Niemiecki zwrot w energetyce znany w Europie jako Energiewende nie narodził się jako odpowiedź na kryzys klimatyczny. U jego fundamentów leżą kryzysy paliwowe lat 70., ale także próba rozliczenia eksnazistów przez pokolenie ich dzieci.
Zamknięcie ostatniej kopalni węgla kamiennego w Niemczech otrzymało oprawę państwowej ceremonii. W 2018 roku górnicy opuszczający kopalnię Prosper-Haniel przekazali prezydentowi Frankowi-Walterowi Steinmeierowi symboliczną bryłę węgla. Dla wielu obserwatorów był to obraz idealnie wpisujący się w narrację o niemieckiej transformacji energetycznej. Oto kraj, który przez ponad półtora wieku budował swoją potęgę na węglu, zrobił kolejny milowy krok na drodze transformacji energetycznej.
Tyle że zamknięcie ostatniej kopalni nie było bezpośrednim skutkiem Energiewende, jak w innych krajach przyjęło się nazywać specyficzny model niemieckiej transformacji energetycznej.
Korzenie Energiewende sięgają innej epoki: buntu pokolenia roku 1968 przeciwko pokoleniu ich ojców-nazistów. Ale co to ma wspólnego z atomem?
Zamknięcie kopalni Prosper-Haniel było ostatnim aktem kryzysu niemieckiego górnictwa, którego pierwsze zwiastuny pojawiły się już w pierwszych powojennych dekadach. Najpierw doszło do niedoboru pracowników. W latach 60. do RFN zaczęto więc sprowadzać do pracy gastarbeiterów z Włoch, Turcji, Jugosławii i innych państw południa Europy. Jednak mimo obniżania kosztów pracy dzięki tańszym pracownikom zagranicznym węgiel nieuchronnie stawał się coraz droższy ze względu na rosnącą trudność wydobycia.
Państwo przez dziesięciolecia próbowało ratować ten sektor. Elektrowniom nakazywano zakup rodzimego surowca, a część kosztów przerzucano na odbiorców energii poprzez specjalną dopłatę znaną jako Kohlepfennig („grosz węglowy”). Niemieckie górnictwo stało się jednym z najbardziej subsydiowanych sektorów gospodarki w Europie. Mimo to kolejne kopalnie zamykano, a wola polityczna nie była w stanie odwrócić geologicznych realiów.
Jednak gdy na powierzchnię wyjechała ostatnia zmiana, nie oznaczało to, że niemieckie elektrownie węglowe również ogłosiły fajrant. Choć udział dostarczanej przez nie energii w krajowym miksie energetycznym maleje, zgodnie z listą Bundesnetzagentur nadal pracuje prawie 60 bloków węglowych w ponad 20 lokalizacjach. Do tego doliczmy węgiel brunatny: 50 bloków w 17 lokalizacjach (dane dla obydwu rodzajów węgla za rok 2025).
Co zatem z tą Energiewende? Przewrotnie można powiedzieć, że zakończyła się, gdy 15 kwietnia 2023 roku odłączono od sieci ostatnie trzy elektrownie jądrowe.
Koncepcja Energiewende nie została bowiem zdefiniowana jako narzędzie polityki klimatycznej
ani za rządów konserwatywnej kanclerz Angeli Merkel, ani wcześniej, za przyjaźniącego się z Putinem socjaldemokraty Gerharda Schrödera, choć każde z nich podjęło kluczowe kroki, by ją zrealizować.
Koncepcja narodziła się na styku doświadczeń kryzysów naftowych lat 70. oraz pierwszych sukcesów ruchu antyatomowego. Po raz pierwszy została wyartykułowana w wydanej w 1980 roku książce pt. „Energiewende – wzrost i dobrobyt bez ropy i uranu”. Raport ten został opublikowany przez działający po dziś dzień, a wówczas nowo powstały, Öko-Institut z Fryburga Bryzgowijskiego w słonecznej Badenii-Wirtembergii.
Tworzący go działacze mieli na swoim koncie kilka lat doświadczeń w walce z projektami budowy elektrowni atomowych. W połowie lat siedemdziesiątych nad granicznym Renem, w pobliskim Breisach, a następnie w nieodległym Wyhl, doszło do skutecznych blokad inwestycji jądrowych.
Tamtejsi winogrodnicy, obawiający się, że chłodnie kominowe produkujące parę zmienią mikroklimat i zagrożą zbiorom słynnych winogron z Kaiserstuhl, połączyli siły z lewicową młodzieżą z pobliskiego Fryburga. Doszło do okupacji terenu budowy. Sprawnymi organizatorkami tych protestów okazały się kobiety z prowincji, co z kolei przyciągnęło uwagę wielkomiejskich feministek. Władze, zaskoczone, że zaprotestowała ludność w regionie uważanym za konserwatywny, ugięły się pod presją i dość szybko wycofały się z projektów. Te wydarzenia do dziś postrzegane są jako kamień węgielny niemieckiego ruchu antyatomowego. Wyrósł on na światowy fenomen zarówno pod względem liczebności i różnorodności tworzących go grup społecznych, jak i wytrwałości rozpalającej protesty przez kolejne dekady.
Koncepcja Energiewende przedstawiona w 1980 roku, wbrew późniejszym reinterpretacjom, pierwotnie nie była strategią walki z emisjami CO₂.
Jej głównym celem była likwidacja energetyki jądrowej, Atomausstieg (dosłownie wyjście z atomu)
oraz dodatkowo ograniczenie wolumenu importowanej ropy naftowej. Jako alternatywę zaproponowano poświęcenie szczególnej uwagi radykalnemu ograniczeniu zużycia energii oraz rozwojowi źródeł odnawialnych.
Propozycja ta odpowiadała na lęki wywołane przez kryzysy energetyczne, które uderzały w państwa zachodnie dwukrotnie, w 1973 i w 1979 roku. Zobrazowały one niejako tezy raportu Klubu Rzymskiego z 1972 roku „Granice wzrostu” o ograniczonych zasobach. Choć wówczas zasobów zabrakło (chwilowo) z powodów politycznych, a nie realnego ich wyczerpania, obydwa kryzysy drastycznie unaoczniły, jak może wyglądać koniec ich łatwej ich dostępności.
Drugim lękiem był ten przed atomem. Choć podzielany częściowo przez inne industrializujące się społeczeństwa, w Niemczech posiadał bardzo lokalny i osadzony w historii rys. Co dziś może zaskakiwać, pierwotna wersja Energiewende była projektem explicite prowęglowym. W tym scenariuszu wykorzystanie węgla miało nawet wzrastać, by następnie dzielić miks po połowie z OZE. Wizje te były później rozpowszechniane w licznych publikacjach ruchu antyatomowego.
Zwycięstwo haseł ruchu antyatomowego, które wywodziły się z dalekich marginesów oficjalnego dyskursu, by ostatecznie stać się oficjalną polityką państwa, wyda się tym bardziej nadzwyczajne, gdy pozna się skalę i technologiczne zaawansowanie, którym mógł poszczycić się niemiecki sektor jądrowy.
Po pierwsze, to właśnie niemieccy naukowcy należeli do grona pionierów fizyki jądrowej i współtworzyli podstawy całej tej dziedziny. Rozszczepienia atomu w grudniu 1938 roku dokonali Otto Hahn i jego uczeń Fritz Straßmann. Teoretyczne wyjaśnienie zaobserwowanego zjawiska przedstawiła, ukrywając się przed nazistami na emigracji w Szwecji, Lise Meitner wraz z Otto Frischem.
Z dzisiejszej perspektywy można spekulować, że te odkrycia przyszły w nienajlepszym momencie. Choć wbrew alianckim obawom nazistowskie elity partyjne nie darzyły programu budowy tzw. Uranmaschine dużym zainteresowaniem, a Niemcy nigdy nie były blisko uzyskania samopodtrzymującej się reakcji łańcuchowej, to ostatecznie rozszczepienie zostało w pierwszej kolejności spożytkowane w celach wojennych. Fakt ten położył się cieniem na przyszłe cywilne i pokojowe technologie.
Dziesięć lat po wojnie, 5 maja 1955 roku, uchylono status okupacyjny Niemiec, a ograniczona suwerenność otworzyła przed odbudowującym się państwem możliwość samodzielnego kształtowania polityki technologicznej, w tym pokojowego wykorzystania energii jądrowej.
W rozwoju technologii rozszczepiania jąder atomu nadzieje pokładali zarówno chrześcijańscy demokraci (CDU), jak i socjaldemokraci (SPD). Te dwa wielkie obozy polityczne różniły się co do kwestii posiadania krajowej produkcji głowic jądrowych czy rozmieszczenia ich przez Amerykanów na terytorium Niemiec, ale jeśli chodzi o pokojowe wykorzystanie nowego źródła energii, panowała zgodność.
Socjaldemokraci w swoim Planie Atomowym (Atomplan) z 1959 roku przewidywali, że rozwój energetyki jądrowej pozwoli uniknąć degradacji krajobrazu i obniżania poziomu wód gruntowych związanych z wydobyciem węgla brunatnego. Budowa i eksploatacja elektrowni miały zostać domeną sektora publicznego.
Przeciwnicy energetyki jądrowej należeli wówczas do niewielkiego i osobliwego marginesu. Pierwszą organizacją głoszącą hasła antyatomowe w RFN był Światowy Związek Ochrony Życia, założony przez byłego nazistę i zwolennika eugeniki Günthera Schwaba, który w powieści „Taniec z diabłem” przedstawił rozszczepienie jądrowe jako element demonicznego spisku prowadzącego do biologicznej i moralnej degeneracji ludzkości.
Kolejne powojenne koalicje rządowe wdrażały programy atomizacji Niemiec, inwestując w nowe reaktory badawcze i elektrownie. W odpowiedzi na kryzysy energetyczne lat 70. Republika Federalna, podobnie jak Francja, rozpoczęła szybką rozbudowę energetyki jądrowej. W ciągu zaledwie kilkunastu lat moc niemieckich elektrowni atomowych wzrosła dziewięciokrotnie, osiągając ponad 21 tysięcy megawatów, czyniąc Niemcy jednym z globalnych liderów technologii jądrowych.
Tym samym, jeszcze zanim temat zmian klimatycznych wyszedł z naukowych gabinetów, Niemcy już skutecznie dekarbonizowały swój miks energetyczny.
Był to również sektor zdolny do realizacji własnych, pionierskich koncepcji technologicznych, które dla wielu inżynierów stanowiły były niczym Święty Graal energetyki jądrowej. Wśród nich wymienić można cywilny statek towarowy „Otto Hahn” o napędzie jądrowym, THTR-300, prototyp reaktora wysokotemperaturowego chłodzonego helem z rdzeniem usypanym, który jako paliwo wykorzystywał pierwiastek toru, czy SNR-300, reaktor prędki powielający, chłodzony sodem, zdolny do wytwarzania większej ilości paliwa, niż sam zużywał. Ten ostatni z powodów politycznych nigdy nie został uruchomiony.
W sumie w latach 1957–2004 oddano w Niemczech do użytku około 110 obiektów jądrowych, w tym 36 reaktorów elektrowni zawodowych produkujących energię elektryczną. W szczytowym momencie elektrownie atomowe pokrywały niemal 30 procent krajowego zapotrzebowania na prąd. Było ono ogromne: w zjednoczonych już Niemczech przekraczało 500 TWh/rok, co czyniło ten kraj czołowym konsumentem energii w Europie. Dla porównania, Polska potrzebuje obecnie około 170 TWh/rok.
Ruch antyatomowy, ugruntowany podczas blokad w Wyhl i niesiony falą pierwszych sukcesów, szybko rozlewał się po całym kraju.
Najbardziej widoczna była młodzież, upolityczniona podczas rewolty końca lat 60., której rdzeniem w Niemczech była APO, Außerparlamentarische Opposition (opozycja pozaparlamentarna) prezentująca szeroki wachlarz ideowy spod sztandarów Nowej Lewicy, sytuacjonizmu i anarchizmu.
Obecna była też cała konstelacja tzw. Grup-K, komunistycznych grupek ze szczególną predylekcją do maoizmu. Ale ruch antyatomowy tworzyły też organizacje religijne obu dominujących wyznań, a także kwakrzy oraz pacyfiści z Marszów Wielkanocnych czy hippisowskie pięknoduchy ery New Age.
Zasilany był też wydatnie przez bardziej umiarkowane, centrowe czy wręcz konserwatywne formacje rodzącego się ruchu ekologicznego i ochrony środowiska, lokalnych rolników czy wspomnianych winogrodników, a także przez „apolityczne” Bürgerinitiativen (Inicjatywy Obywatelskie), które organizowały lokalną ludność w duchu demokracji oddolnej, dystrybuowały treści antyatomowe i wchodziły w spory instytucjonalne z władzami zaangażowanymi w budowę instalacji jądrowych.
Kolejnym punktem węzłowym ruchu antyatomowego stały się próby zablokowania budowy elektrowni Grohnde. Coś, co rozpoczęło się jesienią 1976 roku nabożeństwem przy ogrodzeniu budowy, w którym uczestniczyło około 300 osób, w marcu następnego roku eskalowało do zamieszek, które należały do najgwałtowniejszych w historii protestów społecznych RFN do owego momentu. Uczestniczyło w nich kilkanaście tysięcy osób; przeszły do historii jako Schlacht um Grohnde (bitwa o Grohnde). Protestujący donosili o 800 rannych, a policja informowała o około 240 poszkodowanych funkcjonariuszach po swojej stronie.
Należy pamiętać, że do tych wydarzeń dochodzi, gdy w kraju panuje bardzo napięta atmosfera, naznaczona politycznymi zabójstwami, porwaniami i napadami.
Właśnie w 1977 roku aktywność tzw. drugiego pokolenia RAF (Frakcji Czerwonej Armii) osiąga szczyt, a okres ten jest uważany za jeden z najpoważniejszych kryzysów w historii RFN.
I choć trudno lekką ręką byłoby wrzucać oba zjawiska społeczne do jednego worka, jednak mają one pewien wspólny wątek napędzający psychodynamikę społecznego konfliktu: frustrację z powodu strukturalnej niemożliwości rozliczenia pokolenia ojców z nazizmu.
Psychologii znany jest nieświadomy mechanizm obronny nazywany przemieszczeniem (Verschiebung). Zastosowany teoretycznie na płaszczyźnie społecznej być może posłużyłby do wyjaśnienia mechanizmu wydarzeń.
Verschiebung polega na tym, że obiekty odczuwane w swojej pierwotnej formie jako niebezpieczne lub nieakceptowalne zastępuje się nowym celem, na który zostaje przemieszczona energia psychiczna. Pozwala to z jednej strony rozładować napięcie związane z frustracją, z drugiej – uniknąć natychmiastowych negatywnych konsekwencji bezpośredniego ataku na zbyt potężny obiekt swej frustracji.
W niemieckim przypadku byliby to milczący o swej przeszłości ojcowie,
nierozliczeni eks-naziści zajmujący prominentne stanowiska w polityce, przemyśle, mediach
– próby ich demaskacji były istotnym wątkiem ruchu młodzieżowego lat 60. – których najnowszym dokonaniem był słynny na cały świat „cud gospodarczy”. Co więcej, ta sztuka dokonywała się we współpracy z Amerykanami, którzy właśnie zaczynali palić napalmem wietnamskie wioski.
Wytwarza to u upolitycznionej młodzieży zbrodnicze iunctim. Ale jeśli nie można gniewu skierować na Wielkiego Innego – groziłoby to całkowitą destabilizacją czy wręcz przelewem krwi, czego preludium była historia RAF – w zamian atakowany jest obiekt zastępczy. Energetyka jądrowa wydaje się idealnym celem, jako jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie wytworów generacji ojców pokolenia ’68. Czy tu należy szukać wyjaśnienia siły afektu organizującej ruch walczący z atomem?
W 1977 roku ukazuje się książka Roberta Jungka „Państwo atomowe. O postępie ku nieludzkości”. Publikacja szybko zyskała status ważnej intelektualnej inspiracji niemieckiego ruchu antyatomowego. Autor nie twierdził, że zagrożeniem jest wyłącznie sama możliwość katastrofy jądrowej. Jego diagnoza była polityczna. Argumentował, że państwo decydujące się na rozwój technologii jądrowych, nawet jeśli robi to wyłącznie na potrzeby cywilne, musi nieuchronnie rozbudowywać aparat kontroli i bezpieczeństwa.
Szczególny charakter, jaki według Jungka posiada technologia rozszczepienia atomu, wymagająca specjalnej ochrony przed awariami, sabotażem czy atakami terrorystycznymi, miał prowadzić do stopniowej militaryzacji państwa oraz ograniczania swobód obywatelskich i ostatecznie (znowu) do totalitaryzmu. W skrócie atom miałby doprowadzić wprost do restytucji nazizmu. Autor dobitnie podkreślił to tytułem książki.
Niemieckie słowo Atomstaat wprost odnosi się do określenia, jakim w Niemczech opisuje się reżim hitlerowski, czyli NS-Staat, państwo narodowosocjalistyczne.
W kraju, który zaledwie kilka dekad wcześniej doświadczył hitleryzmu, teza ta trafiała w czuły punkt historycznej pamięci. Lęk przed rozrostem aparatu państwowego i technokratycznej władzy miał w Niemczech szczególnie silny wymiar polityczny i emocjonalny. Energetyka jądrowa zaczynała być postrzegana przez część społeczeństwa nie tylko jako wyzwanie technologiczne, lecz jako potencjalne zagrożenie dla demokracji. Każda reakcja sił porządkowych wymierzona w protesty wzmacniała jedynie tezę o rosnącym zagrożeniu państwem policyjnym.
Dlatego po Grohnde przyszły inne „pomnikowe” dla ruchu antyatomowego starcia, mniej lub bardziej pokojowe: Gorleben, Brokdorf, Wackersdorf i wiele innych. Instytucjonalnym kamieniem milowym było utworzenie przez konstelację różnorodnych ruchów antyatomowych pierwszej na scenie politycznej antyatomowej partii. Zieloni zarejestrowali się w 1980 roku, a trzy lata później pokonali próg wyborczy i dostali się do Bundestagu. Dekadę później, już po zjednoczeniu ze wschodnioniemieckim Sojuszem 90, współtworzyli koalicję rządową i z tej pozycji dyktowali Atomausstieg.
Jungk nie był jedynym zaangażowanym pisarzem sugerującym strukturalny związek między totalitaryzmem a energetyką jądrową. Wybitny historyk technologii Joachim Radkau uczynił to w książce „Wzlot i upadek niemieckiej gospodarki atomowej”, której nota bene, współautorem jest człowiek Öko-Institutu, Lothar Hahn. A autorka literatury młodzieżowej Gudrun Pasewang powtórzyła tę tezę w książce „Chmura” (1987).
„Chmura” to zatrważająca historia nastolatki, która traci członków rodziny i przyjaciół oraz sama zapada na chorobę popromienną w wyniku fikcyjnej awarii elektrowni jądrowej w Bawarii. Niektórzy nazwaliby ten rodzaj literatury katastroficzną pornografią (disaster porn), ale w Niemczech była ona polecaną lekturą szkolną i kształtowała wyobraźnię kolejnego młodego pokolenia.
Autorka świadomie budowała w niej analogię między społeczną biernością wobec zagrożeń atomowych a wcześniejszą obojętnością części społeczeństwa wobec narastania narodowego socjalizmu.
W połowie lat 90. to młodsze pokolenie nie chciało być obojętne: wraz z rodzicami wzięło udział w blokadach transportów paliwa jądrowego, które niemal co roku przez ponad dwie dekady mobilizowały dziesiątki tysięcy osób do podejmowania przeróżnych form protestu. Były to zarówno widowiskowe blokady torów kolejowych i dróg, jak i batalie toczone na salach sądowych, w lokalnych instytucjach krajów związkowych oraz w zaciszach gabinetów federalnych.
Wypadki w elektrowniach jądrowych na świecie za każdym razem dodatkowo podsycały emocje i wywoływały w Niemczech nastroje zbliżone do zbiorowej histerii. W 1979 roku awaria w amerykańskiej Three Mile Island ma miejsce w czasie, gdy odbywa się Gorleben-Treck, protest przeciwko budowie składowiska odpadów promieniotwórczych. Z początku skromny marsz o charakterze pielgrzymki przeradza się w największą w historii Niemiec demonstrację antyatomową. Po dotarciu protestujących do celu w Hamburgu na ulicę wychodzi ponad 100 tysięcy osób. W 1986 roku odżywają najgorsze traumy. „Niemcy byli całkowicie zszokowani. Wiele osób nie wychodziło z domów przez wiele dni. Było tak, jakby znowu była wojna, a oni siedzieli ponownie w bunkrach” – wspominał Lars Jessen, niemiecki reżyser filmu, którego tłem akcji jest katastrofa w Czarnobylu.
W 2011 roku tsunami doprowadziło do wypadku w japońskiej elektrowni Fukushima-Daiichi. Stało się to tuż po tym, gdy koalicji rządowej pod przewodnictwem Angeli Merkel udało się zapewnić przedłużenie pracy reaktorów na kolejną dekadę. Jednocześnie zbliżały się wybory, w których pozycja chadeckiej formacji i samej kanclerz była zagrożona. Zwrot o 180 stopni w sprawie energetyki jądrowej pozwolił podebrać w kluczowym momencie głosy Zielonym. CDU przechodzi na stronę antyatomową, a sektor jądrowy traci ostatniego adwokata na scenie politycznej. Po jakimś czasie zjawi się AfD, ale w tej konfiguracji skojarzenie atomu ze skrajną prawicą tylko mu szkodzi. Finał jest znany. W 2023 roku realizuje się ostatecznie Energiewende, przynajmniej co do naczelnego postulatu z 1980 roku.
Oczywiście nie da się obalić całego sektora energetycznego jedynie za pomocą demonstracji i blokad inwestycji. Potrzebny był der lange Marsch durch die Institutionen (długi marsz przez instytucje, oczywiste nawiązanie do Długiego Marszu chińskich komunistów), strategia głoszona jeszcze przez APO, mająca polegać na przejmowaniu albo przynajmniej przeciąganiu na swoją stronę instytucji państwa.
Taktykę wyjaśniał w wywiadzie dla Die Welt minister Jürgen Trittin, szef federalnego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych, dawny aktywista antyatomowy: „Wiedzieliśmy, że nie uda nam się zapobiec rozwojowi energetyki jądrowej wyłącznie poprzez protesty uliczne. Dlatego w rządach Dolnej Saksonii, a później Hesji, staraliśmy się doprowadzić do nieopłacalności elektrowni jądrowych, podnosząc standardy bezpieczeństwa.”
W całym państwie przeciwnicy atomu paraliżowali instytucje. Przykład: wspomniany Lothar Hahn z Öko-Institutu został m.in. dyrektorem Towarzystwa Bezpieczeństwa Elektrowni i Reaktorów, jednego z organów regulacyjnych sektora jądrowego.
Sam ruch antyatomowy widzi siebie w roli twórcy współczesnej niemieckiej demokracji. Frank Uekötter w książce „Atomare Demokratie” (2022) argumentuje, że niemiecki konflikt wokół energetyki jądrowej należy rozumieć przede wszystkim jako proces demokratycznego uczenia się społeczeństwa. Konflikt nie doprowadził ani do rewolucji, ani do autorytarnego stłumienia protestów. Zamiast tego został stopniowo przetrawiony przez instytucje demokratyczne, media, sądy, parlamenty, ruchy społeczne i organizacje obywatelskie.
Aby zrozumieć niemiecki kompleks, można sobie przedstawić, abstrahując od wszelkich różnic i proporcji, w polskich kategoriach np. walki „Solidarności” z „komuną”, jako prefigurację konfliktu demokratycznej opozycji z oskarżaną o autorytaryzm władzą. To, że polski autorytaryzm był rzeczywisty, a zachodnioniemiecki z naszego punktu widzenia domniemany, ma drugorzędne znaczenie. Rolę odgrywa subiektywna percepcja.
W polskiej historii po stronie autorytarnego reżimu też wystąpił reaktor jądrowy: w Żarnowcu. Decyzja o zaniechaniu kontynuacji projektu, podjęta przez rząd demokratyczny, bez kalkulacji efektów dla systemu energetycznego, środowiska i ludzi, była
symbolicznym odwetem i ciosem w wysiłki autorytarnych poprzedników.
Sprzężenie Energiewende–Atomausstieg prawdopodobnie nie mogłoby się zrealizować bez innych sprzyjających elementów: neoliberalnej rewolucji lat 90., która stworzyła rynki energetyczne i utrwaliła przekonanie, że prąd jest towarem możliwym do produkcji na dachu własnego domu; tanich surowców z Rosji i wiary, że handel demokratyzuje autorytarne reżimy, czy komplementarnej rosyjskiej doktryny Falina-Kwicińskiego, według której surowce energetyczne zamiast czołgów miały pomóc Moskwie kontrolować strefy wpływów. Wbrew poszukiwaczom tajnych spisków Gazpromu i agentów Putina, Energiewende była wytworem całkowicie rodzimym, osadzonym w złożonej historii Niemiec XX i XXI wieku: od Hitlera po Merkel.
W ramach Szkoły Doktorskiej Akademii Górniczo-Hutniczej prowadzi badania kulturowych i społecznych podstaw kształtowania systemów energetycznych. Jako publicysta i dziennikarz zajmuje się głównie tematyką związaną z recepcją technologii, gospodarowaniem zasobami i polityką energetyczną w kontekście zmian klimatycznych. W 2022 nominowany do polsko-niemieckiej nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego.
W ramach Szkoły Doktorskiej Akademii Górniczo-Hutniczej prowadzi badania kulturowych i społecznych podstaw kształtowania systemów energetycznych. Jako publicysta i dziennikarz zajmuje się głównie tematyką związaną z recepcją technologii, gospodarowaniem zasobami i polityką energetyczną w kontekście zmian klimatycznych. W 2022 nominowany do polsko-niemieckiej nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego.
Komentarze