Ochrona zdrowia w USA. Pacjencie, lecz się sam, bankrutuj, lub umieraj.
W Polsce pacjent częściej boi się, że nie doczeka leczenia, w USA – że rachunek za terapię go zrujnuje. Historie Aleca Smitha, który zmarł, bo nie stać go było na insulinę, i lekarza Dana Hurleya, który stracił bezcenny czas na telefony w sprawie swojej polisy, pokazują, co się dzieje, gdy system przerzuca na chorego odpowiedzialność za dostęp do leczenia.
Spór wokół Szpitala Południowego przypomniał o pytaniu, które zwykle odkładamy do chwili, gdy sami trafiamy do szpitala: kto właściwie przejmuje odpowiedzialność za chorego człowieka – lekarz, dyrekcja placówki, NFZ, ZUS czy pracodawca? Każda z tych instytucji ma własne przepisy, procedury i granice kompetencji. Pacjent poznaje je dopiero wtedy, gdy zaczyna krążyć między gabinetem, izbą przyjęć, kadrami i urzędem.
Sprawa odsłoniła też nierówny dostęp do leczenia. Jeden pacjent opłaci badanie, pójdzie prywatnie do ordynatora, zadzwoni do znajomego lekarza i dowie się, w którym szpitalu czeka się krócej. Drugi ma skierowanie, numer w kolejce i telefon, pod którym od kilku dni nikt nie odpowiada. Różnicę robią pieniądze, kontakty, obycie, czas, umiejętność rozmowy z personelem i siła potrzebna do pilnowania własnej sprawy. Ciężko chory człowiek często nie ma żadnej z tych rzeczy.
Polska debata o ochronie zdrowia obraca się głównie wokół niedoboru. Brakuje lekarzy, pielęgniarek, łóżek, pieniędzy i wolnych terminów. Stany Zjednoczone wydają z kolei na leczenie więcej niż jakiekolwiek inne bogate państwo. Mają znakomite szpitale, świetnych specjalistów, drogie urządzenia i przemysł medyczny wart biliony dolarów.

Komentarze