0:00
07 sierpnia 2022

Osoby transpłciowe wygodnym celem politycznym - niewidzialne i pozbawione wsparcia społecznego [WYWIAD]

"51 proc. udzielających psychologicznego wsparcia wiedziało mało lub prawie nic na temat transpłciowości. Liczba osób trans, które słyszały od psychoterapeutów czy psychiatrów, że coś sobie ubzdurały, jest porażająca". Rozmowa z dr. Mikołajem Winiewskim z Centrum Badań nad Uprzedzeniami

Wydrukuj

Katarzyna Sroczyńska: „Ja bym to badał” – tak Jarosław Kaczyński zakończył jedną ze swoich niedawnych wypowiedzi dotyczących osób transpłciowych. Pan to bada. Jest Pan współautorem raportu „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce z którego wynika, że pod wieloma względami sytuacja osób trans pogorszyła się w ostatnim czasie, bardziej niż gejów, lesbijek czy osób biseksualnych.

Widżet projektu Aktywni Obywatele - Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG

Dr Mikołaj Winiewski*: Sytuacja osób trans, w szerokim rozumieniu tej kategorii, zawsze była najgorsza (jak czytamy w raporcie: „w niniejszym badaniu transpłciowość została zdefiniowana szeroko, jako termin parasolowy obejmujący osoby transpłciowe, niebinarne, genderfluid, apłciowe, cross-dresserów i wszystkie te, których płeć nadana przy urodzeniu nie odpowiada ich tożsamości płciowej”).

Jest kilka znanych osób należących do tej grupy, choćby Ewa Hołuszko, która studiowała na naszym wydziale.

Działaczka „Solidarności”.

Tak, jeszcze przed tranzycją Ewa Hołuszko działała w „Solidarności”. Po tranzycji jej życie bardzo się zmieniło. Należy do grupy najbardziej narażonej na dyskryminację i działania przemocowe, nawet na ulicy. Bo to jest grupa osób najbardziej rozpoznawalnych.

Homoseksualny mężczyzna czy biseksualna kobieta, cispłciowi, nie wyróżniają się niczym na ulicy w odróżnieniu od na przykład transpłciowych kobiet. Moje rozmowy z nimi pokazują, że spotykają je dramatyczne historie i to widać też w wynikach naszych badań. Do tego stopnia, że w opisie uprzedzamy czytelników, że w kolejnych akapitach znajdą drastyczne treści.

Nasz raport dotyczy sytuacji w latach 2019-2020 i porównuje ją z tym, co działo się w latach 2015-2016. Obejmuje czas pandemii, kiedy siedzieliśmy zamknięci w domach. Zwraca uwagę to, że przemoc wobec osób LGBTA wzrosła, chociaż mniej było ataków w sferze publicznej, na ulicy, na paradach itp.

Historia osób trans na tym tle wypada źle z kilku powodów. Po pierwsze, systemowych:

osoby nieheteronormatywne nie mogą zawierać związków małżeńskich czy adoptować dzieci, ale tych przeszkód jest względnie niewiele w porównaniu z sytuacją osób trans, które w wielu sferach podlegają systemowej opresji.

NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

O jakie sfery życia chodzi?

Choćby o opiekę medyczną, spotkania z lekarzami i innymi pracownikami służby zdrowia, ale nie tylko. W badaniach zadaliśmy np. pytanie, czy te osoby starały się o prawną korektę płci.

Odpowiedziało na nie 2580 osób. Zaledwie 36 proc. z nich ma właściwą płeć prawną, a cała reszta z różnych powodów nie, przede wszystkim dlatego, że procedura korekty jest bardzo trudna (25 proc. osób). W 2015 r. prezydent Andrzej Duda nie podpisał ustawy o uzgodnieniu płci, która zmieniała kilka nieludzkich przepisów, choćby tego, który mówi, że osoba, która chce uzgodnić płeć, musi pozwać swoich rodziców.

Nie ma pewności, ile jest osób, które próbują to zrobić, powiedzmy, że około 100 rocznie. Na froncie wojny ideologicznej politycy są skłonni te osoby poświęcić.

Wydaje mi się, że ta systemowa opresja jest głównym czynnikiem wpływającym na sytuację społeczną osób trans. Dodatkowo przy wyborach prezydenckich okazało się, że stosunek do osób nieheteronormatywnych może być osią podziału ideologicznego, a osoby trans są tutaj – przepraszam za określenie – najwygodniejszą ofiarą. I gdy poszedł sygnał z góry, to przesunęło normę, pogarszając sytuację.

Ale równocześnie to nowa ofiara. W poprzednich kampaniach chłopcem do bicia byli raczej geje i lesbijki.

Tak, dlatego, że – jak powiedziałem – to wygodna ofiara: są to osoby, które są odmienne. Poza tym osobom cis, które dobrze czują się w swoim ciele czy roli płciowej, trudno sobie wyobrazić ich sytuację. Grupa osób trans jest też nieliczna w porównaniu do gejów, lesbijek i osób biseksualnych.

Geje i lesbijki bywają bohaterami seriali, mamy nieheteroseksualnych polityków i aktorów. Jest większa szansa, że mamy krewnego geja albo że nasza znajoma ma homoseksualnego syna czy córkę, niż że w naszym otoczeniu jest jakaś osoba niebinarna czy transpłciowa.

Mamy więc do czynienia z grupą nieliczną i wyrazistą, ale mało na jej temat wiemy. Badania z zakresu poznania społecznego i relacji międzygrupowych dość jasno pokazują, że kontakt z grupą obcą i prawdziwa wiedza na jej temat przeciwdziałają stereotypom i zmniejszają lęk i wynikające z nich uprzedzenia.

Dla przykładu homoseksualność czy biseksualność potrafimy sobie wyobrazić, mnie się podobają kobiety, a jemu mężczyźni. To jest prostsze do wyobrażenia niż niebinarność czy transpłciowość.

A ewidentne jest też, że mamy małą wiedzę na temat transpłciowości czy niebinarności. Transseksualność często jest mylona z przebierankami. Kiedy się słucha polityków prawicy, łatwo odnieść wrażenie, że albo jest to cyniczna gra, albo brak elementarnej wiedzy. Łatwo jest też myśleć o płci jako o kategorii zero-jedynkowej, tymczasem współczesna nauka pokazuje, że jest to wielowymiarowe spektrum.

Te wszystkie elementy – połączone – sprawiają, że osoby trans stają się wrogiem idealnym.

W Polsce odsetek deklarujących, że spotkali się z osobą transpłciową, jest na tle innych krajów europejskich wyjątkowo niski.

To wynika z niskiego poziomu wyautowania. Osoby trans często boją się odrzucenia społecznego i przemocy. Co ma wielowątkowe konsekwencje: po pierwsze takie osoby nie są widoczne, co jest problemem ze względu na grupę większościową, osoby cis traktują traspłciowość jako coś dziwnego, a po drugie – ze względu na mniejszość, bo im jest ich mniej, tym wyautowanie staje się jeszcze trudniejsze.

Wyautowanie jest jak tarcza dla osób z mniejszości, każdej mniejszości, chroniąca przed bolesnymi konsekwencjami psychologicznymi: osoby wyautowane mają wyższą samoocenę, więcej wsparcia społecznego, niższe objawy depresji – to wszystko pokazują nasze badania.

Jutro, 8 sierpnia, mija druga rocznica "Tęczowej nocy", jak nazwano noc z 7 na 8 sierpnia, gdy policja brutalnie spacyfikowała protest w obronie aktywistki Stop Bzdurom, Margot Szutowicz. Zatrzymano i przewieziono na komendy aż 48 osób:

W waszych badaniach pojawia się pojęcie stresu mniejszościowego, wpływającego na zdrowie psychiczne. Co to takiego?

W świecie spotykamy się z wieloma stresorami, różne rzeczy wpływają mniej lub bardziej negatywnie na nasze funkcjonowanie. Stres mniejszościowy to dodatkowe stresory, które pojawiają się ze względu na to, że należy się do mniejszości, takie jak ostracyzm społeczny, lęk przed odrzuceniem, w wypadku osób trans może to być choćby taka sytuacja jak niemożliwość korzystania z łazienki zgodnej z płcią.

Jednym z takich stresorów są mikroagresje, które w naszym najnowszym raporcie badaliśmy po raz pierwszy. Chodzi o klimat tworzony przez grupę większościową i jej zachowania, z którymi grupa mniejszościowa spotyka się w życiu codziennym stale i uporczywie, przypominając jej członkom, że są mniejszością, że są postrzegani jako gorsi i nierówno traktowani.

Stres mniejszościowy ma duże konsekwencje. Wszystkich nas dotknęła pandemia, źle wpłynęła na nasze zdrowie psychiczne, ale osoby LGBTA dotknęła pod wieloma względami mocniej. Dodatkowa izolacja dla osób żyjących w niesprzyjającym środowisku, np. dla nastolatka, który się wyautował przed rodzicami, ale rodzice są wrogo nastawieni do jego orientacji, jest bardziej dotkliwa niż dla innych.

Zatem czynnikiem, który zmniejsza stres mniejszościowy, jest wsparcie społeczne, ale ryzyko związane z wyautowaniem, umożliwiające sięgnięcie po to wsparcie, jest tak duże, że osoby trans po nie nie sięgają. Powstaje błędne koło.

Pojawiają się sprzeczne motywacje. Z jednej strony ryzyko odrzucenia, więc się nie outujemy, ale skoro musimy ukrywać to, kim jesteśmy, zaczynamy internalizować niektóre wartości wyznawane przez większość, w tym postawy homofobiczne czy transfobiczne. Skoro nie mogę powiedzieć, kim naprawdę jestem, nie mogę używać imienia, z którym się identyfikuję, to może coś ze mną jest nie tak. Przecież wszyscy mówią, że coś ze mną jest nie tak. To wyniszczające przekonanie.

Osoby, którym udaje się wyjść z tego błędnego koła, akceptują siebie, potrafią znaleźć środowisko, które je akceptuje, uzyskać wsparcie. Jeśli ktoś jest wyautowany i działa zgodnie ze sobą, może szukać dobrej opieki medycznej.

Rozumiem, że problem z dobrą opieką medyczną jest taki, że trzeba lekarzowi móc zaufać, bo np. w wypadku transpłciowej kobiety w pewnym momencie życia może być potrzeba diagnostyki w kierunku i raka piersi, i raka prostaty.

Pewnie tak. Ale nie jestem specjalistą w dziedzinie opieki medycznej. Mogę natomiast powiedzieć, jak to jest w wypadku opieki psychologicznej i psychiatrycznej. Z naszych badań wynika, że poziom wiedzy na temat transpłciowości wśród osób udzielających wsparcia psychologicznego jest niższy niż u lekarzy specjalistów.

Zdaniem osób badanych, 51 proc. udzielających psychologicznego wsparcia wiedziało mało lub prawie nic na temat transpłciowości. Liczba osób trans, które słyszały od swoich psychoterapeutów czy psychiatrów, że coś sobie ubzdurały, że tylko im się wydaje, jest porażająca.

Zresztą tylko 4 proc. osób transpłciowych deklaruje, że pracownicy opieki medycznej, w tym psychiatrzy, z którymi mieli kontakt, wiedzieli o ich tożsamości płciowej. Co gorsza, część osób w ogóle stara się unikać kontaktu z lekarzami z obawy przed gorszym traktowaniem. Jak powiedziała nam w badaniu jedna z osób trans: „unikam chodzenia do lekarzy ze strachu i dyskomfortu z outowaniem się”.

Poruszająca w waszym raporcie jest informacja, że najgorszy wizerunek samych siebie – spośród wszystkich grup LGBTA – deklarowały osoby trans. Takie przekonanie sprzyja, jak rozumiem, uwewnętrznianiu poglądów transfobicznych. Ale czytam w tym raporcie również, że „osoby trans uważające swoją sytuację materialną za dobrą odznaczały się mniejszym stopniem zinternalizowanej transfobii niż osoby trans o subiektywnie złych warunkach ekonomicznych”. Jak osoby trans czują się w pracy?

Jeszcze raz trzeba podkreślić, że tranzycja w Polsce jest na tyle trudna, że wiele osób się na to nie decyduje, między innymi dlatego, żeby utrzymać pracę. 82 proc. osób trans deklaruje, że ich tożsamości płciowej nie znają ich bezpośredni przełożeni, a 70 proc. – że nie zna jej nikt spośród współpracowników.

Osoby, które ubierają się zgodnie z płcią lub dokonują medycznych zabiegów albo korekty płci prawnej, zaczynają mieć problemy, nierzadko tracą pracę, a więc ich status materialny się pogarsza.

Wydaje się, że jako społeczeństwo mamy największy problem z zaakceptowaniem osoby, która jest postrzegana jako mężczyzna, ale przestaje zachowywać się albo wyglądać tak, jakbyśmy od mężczyzny oczekiwali. One też najczęściej bywają bohaterami zbiorowej wyobraźni. Tymczasem częściej z prośbą o diagnozę psychiatryczną potrzebną do prawnego uzgodnienia płci zgłaszają się osoby, które w akcie urodzenia mają adnotację „kobieta”, a myślą o sobie inaczej. Dlaczego tak się dzieje?

Myślę, że to jest głównie kwestia stereotypów czy schematów, które szybko nabywamy w naszym społecznym rozwoju. To nie dotyczy tylko płci, choć płeć jest jedną z pierwszych kategorii społecznych, które nabywamy jako dzieci. Badania Josepha Fagana i Lynn Singer z końca lat 70. pokazały, że

już kilkumiesięczne dzieci rozpoznają płeć. A potem uczymy się społecznej zawartości tych kategorii.

Czyli to jeden z podstawowych czynników, które porządkują nam świat społeczny?

Tak, jest to wszystko głęboko zakodowane w naszej kulturze. A odstępstwa potrafią wywołać niepewność, lęk czy wręcz wrogość.

Oczywiście różnimy się od siebie: niektórzy źle znoszą chaos i wolą przypisywać elementy świata do jasno określonych kategorii, inni nie mają tej potrzeby tak silnej. Ale to kultura nam mówi, jak się zachowują kobiety, a jak mężczyźni, i to jest ograniczające zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, choć mężczyźni mają wyższy status społeczny.

Kiedy ten porządek przestaje działać, to się części społeczeństwa nie podoba. Wydaje mi się, że w przypadku osób transpłciowych ta zmiana jest właśnie bardzo zagrażająca – burzy wizję świata. Płeć, która wychodzi poza obszar binarności, nie mieści się w standardowym obrazie świata.

A to sytuacja, którą należałoby rozwiązać za pomocą wiedzy i edukacji, ale łatwo ją też wykorzystać do celów politycznych, żeby zarządzać tym lękiem.

To dlatego konserwatywni politycy tak chętnie sięgają po figurę wroga właśnie w środowiskach LGBT+? Putin niedawno w Teheranie mówił: „Oni [Zachód] są wielkimi specjalistami w sferze stosunków nietradycyjnych i w obszarze energetyki postanowili postawić na nietradycyjne rodzaje energii – słońce, energię wiatrową. Jednak zima okazała się długa, wiatru nie było. Ot i wszystko”.

To jest sprytny ruch. Dbałość o środowisko to raczej domena lewej, liberalnej strony, podobnie jak troska o bardziej narażone na dyskryminację jednostki. Jak to ujmuje Jonathan Haidt w teorii pięciu fundamentów moralnych, do których należą: troska/krzywda, sprawiedliwość/oszustwo, lojalność/zdrada, autorytet/bunt, świętość/upodlenie, lewa strona sceny politycznej opiera się przede wszystkim na tym pierwszym: troska/krzywda.

Konserwatyści również odnoszą się do tego fundamentu, np. PiS akcentuje nierówności ekonomiczne, choćby dopłacając teraz do węgla. Ale jednocześnie mobilizuje wyborców przeciwko grupom nietradycyjnym, wybierając małego, ale wyrazistego wroga, który wydaje się zagrażający dla tradycyjnych społeczności i wartości. W ten sposób odwołuje się do pozostałych fundamentów moralnych.

Ostatecznie jednak jest to cyniczna gra, której ofiarami padają najsłabsi.

W ostatniej kampanii prezydenckiej strzał wymierzony szeroko w środowiska LGBT+ okazał się nieskuteczny. Może dlatego, że nieheteronormatywność jest coraz lepiej rozumiana, ale trzeba by to empirycznie sprawdzić.

Czyli atak wymierzony teraz w osoby trans to wniosek wyciągnięty z kampanii prezydenckiej?

Myślę, że może tak być. Popatrzmy na toczone w USA dyskusje, choćby o transkobietach i toaletach, ta sama narracja pojawia się teraz w Polsce. Straszenie, że starzy mężczyźni, którzy biorą pigułkę, stają się kobietami i chodzą stalkować kobiety w damskich toaletach.

Jeśli ktoś wie, jak wygląda tranzycja, jaki to jest stres i jakie obciążenie dla organizmu, jakie to jest poświęcenie, już nie mówiąc o bólu fizycznym, uzna ten obraz za absurdalny. Ale jeśli ktoś nie ma pojęcia, nie rozumie, czym to jest, to łatwo jest go nastraszyć czymś takim. Bo łatwiej sobie wyobrazić "zboczeńców" podglądających czy napastujących kobiety w łazience.

Mamy tu więc do czynienia z zarządzaniem strachem, które prawicy wychodzi zawsze. Straszy np. uchodźcami, choć lepiej to wychodziło, gdy uchodźcy byli na południu Europy, a u nas nikt ich nie widział.

Mam wrażenie, że stworzenie na granicy białoruskiej zamkniętej strefy też służyło stworzeniu niewidzialnego zagrożenia. Teraz czas na osoby trans, które są idealnym celem – podobnie niewidzialne, podobnie bezradne i pozbawione wsparcia ze strony społeczeństwa.

Mówi Pan o niewiedzy jako fundamencie strachu, ale są też środowiska, które trudno podejrzewać o brak wiedzy i niezorientowanie. Myślę o części środowisk feministycznych, w których pojawia się postawa transfobiczna. Mieliśmy próbkę takiego sporu na początku roku po publikacji w „Wysokich Obcasach” kilku tekstów.

Nie śledzę tej debaty i mam wrażenie, że pod wieloma względami to dość wyspecjalizowana dyskusja, tożsamościowa, która wyewoluowała, zwłaszcza przez media społecznościowe, do drastycznych wątków. Nie wypowiadając się na temat istoty tej dyskusji, miałbym dwa komentarze.

Po pierwsze, ta dyskusja pokazuje jak łatwym celem ataku są osoby trans, skoro nawet na lewicy, w środowiskach feministycznych łatwo jest o sojuszników antytransowej narracji.

Po drugie, mamy uproszczony odbiór tej dyskusji i jej kontekstu. W 2020 r. ukazał się specjalny numer magazynu „The Sociological Review” pod hasłem „TERF wars”. Zebrane tam artykuły socjolożek i socjologów pokazują, jak złożona jest to kwestia.

Konsekwencje dla osób trans jednak istnieją – pojawia się kolejna grupa wykluczająca osoby trans.

A może mamy tu do czynienia z rywalizacją cierpienia, z rywalizacją o to, kto bardziej jest ofiarą?

To byłaby ciekawa perspektywa. Nie wiem, czy tak jest, bo nie mam pogłębionego obrazu tej dyskusji. W debatach o historii rywalizacja w cierpieniu często się pojawia, także w kontekście wykluczającym. Badania nad konsekwencjami historycznych traum pokazują, że możemy traktować cierpienie naszej grupy jako wyjątkowe – i wtedy uważamy, że inne grupy nie cierpiały tak jak my.

Uznanie tego, że my cierpieliśmy bardziej niż inni prowadzi do wykluczania tych pozostałych i nieuznawania ich cierpienia. Widzimy to na przykład, kiedy badamy narracje o Zagładzie i cierpieniu Polaków podczas drugiej wojny, albo o Zagładzie i ludobójstwie Ormian.

A może kolejne grupy, które stają się widoczne i podejmują wysiłki emancypacyjne, zawsze spotykają się z wrogością innych? Może agresja zawsze jest reakcją na próby emancypacji?

To zawsze jest proces. Ruchy emancypacyjne budzą mniej lub bardziej uzasadniony protest. Najczęściej dlatego, że

emancypacji towarzyszy wizja utraty przywilejów przez grupę większościową lub dominującą.

Łatwo to dostrzec, śledząc proces emancypacji kobiet czy Afro-Amerykanów. Argumentacja sprzeciwiająca się zawieraniu małżeństw jednopłciowych jest podobnie zbudowana: to koniec tradycyjnej rodziny.

Tak się przekonuje w Polsce, choć np. w Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe wprowadził konserwatywny rząd, właśnie w imię wartości, jaką jest rodzina.

Rozumiem, że sytuacja wygląda tak: mamy polaryzację sceny politycznej; aby ją utrzymać, potrzebujemy silnych emocji, osoby trans wydają się idealnym tematem i pretekstem do podsycania takich polaryzujących emocji.

Tak to działało do tej pory. Takim tematem byli uchodźcy, Niemcy, Unia Europejska.

Dodatkowo kategoria płci jest na tyle podstawowa, że kiedy próbuje się jej dotknąć, budzi się w wielu z nas lęk, bo mamy wrażenie, że próbuje się naruszać fundament.

Tak, to ważna kategoria, kultura zrobiła z niej też tak ważną kategorię. Żyjemy w binarnym świecie, mamy przypisaną płeć: kobieta lub mężczyzna, i nie bardzo się zastanawiamy nad tym, co z tymi chromosomami, co z płcią genetyczną. Płeć biologiczna to złożona sprawa, i ta złożoność niespecjalnie nas interesuje. Płeć oceniamy po genitaliach i nie chcemy dodatkowych komplikacji.

Poniżej zamieszczamy fragment raportu „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce", którego współautorem jest nasz rozmówca dr. Mikołaj Winiewski.

Osoby transpłciowe: niewidoczni dla społeczeństwa. Fragment raportu

1. Zdecydowana większość osób transpłciowych nie ujawnia swojej tożsamości płciowej w miejscach pracy (ponad 70% osób pracujących nie ujawniło tożsamości współpracownikom, 82% przełożonym), w szkołach i na uczelniach (73% ukrywało tożsamość płciową przed kadrą naukową).

  • Większość osób transpłciowych, które ujawniły swoją tożsamość płciową w miejscu pracy, czuje, że ma wsparcie ze strony współpracowników i przełożonych (53%). Wśród uczących się, które ujawniły swoją tożsamość innym uczniom/studentom, aż 60% ma poczucie wsparcia od koleżanek i kolegów, a wśród osób, które ujawniły tożsamość nauczycielom, poczucie wsparcia od kadry pedagogicznej/naukowej ma 58% badanych (w porównaniu z 20% wśród wszystkich uczących się).
  • Pomimo poczucia wsparcia, połowa osób, które otwarcie mówią o swojej tożsamości kadrze naukowej, słyszy od nauczycieli i wykładowców imię i formy gramatyczne inne niż preferowane (51%, 201 osób), a co piąta (21%, 84 osoby) słyszy ze strony kadry naukowej negatywne, związane z transpłciowością komentarze na swój temat.

2. Stosunkowo niewiele osób transpłciowych (3-13%) podejmowało w ciągu ostatnich dwóch lat działania związane z rozpoznaniem ich jako osoby transpłciowe w świetle prawa lub medycyny, takie jak:

  • Uzyskanie diagnozy o transpłciowości (20% rozpoczęło proces mający zakończyć się uzyskaniem diagnozy, w tym 9,3% uzyskało diagnozę).
  • Zabiegi medyczne prowadzące do dopasowania cech płciowych ciała do tożsamości płciowej (7,7%).
  • Procedura uzgodnienia płci prawnej (5,9% podjęło próbę, w tym skutecznie płeć prawną uzgodniło 1,5%).
  • Zmiana imienia w dokumentach (9,3% podjęło próbę, w tym 4,9% zmieniło imię).
  • Więcej osób podejmowało takie działania w ciągu ostatnich dwóch lat niż w latach wcześniejszych.

3. Ponad połowa transpłciowych osób badanych (58%) korzystała w ciągu ostatnich dwóch lat z psychoterapii lub wsparcia psychologicznego. Częściej robiły to osoby niebinarne.

4. Poziom wiedzy o transpłciowości wśród lekarzy i psychologów jest niski. 83% lekarzy i 51% osób udzielających badanym wsparcia psychologicznego wie- działa o transpłciowości mało lub prawie nic.

  • Wśród lekarzy odwiedzanych w sprawach związanych z transpłciowością już 72% wiedziało dużo lub prawie wszystko na ten temat. Możliwe, że pomimo niskiego poziomu wiedzy na temat transpłciowości w służbie zdrowia, gdy osoby transpłciowe decydują się szukać wsparcia lekarzy, często potrafią znaleźć specjalistów posiadających adekwatną wiedzę. Możliwa jest też interpretacja, że na wizytę w sprawie związanej z transpłciowością osoby badane decydowały się rzadziej i dopiero wtedy, gdy miały większą pewność, że mogą skonsultować się z właściwym lekarzem.
  • W kontakcie ze służbą zdrowia 43% osób badanych spotkało się z dyskryminacją w ciągu ostatnich dwóch lat.
  • Co piąta osoba korzystająca ze wsparcia psychologicznego była przekonywana przez osobę udzielającą wsparcia do zaakceptowania płci nadanej przy urodzeniu.
  • Transpłciowość 20% osób korzystających z opieki medycznej była podważana przez pracowników służby medycznej.

5. Brak możliwości bezpiecznego skorzystania z toalet publicznych istotnie wpływa na życie badanych. 57% badanych nie korzystało z toalety mimo potrzeby, a 41% organizowało swój czas i plan dnia tak, by móc korzystać z toalety w domu.

Żródło: „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce. Raport za lata 2019-2020”

*Dr Mikołaj Winiewski – psycholog społeczny z Centrum Badań nad Uprzedzeniami – Zakładu Stosunków Międzygrupowych na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Współautor raportu „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne