0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Patrick Sison, FileAP Photo/Patrick Sis...

Spór wokół Szpitala Południowego przypomniał o pytaniu, które zwykle odkładamy do chwili, gdy sami trafiamy do szpitala: kto właściwie przejmuje odpowiedzialność za chorego człowieka – lekarz, dyrekcja placówki, NFZ, ZUS czy pracodawca? Każda z tych instytucji ma własne przepisy, procedury i granice kompetencji. Pacjent poznaje je dopiero wtedy, gdy zaczyna krążyć między gabinetem, izbą przyjęć, kadrami i urzędem.

Sprawa odsłoniła też nierówny dostęp do leczenia. Jeden pacjent opłaci badanie, pójdzie prywatnie do ordynatora, zadzwoni do znajomego lekarza i dowie się, w którym szpitalu czeka się krócej. Drugi ma skierowanie, numer w kolejce i telefon, pod którym od kilku dni nikt nie odpowiada. Różnicę robią pieniądze, kontakty, obycie, czas, umiejętność rozmowy z personelem i siła potrzebna do pilnowania własnej sprawy. Ciężko chory człowiek często nie ma żadnej z tych rzeczy.

Polska debata o ochronie zdrowia obraca się głównie wokół niedoboru. Brakuje lekarzy, pielęgniarek, łóżek, pieniędzy i wolnych terminów. Stany Zjednoczone wydają z kolei na leczenie więcej niż jakiekolwiek inne bogate państwo. Mają znakomite szpitale, świetnych specjalistów, drogie urządzenia i przemysł medyczny wart biliony dolarów. Żyją tam jednak pacjenci, którzy

odkładają badania, dzielą tabletki na pół albo jadą do szpitala własnym samochodem, ponieważ wezwanie karetki mogłoby kosztować kilka tysięcy dolarów.

Do polskiej wyobraźni przebiły się już rachunki na 20 tys. dol. za poród. Do tego dochodzą rachunki opiewające na 18 tys. dolarów za krótki pobyt na izbie przyjęć. Łatwo potraktować je jak kolejne osobliwości kraju, w którym wszystko, łącznie z chorobami, wycenia rynek. Mechanizm, który wytwarza takie sytuacje, jest znacznie mniej widowiskowy i dużo bardziej skomplikowany.

Amerykańska opieka zdrowotna jest rozdzielona między pracodawców, prywatnych ubezpieczycieli, programy federalne, władze stanowe, sieci szpitalne i niezależne firmy medyczne. Pacjent może wybrać szpital objęty polisą, a po zabiegu odkryć, że anestezjolog pracował poza siecią. Może co miesiąc opłacać ubezpieczenie, a mimo to pokrywać z własnej kieszeni pierwsze kilka tysięcy dolarów leczenia. Może dostać zgodę na terapię, poddać się jej, a później dowiedzieć się, że ubezpieczyciel zmienił decyzję.

Przeczytaj także:

Cena życia: 1 300 dolarów

Na etapie kupowania polisy wszystko przypomina rynek. Są warianty, składki, pakiety, sieci lekarzy i kalkulatory kosztów. Jedank choroba szybko odbiera pacjentowi pozycję klienta. Podczas zawału nie porówna on przecież cen karetek. Przed narkozą nie sprawdzi umowy anestezjologa z ubezpieczycielem. Po diagnozie nowotworu nie będzie mieć czasu na lekturę kilkuset stron warunków polisy i przewidywanie, które leczenie firma uzna za konieczne.

Amerykański przypadek pozwala zobaczyć, jak wiele odpowiedzialności za leczenie można przerzucić na chorego pod hasłami wyboru, konkurencji i samodzielności. Najlepiej zacząć od dwóch historii choroby.

W lodówce Aleca Smitha nie było resztek pizzy ani styropianowych pudełek z meksykańskim jedzeniem. Tego właśnie spodziewała się jego matka, kiedy po śmierci syna weszła do jego mieszkania w Minneapolis. Znalazła owoce i warzywa, w zamrażarce kurczaka i ryby.

Alec próbował utrzymać cukrzycę w ryzach. Robił to sam i nie powiedział nikomu, że kończy mu się insulina.

Cukrzycę typu 1 rozpoznano u niego w 2014 roku. Miał wtedy 23 lata i przygotowywał się do pracy ratownika medycznego. Po diagnozie zrezygnował z tych planów. Znalazł zajęcie jako menedżer restauracji, wynajął mieszkanie i wyprowadził się od rodziców. Kiedy skończył 26 lat, zgodnie z amerykańskimi przepisami przestał podlegać ubezpieczeniu zdrowotnemu matki.

Usiadł z nią, żeby przejrzeć dostępne polisy. Najkorzystniejsza kosztowała 450 dolarów miesięcznie. Roczny udział własny wynosił 7 600 dolarów. Dopiero po wydaniu tej sumy ubezpieczyciel zacząłby pokrywać większą część kosztów leczenia. Do tego czasu Alec nadal musiałby sam płacić za insulinę, igły i paski do mierzenia poziomu cukru. Miesięczny zapas kosztował około 1 300 dolarów. Miał tysiąc dolarów oszczędności.

Zrezygnował z polisy. Była droga, a przez pierwsze miesiące nie dawała mu tego, czego potrzebował najbardziej. Problem Aleca polegał na tym, że choć miał ubezpieczenie, jego polisa – przy tak wysokim udziale własnym – praktycznie nie pomagała mu w pokrywaniu bieżących kosztów insuliny i igieł.

Postanowił jakoś dotrwać. Mógł brać trochę mniej insuliny, opuszczać dawki, uważniej dobierać jedzenie. Za kilka dni miała przyjść wypłata.

Nie zadzwonił do matki ani nie poprosił o pieniądze. Według niej chciał poradzić sobie jak dorosły człowiek. W sobotę 24 czerwca spotkał się z przyjaciółmi. Nie zauważyli niczego niepokojącego. Następnego dnia nie chciał pójść z dziewczyną na festiwal food trucków. Powiedział, że nie znajdzie tam niczego, co mógłby zjeść. W poniedziałek nie poszedł do pracy. Wymiotował i miał trudności z oddychaniem. We wtorek znaleziono go martwego w mieszkaniu.

Bez insuliny komórki nie mogą w wystarczającym stopniu wykorzystywać glukozy jako źródła energii. Organizm zaczyna więc intensywnie rozkładać tłuszcz. Powstają przy tym ketony, których nadmiar zakwasza krew. Jednocześnie wysokie stężenie glukozy nasila oddawanie moczu i prowadzi do odwodnienia. Pojawiają się silne pragnienie, osłabienie, ból brzucha, nudności i wymioty, a oddech staje się głęboki i przyspieszony. Bez leczenia dochodzi do zaburzeń świadomości i utraty przytomności.

W akcie zgonu Aleca jako przyczynę wpisano cukrzycową kwasicę ketonową. Przez 27 dni żył bez ubezpieczenia. Do wypłaty zabrakło mu trzech.

Po śmierci syna Nicole Smith-Holt zaczęła walczyć o obniżenie cen insuliny. Przyczyniła się do uchwalenia w Minnesocie Alec Smith Insulin Affordability Act. Jej działania przyczyniły się też do wprowadzenia trwałych zabezpieczeń prawnych i zawarcia ugód sądowych z producentami, gwarantujących dostęp do leku za najwyżej 35 dolarów miesięcznie.

— Dzień dobry, umieram! — Oddzwonimy.

Dan Hurley znał ochronę zdrowia od środka. Pracował jako chirurg laryngologiczny w Arizonie.

Przyjmował pacjentów, operował, wnikliwie czytał dokumentację i dzwonił do firm ubezpieczeniowych, kiedy odmawiały zapłaty za zlecone przez niego badanie albo leczenie. Wiedział, jakiego języka używać. Znał formularze, skróty i kolejność odwołań. Wiedział również, że pierwsza odmowa nie musi być ostatnim słowem.

Miał 50 lat, żonę Traci, również lekarkę, i dzieci. Lubił chodzić po górach. Po jednej z wypraw pojawił się uporczywy ból pleców. Badania wykazały chrzęstniakomięsaka, bardzo rzadki nowotwór kości. Żeby usunąć guz, chirurdzy musieli wyciąć także biodro. Ubezpieczenie pokryło tylko część kosztów.

Potem zaczęły przychodzić odmowy. Dotyczyły tomografii komputerowej, badań PET, chemioterapii, radioterapii i leków wymagających wcześniejszej zgody. W pismach pojawiała się formuła, że procedura nie ma wskazań medycznych.

Hurley znał ten język z pracy. Przez lata pomagał pacjentom odpowiadać na podobne pisma. Teraz siadał z telefonem i punkt po punkcie omawiał z pracownikiem firmy ubezpieczeniowej kolejne pozycje. Po drugiej stronie słuchawki ktoś w końcu przyznawał, że sprawa wymaga rozmowy z przełożonym.

— Oddzwonimy — słyszał. Ale telefon milczał. Hurley dzwonił więc ponownie. Następna osoba otwierała sprawę od początku. Prosiła o numer polisy, datę urodzenia, numer wniosku, nazwę procedury. Dan znów tłumaczył, dlaczego potrzebuje badania. Traci Hurley wspominała później, że

znaczną część ostatnich miesięcy życia męża zajęły właśnie takie rozmowy.

Oboje byli lekarzami. Potrafili przeczytać i zinterpretować wyniki, skontaktować się ze specjalistą, zrozumieć plan leczenia. Mieli zawodowe kontakty i umiejętności, których większość pacjentów nie posiada. Każda odmowa zabierała jednak czas. Trzeba było zebrać dokumenty, ponownie wysłać uzasadnienie, znaleźć właściwy numer telefonu i czekać, aż decyzja przejdzie przez następny szczebel.

Dan Hurley zmarł 3 sierpnia 2023 roku. Tydzień później do domu przyszło pismo od ubezpieczyciela. Firma żądała 80 tysięcy dolarów za cykl chemioterapii.

Uwięzieni w pracy

Dla wielu Amerykanów ubezpieczenie zdrowotne zaczyna się w pracy. Pracodawca wybiera firmę ubezpieczeniową i kilka wariantów polis, a pracownik dopłaca co miesiąc do składki. W większej firmie oferta bywa szeroka, w małej skromna, czasem nie ma jej wcale. Zmiana pracy często oznacza zmianę lekarzy, sieci szpitali, wysokości dopłat i warunków leczenia.

Utrata zatrudnienia może być podwójnym ciosem. Człowiek traci dochód, a wraz z nim ochronę dla siebie, dziecka albo przewlekle chorego partnera. Może przedłużyć dotychczasową polisę na własny koszt, znaleźć nowy plan na rynku indywidualnym albo sprawdzić, czy kwalifikuje się do programu publicznego.

Każde z tych rozwiązań ma własne terminy, progi i ceny. Choroba nie czeka, aż pacjent przejdzie z jednego formularza do drugiego. Do lekarza i pracodawcy dochodzi więc prywatny ubezpieczyciel. To on określa, z usług którego lekarza wolno skorzystać, jaki szpital znajduje się w sieci, które badanie wymaga wcześniejszej zgody i jaka część kosztów pozostanie po stronie pacjenta.

Stąd bierze się zjawisko nazywane job lock. Ludzie zostają w pracy, której nie znoszą albo z której dawno chcieliby odejść, bo razem z etatem mają dostęp do onkologa, leków dla dziecka albo terapii współmałżonka. Rezygnacja oznacza okres niepewności, a przy poważnej chorobie nawet krótka przerwa może być niebezpieczna. Etat zapewnia pensję i dostęp do określonych lekarzy oraz terapii. To potrafi związać pracownika z firmą mocniej niż kredyt czy służbowy samochód.

Samo posiadanie polisy nie oznacza jeszcze, że leczenie zostało opłacone. Najpierw płaci się miesięczną składkę. Potem pojawia się deductible, czyli udział własny – suma, którą pacjent musi wyłożyć z własnej kieszeni, zanim ubezpieczyciel zacznie pokrywać większą część kosztów. Do tego dochodzi copay, czyli stała dopłata do wizyty, recepty albo badania, oraz coinsurance, czyli procent rachunku, który nadal pozostaje po stronie chorego.

Płać, płacz i… płać jeszcze więcej

Załóżmy, że pracownik płaci 500 dolarów miesięcznie za polisę z udziałem własnym w wysokości 3000 dolarów. Przez cały rok wydaje więc 6000 dolarów na samo ubezpieczenie. Kiedy zachoruje, pierwsze 3000 dolarów leczenia pokrywa w znacznej części sam. Później ubezpieczyciel może zapłacić 80 proc. rachunku, a pacjent pozostałe 20 proc. Dopiero po osiągnięciu rocznego limitu wydatków własnych ubezpieczyciel przejmuje pełne koszty świadczeń objętych polisą. Składki zazwyczaj do tego limitu się nie wliczają.

W zależności od planu zasady są różne. Czasem copay obowiązuje jeszcze przed wyczerpaniem deductible, czasem dopiero później. Inne zasady dotyczą leków, inne wizyt u specjalistów, a jeszcze inne – leczenia poza siecią. Pacjent może więc regularnie płacić za ochronę, a po chorobie nadal wydać kilka tysięcy dolarów.

W praktyce wielu Amerykanów płaci dużo za możliwość zapłacenia trochę mniej wtedy, gdy leczenie staje się konieczne.

Ubezpieczyciel zawiera umowy z wybranymi szpitalami, klinikami i lekarzami. Wspólnie tworzą jego sieć. Pacjent płaci mniej, gdy korzysta z usług podmiotów, które się w niej znajdują. Problem zaczyna się w chwili, gdy odkrywa, że szpital nie jest jedną firmą, tylko adresem, pod którym działa wielu niezależnie rozliczających się specjalistów i podmiotów.

Można więc wybrać placówkę należącą do sieci i umówić operację z chirurgiem zaakceptowanym przez ubezpieczyciela. Anestezjolog może jednak pracować jako zewnętrzny zleceniobiorca.

Radiolog opisujący zdjęcie ma własną umowę, laboratorium kolejną. Godzinny zabieg uruchamia kilka rachunków, kilka cenników i kilka decyzji o tym, co polisa pokryje. Leczenie trwa godzinę, jego rozliczanie może ciągnąć się miesiącami.

Najpierw przychodzi zwykle Explanation of Benefits. Dokument wyjaśnia, ile zażądał świadczeniodawca, jaką kwotę uznał ubezpieczyciel i ile przypisano pacjentowi. Wygląda jak faktura, choć często nią jeszcze nie jest. Później nadchodzą właściwe rachunki, czasem korygowane po odwołaniach i dalszych negocjacjach.

Od 2022 roku obowiązuje federalna ustawa No Surprises Act. Chroni pacjentów przed wieloma niespodziewanymi opłatami spoza sieci, między innymi za anestezjologa w szpitalu objętym polisą oraz za większość świadczeń ratunkowych. Nadal zostają spory o zakres ubezpieczenia, wcześniejsze zgody, wysokość udziału własnego i usługi nieobjęte ustawą. Federalne zabezpieczenia zasadniczo nie obejmują ambulansów, chyba że dodatkową ochronę zapewnia prawo stanowe.

Pacjent wybiera więc szpital, lecz nie zawsze wszystkich ludzi i firmy, które wezmą udział w jego leczeniu. Ostateczną cenę poznaje zwykle wtedy, gdy nie może już niczego wybrać.

Formy chaosu

Ameryka ma także publiczną ochronę zdrowia, tyle że rozdano ją wybranym grupom i nigdy nie złożono w całość. Największe elementy tej układanki powstały w 1965 roku, gdy Lyndon Johnson podpisał ustawy ustanawiające Medicare i Medicaid.

Był to czas reform tzw. Wielkiego Społeczeństwa, kiedy Waszyngton potrafił jeszcze uznać, że starość i bieda wiążą się z ryzykiem zbyt poważnym, by pozostawić je wyłącznie pracodawcy, rodzinie i rynkowi.

Medicare zapewniło ochronę przede wszystkim osobom starszym, później objęło także część ludzi z niepełnosprawnościami. Program Medicaid przeznaczono m.in. dla osób o niskich dochodach, w tym dzieci i kobiet w ciąży, oraz osób wymagających długotrwałej opieki. Pierwszy program jest federalny, drugi finansują wspólnie Waszyngton i stany, które zachowały znaczną swobodę ustalania warunków dostępu.

Dlatego ubogi mieszkaniec Massachusetts może mieć inne prawa niż człowiek o podobnych dochodach w Teksasie.

Z czasem powstawały następne publiczne wyspy: osobny program dla dzieci z rodzin zarabiających zbyt dużo, by zakwalifikować się do Medicaid, lecz zbyt mało, by kupić prywatną polisę, rozbudowana opieka dla weteranów i szczególne rozwiązania dla rdzennych mieszkańców. Państwo raz po raz przyznawało, że rynek zostawia ludzi bez leczenia. Za każdym razem naprawiało konkretną wyrwę, zachowując cały archipelag.

Amerykanin nie należy po prostu do jednego „amerykańskiego systemu”. O jego możliwościach decydują wiek, dochód, stan zamieszkania, zatrudnienie, niepełnosprawność, służba wojskowa i sytuacja rodzinna. Każda z tych cech może otworzyć inne drzwi, za którymi obowiązują osobne formularze, sieci lekarzy i zasady płatności.

Najbardziej ambitny krok wykonano sześćdziesiąt lat temu, gdy kraj był znacznie mniej zamożny niż dzisiaj. Późniejsza polityka nauczyła się głównie bronić Medicare i Medicaid przed likwidacją, rozszerzać je po kawałku i dopisywać kolejne wyjątki. Zdolność do ustanowienia wielkich programów publicznych pozostała wspomnieniem epoki Johnsona.

Prawica: zniszczyć Obamacare

Przez następne 45 lat żaden prezydent nie zdołał dobudować do Medicare i Medicaid powszechnego zabezpieczenia. Próbowali Richard Nixon, Jimmy Carter i Bill Clinton. Każdy projekt rozbijał się o interesy ubezpieczycieli, pracodawców, firm farmaceutycznych i części środowiska lekarskiego oraz o głęboko zakorzenioną w Ameryce nieufność wobec państwa. Barack Obama wyciągnął z tych porażek wniosek: reformę trzeba przeprowadzić przy użyciu instytucji, które już istnieją.

Uchwalona w 2010 roku Affordable Care Act, powszechnie nazywana Obamacare, przede wszystkim uporządkowała rynek prywatnych polis.

Ubezpieczyciele stracili prawo do odrzucania ludzi z powodu wcześniejszych chorób, podnoszenia im składek ze względu na stan zdrowia czy ustanawiania dożywotnich limitów wypłat za podstawowe świadczenia. Młodzi mogli pozostać w planie rodziców do ukończenia 26 lat. Dla osób bez polisy pracowniczej utworzono giełdy, na których porównuje się oferty i korzysta z dopłat zależnych od dochodu. Reforma przewidywała też rozszerzenie Medicaid, choć decyzja Sądu Najwyższego pozostawiła stanom możliwość odmowy i część z nich z niej skorzystała.

Największy opór wywołał obowiązek posiadania ubezpieczenia. Konstrukcja miała prostą logikę: skoro firmy nie mogą przyjmować wyłącznie ludzi już chorych, potrzebują również składek wpłacanych przez zdrowych. Przeciwnicy odpowiadali, że Waszyngton zmusza obywatela do kupienia prywatnego produktu i karze go podatkiem za odmowę. Zwolennicy przypominali, że człowiek bez polisy po wypadku i tak trafi na izbę przyjęć, a jego rachunek przejmą szpital, podatnicy i pozostali ubezpieczeni.

Spór szybko wykroczył poza ochronę zdrowia. Dotyczył granic władzy federalnej, wolności jednostki, rasy i dziedzictwa pierwszego czarnego prezydenta. Republikanie przez lata obiecywali znieść ustawę. Nie przedstawili jednak rozwiązania, które pozwalałoby zachować jej popularne zabezpieczenia bez finansowania całej konstrukcji. Ostatecznie pozostawili Obamacare przy życiu, a od 2019 roku sprowadzili federalną karę za brak polisy do zera.

Reforma objęła ochroną miliony ludzi i usunęła część najbardziej brutalnych praktyk. Nie zbudowała jednak nowego systemu. Nałożyła reguły i zabezpieczenia na istniejący rynek, zachowując prywatnych ubezpieczycieli, polisy pracownicze, sieci świadczeniodawców, udział własny i różnice między stanami. Takie ograniczenie pozwoliło uchwalić ustawę, lecz pozostawiło większość źródeł chaosu.

Polisa bez ochrony

Cena amerykańskiego leczenia jest ustalana daleko od gabinetu. Szpital ma oficjalny cennik, lecz z każdym ubezpieczycielem uzgadnia osobne stawki. Ten sam zabieg może mieć cenę katalogową, niższą cenę dla pacjenta płacącego gotówką oraz kilka różnych cen zależnych od posiadanej polisy. Federalne przepisy nakazują szpitalom publikowanie tych kwot, co samo w sobie dobrze pokazuje skalę rozwarstwienia: jedna procedura, jeden budynek, wiele cen.

Duże sieci szpitalne negocjują z mocniejszej pozycji niż pojedyncza placówka. Kolejne fuzje ograniczają konkurencję i pozwalają podnosić stawki. Na cenę wpływają także producenci leków i sprzętu, pośrednicy oraz firmy ubezpieczeniowe. Lekarze płacą wysokie składki na ubezpieczenie od odpowiedzialności zawodowej i pracują pod presją możliwych procesów sądowych. Federalna Komisja Handlu od lat wskazuje, że koncentracja rynku szpitalnego prowadzi do wyższych kosztów i słabszej pozycji pacjentów.

Do rachunku dochodzi utrzymanie całej machiny rozliczeniowej. Każde świadczenie trzeba zakodować, zgłosić, zatwierdzić, zakwestionować albo ponownie uzasadnić. Szpitale zatrudniają ludzi do maksymalizowania należności, a ubezpieczyciele – do ich ograniczania. Lekarze i ich personel wypełniają dokumenty potrzebne do uzyskania wcześniejszych zgód i odpowiadają na pytania niezwiązane bezpośrednio z leczeniem. Znaczna część kosztów administracyjnych amerykańskiej medycyny wynika właśnie z wystawiania rachunków, kodowania i obsługi polis.

Pacjent poznaje wynik tych negocjacji dopiero po chorobie. Bywa formalnie ubezpieczony, lecz udział własny i dopłaty są tak wysokie, że unika korzystania z polisy. Amerykanie nazywają to underinsurance: ochrona istnieje, ale nie chroni dostatecznie przed kosztami. Według badania Commonwealth Fund z 2024 roku niemal co czwarty dorosły miał ubezpieczenie przez cały rok, a mimo to należał do tej grupy. Większość takich osób korzystała z polis zapewnianych przez pracodawców.

W praktyce oznacza to odkładanie wizyt, niewykupywanie recept, dzielenie tabletek, płacenie kartą kredytową i zbiórki na leczenie.

Czterech na dziesięciu ubezpieczonych dorosłych przyznało, że w ciągu roku z powodu kosztów odłożyło albo pominęło jakąś formę opieki. Polisa pobiera składkę regularnie. Choroba nadal wymaga kalkulacji, czy rodzinny budżet wytrzyma badanie.

Historia amerykańskiego rachunku za leczenie ma także polityczną biografię. Elizabeth Warren wyrosła na postać ogólnokrajową między innymi dzięki badaniom nad bankructwami rodzin i finansowymi kłopotami klasy średniej. Przez lata opisywała ludzi, których choroba pozbawiała zdrowia i dochodów, często mimo posiadanego ubezpieczenia. Ta wiedza zaprowadziła ją po kryzysie 2008 roku do panelu nadzorującego ratowanie banków, później do prac nad federalnym urzędem ochrony konsumentów, następnie do Senatu w 2013 roku i do walki o prezydenturę w 2020 roku. Specjalistka od prawa upadłościowego stała się jedną z najważniejszych polityczek zajmujących się finansowymi skutkami działania systemu ochrony zdrowia.

Pacjent jako analityk rynku

W tym samym krajobrazie rozwinęła się epidemia opioidów. Miała wiele źródeł. Jedno z nich widać w losach robotników budowlanych, górników i ludzi wykonujących inne ciężkie prace, którzy doznawali urazów kręgosłupa, stawów i mięśni. Porządne leczenie przewlekłego bólu wymaga rehabilitacji, czasu, a czasem zmiany warunków pracy. Receptę można było wypisać od ręki. Opioidy masowo przepisywano także w przypadku bólu dolnej części pleców czy zespołu cieśni nadgarstka. Koncerny farmaceutyczne przekonywały lekarzy, że silne leki nadają się do przewlekłego stosowania i są bezpieczniejsze, niż rzeczywiście były.

Tabletka pozwalała wrócić na zmianę. Uzależnienie i przedawkowanie przychodziły później.

Polskie i amerykańskie doświadczenia trudno porównywać. Sensowniejsze jest pytanie o umowę społeczną: ile odpowiedzialności za dostęp do leczenia wolno zostawić człowiekowi, któremu choroba odbiera czas, siłę i zdolność poruszania się po procedurach.

Amerykański przypadek pokazuje, że pacjentowi można pozostawić zdecydowanie za dużo tej odpowiedzialności, nawet jeśli formalnie ma polisę, wybór i prawo do odwołania. Chory nie powinien najpierw stawać się specjalistą od własnego leczenia.

Tymczasem amerykańska opieka zdrowotna opiera się na neoliberalnym nakazie: powinieneś wiedzieć, co kupujesz, umieć przewidzieć ryzyko, porównać oferty i dopilnować swoich praw. Jeżeli tego nie potrafisz, tracisz pieniądze, czas albo dostęp do leczenia. Niewiedza nie jest tu traktowana jako skutek choroby czy nierówności, lecz jako błąd pacjenta, za który wystawia mu się rachunek.

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze