Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Tiziana FABI / AFPFoto Tiziana FABI / ...

Lucia Gimenez była już po 50., kiedy zdecydowała się na prawnika. Przed czterema dekadami jako biedną nastolatkę zwerbował ją w Paragwaju Opus Dei. Jak wielu innym dziewczętom z ubogich rodzin zaoferował wykształcenie z perspektywą na lepsze życie. Tak Lucia znalazła się w dobrej szkole, choć pół tysiąca kilometrów od miejsca zamieszkania.

Organizacja naciskała, by wstąpiła w jej szeregi. „Tego chce od niej Bóg”, słyszała. Bezbronna, uległa presji. Wtedy trafiła do Argentyny. Tam w jednym z domów organizacji przez 20 lat szorowała podłogi, czyściła toalety, gotowała, harowała przez 12 godzin na dobę. Lucia znalazł się w jednym z czterech pionów Opus Dei, tzw. pomocnic numerariuszek.

Skoro Opus Dei zgodnie ze swoim założeniem celowało w „osiągnięcia świętości” przez świeckich w trywialnej codzienności, to większość członków stanowili żonaci mężczyźni mieszkający we własnych domach, ale przekazujący znaczny procent swoich zarobków na rekrutację nowych członków.

Drugą kategorię tworzyli numerariusze, składający obietnicę celibatu i żyjący w janczarskich ośrodkach Opus Dei. To ich obsługiwały kobiety (trzeci pion) takie jak Lucia. I wreszcie około 2000 członków Opus Dei to księża występujących pod flagą Towarzystwa Kapłańskiego Świętego Krzyża.

Posługujące kobiety, takie jak Lucia, musiały obyć się bez wynagrodzenia, umowy o pracę czy opłacania składek na ubezpieczenie. Nic dziwnego, że myśli o odejściu wybijano Luci z głowy, interpretując je jako podszepty szatana. Dziewczynę przenoszono z ośrodka do ośrodka, jej niezadowolenie tłumiono lekami.

Ostatecznie uciekła jednak. Kiedy po latach spotkała wreszcie prawnika, który poważnie zainteresował się jej przeszłością, okazało się, że jej los dzieliło wiele innych dziewcząt. Tak Lucia Gimenez dołączyła do grupy 42 kobiet, które wniosły zbiorowy pozew przeciwko Opus Dei.

Powód: handel ludźmi. Ale Opus Dei umyło ręce (2021). Nie chciało uregulować należności pół setce kobiet, których potraktowało w przeszłości jak niewolnice.

Przeczytaj także:

Franciszek redukuje Opus Dei do rangi klubu wedkarskiego

Skoro jednak sprawa dotyczyła Argentyny, prawnicy reprezentujący pokrzywdzone kobiety wysłali skargę do papieża z Argentyny. W piśmie poinformowali Franciszka o nadużyciach i wyzysku ówczesnych nastolatek w latach 1974-2015. Nie tylko w Argentynie, ale w licznych domach organizacji rozmieszczonych na całym świecie.

Papież zareagował natychmiast. Skasował jedyną w Kościele „prałaturę osobistą”, czyli unieważnił specjalny status Opus Dei w Kościele katolickim, który pozwalał mu być państwem w państwie. Pozbawił stowarzyszenie ekskluzywnego statusu. W istocie upokorzył je i zdegradował.

Najpierw wyjął je spod uprawnień kontrolnych Dykasterii (Kongregacji) ds. Biskupów i przekazał Dykasterii ds. Duchowieństwa. Stojący na czele Opus Dei prałat utracił rangę biskupią. W sierpniu 2023 r. zmodyfikował papież zapis dwóch paragrafów z kodeksu prawa kościelnego (295; 296), poświęconych tzw. prałaturze personalnej.

Wprawdzie Opus Dei nie zostało wymienione z imienia, ale ta jedyna prałatura personalna w Kościele katolickim została zamieniona w organizację duchownych. Należący do niej świeccy członkowie zostali poddani kontroli lokalnych biskupów i proboszczów.

Od tej pory Opus Dei nie jest już prawnie zakotwiczone w ustawodawstwie kościelnym o randze konstytucji, a zaledwie w tzw. prawie o stowarzyszeniach w Kościele. Co można porównać do sytuacji, w której np. w Polsce pozycję Sądu Najwyższego zredukowano by do rangi klubu wędkarskiego.

Instytucje bowiem, które w Kościele zakotwiczone są w konstytucyjnym prawie, tworzą podstawowe struktury Kościoła. Instytucje natomiast regulowane drugą formą prawną, są zaledwie opcjonalne. Dzięki temu posunięciu Franciszek odciął się od kursu poprzednika z wizją krucjatowego, inkwizycyjnego i militarnego Kościoła, rozpalającego wyobraźnię Jana Pawła II.

Zapewne plastyczny obraz Opus Dei jako złowrogiej, tajnej i elitarnej sekty o ogromnej w Watykanie władzy, promującej ultrakonserwatywną politykę i gotową zabić w obronie dochowania tajemnicy, który w naszej wyobraźni uformował swoimi książkami Dan Brown, przypomina bardziej filmowy scenariusz niż realny. Choć wizerunek w „Kodzie Leonarda” zasadzał się na wielu wiarygodnych przesłankach.

Najistotniejsze jednak jest to, że swoje rzeczywiste wpływy w łonie Kościoła Opus Dei zawdzięczało jak najbardziej protekcji Jana Pawła II. Horyzont wartości polskiego papieża pokrywał się z konserwatywnym światopoglądem Opus Dei.

Pojmowanie autorytetu, posłuszeństwa, roli kobiety i misji w Kościele Jan Paweł II rozumiał identycznie, jak tłumaczyła to doktryna założyciela stowarzyszenia, Josemarii Escrivy, bliska faszystowsko-klerykalnym koncepcjom.

Osoba Escrivy imponowała Karolowi Wojtyle. Hiszpański duchowny, rocznik 1902, służbę dla Kościoła zaczął jako najpośledniejszy ksiądz. Ale kiedy zmarł w 1975 roku, pomimo że nie w biskupich fioletach, to z władzą i wpływami większymi niż te, które w swoich rękach dzierżyła większości watykańskich kardynałów.

Po jego śmierci w konserwatywnych kręgach Kościoła szerzyła się opinia, że od czasów Ignacego Loyoli nikt nie uczynił tak dużo dla odnowy wiary religijnej, jak właśnie Escrivá.

Głos Boga ...

Założona przez niego w 1928 roku w Hiszpanii formacja Opus Dei musiała pierwotnie obyć się bez większych sukcesów. Szczytny jej cel polegał na niczym innym jak na dalekosiężnej rechrystianizacji Hiszpanii w duchu religijnego fundamentalizmu.

Idea ojca założyciela sprowadzała się do wykształcenia ultrakatolickich, ale świeckich elit, które działając w swoim zawodowym i prywatnym, czyli poza kościelnym środowisku, zgarną kluczowe pozycje w państwie i „od góry” autorytarnym klerykalizmem zaleją kraj. Nie chodziło bynajmniej o zbawienie indywidualnych dusz, a zwiększenie wpływów instytucjonalnego Kościoła.

Deklarowanym celem Escrivy było podjęcie totalnej walki z masonerią i marksizmem. Co, jak twierdził, podszepnął mu osobiście w objawieniu sam Stwórca. Sprowadzało to 26-letniego Hiszpana zaledwie do roli posiadacza boskiej licencji na kierowanie organizacją. Ale ją samą wynosiło ponad poziom obowiązujących praw ludzkich. Każdy aspirant pukający do drzwi stowarzyszenia musiał ślepo uwierzyć, że wstępuje do „Dzieła bożego”, autorstwa samego Boga. W nim Escrivâ pełni rolę egzekutora boskiej woli.

... i wsparcie gen. Franco

Te transcendentne okoliczności na niewiele by się zdały, jeśli przedsięwzięcie nie uzyskałoby wsparcia czysto ziemskich sił. Największa z nich objawiła się w osobie generała Françisco Franco. Kiedy po wygranej wojnie domowej generał stanął na czele wojskowej dyktatury, za udzielone poparcie zrewanżował się Opus Dei udogodnieniami finansowymi. Stowarzyszenie obsadziło swoimi ludźmi kluczowe pozycje w polityce i gospodarce kraju.

W dekadach rządów generała Franco Opus Dei postrzegano jako swoisty rodzaj „białej masonerii”, nakierowanej na przejęcie wszystkich dźwigni władzy w Hiszpanii.

Postępując sekretnie, stowarzyszenie nabrało sekciarskiego charakteru i ściągało na siebie podejrzenia w samym Watykanie. Tym bardziej że od lat 60. XX w. na sztandarze Opus Dei pojawiło się hasło wyciągnięcia z „bagna” Kościoła katolickiego, w jakie ten wpadł po liberalizującym Soborze Watykańskim II (1962-65).

Escrivâ zastanawiał się nawet nad zerwaniem z Kościołem. W tym czasie ojciec-założyciel swoją centralę przeniósł z Madrytu do Rzymu, gdzie zacieśniał sieć kontaktów z konserwatywnymi kurialistami, włoskimi chadekami i CIA. Z Rzymu stowarzyszenie ekspandowało na całą Europę Zachodnią i obydwa amerykańskie kontynenty.

Pieniądze, pieniądze i wpływy

W Ameryce Południowej bez wyjątku sympatyzowało z prawicowymi i wojskowymi reżimami. Na członków pozyskiwano głównie wpływowe i zamożne osobistości, kształtujące opinię publiczną w swoich krajach. Escrivâ świetnie zdawał sobie sprawę, że zwerbowani miłośnicy rumby czy piekarze nie zapewnią Opus Dei ani kapitału, ani nowych członków. Tylko ludzie zasiadający w gabinetach dyrektorskich, ministerialnych czy w radach nadzorczych wielkich firm.

Opus Dei zwiększało więc swój zasięg i dochody. Te ostatnie nierzadko dzięki finansowym sztuczkom, które polegały na zakładaniu fasadowych fundacji i firm, a które przekierowały strumienie pieniędzy do skarbonek bractwa. Preferencyjny kanał transferowy prowadził przez Andorę, w której ruch wizowy nie podlegał kontroli.

Stratedzy Opus Dei doskonale wiedzieli, że bardziej niż dymu kadzideł i świętych obrazów potrzebowali monetarnej manny z nieba. Tym bardziej że od końca lat 70. XX w. dążyli do opanowania finansów Watykanu. Czysty pieniądz przynosił udziały w międzynarodowych operacjach handlowych. Inkasowane od pośrednictwa lub od anonimowych wkładów prowizje, transferowano do odległych krajów. Stamtąd trafiały do projektów stowarzyszenia.

W latach 70. XX w. Opus Dei urósł na jednego z wielkich graczy na rosnącym, europejskim rynku dolarowym. Nie obyło się oczywiście bez kosztów. Polityczno-finansowe intrygi uwikłały głosicieli dobrej nowiny w afery, które skwapliwie tuszowano.

Alians z konserwatywnymi kardynałami w Watykanie, jak Silvio Oddi i Pietro Palazzini, którzy pomstowali na liberalne reformy soborowe, zwiększył wpływy Opus Dei w centrali Kościoła. A okoliczność, że w jego seminariach wyświęcano coraz to nowe zastępy entuzjastycznych, skrojonych na konserwatywną modłę księży, podczas gdy seminaria na Zachodzie Europy świeciły pustakami, przysparzało mu w Watykanie głębokich ukłonów ze strony dostojnych hierarchów.

Konflikt z abp Benellim

Zarazem pomnażało szeregi wrogów. Najbardziej prominentnym okazał się liberalny abp Giovanni Benelli. Od 1969 roku impulsywny Toskańczyk piastował urząd zastępcy kardynała-sekretarza stanu (wicepremiera państwa Watykańskiego). Pryncypała, francuskiego kardynała Jeana Villota, owinął sobie wokół palca. Ba, dyrygował samym papieżem Pawłem VI (1963-1978). Wykorzystał fakt, że ten uczynił go powiernikiem swoich tajemnic i seryjnie ulegał jego podszeptom.

Nim Benelli został szarą eminencją w Watykanie, pełnił funkcję nuncjusza w Madrycie. Tam dobrze poznał naturę Opus Dei. Wstrętem napawała go tajność organizacji, a wściekłością obawa przed wyrwaniem jej z Kościoła. Autorytarne zapędy Benellego powodowały, że wszelkiej konkurencji z elegancją naciskał na odcisk. Co nie ominęło także Escrivy. Ale i odwrotnie, jako syn piekarza z Pistoli wzbudzał Benelli w pełnym arystokratycznych manier „Padre” nieukrywaną pogardę.

Skoro jednak Benelli ogrywał papieża, Villota i Escrivę, to największe pragnienie tego ostatniego, przyznanie Opus Dei rangi prałatury personalnej spaliło na panewce. Prałatura personalna poddałaby organizację bezpośredniej władzy papieża. Walka o ten status tworzyła jeden z frontów bezpardonowej konfrontacji, która toczyła się w Watykanie w końcówce pontyfikatu Pawła VI (drugiej połowie lat 70. XX w.) między frakcją liberalną a konserwatywną.

Liberałowie z Benellim na czele udaremnili zakusy konserwatystów z Opus Dei, celujące w rozbicie konkurencyjnego, a wpływowego zakonu jezuitów. W watykańskim pokerze o władzę słabnący na zdrowiu Paweł VI popełnił jednak kardynalny błąd. W nadziei, że jego pupil, przejmie po nim tiarę, przyznał Benelliemu niezbędny kapelusz kardynalski. Zamiast jednak pozostawić go w watykańskim gnieździe os, wysłał do Florencji, by przed konklawe jako biskup diecezjalny nabrał duszpasterskiego doświadczenia (1977). Tak utracił najbliższego doradcę, swoje oczy i uszy w Rzymie.

Wojna z mafią z Faenzy

Nieobecność Benellego srodze się zemściła. Bez zaufanego doradcy Paweł VI gasł w oczach, a w monarchicznej strukturze Watykanu, gdy dobiegał kresu okres rządów papieża, watykańskie frakcje zintensyfikowały walkę o władzę, Następca Escrivy, który zmarł w 1975 r., Alvaro Portillo forsował plan przejęcia w swoje ręce finansów Watykanu. Tym samym wypowiedział „świętą wojnę” rozdającej karty liberalnej frakcji kurialno-masońskiej, zwanej „mafią Faenzy”, lub „konsorcjum Romagnoli” (cordata dei romagnol), względnie „konstelacją Wielkiej Niedźwiedzicy” (la costellazione dell’Orsa Maggiore).

W niej listę obecności podpisywali kurialiści związani z tajną lożą masońską P2, a pierwsze skrzypce grali kardynałowie Villot, Agostino Casaroli, Achille Silvestrini i Pio Laghi. Politycznie członków P2 scalały powiązania do transatlantyckich kół konserwatywnych, ale i akceptacja dla watykańskiej „Ostpolitik” Pawła VI, czyli dialogu z krajami bloku radzieckiego.

Układ powiązań wierchuszki Opus Dei z Lożą P2, mafią i włoską chadecją zapewniała poprzez Bank Watykański nielegalne źródła finansowania i gwarantowała utrzymanie władzy.

Zasypywanie dziury w finansach Watykanu

Już po śmierci Escrivy (1975) chroniczna dziura budżetowa Watykanu, rocznie 30-40 mln dolarów, otworzyła upragnioną szczelinę w drzwiach dla pretendentów z Opus Dei, skorym do tego, by Rzymskiej Kurii rzucić rękawicę. Skoro Watykanowi groziło bankructwo, to Opus Dei, w międzyczasie z rozgałęzionymi powiązaniami bankowymi, licznymi nieruchomościami i pokaźnym pakietem aktywów, wszczęło z „mafią Faenzy” poufne rozmowy. W zamian za uzdrowienie finansów Stolicy Apostolskiej i załatanie dziury budżetowej Opus Dei miał otrzymać upragniony status prałatury osobistej. Nim interes dobito, Paweł VI zmarł (1978).

Benelli nie wygrał konklawe. Także tego drugiego, odbytego po tym, kiedy nowy papież Jan Paweł I po 33 dniach urzędowania zmarł i trafił do sarkofagu z szarego marmuru w krypcie bazyliki św. Piotra.

W drugim konklawe, tej samej jesieni 1978 r., triumfatorem okazał się Karol Wojtyła. W jego sukcesie rola języczka u wagi przypadła Opus Dei. Papież z Polski rozpoczął forsowanie misyjnego programu ewangelizacji świata. Rozumiał przez to oplecenie globu katolicką ortodoksją.

Dla przeforsowania swojej idei sojuszników szukał w politycznie prawicowych, charyzmatycznych ruchach. W tym szeregu maszerowały powstała w latach 70. XX w. włoska organizacja Comunione e Liberazione, zapoczątkowany w 1943 roku ruch Focolare i założony w 1964 w Madrycie Neokatechumenat.

Ale w katolickiej rekonkwiście do tajnej broni Jana Pawła II awansowały dwie formacje, utworzeni w latach czterdziestych XX wieku w Meksyku Legioniści Chrystusa oraz Opus Dei. Owładnięty od pół wieku wcześniej tą samą misją Escrivá dostarczał sprawdzonego modus operandi do infiltrowania religijną ideą nie tyle kręgów kościelnych, ile świeckich.

Opus Dei ratuje finanse Watykanu

Relacje papieża z następcą Escrivy prałatem Portillo zacieśniały się w szybkim tempie. Portillo bywał częstym gościem w papieskich apartamentach, przyjmowany na prywatnych audiencjach. Największego wsparcia udzielił papieżowi, kiedy przejął sumę 240 mln dolarów, jakimi bank watykański, kierowany przez abp. Paula Marcinkusa, musiał wykupić się od szantaży mafijnych wierzycieli, którzy po bankructwie szefa katolickiego Banku św. Ambrożego Roberto Calviego stracili znaczną część depozytów w jego banku i banku watykańskim.

Upadek Banku Ambrosiano, morderstwo jego prezesa Roberta Calviego i jego mafijnego kompana Michaele Sindony oraz dekonspiracja Loży P2, stanowią wierzchołki zwycięskiej rozgrywki Opus Dei w watykańskim pokerze o władzę.

Kiedy nastąpił crash banku Calviego, wspólnika Marcinkusa, co pociągnęło za sobą utratę przez bank watykański 500 mln dolarów, Opus Dei wyłożyło na stół pakiet ratunkowy. Ale frakcja masońska kardynałów Casarolego i Silvestriniego, nadrzędna wobec Marcinkusa, ofertę odrzuciła. Zbyt obawiała się przejęcia przez konkurencję sterów nad bankiem watykańskim i samym Watykanem.

W konsekwencji Bank Ambrosiano upadł. Marcinkusa uratował papież, a jego sekretarz stanu w końcu sięgnął po pomoc Opus Dei w wysokości 250 mln dolarów. Tą sumą wykupił bank watykański od roszczeń głównie mafijnych wierzycieli Ambrosiano i Banku Watykańskiego. Zwiększyło to jeszcze bardziej zależność Watykanu i jego finansów od Opus Dei. Ale uratowało Watykan od bankructwa i skandalu wizerunkowego.

Wojtyła się rewanżuje z nawiązką

Jan Paweł II zrewanżował się z nawiązką. Nadał Opus Dei upragnioną rangę osobistej prałatury. Choć bezprecedensowo w jednej jednostce kościelnej musieli funkcjonować księża i świeccy, zamężne i niezamężne kobiety, oraz żonaci i nieżonaci mężczyźni. Wielu w Watykanie ściągnęło brwi. Nie bez powodu po zamachu 13 maja 1981 roku na Jana Pawła II ujawniały się w Watykanie niedyskrecje, sugerujące, że dokonany zamach łączył się z podniesieniem Opus Dei do prałatury osobistej.

Drugi prezent papieża dla Opus Dei polegał na wyznaczeniu ultrakonserwatywnego kardynała Pietro Palazziniego na prefekta Kongregacji ds. Kanonizacji. Ten wierny sympatyk stowarzyszenia zreformował rygorystyczne procedury kanonizacyjne i zaledwie dwa lata po objęciu urzędu wszczął proces beatyfikacji Escrivy, by kanonizację, wyższy szczebel wyniesienia na ołtarze, doprowadzić do końca jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II.

Dziwna kanonizacja założyciela Opus Dei

Reforma Palazziniego zredukowała koszty, uprościła przepisy i przyśpieszyła proces, tak że ten Escrivy, który potrwał rekordowo krótkich 17 lat. Wzbudził on liczne kontrowersje. Statusu świadka odmówiono większości jego krytyków. Zignorowano też sprzeczności w życiu i błędy w nauczaniu Escrivy oraz nieścisłości między opinią świętości otaczającą założyciela a tonem jego niektórych artykułów.

Pominięto jeszcze bardziej obciążające oskarżenia ks. Władimira Feltzmana, który po 22 latach odszedł w 1985 r. z Opus Dei i został doradcą kardynała Basila Hume'a. Według Feltzmana Escriva „bał się ludzkiej seksualności”, wierzył, że wszystko, co napisał, „pochodzi od Boga”, a jednocześnie bronił Adolfa Hitlera. „Powiedział mi, że Hitler został niesłusznie oskarżony o zabicie 6 milionów Żydów. W rzeczywistości zabił tylko 4 miliony”.

Rzecznik Watykanu i komendant gwardii

W Watykanie dzięki Janowi Pawłowi II Opus Dei sięgnęło po najwyższe godności kościelne. Skoro jednak posiadało w swoich szeregach świeckich, więc także w Watykanie celowało w dwa stanowiska zarezerwowane dla nieduchownych. Pierwsze z nich, rzecznika prasowego Watykanu zgarnął bezżenny Joaquin Navarro-Valls.

Drugim stanowiskiem w Watykanie, dającym wgląd w każdy, najmniejszy nawet ruch papieża, była posada komendanta gwardii szwajcarskiej. Halabardnicy 24 godziny na dobę trzymają wszak wartę nie tylko przed apartamentami papieskimi, ale i nie odstępują pontifeksa nawet na krok. Ich komendant dysponuje terminarzem wszystkich spotkań pontifeksa, oficjalnych i nieoficjalnych. W maju 1998 r. Opus Dei przepchnęło swojego członka Aloisa Estermanna na komendanta halabardników. Kilka dni później pułkownik Estermann zginął od kuli z rąk podwładnego. Oficjalna wersja wydarzeń okazała się tak niewiarygodna, że papież Franciszek zezwolił na ponowne wszczęcie śledztwa.

Gareth Gore, swoje barwnie opowiedziane śledztwo, rozpoczął właściwie, by rozwikłać upadek w 2017 roku hiszpańskiego Banco Popular. Ale odkrył, że za sznurki pociągało w nim Opus Dei. Kluczowa postać: hiszpański finansista i wpływowy członek Opus Dei Luis Valls-Taberner.

Dziennikarz wytropił więc, jak Opus Dei nielegalnie pomnażało swój kapitał, a na zewnątrz kamuflowało sterowanie bankiem. Skoro celem była ekspansja na cały świat i zbudowanie potężnego imperium dla Chrystusa, to tak paląca ambicja wymagała pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Rozziew między potrzebami a ich zaspakajaniem przybiera jednak znamiona aberracji.

Jeszcze bardziej sensacyjny trop zawiódł Gore’a do współczesnych powiązań Opus Dei z konserwatywną prawicą w USA. Dziennikarz zdemaskował, jak wprawiono w ruch potężną maszynę finansowania za pomocą brudnych pieniędzy kampanii przeciwko prawom do aborcji czy małżeństwom homoseksualnym.

Możliwe jednak, że najbardziej zaskakuje ujawnienie kluczowej w amerykańskiej wojnie kulturowej postaci agenta politycznego Leonarda Leo. Jego zasoby finansowe i polityczna sieć kontaktów choćby na lata ukształtowała Sąd Najwyższy USA, gdyż właśnie z jego rekomendacji prezydent Donald Trump mianował trzech sędziów do obecnego składu sędziowskiego.

Ale autor demaskuje całościowo powiązania Opus Dei z pierwszą administracją Trumpa, której część należała do Opus Dei, podczas gdy inni zasiadali w zarządzie Catholic Information Center, zawsze obsadzanym przez kapelana tajnej organizacji.

Wprawdzie decyzja Franciszka obniżyła wewnątrzkościelne znaczenie Opus Dei, ale nie zlikwidowała sieci powiązań ich członków. Stoją z bronią u nogi.

Nie zrezygnowali ze swojego celu, podbicia świata dla Chrystusa drogą manipulacji i przemocy. Druga prezydentura Trumpa i ruchy populistyczne w Europie mają być dla nich wodą na młyn. Publikacja Garetha Gore’a przestrzega przed tym.

Opus-Dei-okladka

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Arkadiusz Andrzej Stempin
Arkadiusz Andrzej Stempin

Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.

Komentarze