0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot. Robert Kowalews...

Victor po raz pierwszy przygląda się marszowi, który przechodzi przez centrum Warszawy w rocznicę Powstania Warszawskiego w 2020 roku. Pochodzi z Meksyku, za kilka miesięcy przeprowadzi się do Warszawy. Chce lepiej poznać miasto, w którym zamieszka. Słyszał, że Powstanie jest częścią tożsamości jego mieszkańców.

Wzrusza się, gdy widzi, jak o siedemnastej ludzie zastygają w ciszy. Po chwili idzie już z tłumem. Obserwuje osoby w strojach imitujących te powstańcze, niosą atrapy karabinów i torby sanitariuszek. Inni przyczepiają do koszulek opaski z kotwicą, symbolem Polski Walczącej. Wielu ma biało-czerwone T-shirty i czapki z godłem Polski, niosą flagi. Maszerują ludzie w różnym wieku, całe rodziny. Victor zauważa, że razem z pochodem porusza się platforma z banerem „Stop masowej migracji”. Czuje, że może nie jest to miejsce przyjazne takim, jak on.

Marsz w Dreźnie i marsz w Warszawie

Wieczorem Victor trafia na podwórko jednego z liceów. Razem z przejętą publicznością słucha powstańczych piosenek śpiewanych przez Warszawską Orkiestrę Sentymentalną. Ludzie śpiewają, komuś po policzkach spływają łzy. Meksykanin w Warszawie zastanawia się wtedy, czym jest ta pamięć i dlaczego aż tak się różni, więc mówię mu o polskiej fladze i historii, która coraz częściej dzieli niż łączy.

Gdy spacerujemy potem po mieście z jego rodzicami, tłumaczę, że trudno jest zrozumieć Warszawę bez Powstania. Kolejne przystanki wyznaczają nam miejsca straceń i pamięci o bohaterskich czynach. W Muzeum Powstania Warszawskiego oglądamy film pokazujący zgliszcza Warszawy. Trudno im uwierzyć, że to nagranie jest prawdziwe. W drodze na Stare Miasto przystajemy przy Małym Powstańcu. – Dzieci nie powinny brać udziału w wojnie – mówi mama Victora.

To nie pierwsze spotkanie Victora z bolesną miejską historią od kiedy mieszka w Europie. W Dreźnie, gdzie studiował inżynierię mechaniczną, tożsamość miasta kształtuje alianckie bombardowanie z 1945 roku.

Trzynastego lutego 2010 roku przeszedł przez Drezno jeden z największych w historii miasta neonazistowskich marszów. Victor przyłączył się do kontrmanifestacji. Ponad dziesięć tysięcy osób po raz pierwszy złapało się wtedy za ręce, otoczyli odbudowane stare miasto, w tym kościół Frauenkirche, by zagrodzić neonazistom dostęp do najważniejszych symboli.

Marsz w rocznicę Powstania Warszawskiego przypomniał Victorowi tamten z Drezna, w obu przypadkach pamięć o przeszłości łączy się dziś z antyimigranckimi hasłami.

Victor wie, że historyczne role Polski i Niemiec są nieporównywalne – Niemcy rozpoczęły wojnę, a Polska padła jej ofiarą, ale zauważył, że zarówno Warszawa, jak i Drezno zostały naznaczone śmiercią tysięcy cywilów i niemal całkowitym zniszczeniem. I też oba upamiętnienia tragicznych wydarzeń stają się dziś polem politycznej walki.

Po wyzwoleniu miasta już nie było

Powstanie Warszawskie miało trwać trzy dni, a zakończyło się drugiego października, sześćdziesiąt trzy dni od wybuchu. Według szacunków Muzeum Powstania Warszawskiego zginęło 16 tysięcy żołnierzy i od 130 do 150 tysięcy cywilów.

Warszawa legła w gruzach. – Po wyzwoleniu miasta już nie było. Była tylko pustynia przysypana śniegiem. Spod śniegu sterczały krzyże, w wielu miejscach piętrzyły się stosy niepogrzebanych trupów. Z ludzkich prochów były usypane kopce – wspominała Wanda Traczyk-Stawska w wywiadzie-rzece z Michałem Wójcikiem.

Koniec wojny nie przyniósł powstańcom spokoju. W okresie stalinizmu władze PRL przedstawiały Powstanie jako zbrodniczą decyzję dowództwa Armii Krajowej, a jej żołnierzy jako zdrajców i „zaplute karły reakcji”. Pamięć przetrwała przede wszystkim w domach. Niektórzy uczestnicy walk zaczęli mówić o swoich doświadczeniach dopiero po wielu latach. Inni do końca nie chcieli wracać do cierpienia, walki i śmierci najbliższych.

Przez wiele lat milczeli babcia i dziadek dziennikarza Marka Gudowskiego. Zaczęli opowiadać o Powstaniu dopiero w ostatnich latach życia. – Chyba poczuli, że jeśli tego nie zrobią, te historie znikną – mówi Marek. Dzięki determinacji jego babci Zofii Gudowskiej na Murze Pamięci obok Muzeum Powstania Warszawskiego jest dziś nazwisko jej brata, Ryszarda Sadowskiego „Rena”.

Pierwszego sierpnia Marek zawsze stara się być w Warszawie, przyjeżdża na Powiśle. Ma dziś 41 lat, na obchody zabiera dziewięcioletnią córkę, żeby pamięć o Powstaniu była dla niej czymś naturalnym. W przyszłości dołączy do nich też jego druga córka, która ma dziś dwa lata.

Marek nie uczestniczy w marszu przechodzącym przez centrum miasta. Wiele lat temu podczas godziny W zobaczył tam flagi Obozu Narodowo-Radykalnego. – Pomylili adres. Nie podoba mi się, że wykorzystują Powstanie do promocji własnych poglądów – mówi.

Twarzą marszu jest Robert Bąkiewicz, dawny działacz ONR dziś związany ze Stowarzyszeniem Roty Marszu Niepodległości i Ruchem Obrony Granic prowadzącym własne patrole na granicy polsko-niemieckiej.

Bąkiewicz w czerwcu 2026 roku bez stosownych zezwoleń zorganizował marsz w Berlinie. Z grupką protestujących odśpiewali tam Rotę i chcieli ustawić krzyż obok pomnika polskich ofiar. Niemiecka policja zdecydowanie przerwała manifestację, co Bąkiewicz wykorzystał do dalszej promocji swoich poglądów.

Tegoroczny marsz w rocznicę Powstania Warszawskiego organizowany przez środowisko Bąkiewicza ma iść pod hasłem „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”.

Przeczytaj także:

Milcz chamie skończony!

Kilka lat temu Bąkiewicz „zasłynął” zagłuszeniem wystąpienia powstanki warszawskiej Wandy Traczyk-Stawskiej na marszu poparcia dla obecności Polski w Unii Europejskiej.

– Milcz, głupi chłopie! Milcz, chamie skończony! Bo ja jestem żołnierzem, który pamięta, jak krew się lała, jak moi koledzy ginęli. Ja tu po to jestem, żeby wołać w ich imieniu. Nigdy nikt nie wyprowadzi mojej ojczyzny z Europy. Europa to także moja matka – odpowiedziała mu Traczyk-Stawska.

Gdy wypowiadała te słowa, Victor stał w tłumie na Krakowskim Przedmieściu. Nie mógł uwierzyć, że człowiek, który chciał odebrać głos osobie, która walczyła w Powstaniu, dla wielu stał się „strażnikiem” pamięci o tym wydarzeniu.

Zdaniem Jakuba Kocjana, prezesa fundacji Akcja Demokracja, który od lat dokumentuje działalność skrajnej prawicy, widok nacjonalistów próbujących przejąć pamięć o Powstaniu Warszawskim jest historycznym absurdem. – Nazizm nie powstał w próżni. Nacjonalizm był jednym z jego kluczowych składników – mówi.

W 2019 roku przeciwko łączeniu powstańczych symboli ze znakami skrajnej prawicy zaprotestowali sami uczestnicy Powstania. – Boli nas łączenie kotwicy z falangą albo krzyżem celtyckim. Komuniści już kiedyś próbowali ukraść nasze znaki i symbole. Apelujemy o szacunek dla naszej przeszłości – mówili.

Fryzjer: To przez niesprawiedliwe bombardowanie aliantów

Victor po raz pierwszy zobaczył marsz neonazistów w Dreźnie trzynastego lutego 2008 roku. Siedział na fotelu u fryzjera, przez ulice przechodził ubrany na czarno pochód złożony głównie z młodych mężczyzn. Nieśli transparenty o alianckiej winie pisane staroniemiecką czcionką. Przebijało się tam hasło: „Nigdy o tym nie zapomnimy” (Wir werden es nie vergessen).

– Wszystko przez niesprawiedliwe bombardowanie aliantów – powiedział fryzjer, gdy Victor zapytał go o demonstrację.

Rok później natrafił na nocny marsz z religijnymi symbolami, niemieckimi flagami i ksenofobicznymi hasłami. Symbole wypełniały jeszcze więcej przestrzeni, czuł, że sytuacja staje się duszna.

W 2010 roku postanowił się sprzeciwić. Stanął w żywym łańcuchu, by zablokować przemarsz neonazistów i nie dopuścić ich do miejsc, które stały się symbolami wojennej tragedii miasta. Pamięć, o którą walczyli kontrmanifestanci, miała nie podlegać zawłaszczeniom.

– Ta demonstracja była inna niż pozostałe protesty w Niemczech. Nie chodziło o wyższe płace czy ceny energii. To miał być gest. Pokazali, że większość ludzi chce bronić demokracji i praw człowieka – mówi dr Maik Herold, politolog z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie, badacz populizmu, skrajnej prawicy i ruchów protestu.

W NRD przez lata utrwalano narrację o bombardowaniu jako alianckiej zbrodni. Kolejne pokolenia dorastały z pamięcią o trzynastym lutego jako dniu, który naznaczył miasto.

– Drezno do dziś przeżywa zbiorową traumę związaną z bombardowaniem – mówi Lennart Happe, działacz społeczny ze stowarzyszenia Tolerave, które poprzez kulturę klubową i działania obywatelskie sprzeciwia się skrajnej prawicy w Dreźnie. – Niestety 13 lutego stał się najważniejszą platformą, gdzie neonaziści mogą pokazywać siebie, swoje symbole i swoją narrację – dodaje.

– Dla skrajnej prawicy ten dzień jest corocznym rytuałem. Z czasem Drezno zaczęło przyciągać neonazistów z całej Europy. Stało się symbolem, wokół którego mogli budować własną wersję historii – mówi Maik Herold.

Jej częścią są fałszywe liczby. Skrajna prawica powtarza, że w bombardowaniach między 13 a 15 lutego zginęło od 200 do 500 tysięcy osób. Tymczasem komisja historyków powołana przez miasto ustaliła, że ofiar było około 25 tysięcy.

Neonaziści: „Bombenholocaust”

Happe zauważa niebezpieczeństwo opowiadania o przeszłości przez martyrologię, która może wybielać historię. – Drezno przez lata było przedstawiane jako niewinne miasto kultury, które nie miało nic wspólnego z wojną. Tymczasem było ważnym miastem III Rzeszy, przejeżdżały przez nie transporty do Auschwitz, funkcjonowała tu infrastruktura wspierająca nazistowskie państwo – mówi.

Drezno na długo przed drugą wojną światową pełniło funkcję garnizonu, a w czasie wojny niemal cały lokalny przemysł został podporządkowany potrzebom armii. Dzięki rozwiniętej sieci kolejowej, autostradzie, lotnisku i bliskości Berlina Drezno stało się strategicznym punktem przerzutu żołnierzy i zaopatrzenia.

Na neonazistowskich marszach żałobnych pojawia się hasło Bombenholocaust”. Dla Lennarta zrównywanie bombardowania Drezna z Zagładą to jak splunięcie w twarz ocalałym z Auschwitz i wszystkim ofiarom Holokaustu.

Po udanej blokadzie w 2010 roku marsze odbywają się dalej, jednak nie są już tak liczne. W 2026 roku w marszu uczestniczyło około dwóch tysięcy osób.

Lennart zwraca uwagę, że idee, z których wyrósł marsz skrajnej prawicy, nie zniknęły. – Objawy są słabsze, ale choroba nadal istnieje. Skrajna prawica nie potrzebuje już takich marszów. Dziś ma własne partie, parlamentarzystów i obecność w mediach. Nie musi zdobywać przestrzeni ulicy, bo zdobyła już inne miejsca – konkluduje Lennart.

Coraz większą rolę zaczął odgrywać ruch Pegida (Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu) i coraz silniejsze AfD.

– Pegida była wentylem dla gniewu, który narastał przez wiele lat, szczególnie we wschodnich Niemczech. Skupiła ludzi rozczarowanych przemianami po zjednoczeniu, zmianami społecznymi i poczuciem, że zostali pozostawieni sami sobie – mówi Maik Herold.

Badacz zauważa jednak, że trzynasty lutego wygląda dziś inaczej niż dwadzieścia lat temu. Uwagę opinii publicznej przyciągają przede wszystkim kontrdemonstracje, ludzki łańcuch i inicjatywy obywatelskie. To one nadają ton obchodom. Mieszkańcy doszli do wniosku,

że nie mogą oddawać ulic skrajnej prawicy, muszą pokazać, że istnieje też inne Drezno. W 2026 roku w żywym łańcuchu stanęło pięć tysięcy osób.

A ludzie patrzyli i pili kawę

Rok przed marszem w Warszawie, w którym uczestniczył Victor, Robert Hojda, działacz społeczny i założyciel Fundacji Aktywna Demokracja, został zatrzymany przez policję. – Byłem w niewielkiej grupie, blokowaliśmy przejście nacjonalistów, których eskortowała policja. Taki paradoks – że polska policja asystowała faszystom na ulicach Warszawy. Policjanci zamknęli nas w kocioł i wciągnęli do bramy. Zablokowaliśmy jednak marsz, musiał zostać przekierowany.

Po chwili zauważa: – Wzdłuż ulicy siedzieli wtedy ludzie, pili kawę i biernie się przyglądali. Pomyślałem, że jako obywatele nie czujemy odpowiedzialności za historię.

Jakub Kocjan z Akcji Demokracja uważa, że blokady nie są skierowane wyłącznie przeciwko uczestnikom marszy. – Są również apelem do reszty społeczeństwa, żeby nie przyzwyczajać się do obecności skrajnej prawicy i nie uznawać jej za coś normalnego.

Powstanie Warszawskie stało się jednym z fundamentów współczesnej polskiej pamięci historycznej. Dlatego przejęcie jego symboli ma dla środowisk nacjonalistycznych szczególne znaczenie.

– Pozwala wyznaczać fałszywe granice wspólnoty i mówić, kto do niej należy, a kto zostaje z niej wykluczony. Tymczasem Powstanie jest historią ludzi o bardzo różnych poglądach, nie jednego środowiska politycznego – podkreśla Jakub.

Politolog i badacz skrajnej prawicy dr Przemysław Witkowski zauważa, że tragicznych wydarzeń historycznych nie trzeba opowiadać w sposób nacjonalistyczny. – Można mówić o Powstaniu jako o walce przeciwko niemieckiej okupacji, ale również jako o historii ludzi walczących o demokratyczną Polskę.

Jego zdaniem środowiska nacjonalistyczne próbują przejmować kolejne święta i rocznice, nawet jeśli historycznie nie były związane z ruchem narodowym. – Jedenasty listopada nie miał nic wspólnego z endecją. Powstanie Warszawskie także nie było przedsięwzięciem nacjonalistycznym. Walczyli w nim ludzie o bardzo różnych poglądach: socjaliści, syndykaliści, ludowcy i chadecy. A nacjonaliści od wielu lat pracują, żeby przejąć te daty jako okazję do realizowania własnej ideologii – tłumaczy.

Badacz zauważa też, że po 1989 roku liberałowie i lewica nie zajmowali się kwestiami polskiej tożsamości. Skupili się na przyszłości i gospodarce. Tymczasem prawica konsekwentnie opowiadała historię i budowała wokół niej swoją wizję wspólnoty.

Nie mogę poddać swojego miasta

Robert Hojda od 2011 roku obserwował jak polska flaga stawała się symbolem środowisk narodowych, a rocznicę wybuchu Powstania coraz częściej wypełniały okrzyki „Bóg, Honor, Ojczyzna” i dym z rac.

W sierpniu 2016 roku zadecydował, że nie wywiesi flagi. – Mój sąsiad, powstaniec warszawski zapytał bardzo uprzejmie, dlaczego tego nie zrobiłem. Czułem się, jakby kowadło spadło mi w żołądku. Zdałem sobie sprawę, że sprawiłem mu największą przykrość. Powiedziałem: – Jakoś mi to umknęło, wywieszę flagę, gdy wrócę do domu. I to zrobiłem. Gdy kolejnego roku zbliżała się rocznica, zastanawiałem się nad wyjazdem z Warszawy. Ale zrozumiałem, że nie mogę tak poddać swojego miasta i pamięci o ludziach, którzy wtedy zginęli. Kim ja wtedy będę? Zdecydowałem, że muszę zrobić coś zupełnie innego – opowiada.

Tak narodził się Marsz Milczenia’44 – pod patronatem Wandy Traczyk-Stawskiej, który zorganizował Hojda. Miał być odpowiedzią na zawłaszczanie pamięci Powstania, ale nie przez krzyk. Uczestnicy mogą mieć jedynie biało-czerwone flagi bez symboli partyjnych i organizacyjnych. Wspólnie w ciszy oddają szacunek mieszkańcom Warszawy i powstańcom.

– To pani Wanda Traczyk-Stawska zwróciła mi uwagę, że Powstanie Warszawskie to zwłaszcza ludność cywilna. Mówiła, że szacunek przede wszystkim należy się mieszkańcom Warszawy, a dopiero później powstańcom.

Cywile nie mieli broni, a mimo to pomagali powstańcom i płacili za to najwyższą cenę – mówi Hojda.

W tym roku po raz dziesiąty marsz ruszy pod hasłem „Zatrzymaj Faszyzm”. – Nie zgadzamy się, by symbole, za które ginęli Powstańcy Warszawscy, były dziś wykorzystywane przez ruchy nacjonalistyczne i prawicowe – deklarują organizatorzy.

Jestem wdzięczna, że nie muszę być bohaterką

W domu rodziców Marty Wnukowskiej, nauczycielki w szkole podstawowej, flaga wisi przez całe 63 dni. Co roku Marta spędza godzinę W na Żoliborzu, gdzie pierwszego sierpnia padły pierwsze strzały.

– Kiedy o siedemnastej słyszę syreny, mam gęsią skórkę. Wyobrażam sobie ludzi, którzy dokładnie o tej godzinie wiedzieli, że zaczyna się coś, co może kosztować ich życie.

Marta nie rozumie jednak noszenia powstańczych opasek dzisiaj. – Wiem, że to forma hołdu, ale sama nie czułabym się godna jej założyć.

Agnieszka Bąder-Chudy, która jest matką dwójki dzieci i pracowniczką instytutu badawczego, mówi, że gdy była nastolatką, wyobrażała sobie siebie jako sanitariuszkę. Była wtedy harcerką i zaczęła budować własną pamięć o Powstaniu. Dziś patrzy na tamte wydarzenia inaczej. – Rozumiem, dlaczego Powstanie wybuchło, ale widzę też jego tragiczne skutki dla ludności cywilnej. Dlatego bardziej niż o chwale myślę o pamięci i szacunku wobec tych, którzy wtedy zginęli. A od kiedy mam dzieci, przede wszystkim jestem wdzięczna, że nie muszę być bohaterką.

Jej dzieci mają cztery i sześć lat. Zabiera je na lokalne obchody rocznicy w Zielonce pod Warszawą. – Chcę, żeby od początku widziały, że to są ważne dni. Jeszcze niewiele rozumieją, ale kiedyś stanie się to początkiem rozmowy o historii. To pierwsze pokolenie w mojej rodzinie, któremu przekazuję tę pamięć.

Marta mówi o Powstaniu swoim uczniom. – Najtrudniej wytłumaczyć, że jeden człowiek był w stanie zabić drugiego. Oczywiście staram się to robić tak, by dzieci nie straciły ufności do świata i dostrzegania w nim piękna. Tego najbardziej się obawiam, gdy rozmawiamy o wojnie. Ale lepiej rozmawiać z dziećmi o trudnych sprawach spokojnie, niż udawać, że ich nie ma.

Kilka lat temu uczniowie przygotowali kartki dla powstańców. Napisali, „Dziękuję za twoją odwagę”.

Cegły ciemne i jasne

Gruz i dwa fragmenty ściany. Tylko tyle pozostało z luterańskiego kościoła Frauenkirche po bombardowaniu. Barokowy symbol Drezna nie został odbudowany przez władze NRD, na lata stał się smutnym pomnikiem wojny i nośnikiem propagandy.

Maria Noth, prezeska Fundacji Frauenkirche pamięta z dzieciństwa głównie pustą przestrzeń i gruzy. – Myślę, że mieszkańcy Drezna przyzwyczaili się do ruin. Stały się częścią miasta i jego tożsamości.

Rekonstrukcja kościoła, finansowana głównie ze zbiórek rozpoczęła się dopiero po upadku Muru Berlińskiego. W październiku 2005 roku odbudowany Frauenkirche został ponownie konsekrowany. Do odbudowy kościoła wykorzystano elementy ze zburzonego budynku – ciemne cegły przeplatają się dziś z jasnymi.

– Z czasem nowe elementy też ściemnieją i różnica zacznie znikać. To metafora.

Naszym zadaniem nie jest nieustanne wspominanie zniszczenia i odbudowy, ale też patrzenie w przyszłość – opowiada Maria.

W środku Frauenkirche jest replika krzyża z Coventry – symbolu pojednania między narodami. Oryginalny krzyż powstał po zniszczeniu katedry podczas niemieckich nalotów bombowych na Anglię w 1940 roku. Proboszcz Richard Howard zlecił zrobienie krzyża z trzech dużych gwoździ. Później na ścianie kościoła wyryto słowa „Ojcze, przebacz”.

– Cała kultura pamięci w Dreźnie jest mocno skoncentrowana na trzynastym lutego. Stał się niemal świętym dniem. To mnie niepokoi. Nie powinniśmy skupiać się na tym, co spotkało naszych dziadków, ale pamiętać o naszej odpowiedzialności za to, żeby coś takiego nigdy więcej się nie wydarzyło – mówi Maria Noth. – Chciałabym, żeby Frauenkirche był miejscem dialogu, gdzie może wejść każdy i wymienić się doświadczeniami. Nie chcemy być już symbolem wojny. Chcemy być symbolem pokoju i pojednania.

Uważajcie, zło przyśpieszyło

Victor nauczył się szybko rozpoznawać sygnały niebezpieczeństwa. Wie, w którym barze we wschodnich Niemczech nie będzie mile widziany oraz że 11 listopada w Warszawie lepiej omijać centrum miasta, a 1 sierpnia nie zbliżać się do Ronda Dmowskiego.

W Europie mieszkał w Dreźnie, Warszawie i niedaleko Berlina. W każdym z tych miejsc natrafiał na antyimigranckie hasła wypisywane na murach, sztandarach czy wykrzykiwane na ulicy. Ale spotkał też ludzi, którzy wychodzą na ulice, blokują marsze neonazistów, organizują obywatelskie akcje i sprzeciwiają się łamaniu praw mniejszości.

Też nie chce być obojętny. Protestował w obronie praw kobiet, przeciw rasizmowi po śmierci George'a Floyda i po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Wie, że gdyby nadal mieszkał w Meksyku, również nie pozostałby obojętny. Zauważył jednak, że sposób opowiadania o historii i znaczenie narodowych symboli różnią się tam od tego, co zobaczył w Europie. – Dorastałem w przekonaniu, że flaga oznacza wspólnotę. Nawet 16 września, podczas najważniejszego święta narodowego Meksyku, nie kojarzyła mi się z radykalizmem ani wykluczaniem kogokolwiek. Była symbolem wspólnego świętowania, radości i dumy z kraju, a nie nienawiści.

Wanda Traczyk-Stawska: – Doświadczyłam zła absolutnego. To był faszyzm i nazizm. Wielka tragedia dla ludzkości wynikła z braku szacunku dla drugiego człowieka – mówi w rozmowie z Michałem Wójcikiem. I apeluje, by nie pozostawać obojętnym: – Zło przyspieszyło. Faszyści jeszcze niedawno żyli w ukryciu. Wiedzieli, że nie ma zgody na ich jawną aktywność. Potem wyszli na ulice, bo pojawiło się przyzwolenie władz. A teraz są już w Sejmie. Są w kościołach, nazywają się ich obrońcami.

Reportaż powstał przy wsparciu Stypendium Dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Na zdjęciu Maria Dybcio
Maria Dybcio

Niezależna dziennikarka, absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW i Polskiej Szkoły Reportażu. Pisze o środowisku, migracji oraz o tematach społecznych. Jej teksty ukazywały się m.in. w Green European Journal, taz, Perspective Daily, Magazynie Kontakt i w Przekroju.

Komentarze