradny.
Gdy rodzice uczennicy z podstawówki nie chcieli, by szkoła przetwarzała dane ich dziecka za pomocą platformy MS Teams i zdecydowali się o to zawalczyć – sąd uznał, że szkoła ma prawo udostępniać dane uczennicy „profesjonalnemu podmiotowi, jakim jest renomowana Microsoft Corporation”.
Skala sojuszu państwa z big techami może przerażać.
Niedawno Ministerstwo Cyfryzacji ogłosiło zakończenie pracy nad komunikatorem mSzyfr, nad którym pracowało wraz z NASK-PIB. Narzędzie jest przeznaczone dla podmiotów administracji państwowej. Wedle deklaracji resortu, gwarantuje pełną suwerenność w kwestii kontroli nad danymi i infrastrukturą, bazuje na protokole Matrix (opensourceowym i zdecentralizowanym standardzie komunikacji), zapewnia komunikację tekstową, audio i video oraz szyfrowanie end-to-end. Obecnie program jest w fazie testów i chociaż budzi pewne kontrowersje – to stanowi ważny, ale niejedyny krok w dobrą stronę.
W lutym bowiem w rozmowie z „Pulsem Biznesu” Radosław Maćkiewicz, szef Centralnego Ośrodka Informatyki, zapowiedział prace nad otwarto źródłowym pakietem biurowym dla polskiej administracji, który pozwoliłby uniezależnić się w tej kwestii od zewnętrznych dostawców.
Kolejny krok w kierunku technologicznej niezależności to podatek cyfrowy, którego projekt ma wkrótce przedstawić Ministerstwo Cyfryzacji. Big techy, zarabiające krocie na aktywności użytkowników, byłyby zobowiązane do płacenia podatków od swoich zysków, w każdym kraju, w którym operują.
Wedle wstępnych (aczkolwiek budzących pewne wątpliwości) propozycji, wpływy z tych opłat państwo przeznaczałoby na rozwój rodzimego sektora technologicznego.
Unieważnienie wspomnianego wyżej przetargu w NASK, faworyzującego amerykańskie korporacje, także można uznać za dobrą oznakę. Może dzięki temu kolejny przetarg nie będzie faworyzował technologicznych gigantów.
Radosław Maćkiewicz, szef COI, wybiegł w przyszłość jeszcze dalej. Zwraca uwagę, że warto budować niezależność nie tylko na poziomie oprogramowania, ale też sprzętu, zmierzając w stronę serwerów czy procesorów europejskiego pochodzenia.
„Uważam, że powinniśmy zastanowić się na forum europejskim, jak budować suwerenność na poziomie hardware’u. Istnieją otwarte architektury, z których można budować całe serwery, projektując własne rozwiązania. Jeśli myślimy o suwerenności, musimy myśleć o własnych rozwiązaniach. Możemy zacząć od projektowania w otwartych architekturach, przykładowo RISC-V (to otwarta architektura ułatwiająca m.in. projektowanie chipów)” – powiedział w rozmowie z Pulsem Biznesu.
Także społeczny klimat zdaje się sprzyjać działaniom na rzecz uniezależniania się od technologicznych korporacji – większość Polaków opowiada się za dążeniem do suwerenności cyfrowej. I chociaż wydaje się, że obecna tendencja napawa pewnym optymizmem, to nie można zapomnieć o trudnościach i pułapkach, na jakie można trafić w drodze do suwerenności.
Chociaż na pierwszy rzut oka można mieć wrażenie, że UE rzeczywiście zdała sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z zależnością od firm zza oceanu, to jeśli przyjrzymy się sprawie głębiej – wcale nie wydaje się to tak oczywiste. Unia po cichu wycofała się z podatku cyfrowego – dochody z niego po prostu nie zostały uwzględnione w unijnym budżecie.
Na wspomnianym wyżej szczycie dotyczącym suwerenności cyfrowej przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego dostali jedynie miejsce na widowni – nie bez powodu.
Choć podczas szczytu zapowiedziano działania na rzecz europejskiej innowacyjności i uczynienia rodzimych przedsiębiorstw bardziej konkurencyjnymi. To dzień później ogłoszono Cyfrowy Omnibus, o którym szerzej pisał na łamach OKO.press Michał „rysiek” Woźniak.
Kontrowersyjny pakiet deregulacyjny uderza w unijne prawodawstwo chroniące prawa podstawowe i chociaż marketingowo jest przedstawiany jako ukłon w stronę rodzimych przedsiębiorstw, to krytycy zwracają uwagę, że przyniesie korzyść głównie pozaeuropejskim gigantom.
„Europa ugina się pod presją Trumpa i klęka przed Big Techami” – podsumowała w swoim artykule dziennikarka Gosia Fraser.
Aktywiści zwracają też uwagę na tzw. sovereign washing. Pod płaszczykiem dbałości o europejską suwerenność amerykańskie firmy mogą wchodzić we współprace z europejskimi przedsiębiorstwami czy zakładać biura w UE – w praktyce jednak kontrola nad kodem czy danymi wciąż pozostaje w amerykańskich rękach.
Nie można też zapomnieć, że zarówno politycy, jak i przedsiębiorcy, dbają głównie o swoje własne interesy, które bywają sprzeczne z interesami obywateli.
Doniesienia o komunikatorze kontrolowanym przez francuskie państwo brzmią zupełnie inaczej na tle tzw. sprawy 8 grudnia.
Przypomnijmy, że sprawa dotyczyła osób oskarżonych o powiązania z kurdyjskimi ekstremistami, jednak obrońcy prywatności zwrócili uwagę na coś innego. Alarmowali, że służby
za czyn podejrzany i świadczący o przestępczych zamiarach uznały już samo korzystanie z komunikatora Signal,
zapewniającego bezpieczną szyfrowaną komunikację.
Przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego podkreślali, że stawianie znaku równości między prywatną rozmową a chęcią nielegalnych działań stanowi zagrożenie dla praw podstawowych. W Rosji podobna retoryka doprowadziła z czasem do zakazania wielu komunikatorów i narzucenia państwowej aplikacji.
A to rodzi już pytania: czy w przyszłości obywatele będą mogli korzystać z narzędzi do prywatnej komunikacji innych niż te kontrolowane przez państwo? Do czego jeszcze państwo wykorzysta swoje własne oprogramowanie i czy nie zastosuje przymusu cyfrowego, by obrócić je przeciwko obywatelom?
W Polsce, w której wciąż nie opublikowano pełnego kodu mObywatela, a przeciętny człowiek bardziej ufa amerykańskim korporacjom, niż państwowym usługom, takie pytanie jest tym bardziej zasadne.
Trzeba mieć świadomość, że w dążeniu do polskiej i europejskiej niezależności cyfrowej musimy przygotować się zarówno na silne naciski polityczne ze strony administracji USA, jak i wzmożony lobbing big techów. Część tych działań będzie prowadzona rękoma i ustami samych obywateli, od dziecka zaznajomionych z korporacyjnym oprogramowaniem. Big techy oferując swoje narzędzia dla szkół, dobrze wiedziały, co robią: wychowały sobie armię wiernych wyznawców, gotowych stanąć w ich obronie.
MS Office i Windows są znane i powszechnie używane. Rezygnacja państwa z czegoś, co uchodzi za „renomowane”, na rzecz otwartego oprogramowania rozwijanego pod państwową egidą, będzie budzić naturalny opór.
Dla przeciętnego Polaka zagadnienia związane z technologiczną niezależnością są zbyt abstrakcyjne. Działań na rzecz suwerenności nie da się przedstawić tak atrakcyjnie, jak budowy nowej szkoły czy otwarcia szpitalnego skrzydła. Od zwolenników dotychczasowych rozwiązań obywatel usłyszy, że jego podatki są marnowane na szkolenia i nowe oprogramowanie dla urzędników. Krytycy zmian w dziwny sposób pominą, że przecież licencje czy subskrypcje na amerykański soft także są finansowane z podatków.
Trudno też oczekiwać, że urzędnicy chętnie przystaną na zmianę. Francja już wcześniej próbowała sił z migracją z Windowsów na Linuxa – kończyło się problemami z kompatybilnością.
W Niemczech Prokuratura Generalna oraz prezesi sądów krajowych, chociaż nie byli z zasady przeciwni proponowanym zmianom, zwracali uwagę, że migracja znacznie spowolni pracę sądów.
W Polsce możemy mierzyć się z podobnymi wyzwaniami i to na większą skalę. Nie chodzi tylko o zmianę systemu operacyjnego – trzeba przystosować inne stosowane w administracji publicznej narzędzia, by były kompatybilne z nowymi rozwiązaniami. Pozostaje nam czerpać z doświadczenia innych państw i wprowadzać zmiany stopniowo, mając na uwadze związane z tym trudności. Jeśli tego nie zrobimy – będziemy ponosić coraz większe, a przynajmniej coraz droższe konsekwencje, związane z uzależnieniem od monopolisty.
Potrzebujemy też zmiany mentalnej na bardzo podstawowym poziomie: obawiamy się tego, jak dokument utworzony w innych edytorach tekstowych wyświetli się w MS Word – a nie tego, jak dokument stworzony w MS Word wyświetli się w Pages (edytor tekstu z urządzeń Apple’a) czy w LibreOffice.
Chociaż problem działa w obie strony – to w naszej głowie MS Word jest aplikacją domyślną. Siłą rzeczy lepiej czujemy się, korzystając ze sprawdzonego oprogramowania, którego używamy od lat – doświadczenia urzędników nie będą się tutaj różnić od doświadczeń studentów czy pracowników korporacji.
Nowe rozwiązania wzbudzą naturalny bunt – nie tylko jako kolejny program, który różni się od poprzedniego, ale – z dużym prawdopodobieństwem – jako narzędzia, które nie działają tak, jak powinny. Zanim użytkownicy przyzwyczają się do nowego oprogramowania, a nowe oprogramowanie zostanie przystosowane do potrzeb użytkowników – upłynie sporo czasu.
Big techy mogą wykorzystać go na buntowanie urzędników i obywateli, by ci przekonali rządzących do pozostania przy „dobrym, sprawdzonym Microsofcie”. Korporacje technologiczne dysponują bilionowymi budżetami i, w przeciwieństwie do władz państwowych, nie są rozliczane przez wyborców z wydatków na lobbing czy marketing.
Droga do suwerenności cyfrowej to długi i trudny, ale potrzebny proces. Postawienie się technologicznym gigantom wymaga politycznej odwagi ze strony rządzących oraz obywatelskiej dojrzałości po stronie społeczeństwa. Pozostaje nadzieja, że jako Polska jesteśmy na to gotowi.
Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.
Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.
Komentarze