Siódma godzina szkolenia, siedzimy w bunkrze. „Będzie ścisk. Dostaniecie butelkę wody i nikt Wam nie powie, czy ma wystarczyć na pół godziny, czy półtora dnia”. Pytam wojskowego: A jak w ogóle znaleźć schron? Słyszę: „A to musi pani sobie sprawdzić w internecie. Wcześniejsza grupa mówiła, że jest do tego nawet jakaś aplikacja”.
"A co, gdyby nagle nastąpiła ...
... awaria prądu, przerwana łączność, ekstremalna pogoda, cyberzagrożenia czy dezinformacja? To realne wyzwania, z którymi mierzy się dziś państwo i obywatele. Części z nich nie da się uniknąć. Ale na wiele można się przygotować".
To fragment wpisu MSWiA na Instagramie z pierwszych dni grudnia. Jeszcze przed Sylwestrem w telewizji oglądałam krótkie spoty informujące, jak spakować plecak ewakuacyjny – pewnie tańszy i lepszy niż ten, który „Biedronka” sprzedawała za dwa tysiące złotych. W radiu, między jedną reklamą a drugą słyszę, jak w razie pilnej ucieczki z domu zadbać o psa.
Styczeń. Listonosz przyniósł 48-stronnicowy „Poradnik Bezpieczeństwa”, w którym czytam, że każdy obywatel ma obowiązek ochrony Ojczyzny, a ja muszę kupić agregat, znaleźć miejsce na koce, ręczniki i taśmy do uszczelnienia okien, kolorowymi taśmami zaznaczyć w mieszkaniu miejsca odcięcia gazu, prądu i wody. W marcu ma zacząć się kolejna seria wojskowych szkoleń obywateli. W tej pierwszej, organizowanej jesienią, wzięło w nich udział 16 tysięcy osób. W tym ja.
To straszne słowo na „W”, którego za wszelką cenę unika Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, by przygotować obywateli na kryzys, nie pojawi się ani razu w telewizyjnych czy radiowach spotach i „Poradniku Bezpieczeństwa”. Nie usłyszę go też podczas 8-godzinnego szkolenia wojskowego. Pierwsza pomoc? Przyda się podczas wypadku drogowego. Rozpalanie ogniska albo noc w lesie? To niezapomniana lekcja survivalu z dzieckiem. Plecak ewakuacyjny? Niepotrzebny straszak; chodzi o to, by mieć przy sobie najpotrzebniejsze rzeczy, tak po prostu. Nawet kiedy wojsko zaprowadziło nas do schronu, nie pomyślało, by przy okazji powiedzieć: jaki sygnał ma poinformować, że czas szukać schronienia. I jak ten schron właściwie blisko domu znaleźć.
„Schować komórki!”, „Proszę wyłączyć telefony!”, „Na terenie jednostki wojskowej obowiązuje całkowity zakaz korzystania z urządzeń” – słyszę stojąc w gęstej kolejce. Jest sobota, kilkanaście minut po siódmej rano. Termometry wskazują okolice zera. Podpisujemy jedne zgody, drugie, żołnierze dzielą nas na grupy i prowadzą na plac apelowy. „Porządek musi być!” – słyszę.
Zapisałam się na wojskowy kurs przetrwania. Przez mObywatela.
Jeszcze zanim rozpoczniemy szkolenie właściwe, trzy razy usłyszę, że na koniec czeka na nas „wspólna grochówka”, „przepyszna grochówka!”. A kiedy skończymy, uznam, że w tym całym kursie przetrwania chodziło nie o umiejętności, a o to, że wszystkie zajęcia odbywały się na zewnątrz, na mrozie. I chyba to miałoby być właśnie nauką przetrwania. Program w teorii miał przygotować do działania w sytuacjach kryzysowych i wzmocnić bezpieczeństwo.
W praktyce pokazał, jak skrajnie niedoinwestowane jest wojsko, które nawet w pilotażowym programie mocno reklamowanym przez rząd jest zmuszone do pracy na rozmagnesowanych busolach, starych bandażach i zdezelowanych manekinach. Wojskowy, żeby pokazać, jak rozpalić ognisko, musi używać prywatnego krzesiwa, które kupuje za własną kasę.
Ministerstwo Obrony Narodowej nie odpowiedziało na pytanie o koszt przeprowadzonych szkoleń. Nie podało mi nawet ich liczby. Pochwaliło się za to, że do programu zapisało się ponad 16 tysięcy osób (choć MON przewidywał 9 tysięcy miejsc więcej). „Najstarszy uczestnik kursu ma 91 lat i skorzystał z kursu z cyberhigieny, zaś najstarsza uczestniczka, w wieku 80 lat, ukończyła kurs przetrwania” – czytam w bezimiennym mailu podpisanym jako „Sztab Generalny Wojska Polskiego”.
Zaczynamy. Młodsi ode mnie żołnierze rozkładają cztery materace na betonie. Dzień rozpoczynamy od szkolenia z pierwszej pomocy. Resuscytacja krążeniowo-oddechowa. Poubierani w puchówki i grube rękawiczki klęczymy nad wysłużonymi materacami nucąc: „Ah, ha, ha, ha, stayin' alive, stayin' alive. Ah, ha, ha, ha”.
Potem próbujemy podłączyć defibrylator. 20-osobowa grupa pracuje na jednym sprzęcie. Żołnierze często muszą ćwiczyć pomoc z AED, bo elektordy nijak fantoma trzymać się nie chcą. Wojskowi nie dają za wygraną. Wyczerpująco opowiadają o tym, jakie aplikacje warto mieć w telefonie na wypadek wypadku. O tym, że apka „Ratownik” pokaże nam, gdzie najbliżej nas jest defibrylator, opanuje stres i strach, wyliczy tempo uciskania. Pomoże wezwać ratowników.
Klęczę nad manekinem, wskazuję palcem nowopoznanego kolegę mówiąc: „ty dzwonisz na pogotowie”. Przede mną ląduje foliowa siatka. Baton wysokoenergetyczny, soczek jabłkowy, pięć kromek pszennego chleba. I wieprzowa konserwa. W wojsku niejedzących mięsa nie ma, wśród uczestników za to nikt o otwarciu konserwy nawet nie pomyślał. Słyszymy, że to nasze „śniadanko”. A jak skończymy całe szkolenie, to wiadomo, grochówka.
Wojskowi w kółko mówią o tym jedzeniu, a my stoimy z siatkami. Pod nogami leżą manekiny, już każdy zapomniał, czy dośpiewał „Stayin'alive” do końca, czy nawet nie dał fantomowi szansy na przeżycie. Rozproszyliśmy się żarciem, zajęcia trzeba przyspieszyć. Bandażujemy się więc w dwójkach: ja tobie głowę, ty mi rękę. Nie ma łatwo, ćwiczymy na mocno poszarzałych, już dawno porozciąganych bandażach, które ledwo trzymają. Tamowanie krwawień? Wiemy, co i jak, zresztą tamować byłoby trudno, bo otwarte rany u fantomów skutecznie zatamował czas. Zamiast krwistoczerwonych są ledwie bladoróżowe. Unieruchomienie kończyn omawiamy razem, tylko obserwując wojskowych.
W końcu do ciepła! – słyszymy.
Stacja druga, ogień. Ale zanim staniemy wokół ognisk, wysłuchujemy prezentacji plandek i ekspresowo montowanych para-namiotów, które pozwolą przetrwać w lesie noc. Wojskowi opowiadają, jakie posłanie preferują na poligonie, które rozstawiają sami dla siebie. A my stoimy wokół, patrzymy. Nikt nie każde nam nawet ćwiczyć konstruowania prowizorycznych schronień, bo prawdopodobieństwo ich wykorzystania w codziennym życiu jest równe zeru.
Dalej. Żołnierze pokazują typy ognisk. To służy do ogrzania się, ale tak, by wróg nas nie dostrzegł. To z kolei ma być sygnałem: „hej, tu jestem”. A wiecie jak przefiltrować sobie wodę i ze śniegu zrobić wrzątek do zalania kawy? Bardzo proszę.
Stoimy wokół i ogrzewamy się przy kolejnych ogniskach. „Ja jestem w klasie wojskowej, chyba cała klasa się zapisała na szkolenie” – mówi młoda dziewczyna, kiedy zagajam, czemu właściwie tu przyszła. „My całą rodziną!” – mówi 50-latka. Jest z mężem i dorosłą córką. Przygotowani tak, jakby już dziś mieli spędzić poza domem miesiąc. Nad ogniskiem leją herbatę, kawę, pytają o każdy wojskowy sprzęt. A gdzie kupić, za ile, czy ciężki. „Ja się zapisałam na wszystkie szkolenia!” – mówi z kolei młoda kobieta, instruktorka tańca. Opowiada, że na szkoleniu z cyberhigieny była jedna sama. „Nawet fajne, takie indywidualne zajęcia” – zachwalała.
Zrobiło się cieplej, w końcu dostajemy zadanie – rozpalić ognisko z wacika kosmetycznego i krzemienia. A potem zadanie na szóstkę: rozpalić je z kory drzewa. Starsi panowie, co rusz opowiadający o swojej młodości spędzonej w wojsku, iskry wydobywają raz-dwa. Ale wielu z nas ma krzemień pierwszy raz w ręce. Ścieramy go, przekazujemy z rąk do rąk. Dopiero potem słyszymy, że to prywatny asortyment wojskowego. A oficjalny, na stanie? Jest tak tępy, że nie poleciałaby nawet jedna iskra.
Kurczę, znowu opóźnienie, a kucharz chciałby z grochówką zdążyć na 14. Biegniemy więc na zajęcia z orientacji w terenie. Odczytujemy dane z kompasu i busoli, orientujemy mapę, przeliczamy kroki na metry. „Wyznacznie azymut na kibel!” – pada polecenie. Wymierzamy więc busolę w kierunku toi-toia. „Kto poda dobrą wartość, może iść na przerwę”. Mobilizacja jest więc duża, zwłaszcza wśród palaczy, ale i ryzyko błędu spore – bo okazuje się, że busole są rozmagnesowane. Prowadzący sprawdza więc wiedzę „w teorii”. Uff, kolejna grupa już gotowa, idziemy dalej.
Czekam na wiedzę, która rzeczywiście przyda mi się w sytuacji kryzysu. Młoda żołnierka zapewnia, że teraz przed nami prawdziwy hit, szybka dawka praktycznych porad, jak spakować plecak ewakuacyjny. Przy okazji zachwala miesięczny kurs wojskowy.
Opowiada, że tam to prawdziwa musztra, wczesnoporanne bieganie w mrozie. A przede wszystkim wspomnienia i przyjaźnie na całe życie. Patrzymy po sobie, wuefista rzuca, że właściwie, w czasie wakacji, taka dobrowolna służba wojskowa, mogłaby być pomysłem na spędzenie lipca. Zawsze to coś innego niż Grecja, Albania czy polskie morze. Żołnierka mówi, że przychodzą młode osoby po liceum, pracownicy korporacji, znudzeni codziennym znojem przy komputerze. Prawnicy, którzy chcą zrobić „coś”.
Dopiero potem, po skończeniu szkolenia, doczytamy, że ta miesięczna służba, o której opowiedziano każdemu, w tym samym miejscu, kończy się przysięgą wojskową i stopniem „szeregowego”. „Nowy rodzaj służby będzie skutecznym mechanizmem zwiększania liczebności Wojska Polskiego oraz budowania jego rezerw” – czytamy na stronie internetowej Wojska Polskiego.
Ale! Zaczynają się kolejne zajęcia. Tym razem to „sto powodów, dla których nie warto kupować rządowego plecaka ewakuacyjnego”. Wojskowy prezentuje swój plecak, prywatny. Uczy, jak dopasować go do własnych potrzeb na wypadek „nagłego wyjazdu, konieczności opuszczenia mieszkania”. Nie dane mu jednak skończyć, bo przecież zaraz grochówka, a tu jeszcze prezentacja masek gazowych i sprzętu wojskowego na wypadek skażenia chemicznego. A potem gaszenie ognia wspólnie ze strażakami. No i na finał – możliwość spoczęcia na ławce! W schronie.
„Będzie ścisk. Dostaniecie butelkę wody i nikt Wam nie powie, czy ma wystarczyć na pół godziny, czy półtora dnia” – mówi młody żołnierz, który oprowadza nas po schronie. Instruuje, żeby być spokojnym, dostosowywać się do poleceń, pomyśleć, w czym nasze umiejętności mogą się przydać.
Pytam wojskowego: A jak w ogóle znaleźć schron? Nie pochodzę z Krakowa i przyznam szczerze, że nigdy wcześniej specjalnie nie interesowałam się schronami blisko mieszkania.
Słyszę: „A to musi pani sobie sprawdzić w internecie. Wcześniejsza grupa mówiła, że jest do tego nawet jakaś aplikacja”.
Kwadrans mija, wychodzimy, bo już, grochówka prawie gotowa, a tu jeszcze dyplomy, nagrody (czyli wojskowe apteczki w prezencie, bardzo dobrze wyposażone, przydałyby się i żołnierzom), przedpremierowo wręczane „Poradniki Bezpieczeństwa”. Wracam z domu z tą siatą z konserwą, siadam nad chlebem, przeglądam „Poradnik”. I orientuję się, że czas spędzony w jednostce był zmarnowany.
Otwieram komputer, na stronie gdziesieukryc.pl sprawdzam, gdzie w okolicy znajdują się punkty schronienia.
Znane fińskie powiedzenie mówi: „Hyvin suunniteltu on puoliksi tehty” – dobrze zaplanowane, to połowa sukcesu. Mój redakcyjny kolega, Szymon Opryszek, wybrał się do Finlandii by zobaczyć, jak państwo buduje odporność obywateli na sytuacje kryzysowe. Był w schronie w Helsinkach, na poligonie, na lekcji dezinformacji w fińskiej podstawówce, a nawet w gospodarstwie rolnym przy granicy z Rosją. Patrzył i pytał: „Czy da się przygotować na wojnę?”. „Finlandia, z bardzo podobną historią do Polski, to przykład na to, że można. I to na wielu poziomach” – pisał na łamach OKO.press.
A ja sięgam do opublikowanej 4 czerwca 2025 roku uchwały polskiej Rady Ministrów, która zatwierdziła Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026. Czytam tam, że:
„Obecnie trwa analiza zebranych uwag i spostrzeżeń, nie tylko od uczestników szkoleń, ale również od organizatorów z poszczególnych jednostek wojskowych i instruktorów prowadzących zajęcia. Wnioski będą uwzględnione w przygotowaniu docelowej edycji szkoleń, które rozpoczną się w bieżącym roku” – przekazują mi służby prasowe Wojska Polskiego.
„Planowana jest kontynuacja szkoleń #wGotowości, uruchomione zostaną również szkolenia grupowe dla firm oraz nowa formuła szkolenia rezerw. Wstępnie, szkolenia wGotowości zaplanowane zostały w miesiącach III-IV oraz IX-X. bieżącego roku” – dowiaduję się.
Bezpieczeństwo
Edukacja
Policja i służby
Władysław Kosiniak - Kamysz
Ministerstwo Obrony Narodowej
ministerstwo cyfryzacji
mswia
obronność
szkolenia wojskowe
wojna
wojsko polskie
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze