Lekarz przepisał maść na blizny i zakazał seksu. Lekarka zarzuciła, że przesadzam. Ciągle to słyszałam – szczególnie od kobiet, które często reagowały agresywnie, jakbym mówiła o czymś nie do zaakceptowania. Nietrzymanie moczu należy do kategorii „niekobiecych”. „Kobiecość” przecież nie sika
Monika Wsuł zdecydowała się opowiedzieć o problemie z nietrzymaniem moczu pod nazwiskiem, bo uważa, że to nie wstyd. Chce w ten sposób pomóc innym kobietom.
Mnie też zdarza się – jak to się potocznie mówi – podsikiwać. Gorzej jest po porodzie, a z wiekiem problem się pogłębia. Kiedyś opiekowałam się 70-letnią kobietą, która z powodu wstydu przed kupnem pampersów, przestała wychodzić z domu. Przyznała mi potem, że to samo dotyczy wielu jej koleżanek. Wyobraziłam sobie wtedy tysiące kobiet na świecie, zamkniętych w domu, smutnych i samotnych, tylko dlatego, że o ich kłopocie mówić nie wypada.
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
A co jakbyśmy właśnie mówiły o tym głośno. Albo chociaż głośniej? Nietrzymanie moczu (NTM) to jeden z najbardziej palących, a zarazem tabuizowanych problemów zdrowia kobiet. Zmaga się z nim co dziesiąta kobieta, a incydentalnie nawet do 45 proc. dorosłych Polek. Kobiety chorują niemal trzy razy częściej niż mężczyźni, a skala problemu gwałtownie rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Ale nietrzymanie moczu to nie tylko „podsikiwanie”: u 64 proc. chorych prowadzi do depresji i lęku.
U wielu kobiet – do rozpadu intymności i poczucia bycia „niekobiecą”.
Historia Moniki to dowód, że można zawalczyć o prawo do godnego, aktywnego życia bez względu na wiek. Jej opowieść jest wezwaniem do zmiany systemowej i społecznej, by żadna kobieta nie musiała już łykać łez w biegu przez własne życie. Oddaję jej głos.
Biegnę pierwsze w życiu sto kilometrów, jeszcze przed operacją. Las pachnie mokrą ziemią i igliwiem, tym ciężkim, żywicznym zapachem, który zwykle mnie uspokaja. Tym razem nie działa. Oddycham za szybko, powietrze drapie w gardle, serce wali mi w skroniach. Słyszę własne kroki, miarowe, głuche uderzenia butów o ścieżkę i gdzieś w tle ptaki.
Po kilku kilometrach czuję ciepło. Chwilę jeszcze udaję przed sobą, że to pot, że przesadzam, że zaraz minie. Podpaska nasiąka, materiał legginsów zaczyna kleić się do skóry. Czuję wilgoć przy każdym kroku, nie da się jej zignorować. Łzy mieszają się ze śliną, łykam je w biegu, bo nie chcę się zatrzymywać. Las miga mi przed oczami: plamy zieleni, ciemne pnie, rozmazane światło. Widzę własne dłonie, zaciśnięte w pięści, spuchnięte od wysiłku.
Płaczę, ale nogi niosą mnie dalej. Wstyd lepi się do mnie jak cień. Jestem sama w lesie, a jednocześnie wystawiona na spojrzenie, które noszę w sobie od lat. Spojrzenie, które mówi: co z ciebie za kobieta, powinnaś się z tym problemem schować i siedzieć cicho. Ale biegnę dalej, bo wiem, że jeśli się zatrzymam – zastygnę.
W moim rodzinnym domu, w małej miejscowości w Zachodniopomorskiem, panowała cisza.
Cierpiałam na bulimię, ale nie mogłam o tym mówić głośno. Czułam się niedowartościowana, zahukana, ale ciągle wyglądałam za okno, mając nadzieję na zmianę krajobrazu. Na szczęście miałam rodzinę we Francji i w 1993 roku pojechałam pierwszy raz do moich kuzynek. Opowiadały mi o antykoncepcji, seksie. Piętnastolatki! Byłam zachwycona ich brakiem skrępowania. Kiedy dwa lata później skończyłam liceum, spakowałyśmy z przyjaciółką plecaki i pojechałyśmy w podróż po Europie. Pracowałyśmy i oglądałyśmy świat, nie żałowałyśmy szaro-burej Polski, ciągnęło nas do kolorów, różnorodności. Przez te wszystkie lata obserwowałam cudzoziemki – dumne, wyzwolone. Gdy później w życiu było mi ciężko, zamykałam oczy i sobie je przypominałam. Żeby nie dać się zabetonować.
Wyszumiałam się.
Z wyboru, po trzydziestce i trzy lata po ślubie, zaszłam w ciążę i postanowiłam wychować syna w Polsce, blisko rodziny. Mieszkaliśmy w Szczecinie. Wybrałam szpital świadomie. Porodówka brała udział w akcji „Rodzić po ludzku”, a ja nie wyobrażałam sobie rodzić inaczej. Jakże „nieludzki” może być poród, myślałam, skoro to sam początek podróży każdego człowieka? Miesiąc przed porodem poszłam obejrzeć salę porodową: po dwa łóżka, toaleta w pokoju – rewelacja. W tym miejscu mogę narodzić się jako matka, pomyślałam.
Beton ma jedną właściwość: unieruchamia. Zatrzymuje ruch, oddech. Gdyby zabetonować las, wszystko by umarło. Ptaki przestałyby śpiewać, drzewa nie rozwijałyby korzeni, gałęzie – pąków. Kobiety na betonowych porodówkach są jak ci spopieleni z Pompei. Odcięte od sprawczości. A pielęgniarki, lekarze i położne? Z sercami z kamienia.
Pechowo trafiłam do szpitala w niedzielę wieczorem. Był lipiec 2007 roku. Całą noc cierpiałam, syn był podobno źle ułożony, mąż masował mi plecy, a lekarka przyszła dopiero o szóstej rano i chyba przebiła mi pęcherz płodowy. Ktoś mi dał jakiś zastrzyk. I zaczęły się skurcze, mocne, jakby mnie ktoś rozrywał od środka.
– Przyj, staroródka, przyj! Boli cię? Trzeba było się wcześniej na dzieci decydować! – krzyczały pielęgniarki. Nie pozwalały mi jeść ani pić. Mąż dawał mi w tajemnicy cukierki i zwracał im uwagę, żeby tak do mnie nie mówiły. Ja nie miałam siły.
Wtedy nacięły mi krocze. Nie wiedziałam dlaczego, nikt nie zapytał mnie o zgodę. Po chwili wypchnęłam syna na świat. Oglądałam go z daleka, a one szyły mnie bez znieczulenia.
Maciek urodził się owinięty pępowiną wokół szyi dwa razy, prawie się udusił. Przywiozły mi go do pokoju z wenflonem na głowie i kroplówką. Ze stresu straciłam pokarm, a piersi były jak dwa kamienie. Pielęgniarki mi je naciskały, aż zrobiły się siniaki. I znów krzyczały, że co ze mnie za matka, która nie daje dziecku pierwszego antybiotyku. Czułam, jak poczucie winy rozlewa się we mnie jak trucizna. Nie spałam, bo bałam się, że coś zrobią mojemu dziecku, i mimo przeszywającego bólu w kroczu, zgięta w pół, przez tydzień chodziłam z nim na wszystkie badania. Rana po nacięciu krwawiła, zaczęła ropieć. Dopiero kilka tygodni później, moja ginekolożka powiedziała mi, że mam tam wszystko źle pozszywane i zapalenie narządów.
Rok później ciągle popuszczałam mocz. Na początku udawałam, że nic się dzieje, ale problem się pogłębiał, podpaska nie wystarczyła. Zgłosiłam problem ginekolożce. „Proszę ćwiczyć mięśnie Kegla” – tyle się dowiedziałam. Kolejni lekarze – „wszystkie kobiety tak mają po porodzie”. W sumie odwiedziłam pięciu specjalistów. A wtedy już ciekło mi po nogach, nie panowałam nad tym. I co chwilę zapalenie pęcherza. Mówiłam lekarzom, że to chyba przez to nacięcie, czułam pod palcami krzywą, grubą bliznę.
Jeden przepisał maść na blizny i zakazał seksu, a inny uznał, że powinnam przestać biegać. Lekarka zarzuciła, że przesadzam. Ciągle to słyszałam – od bliskich, od koleżanek. Szczególnie od kobiet, które często od razu reagowały agresywnie, jakbym mówiła o czymś nie do zaakceptowania. Nietrzymanie moczu u kobiet to tak wielkie tabu, że należy do kategorii „niekobiecych”. „Kobiecość” przecież nie sika, a co dopiero sikanie po nogach. Przecież to śmierdzi. Więc jak się zdarza, to trzeba ukryć i cicho sza.
Milczałam przez dziesięć lat, zabetonowana po porodzie. Zdecydowałam się na wychowanie dziecka na pełen etat, bo syn miał problemy zdrowotne. Po porodzie, który był przecież równie ciężki dla niego, cierpiał na nadwrażliwość na bodźce, głównie sensoryczne. Zostałam wychowana na dobrą żonę i matkę, chciałam być w tym najlepsza. Wtedy jeszcze nie wyobrażałam sobie, że kobieta przecież może startować też w innych wyścigach.
Mąż mnie nie wspierał. Przez moje problemy zdrowotne, a przede wszystkim nietrzymanie moczu, nasze życie seksualne padło. Wcześniej była radość, satysfakcja, a nagle ból, albo nic. A mi bardzo brakowało orgazmów. Tylko nie wiedziałam: do jakiego lekarza się z tym zgłosić?
Kiedy pierwszy raz pobiegłam w 2015 roku ultramaraton w Bieszczadach, poczułam, jak coś się we mnie budzi, właśnie w okolicach brzucha. Z każdym kilometrem, miałam wrażenie, jakbym kruszyła beton. Zaczęłam biegać w lasach i górach. Wielogodzinne, trudne biegi z grubą podpaską, którą ukrywałam pod spódniczko-spodenkami.
Ostateczną decyzję o rozwodzie podjęłam po 50-kilometrowym biegu. Stałam pod prysznicem. Lała się na mnie gorąca woda, a ja ryczałam. Nie chciałam niszczyć życia mojemu dziecku, ale czułam, że już dłużej nie wytrzymam. Spojrzałam na siebie w lustrze. Przyjaciółka powiedziała mi, że przestałam się uśmiechać, że nie mam już tego błysku w oczach. Też go nie zobaczyłam. Uznałam, że to nie ja. Pożyczyłam pieniądze od mamy i kolejnego dnia wyprowadziłam się z synem. Z poprzedniego życia nie wzięłam nic.
W 2017 roku kończyłam 40 lat. To był rok, który wszystko zmienił. Poszłam na terapię, która mi uświadomiła, że to nie moja wina, tak ogólnie. Poznałam mężczyznę – chirurga. Wstydziłam się moich blizn. Niby niewidoczne, ale były przecież zapisem dziesięciu lat mojego życia. Dzięki niemu uwierzyłam, że tam też jestem piękna. Pierwszy raz odważyłam się powiedzieć mężczyźnie o problemie nietrzymania moczu. Nie oceniał, tylko polecił mi Uniwersyteckie Centrum Zdrowia Kobiety w Warszawie.
Lekarki wytłumaczyły mi, że trafiłam do nich w ostatnim momencie. Gdyby nie założyły mi siatki pod pęcherzem moczowym, doszłoby do jego wypadania. Już zaczynał się obniżać. A wtedy problem byłby znacznie poważniejszy, bo razem z pęcherzem obniżają się też jelita i macica. Pojawiają się stany zapalne szyjki macicy, samej macicy – cały łańcuch powikłań dotyczących narządów płciowych. Wtedy wyszło na jaw coś jeszcze. Lekarka musiała dodatkowo wykonać plastykę krocza, bo po porodzie źle zszyto mięśnie i to spowodowało ich wiotczenie. Nawet gdybym ćwiczyła mięśnie Kegla godzinami, nic by to nie dało. One były osłabione nie z mojej winy.
W lutym i w marcu przebiegłam 100 km na dwóch zimowych ultramaratonach. Potem „Niepokorny Mnich” w Szczawnicy. 97,2 kilometry. 17 godzin biegu. Leciał ze mnie mocz, po udach, łydkach, wlewał się do butów i mieszał z błotem, bo cały czas lał deszcz. A ja cieszyłam się jak głupia, bo wiedziałam, że to ostatni raz. Byłam pewna, że operacja przyniesie mi ulgę.
Koniec kwietnia. Obok mnie na sali pooperacyjnej leżała dziewczyna z martwą ciążą, całą noc płakała, a ja obserwowałam, jak pielęgniarka zajmuje się nią z czułością. Coś do niej szeptała, przykrywała ją kocem. Po ludzku. Byłam szczęśliwa, że coś się jednak zmieniło.
W wakacje kolejne 110 km na Śląsku, a ja poszłam w krzaki tylko raz. Cud.
Rozwód we wrześniu.
I na koniec, w październiku: Łemkowyna Ultra Trail. 148 kilometrów. 31 godzin biegu. Sikanie w normie, a mimo to nie zdjęłam szortów z legginsów – to był mój sposób na maskowanie problemu. Robię tak do tej pory, choć jestem już zdrowa.
Pod koniec roku ukończyłam ULTRA Cup Poland, jako jedna z siedmiu kobiet. Przebiegłam wśród nich najwięcej kilometrów. Wybrałam najdłuższe biegi.
Na Sylwestra jak zaczęłam płakać, to nie przestałam przez cały kolejny rok. Wszystko ze mnie schodziło, jakbym zmieniała skórę. Kiedy już wszystko z siebie wyrzuciłam, żal i poczucie winy spłynęły z łzami, to poczułam się żywa, jak nigdy dotąd. Zaczęłam planować. Już jedno marzenie spełniłam – ultramaraton UTMB w Chamonix, 100 kilometrów z widokiem na Mont Blanc. W przyszłym roku chcę przebiec tę samą trasę, ale 170 kilometrów. Nie chodzi mi o wynik ani o szybkość, ale o frajdę.
W ultramaratonach biegają kobiety siedemdziesięcioletnie i ja też tak chcę, nawet z balkonikiem. Aż mam gęsią skórkę, gdy myślę o przyszłości.
Klinika pod jej przewodnictwem stało się kluczowym ośrodkiem diagnostyki i leczenia operacyjnego schorzeń dna miednicy w kraju. Jako jedyny oddział w Polsce uzyskał prestiżową akredytację Europejskiego Towarzystwa Uroginekologicznego (EUGA) i może szkolić lekarzy w zakresie uroginekologii.
Od ponad dekady aktywnie zabiega w Ministerstwie Zdrowia o utworzenie oficjalnej podspecjalizacji z uroginekologii w Polsce, walcząc o systemowe zmiany, które ukróciłyby „tułaczkę diagnostyczną” tysięcy kobiet.
Anna Pamuła: Bohaterka mojego reportażu, Monika, przez dziesięć lat słyszała od lekarzy: „taka pani uroda”. Czy to są standardowe odpowiedzi, które słyszą Polki?
Prof. Barcz: To klasyczny scenariusz, który ja nazywam tułaczką diagnostyczną. Problemem jest brak edukacji – przez 5 i pół roku specjalizacji zagadnieniom dna miednicy poświęca się zaledwie tydzień. Oficjalnie w Polsce nie ma specjalizacji z uroginekologii – Ministerstwo Zdrowia od lat odmawia jej stworzenia. Efekt? Pacjentka trafia do ginekologa, który zajmuje się ciążą i rakiem, albo do urologa kojarzonego głównie z mężczyznami. Żadna z tych grup często nie ma odpowiedniej wiedzy.
Kiedy kobieta powinna poczuć, że coś jest nie tak? Jakie są pierwsze sygnały problemów z dnem miednicy?
Musimy najpierw wyjaśnić jedno: nietrzymanie moczu samo w sobie nie jest chorobą, to objaw. Tak jak ból gardła może zwiastować anginę, grypę czy zwykłe podrażnienie, tak nietrzymanie moczu może towarzyszyć bardzo wielu różnym patologiom. Samo dno miednicy to struktury zamykające miednicę kostną od dołu – głównie warstwy mięśni, powięzi i więzadeł. Tu kończą się trzy kluczowe układy: moczowy (pęcherz, cewka), płciowy (macica, pochwa) oraz końcowy odcinek przewodu pokarmowego. Choroby dna miednicy dotyczą całego tego obszaru. Dlatego jedna pacjentka może odczuwać nietrzymanie moczu, a inna mieć trudności z opróżnieniem pęcherza, bo obniża jej się odbytnica. Bez zrozumienia przyczyny nie da się wdrożyć prawidłowego leczenia, a pacjentki często latami są leczone niewłaściwie.
Monika latami czuła pod palcami „krzywą bliznę”. Lekarze ją zbywali, ale podczas operacji okazało się, że to właśnie złe zszycie mięśni po porodzie spowodowało ich wiotczenie. Czy nacięcie krocza i błędy przy jego zaopatrywaniu faktycznie niszczą dno miednicy?
Musimy oddzielić dwie kwestie. Po pierwsze, samo nacięcie krocza nie jest metodą ochrony dna miednicy przed urazami. Po drugie, jeśli podczas szycia po porodzie połączy się tkanki nieprawidłowo – tak jak to miało miejsce u Moniki – dochodzi do trwałej dysfunkcji. Jeśli mięśnie nie zostaną zszyte warstwowo i precyzyjnie, tracą swoją funkcję, zaczynają wiotczeć i zanikać. Wtedy nawet tysiące godzin ćwiczeń mięśni Kegla nic nie dadzą, bo te mięśnie nie pracują nie z winy pacjentki, a z powodu przebytego urazu.
Czyli ta „krzywa blizna” to może być tylko wierzchołek góry lodowej?
Dokładnie. Problem polega na tym, że dno miednicy to skomplikowana konstrukcja. To, co pacjentka czuje pod palcami jako zgrubienie czy krzywe szycie, to warstwa zewnętrzna. Jednak prawdziwa katastrofa dzieje się głębiej, w powięziach, więzadłach, przyczepach mięśni.
Powięź to taka biała, sztywna błonka. Ja to zawsze tłumaczę pacjentkom, że powięź jest jak podszewka pod wełnianą spódnicą. Jeśli spódnica (czyli pochwa) jest rozciągliwa, to podszewka (powięź) trzyma fason. Gdy podczas porodu ta „podszewka” zostanie przerwana lub oderwana od kości, to nawet najpiękniejsze zszycie skóry nie uratuje sytuacji. Narządy tracą oparcie, pęcherz zaczyna wpadać do pochwy, a pacjentka zaczyna sikać po nogach.
Operacja, którą przeszła Monika, w medycynie często nazywana jest „plastyką”. Pani Profesor jednak unika tego słowa. Dlaczego?
Bo słowo „plastyka” kojarzy się z estetyką, z poprawianiem wyglądu. Ja wolę termin: operacja rekonstrukcyjna. My nie zajmujemy się „pięknem”, ale naprawą czynnościową. Musimy odnaleźć brzegi rozerwanego materiału (powięzi) i zszyć je tak, by przywrócić pęcherzowi i cewce ich pierwotną funkcję. To jest chirurgia subtelna – jeden niewłaściwy ruch może wygenerować ból przy współżyciu na całe życie.
Seks to kolejny wątek z reportażu. Monika straciła orgazmy, czuła wstyd, jej małżeństwo się rozpadło. Lekarze wysyłali ją do seksuologa, jakby problem siedział tylko w jej głowie.
To kolejny błąd. Funkcje seksualne są integralną częścią uroginekologii. Pacjentki z obniżeniem narządów tracą poczucie własnej atrakcyjności, unikają zbliżeń, co prowadzi do rozpadu związków i depresji. My to obserwujemy w kwestionariuszach jakości życia przed i po operacji. Skuteczna rekonstrukcja zmienia nie tylko anatomię ciała, ale samopostrzeganie kobiety. Monika po operacji odzyskała sprawczość – to częsty efekt. Kiedy kobieta przestaje czuć się „uszkodzona”, zaczyna inaczej stawiać granice w życiu osobistym.
Co by Pani Profesor powiedziała Monice dziesięć lat temu, gdyby trafiła do Pani gabinetu?
Powiedziałabym jej, że to nie jest jej wina. Że jej ciało wykonało ogromną pracę, ale podczas porodu doszło do urazu, który jest tak samo realny, jak złamana noga. I że medycyna ma narzędzia, by to naprawić, nie odbierając jej przy tym prawa do biegania przez lasy i góry. Najważniejsze jest, by kobiety przestały wierzyć, że ból i dyskomfort to ich przeznaczenie.
Wiele kobiet w gabinetach kuszone jest „bezinwazyjnymi” laserami. Czy to działa?
Nie ma dowodów naukowych na to, że energie, w tym lasery, leczą nietrzymanie moczu w stopniu, z którym kobiety zgłaszają się do lekarza i którego oczekują. Badania nad laserami dotyczą zazwyczaj pierwszego, bardzo lekkiego stopnia nietrzymania moczu, który objawia się sporadycznie przy potężnym wysiłku, jak skok na trampolinie. Jeśli kobieta gubi mocz podczas biegania czy spaceru, laser tego nie wyleczy. Narracja o laserach często budowana jest na strachu przed operacją, którą przedstawia się jako ostateczne zło. To wyłudzanie pieniędzy i żerowanie na niepewności kobiet.
(Lista stworzona z pomocą prof. Ewy Barcz)
Ośrodki NFZ z największym doświadczeniem:
Pomoc online i grupy wsparcia:
Stowarzyszenie Osób z NTM „UroConti", największa organizacja pacjencka w Polsce.
Zbieram opowieści o chorobach i zdrowiu kobiet. Chcesz opowiedzieć swoją historię? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze