Dr Marek Balicki, były minister zdrowia: „Opisana przez was historia pacjentki z udarem się powtórzy. Bez głębokiej zmiany, wręcz reorientacji systemu, nic się nie zmieni”. Pytamy eksperta, jak trzeba było pomóc pacjentce, która miała wrócić do sprawności, a po tygodniach spędzonych w szpitalu nie chodzi, nie wie, gdzie jest i załatwia się do pampersa
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankiety„21 listopada mama po prostu zsunęła się z kanapy i nie mogła wstać. Tata wezwał pogotowie, ale zanim przyjechało, wszystko jakby wróciło do normy. Mama z powrotem siedziała, tata się martwił, że pogotowie jedzie na próżno”- tak opisywaliśmy historię pacjentki z udarem. Można przeczytać ją tutaj:
"Ale ratownicy byli uważni. Coś ich zaniepokoiło. »To może być udar i to mogło się stać niedawno«”. Kobieta szybko trafiła do szpitala, dostała pomoc, ale z tygodnia na tydzień jej stan się pogarszał.
Rodzina opowiada: „Mama była w szpitalu za długo, do lekarza rejonowego dostała się za późno, a całe leczenie było pewnie za drogie. My zostaliśmy ze świadomością, że zawaliliśmy”. W OKO.press pytamy dr. Marka Balickiego, o to, co mogło pójść lepiej i co zawiodło. I czy Polska jest krajem dla starych ludzi.
Sławomir Zagórski, OKO.press: Opisaliśmy 21 marca historię starszej pacjentki, która doznała lekkiego udaru. Trafiła do szpitala w niezłym stanie, czytała gazety, rozumiała, co się z nią dzieje. Po ponad 3,5 miesiąca od zdarzenia jest prawie bez kontaktu, zagubiona, zupełnie niesamodzielna. Nie chodzi. Nie chce jeść ani pić. Ma nawracającą szpitalną infekcję Clostridium.
Rodzina opisała to, bo chce się dowiedzieć, dlaczego tak dzieje i co trzeba zmienić. Co zrobić, by taka historia się nie powtórzyła?
Dr Marek Balicki*: Ależ się powtórzy. Niestety. Bez głębokiej zmiany, wręcz reorientacji systemu, nic się nie zmieni.
Choć w kraju, który się chwali, że wszedł do G20, to jest absolutnie nieakceptowalne.
Polska „to nie jest kraj dla starych ludzi”. Nasz system opieki zdrowotnej jest nieprzyjazny dla osób w wieku podeszłym, bo one mają więcej chorób i problemów — w nich wady systemu uderzają najbardziej.
Naiwnie spodziewałem się, że rządząca partia, która jest za decentralizacją, za zasadą pomocniczości, zrealizuje prawdziwą reformę systemu. Jest gotowa recepta i nic z tego nie wynika.
Czyli?
Wyjaśnię to po kolei — tylko zacząć musimy od samej góry, od samych założeń systemu. Konieczna jest zmiana organizacji i finansowania.
Kto bowiem u nas pilnuje, żeby był odpowiedni standard i dostępność opieki? Kto czuwa nad tym, żeby postępowanie w szpitalach było skoncentrowane na pacjencie i zgodne z rekomendacjami? Mamy taką instytucję? Nie.
Bo rząd, Ministerstwo Zdrowia i centrala NFZ zajmują się zarządzaniem systemem.
Nie pełnią więc roli instytucji czuwających nad tym, żeby prawa pacjentów były respektowane. No i to trzeba zmienić. Trzeba przywrócić właściwą rolę Ministerstwu Zdrowia, a zarządzanie systemem przekazać na ten poziom, na którym jest to merytorycznie uzasadnione.
Czyli?
Na poziom wojewódzki.
W roku 2019 Fundacja Batorego przygotowała raport “Polska Samorządów” postulujący tzw. trzecią falę samorządności. Pierwsza fala to rok 1990, powstanie gmin. Druga została wprowadzona w 1999 roku przez Buzka — powiaty i samorządy wojewódzkie. A trzecia miała dokończyć to usamorządowienie m.in. w zakresie różnych usług publicznych.
W części poświęconej opiece zdrowotnej autorzy raportu postulowali, by zarządzanie placówkami i pieniędzmi przekazać samorządowi wojewódzkiemu. Jednocześnie określili zadania samorządu powiatowego i podkreślili, że zarządzaniem szpitalami nie powinien zajmować się rząd.
Ale nic się nie zmienia i kolejna ministra grzęźnie w szczegółach i nie jest w stanie zmienić kursu.
Konsekwencją są sytuacje jak ta, którą opisaliście.
Na czym ma polegać ta generalna zmiana?
Dziś samorządy wojewódzkie mają szpitale, ale nie dysponują pieniędzmi. Trzeba dać im jedno i drugie. Bez tego odpowiedzialność za pacjenta będzie rozmyta — a to jest istota problemu. Bo dziś NFZ zarzuca dyrektorom szpitali, że źle zarządzają swoimi placówkami. Szpitale odpowiadają, że nie dostają odpowiednich kontraktów (i pieniędzy). A samorząd rozkłada ręce.
Jaka władza pochodząca z wyboru sprawuje dziś nadzór nad systemem opieki zdrowotnej?
Ministerstwo Zdrowia.
Ale przecież ministra zdrowia nie wybieramy! Wybieramy parlament, samorząd wojewódzki, prezydenta miasta. A te organy nie mają do dyspozycji 250 mld zł rocznie na opiekę zdrowotną. Sejmowa Komisja Zdrowia opiniuje plan finansowy NFZ, ale go nie rozlicza.
Jaka demokratyczna władza sprawuje pana zdaniem nadzór nad wydawaniem środków np. w województwie mazowieckim?
Wojewoda.
Wojewoda nie ma z tym nic wspólnego. Nie ma pieniędzy ani na inwestycje, ani na świadczenia. Opiniuje wprawdzie celowość planów inwestycyjnych poszczególnych szpitali, ale nie sprawuje nadzoru nad zarządzaniem szpitalami.
No to może Wydział Zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim i jego dyrektor?
Ale on odpowiada tylko za swój wycinek. A kto odpowiada za to, co jest przedmiotem naszej rozmowy? Czyli za całokształt działania systemu? Za złą organizację, brak przepływu informacji, doprowadzenie do tego, że “między” kolejnymi etapami leczenia zdrowie chorej się pogorszyło?
Nie ma takiego organu, bo odpowiedzialność jest rozproszona. System zbudowany jest tak, że wszyscy mogą się wzajemnie obwiniać, a nikt nie weźmie odpowiedzialności za pacjenta.
W tym celu samorząd wojewódzki musiałby dostać pieniądze na funkcjonowanie szpitali. A ponieważ wybieramy radnych sejmiku, to rozliczalibyśmy ich z tego, co się dzieje w tym czy innym szpitalu.
Zmiana nie zaszłaby natychmiast, ale wiedzielibyśmy, kto za to odpowiada. Jeśli mamy oddział neurologiczny, gdzie jest wielu pacjentów po udarze, to taka odpowiedzialność musiałaby prowadzić do tego, żeby ich rehabilitacja zaczęła się w pierwszym, drugim tygodniu po wypisie. Taki powinien być cel – a nie finansowanie poszczególnych procedur, które nie łączą się w całość. Tak jak w opisanej u was historii.
W Polsce rehabilitacja po leczeniu zasadniczej choroby w szpitalu zupełnie leży. Nie tylko w neurologii.
Bo każdy szpital działa na własny rachunek. Jest rozliczany z wykonanych punktów i procedur. Nie ma określonej władzy publicznej, która zorganizowałaby sieć opieki dla konkretnych mieszkańców — powiatu czy województwa.
Rozumiem, że tego brakuje od 1989 roku?
Nie, nie. Do 1999 r. wszystko było jasne. Nie jestem zwolennikiem tamtego systemu, ale w tym, co odziedziczyliśmy po PRL, było wiadomo, kto co ma i za co odpowiada. Ówczesnego PKB do obecnego nie ma co porównywać, ale odpowiedzialność była bardzo jasno określona.
Za opiekę zdrowotną odpowiadał wojewoda. Administracja rządowa na poziomie województwa była właścicielem placówek opieki zdrowotnej i jednocześnie w budżecie zbiorczym wojewodów miała pulę na ich finansowanie.
Na dodatek wojewoda miał swojego Lekarza Wojewódzkiego, który był dyrektorem Wydziału Zdrowia. Był też całodobowy “dyżur wojewódzki”, który pełniło na zmianę kilku wyznaczonych lekarzy. Gdy coś w systemie nie grało, można było zadzwonić i poprosić o interwencję o dowolnej porze dnia i nocy.
Dlaczego tej odpowiedzialności nie udało się zachować?
Bo w 1999 roku zwyciężyła idea reguł rynku wewnętrznego i postanowiono zerwać z systemem budżetowym.
Rzeczywiście, ten stary system miał wszystkie wady centralnego planowania, ale zarazem istotną zaletę. Odpowiedzialność.
Uznano jednak, że lepiej rozdzielić instytucje, które odpowiadają za placówki opieki zdrowotnej, od instytucji, które mają na to pieniądze. Pieniądze poszły do utworzonych wtedy kas chorych, a szpitale dano samorządom — powiatom i samorządowym województwom, które wtedy powstały.
Od tego momentu każdy szpital mógł konkurować o pacjentów i zarabiać, wykonując kontrakty. Ale jednocześnie zniesiono odpowiedzialność za organizację opieki dla określonej populacji. No i z większymi lub mniejszymi modyfikacjami ten system mamy do dzisiaj. Zamiast kas chorych mamy NFZ.
Odpowiedzialność została chyba w ratownictwie medycznym?
To prawda. Ratownictwo medyczne funkcjonuje dość sprawnie, bo są określone obszary działania i wiadomo, kto odpowiada np. za zapewnienie przyjazdu na danym obszarze. Mamy wojewódzkie plany działania, które to w szczegółach opisują.
W opisanej w OKO.press historii widać, że ratownicy działali sprawnie.
No właśnie. Gdybyśmy więc dali pieniądze i odpowiedzialność samorządom wojewódzkim, miałyby szansę ustalić sieć oddziałów rehabilitacji poudarowej. Określić, które z nich będą współpracować z danymi oddziałami neurologicznymi. To, co relacjonuje rodzina chorej, że nikt im nie jest w stanie powiedzieć, jak i kiedy będzie przebiegała rehabilitacja, nie musiałoby się zdarzyć.
Komu zależy na tym, żeby system nie zmieniał się od 27 lat? Przy braku odpowiedzialności on nie może dobrze funkcjonować.
Nie może. W opisanej w OKO.press historii pacjentki z udarem jednym z elementów jest to, że codziennie na oddziale jest ktoś inny, codziennie inny lekarz.
Bardzo wielu lekarzy pracuje dziś w kilku szpitalach jednocześnie. I to też wynika z braku planowania sieci szpitali na poziomie województwa.
Do tego, żeby dokonać zmiany, o której mówimy, trzeba zmian o charakterze ustrojowym. Trzeba na nowo spojrzeć na zadania, które powinny pełnić samorządy, także w sferze zdrowia.
Pan pewnie chciał usłyszeć, co należy zmienić w organizacji samego szpitala i współpracy między szpitalami — ale tu naprawdę potrzeba większej, politycznej reformy. Nie da się inaczej pokonać siły bezwładu i grup interesów, które związane są z funkcjonowaniem obecnego systemu. Bo dzisiaj, żeby dobrze zarabiać, trzeba wykonywać procedury w tych zakresach, które są dobrze finansowane. I tyle.
Wiceprezes NFZ Jakub Szulc mówił niedawno (w rozmowie u Moniki Olejnik w TVN w grudniu 2025 r.), że przy niektórych świadczeniach marża, czyli różnica między kosztami szpitala a przychodami, jest 40-procentowa. I że jak NFZ próbuje ją obniżyć do 20 proc., podnosi się krzyk.
Nie wszystkie świadczenia mają taką marżę, wiele przynosi stratę, ale taki model w sensie biznesowym jest korzystny dla części podmiotów mających umowy z NFZ.
Gdyby województwo miało i szpitale, i pieniądze, problem marży by znikł. Bo marszałek województwa tak dzieliłby pieniądze, by móc odpowiedzieć na pytanie, czy ochrona zdrowia w jego województwie funkcjonuje lepiej niż w województwie sąsiednim.
Poza źle funkcjonującym systemem są też ludzie, którzy w nim działają. W historii pacjentki z udarem pojawiają się medycy, którzy nie informują rodziny. Nie mają cierpliwości ani czasu, żeby zająć się chorą. Nie przewidują, że może ona spaść z łóżka. Każą za to zabrać rodzinie aparaty słuchowe, bo “mogą się zgubić przy zmianie pościeli”. Jednak część z tego, co się wydarzyło w tej historii, wynika chyba z braku empatii, dobrej woli ludzi, którzy pracują w tym systemie?
Jest takie pojęcie “opieka zorientowana na pacjenta”, gdzie widzi się człowieka w całości. Tymczasem nasz system jest zorientowany na punkty. I medycy może mogliby działać lepiej, ale oni poruszają się w logice tego systemu.
Jestem psychiatrą. Gdy rozmawiałem z wiceministrą Katarzyną Kęcką na temat Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, mówiła: “Musimy opisać produkt”. Czyli znowu nie ma mowy o zorientowaniu pomocy na pacjenta w dłuższej perspektywie czasowej (akurat zaburzenia psychiczne często tego wymagają), tylko o “rozpisywaniu produktów”.
W systemie “rozpisanym na produkty” naprawdę trudno wprowadzić do codziennej praktyki nawet konkretne, oparte na dowodach i doświadczeniu wytyczne czy rekomendacje.
A teraz popatrzmy na koszty funkcjonowania tego systemu. Niektórzy lekarze zarabiają kilkunastokrotność przeciętnego wynagrodzenia. Można by za część tych pieniędzy zatrudnić więcej ludzi, którzy pośredniczyliby między pacjentem a systemem.
W Polsce mamy rządową Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.
Ale czym się ona głównie zajmuje? Wyliczaniem, ile dane świadczenie powinno kosztować i czy jest ono opłacalne.
Czyli znowu produkt, efektywność kosztowa itd. A gdy spojrzymy na stronę angielskiego NICE (National Institute for Health and Care Excellence), to co widzimy? NICE tworzy wytyczne, standardy i wskaźniki dla brytyjskiego systemu opieki zdrowotnej. Na swojej stronie informuje, że jej zalecenia pomagają praktykom zapewnić najlepszą opiekę przy jednoczesnym zagwarantowaniu perspektywy podatnika.
W waszej historii pacjentka musiała zrezygnować z aparatu słuchowego, “żeby się nie zgubił”.
NICE wskazuje, że gdy człowiek powyżej 65. roku życia trafia do szpitala, to samo umieszczenie go tam jest dużym zagrożeniem. Mogą pojawić się zaburzenia świadomości. Dlatego NALEŻY zapewnić okulary i aparat słuchowy, żeby był dobry kontakt z chorym. Należy też powiesić na ścianie kalendarz i zegar, żeby pacjent wiedział, który jest dzień i godzina. A także zapewnić odpowiednie oświetlenie, zarówno w dzień, jak i w nocy.
A u nas? Rodzina słyszy: “Proszę zabrać aparat słuchowy”.
Drugi przykład – przymocowanie pacjenta do łóżka, by zdezorientowany i oszołomiony nie zrobił sobie krzywdy, nie spadł i nie połamał się – jak w waszej historii.
Na stronie FDA [U.S. Food and Drug Administration] jest przewodnik, jak bezpiecznie używać łóżek z poręczami. Opracowano go kilkanaście lat temu po analizie kilkuset groźnych incydentów związanych z łóżkami z poręczami. Wskazuje się tam nie tylko na potencjalne korzyści, ale i zagrożenia unieruchomienia. Rekomenduje się indywidualizację podejścia, a także np. używanie łóżek, które można nisko opuścić.
W wytycznych zapobiegania zaburzeniom świadomości wskazuje się, że ogólnie należy unikać nadmiernego unieruchamiania pacjentów, bo to zwiększa dezorientację, więc chory tym bardziej chce się wydostać z łóżka. A to sprzyja upadkom.
No, ale jak mamy scentralizowany system, a rząd zajmuje się produktami, to mamy taki rezultat.
Starszą osobę, która próbując wydostać się z łóżka, upada i łamie rękę.
Wracam do ludzi pracujących na oddziale neurologii. Przecież na takim oddziale z pewnością ryzyko upadków z łóżka jest duże. Gdyby ordynator był przewidującym człowiekiem, takie ryzyko by minimalizował.
Zgoda, ale to nie jest oczywiste w systemie nastawionym na punkty. To byłoby naturalne wtedy, gdybyśmy porównywali szpitale w poszczególnych województwach. Tymczasem szpital dziś nie odpowiada za finalne wyniki leczenia, tylko za procedury. Więc w takiej logice fakt, że “pacjentka sama spadła z łóżka” łatwo się mieści.
To jest straszne.
To jest istota problemu.
Z drugiej strony ma pan rację. Jeśli chodzi o profilaktykę zapobiegania zaburzeniom świadomości i profilaktykę upadków z łóżka, jest dużo do zrobienia, nawet w ramach tego niedoskonałego systemu.
Po upadku pacjentki i złamaniu pojawiła się kwestia przewiezienia jej do innego szpitala na zabieg ortopedyczny. Szpitale nie mogły się porozumieć w tej sprawie przez tydzień!
W sprawie koordynowania opieki natrafiamy na mur systemowy. Tu nie chodzi tylko o niemożność porozumienia się dwóch szpitali. Po wielu latach, z wielkimi oporami doprowadziliśmy do uchwalenia ustawy o szczególnej opiece geriatrycznej. Ustawa została uchwalona w 2023 r., ale do dziś nie jest realizowana, mimo że jest to obowiązujące w Polsce prawo.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo ona tworzy sieć oddziałów geriatrycznych. A oddziały geriatryczne w szpitalach zmieniają podejście, gdyż są zorientowane na pacjenta geriatrycznego “w całości”, z jego wielochorobowością i szczególnymi potrzebami.
To się okazało za trudne dla całego państwa – nie jednego czy drugiego szpitala.
Geriatrzy są tak uczeni, że widzą człowieka w całości z jego potrzebami. W opisywanej w OKO.press historii ewidentnie zabrakło świadomości szpitala, że pacjent to nie tylko choroby, ale musi się odżywiać, musi mieć czas i warunki, by spełnić jakieś swoje przyzwyczajenia, co ma decydujący wpływ na wyniki terapii.
W ustawie o sieci geriatrycznej pojawia się też zapis, że oddział geriatryczny współpracuje z centrami ambulatoryjno-dziennymi, z których każde ma swój rejon. I oddział ma wyznaczone tylko dwa, trzy centra, z którymi współpracuje. Takie centrum, jak ma potrzebę skierowania pacjenta do oddziału geriatrycznego, wie, na który oddział go odesłać.
I vice versa, oddział geriatryczny przy wypisie wie, dokąd pacjenta skierować, żeby przeprowadzić rehabilitację.
Bo pobyt w szpitalu pacjentów w wieku senioralnym powoduje u większości z nich utratę różnych funkcji życia codziennego i trzeba te sprawności przywracać.
Ale tego się nie daje przełamać. Jest ustawa i na tym się kończy.
Kto odpowiada za jej realizację?
Minister Zdrowia.
Na początku 2024 r. zaczęto wprowadzać ją w życie, ale szybko zarzucono kolejne etapy.
Dodam, że ustawa o szczególnej opiece geriatrycznej nawiązuje do Konstytucji. Konstytucja art. 68 w ustępie 2 mówi, że każdy obywatel ma prawo do opieki, ale w ustępie 3 – że szczególna opieka powinna obejmować m.in. osoby w wieku podeszłym. Nie realizując ustawy, nie realizujemy tym samym nakazu konstytucyjnego.
Nasz system w ogóle nie dostrzega, jak bardzo zmienia się struktura demograficzna Polski. Zauważył, że rodzi się mniej dzieci, więc ogranicza liczbę oddziałów położniczych. Ale nie zauważył, że co roku przybywa sto kilkadziesiąt tysięcy osób powyżej 75. roku życia. Że w związku z tym udarów będzie więcej. Że potrzeby rehabilitacji poudarowej rosną. Dzisiaj tylko co czwarty pacjent z udarem niedokrwiennym ma do niej dostęp w czasie nie dłuższym niż 14 dni po wypisie z oddziału neurologicznego.
I moim zdaniem to jest dramat. To wybuchnie.
Słyszę jednak dość często o konieczności otwierania oddziałów opieki długoterminowej.
To właśnie m.in. rehabilitacja neurologiczna powinna zmniejszyć zapotrzebowanie na opiekę długoterminową w ZOL czy DPS, ale tak się nie dzieje. A wiele rodzin nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru. Bo coraz częściej osiemdziesięcioparoletnią osobą opiekuje się 65-latek, który nie ma na to siły.
Mógłby pan udzielić rady, jak w sytuacji opisanej w tekście powinna się zachować rodzina? Jej członkowie starali się, jak mogli, ale często byli bezradni. Od lekarzy trudno było im wydobyć jakiekolwiek informacje. Niektóre docierały do nich przypadkowo, czasem były sprzeczne.
W tej historii poruszyło mnie również to, jakie informacje dostawała rodzina pacjentki. Skojarzyło mi się to od razu z rozmowami w telewizji, gdzie zaprasza się trzech gości, często się nazywa ich ekspertami, i ci eksperci wypowiadają się na każdy temat, choć nie zawsze mają odpowiednią wiedzę.
No i tutaj też tak jest.
W przypadku onkologii wprowadzono koordynatora opieki, który ma pomóc pacjentowi poruszać się po systemie. To się powoli rozwija, ale w naszych, mało przyjaznych dla pacjenta realiach, to konieczne. W psychiatrii też wprowadziliśmy koordynatorów w centrach zdrowia psychicznego. Nasi koordynatorzy pomagają w przypadku ciężkich zaburzeń psychicznych.
Załóżmy, że to, co się dzieje po udarze, jest neurologicznym odpowiednikiem ciężkiego zaburzenia psychicznego. Więc najlepiej byłoby mieć takiego koordynatora, tylko to powinien zapewnić system. Zobaczymy ,co zmieni tu nowy program opieki koordynowanej KOS-Udar.
Sam też korzystam z systemu, i, mimo że jest mi dużo łatwiej, widzę, jak mało jest on przyjazny. Na dodatek jednak wiem, że sam z siebie się nie zmieni. Tu potrzebny jest wstrząs – i będę to powtarzał. Bo to jest w interesie nas wszystkich.
“Wstrząs” nie brzmi nie najlepiej. Kojarzy się z nagłym załamaniem się systemu, czego byśmy chyba nie chcieli?
Szansą na zmianę była pandemia. Niestety, kierownictwo NFZ i ówczesny minister Adam Niedzielski nie wykorzystali tego momentu, żeby przeorganizować system. Wręcz przeciwnie, zwiększyli centralne sterowanie.
I stąd mieliśmy sytuację, że przed szpitalami stały kolejki karetek, a w środku było 20 czy 30 proc. wolnych łóżek. Szpitale w sytuacji zagrożenia broniły się przed pacjentami, bo każdy z nich działał na własny rachunek, nie tworzyły sieci. Z rekordowej liczby nadmiarowych zgonów nie wyciągnęliśmy wniosku do dzisiaj. Była wtedy szansa zmiany systemu, ale ona nie została wykorzystana.
Historię starszej pani z udarem uznaje pan w gruncie rzeczy za typową. Po prostu tak wygląda u nas opieka zdrowotna?
Myślę, że to jest doświadczenie bardzo wielu osób. A osobom, które mają mniejszy kapitał społeczny, jeszcze trudniej poruszać się w systemie. To pokazuje, jakie nierówności, nie tylko w zdrowiu, mamy w Polsce. A nierówności w uprawnieniach do korzystania z systemu opieki zdrowotnej są przez nasz system jeszcze pogłębiane.
Przykre jest jeszcze to, że rodzina teraz sama się oskarża, że mogła zadziałać lepiej, naciskać szybciej, zdobyć większą wiedzę, bo wcześniej nie “przerabiała” udaru.
Ale przecież to nie jest ich wina, że szpital nie był zorientowany na pacjenta.
Udary w tym wieku są ciężką chorobą, w pierwszym miesiącu umiera co czwarty pacjent, a co trzeci doznaje znacznej niepełnosprawności. Gdyby w tym konkretnym przypadku wszystko zadziałało, pacjentka mogłaby być w lepszym stanie — ale nie mamy takiej gwarancji. Historia ta pokazuje jednak dobitnie, że coś w systemie trzeba zmienić.
W tym codziennym “wiosłowaniu” lepsze będą samorządy, a rząd ma stać na mostku, obserwować, co się dzieje i czuwać nad tym, żeby były odpowiednie rekomendacje, wytyczne, żeby one były przestrzegane, i nadawać właściwy kierunek.
Powiem panu na koniec, że spojrzałem do akredytacyjnych standardów szpitalnych, jakie minister zdrowia ogłosił dwa lata temu. Standardem obligatoryjnym jest np. to, że ma być jeden lekarz prowadzący, z którym się kontaktujemy i który nas informuje.
Tam był lekarz prowadzący, tylko codziennie inny.
To jest sprzeczność sama w sobie.
Poza tym ma być indywidualny plan opieki. Mamy być włączeni do układania tego planu. Ma być codzienna ocena lekarska, mają być określone zasady przenoszenia do innego szpitala.
W pewnym momencie rodzina została poinformowana, że szpital ma obowiązek przyjąć chorą z powrotem w ciągu dwóch tygodni od wypisu.
Takiej regulacji nie ma.
O ile lekarz prowadzący jest standardem obligatoryjnym, o tyle w przypadku pogorszenia po wypisie, standard ponownej hospitalizacji w samej placówce może być przez szpital wyłączony. Czyli obligatoryjny nie jest.
Więc mamy standardy akredytacyjne, szpitale przechodzą akredytację, ale dalej muszą rozliczać punkty. Najwyższy czas przeorientować system na potrzeby pacjenta.
* Dr Marek Balicki – lekarz psychiatra, minister zdrowia w gabinecie Leszka Millera i Marka Belki, poseł na Sejm I, II i VI kadencji, senator V kadencji, b. dyrektor Szpitali Bielańskiego i Wolskiego w Warszawie, b. kierownik Biura Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, obecnie członek Rady ds. Zdrowia Psychicznego — organu opiniodawczo-doradczego Ministra Zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Komentarze