Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
12 kwietnia 2021

Po OFE nie ma co płakać. Zły pomysł, fatalne wykonanie, zasłużony koniec [WIDZĘ TO TAK]

Po ponad dwóch dekadach od utworzenia Otwarte Fundusze Emerytalne wkrótce ostatecznie znikną. Historia nie będzie dla nich łaskawa. OFE były złym pomysłem, z jeszcze gorszym wykonaniem i niepotrzebnie kosztowały przyszłych emerytów wiele miliardów złotych

Do sierpnia 15 milionów Polaków wciąż posiadających rachunki w Otwartych Funduszach Emerytalnych prawdopodobnie będzie musiało zdecydować czy zgromadzone na nich środki trafią do ZUS czy na IKE. Przy tej okazji nie brakuje głosów, że jest to skok na kasę w wykonaniu rządu i zawłaszczanie pieniędzy przyszłych emerytów. To jednak nic, w porównaniu do skoku na kasę, jakiego w ciągu ponad dwóch dekad swojego istnienia dokonały same OFE - pisze analityk biznesowy i płacowy Adrian Oratowski.

Tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak” – od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Spadek po PRL

III RP odziedziczyła w 1989 roku po PRL dość hojny system emerytalny. Mężczyzna o przeciętnych zarobkach przechodząc na emeryturę w latach 80. w wieku 65 lat mógł liczyć na świadczenie w wysokości około 73 proc. swojego ostatniego wynagrodzenia. Dla porównania w 2019 roku ta liczba wyniosła 56 proc. Dodatkowo kryteria przyznawania uprawnień emertytalnych i rentowych były dość łagodne i częsta była opinia, że PRL w latach 80. miała najmłodszych emerytów i najzdrowszych rencistów.

Był to system zdefiniowanego świadczenia, co oznaczało, że państwo gwarantowało określoną jego wysokość, obliczaną w oparciu przede wszystkim o staż i wynagrodzenie z ostatnich 12 miesięcy poprzedzających przejście na emeryturę. Pracodawca odprowadzał składkę od całego funduszu płac w zakładzie pracy, a nie od indywidualnych wynagrodzeń pracowników. Nie rejestrowano więc jaka część składki została wpłacona w imieniu konkretnego pracownika. Składki trafiały do wspólnego funduszu, z którego od razu wypłacano je na bieżące emerytury.

Jednak system emerytalny, który jest hojny zarówno w odniesieniu do wysokości świadczeń, jak i kryteriów ich przyznawania nie może nie być systemem drogim. Zasada zdefiniowanego świadczenia wymagała dostosowywania poziomu składek do potrzeb finansowania gwarantowanego poziomu świadczeń. Ponieważ jednak rząd nie potrafił lub nie chciał kontrolować kosztów, składki nieuchronnie szły w górę.

W 1981 roku pracodawcy byli zobowiązani odprowadzać na ubezpieczenia społeczne 25 proc. sumy wynagrodzeń. Przyrost naturalny jednak zwolnił, a kolejne grupy zawodowe otrzymywały specjalne przywileje emerytalne, więc składkę dalej sukcesywnie podnoszono. Na początku lat 90. osiągnęła poziom 45 proc. i była jedną z najwyższych na świecie.

System emerytalny w latach 80. był też ogromnie niespójny. Chaotyczne i doraźne próby naprawiania poprzez ciągłe jego zmiany wprowadzały niezrozumiałe zróżnicowanie wysokości emerytur, które czasem zależały od tego, na podstawie przepisów której z kolejnych nowelizacji dana osoba przeszła na emeryturę. Wiele branż miało swoje własne, często jeszcze hojniejsze zasady przyznawania świadczeń.

Sytuacji nie poprawiły próby doraźnych zmian już w III RP, gdzie problem lawinowo rosnącego po transformacji bezrobocia próbowano rozwiązywać wypychaniem kogo się da na wcześniejszą emeryturę, co tylko pogłębiło problem dysfunkcyjnego i kosztownego systemu. System był nie do utrzymania w tym kształcie na dłuższą metę i wymagał głębokiej reformy.

Wielka reforma AWS-UW

W roku 1999 weszła więc w życie reforma wprowadzona przez rząd Jerzego Buzka, a przegłosowana głosami między innymi głównego ugrupowania koalicji AWS-UW, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Reforma ta kompletnie przeorała Polski system emerytalny i nadała mu kształt na wiele kolejnych dekad. Wśród najważniejszych zmian znalazły się:

  • zmiana zasady zdefiniowanego świadczenia na zasadę zdefiniowanej składki;
  • wprowadzenie dwóch nowych filarów kapitałowych: obowiązkowego i dobrowolnego;
  • w założeniach reforma miała również ujednolicić zasady branżowe.

Zasada zdefiniowanej składki oznaczała, że wysokość przyszłych emerytur była wyłącznie zależna od sumy odprowadzonych w okresie aktywności zawodowej składek. Zrywała z zasadą zdefiniowanego i gwarantowanego świadczenia, na rzecz indywidualnych oszczędności. Wysokość składek ustalono na jednym, niskim poziomie 19,52 proc., płatne po połowie przez pracownika i pracodawcę.

To, co przemilczano, to fakt, że zmiana na system zdefiniowanej składki oznacza również, że całe ryzyko dotyczące wysokości przyszłych świadczeń jest w ten sposób przerzucone na przyszłych emerytów. Jeżeli jakiś kryzys, albo inne zdarzenie doprowadzi do erozji ich oszczędności, albo jeśli zgromadzone składki będą niewystarczające do utrzymania na emeryturze, wówczas ani państwo, ani fundusze emerytalne filarów kapitałowych nie biorą za to żadnej odpowiedzialności.

Polska idzie swoją ścieżką

Utworzenie OFE jako obowiązkowego filaru kapitałowego było ewenementem na skalę światową. Taki system jest wyjątkiem na świecie i jeżeli istnieje, to niemal wyłącznie jako dodatek do systemu repartycyjnego, a nie jako podstawa całego systemu emerytalnego.

Na 37 krajów OECD aż 34 kraje posiada w swoim systemie filar repartycyjny, a tylko 3 posiadają obowiązkowy filar kapitałowy. Są to Norwegia, Szwecja i Australia. Swego czasu próbowano wprowadzić przymusowy filar kapitałowy np. w Stanach Zjednoczonych i Niemczech, ale opór społeczny spowodował, że plan ten porzucono.

Wszystkie trzy spośród krajów, które posiadają przymusowy filar kapitałowy różnią się jednak od Polski w pewien bardzo istotny sposób. Wszystkie trzy odnotowują mianowcie regularne nadwyżki budżetowe. Jest to dość logiczne: obowiązkowy filar kapitałowy ma sens, kiedy ma się nadwyżkę środków, które można zainwestować na poczet przyszłych świadczeń emerytalnych (tak, jak np. Norwegia inwestuje dochody z wydobycia ropy w ramach Norweskiego Państwowego Funduszu Emerytalnego, tzw. Oljefondet), ale Polska była jedynym krajem OECD, który musiał się zadłużać, żeby sfinansować obowiązkowy filar kapitałowy. To tak, jakby wziąć kredyt w banku na wysoki procent po to tylko, żeby w tym samym banku założyć lokatę na dużo niższy procent i cieszyć się, że mamy oszczędności zabezpieczające naszą przyszłość. Fakt ten miał fundamentalne znaczenie dla przyszłych losów OFE i stał się praprzyczyną ich ostatecznej likwidacji.

Również zasada „zdefiniowanej składki”, czyli inaczej „tyle emerytury, ile odłożonych składek”, nie jest bardzo popularnym rozwiązaniem na świecie. Prof. Leokadia Oręziak, kierowniczka Katedry Finansów Międzynarodowych SGH i autorka książki "OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce" przytacza dane mówiące o tym, że "tylko pięć z 28 państw Unii Europejskiej stosuje zasadę zdefiniowanej składki w powszechnym systemie emerytalnym, pozostałe przestrzegają zasady zdefiniowanego świadczenia".

Innymi słowy, tylko w pięciu krajach państwo przerzuca na obywateli ryzyko związane z wysokością przyszłych świadczeń, pozostałe natomiast gwarantują określoną wysokość świadczeń i odpowiednio dostosowują bieżące składki.

Bajeczny zarobek

Przeniesienie ryzyka dotyczącego wysokości świadczeń na przyszłych emerytów nie było jedynym powodem, dla którego OFE w kształcie, w jakim powstały, były bardzo złym pomysłem. Drugim był koszt nowopowstałego II filaru. Nie wystarczyło bowiem po prostu pozwolić powstać Otwartym Funduszom Emerytalnym. Trzeba było jeszcze je zasilić jakimś strumieniem pieniędzy. Podjęto fatalną decyzję, która stała się zalążkiem upadku II filaru, aby 40 proc. składek, które dotychczas trafiały do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli zasobu pieniędzy, którym zarządza ZUS przyjmując składki i wypłacając z niego świadczenia) zostało przekierowane do nowopowstałych Otwartych Funduszy Emerytalnych.

Był to ogromny strumień pieniędzy i zarówno międzynarodowe, jak i krajowe instytucje finansowe bardzo szybko dostrzegły możliwość bajecznego zarobku.

W społecznej pamięci zapisały się puszczane wówczas reklamy Otwartych Funduszy Emerytalnych namawiające przyszłych emerytów do zapisania się do ich funduszu.

Commercial Union

Pocztylion

OFE Polsat

OFE Allianz

Gra toczyła się o ogromną stawkę. Powszechne Towarzystwa Emerytalne, czyli podmioty zarządzające Otwartymi Funduszami Emerytalnymi wydały na te reklamy pół miliarda zł. Jak na tamte czasy była to suma astronomiczna. Trudno było otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczyła z niej jakaś reklama OFE.

Samo PZU zatrudniło 100 tysięcy akwizytorów, którzy mieli namawiać i zapisywać przyszłych emerytów do ich funduszu. Szacuje się, że w sumie u szczytu zapisów do OFE pracowało przy nich prawie pół miliona akwizytorów.

Stawka była tak duża, że do gry włączyły się nawet takie instytucje jak Poczta Polska, czy telewizja Polsat, które pomimo tego, że z usługami finansowymi nie miały kompletnie nic wspólnego, postanowiły utworzyć własne OFE, żeby uszczknąć choć kawałek tortu dla siebie. Instytucje finansowe puściły w ruch gigantyczną machinę propagandową, by pozyskać jak najwięcej składek, ponieważ doskonale zdawały sobie sprawę jak wspaniały będzie to biznes.

Z reklam OFE Polacy dowiadywali się, że „życie to nie film”, albo że „trzeba mieć fantazję, dziadku!”, a frazy te weszły już na stałe do kanonu popkultury. Dowiadywali się, że wystarczy przystąpić do OFE, aby spędzić emeryturę pod palmami.

Fatamorgana z palmami i brutalna rzeczywistość

To, o czym jednak reklamy milczały, podobnie jak politycy odpowiedzialni za reformę, to najważniejszy cel, jaki reforma miała zrealizować. Nie było nim wcale powiązanie wysokości emerytury z sumą odprowadzonych składek, a już na pewno nie emerytura pod palmami, ale rozwiązanie największego z problemów systemu emerytalnego odziedziczonego po latach 80. – rosnących kosztów i gigantycznych składek, jakie im towarzyszyły.

Sposobem na realizację tego celu jaki wybrano było wprowadzenie zasady zdefiniowanej składki i ustalenie ich wysokości na jednym, względnie niskim poziomie.

Radykalne ograniczenie składek oznaczało jednak nierozerwalnie równie radykalne obniżenie emerytur wypłacanych z nowego systemu w przyszłości. Niestety, o tym już żadna reklama, ani nawet minister pełnomocnik ds. reformy emerytalnej podczas swoich telewizyjnych wystąpień zachęcających do udziału w OFE już nie wspominała.

Reforma w swoich założeniach przyjmowała, że sektor prywatny – czyli głównie obowiązkowe OFE – przejmie na siebie część obciążeń związanych z wypłatami przyszłych emerytur i tym samym odciąży w przyszłości Fundusz Ubezpieczeń Społecznych z części zobowiązań. Założenia te szybko okazały się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością ekonomiczną, a faktyczny efekt wprowadzenia OFE był dokładnie odwrotny.

Przekierowanie do OFE 40 proc. składek, które dotychczas trafiały do FUS miało bardzo poważne konsekwencje. Z jednej strony środki te stanowiły kapitałowy zaczyn nowopowstałych funduszy, za które mogły one rozpocząć kupowanie na potęgę akcji i obligacji, z drugiej jednak strony uszczupliło to znacznie dochody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, który pomimo zmniejszonych o 40 proc. wpływów wciąż musiał wypłacać świadczenia wszystkim ówczesnym emerytom w pełnej wysokości. Ponieważ po uszczupleniu wpływów nie było na takie wypłaty wystarczających środków w FUS, to budżet państwa jako gwarant systemu emerytalnego musiał – zgodnie ze swoim konstytucyjnym obowiązkiem – dotować FUS w wysokości brakującej kwoty, aby ten mógł wywiązać się z wypłaty bieżących świadczeń w należnej wysokości.

Budżet państwa jednak również co roku notował deficyt, aby więc pokryć dziurę w FUS, sam musiał je pożyczyć. Rządy współczesnych państw pożyczają pieniądze w ten sposób, że emitują obligacje i sprzedają je instytucjom finansowym, płacąc im za to odsetki. Skarb Państwa emitował więc nieustannie obligacje, by co miesiąc pokryć dziurę w FUS wynikłą z przekierowania składek do OFE.

Nic jednak lepiej nie obrazuje ekonomicznej nieracjonalności takiego rozwiązania, jak fakt, że największymi nabywcami obligacji Skarbu Państwa emitowanych celem pokrycia zwiększonego deficytu FUS były… Otwarte Fundusze Emerytalne.

Żyła złota

Inaczej mówiąc: pieniądze z FUS, które miały służyć obsłudze bieżących emerytur, oddaliśmy OFE za darmo, po to tylko, żeby te same pieniądze natychmiast od nich pożyczyć na procent i tymi pożyczonymi pieniędzmi opłacić… bieżące emerytury. Nie miało to żadnego sensu ekonomicznego, ale powodowało, że Skarb Państwa musiał się nieustannie zadłużać, żeby pokryć dziurę powstałą w wyniku dobrowolnego zrzeczenia się części dochodów na rzecz OFE.

To jednak nie koniec. Opłaty, które pobierały OFE należały do jednych z największych na świecie.

Powszechne Towarzystwa Emerytalne zarządzające OFE naliczały opłatę dystrybucyjną w wysokości nawet 10 proc. od każdej wpłaconej na rachunek kwoty. Innymi słowy, emeryci płacili za to, że OFE pobierały od nich składki.

Opłaty te stanowiły około dwóch trzecich przychodów PTE. Pozostałą część PTE pobierały w formie wliczanych w wycenę jednostek udziałowych opłat za zarządzanie jako odsetek od całkowitej wartości zarządzanych aktywów. W sumie w latach 1999–2015 łączne koszty poniesione przez członków OFE wyniosły około 22 mld zł, a i ich skumulowana wartość przekroczyła 1,82 proc. PKB. Dla porównania odpis na działalność Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w 2019 roku stanowiła zaledwie 1,6 proc. kwoty zarządzanych środków FUS.

Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii ani finansów, żeby rozumieć, że taki układ był fatalny dla wszystkich: fatalny dla bilansu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, fatalny dla budżetu państwa i jego ciągle rosnącego zadłużenia oraz fatalny dla przyszłych emerytów.

Fatalny dla wszystkich, z wyjątkiem instytucji finansowych zarządzających OFE, dla których była to niekończąca się żyła złota. 15 milionów pracowników miało ustawowy obowiązek przekazywać im co miesiąc swoje oszczędności. Za sam fakt, przyjęcia od nich wpłat OFE pobierały niemal dowolnie wysokie opłaty, ponieważ ubezpieczeni nie mogli zrezygnować z ich usług, a co najwyżej przenieść się do innego, równie drogiego funduszu. Ale przenieść się można tylko raz na dwa lata, chyba, że ubezpieczony zapłaci dodatkową opłatę za transfer środków, która mogła wynosić nawet 40 proc. minimalnego wynagrodzenia. A to wszystko w sytuacji, w której ponad połowę portfela OFE stanowiły bezpieczne obligacje Skarbu Państwa, od których odsetki i tak ostatecznie płacili obecni i przyszli podatnicy, a odsetki od nich są tym większe, im więcej coraz bardziej zadłużony Skarb Państwa jest zmuszony ich emitować.

Wielki odpływ

Utworzenie OFE w takim kształcie było fatalnym błędem. Duże instytucje finansowe zarabiały krocie na naszych oszczędnościach emerytalnych, pobierając absurdalnie wysokie opłaty, powodując ciągły odpływ środków z systemu i jednocześnie nie ponosząc absolutnie żadnej odpowiedzialności za poziom przyszłych świadczeń emerytalnych. Jednocześnie państwo musiało się nieustannie dodatkowo zadłużać, żeby pokryć koszty całego przedsięwzięcia.

W pewnym sensie od OFE uratował nas globalny kryzys gospodarczy z 2008 roku. Cztery lata wcześniej Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, co było dużym impulsem rozwojowym. Indeksy giełdowe z miesiąca na miesiąc biły nowe rekordy, PKB rosło, dochody budżetowe również, bezrobocie malało, popyt na kredyty mieszkaniowe wystrzelił w górę. Mało kto się przejmował albo nawet zauważał, że dług spowodowany koniecznością ciągłego zasypywania wyrwy w FUS stale rośnie. Pożyczając jednak frazę od Warrena Buffetta: „Przypływ podnosi wszystkie łodzie, ale dopiero odpływ ujawnia, kto kąpał się bez majtek”. Pierwszy ku bezbrzeżnemu zdumieniu całego świata finansowego bez majtek obudził się bank Lehman Brothers, ogłaszając bankructwo w 2008 roku i rozpoczynając największy od niemal 100 lat światowy kryzys gospodarczy.

Pierwszy rozbiór OFE

Aby ratować dotknięty globalnym kryzysem i zmniejszonymi dochodami budżet, rząd Donalda Tuska był zmuszony wprowadzić wiele zmian w systemie emerytalnym. W 2011 zmniejszono część składki emerytalnej przekazywanej do OFE z 40 proc. kwoty składki do 12 proc., a odzyskaną część przekierowano z powrotem do FUS, co zmniejszyło znacznie jego deficyt.

Dodatkowo ustalono zasady wypłaty środków z OFE. W zdumiewający sposób w 1999 roku twórcy reformy szczegółowo uregulowali to, w jaki sposób pieniądze trafią do OFE, ale zapomnieli już uchwalić przepisy, na podstawie których można te środki wypłacić przy przejściu na emeryturę. Odpowiednie przepisy wprowadzono ponad dekadę po utworzeniu OFE i polegały one na tym, że emerytury wypłacać będzie ZUS na podstawie składek oraz środków OFE łącznie. Aby mieć na to środki, na 10 lat przed przejściem na emeryturę OFE miało co roku przekazywać do FUS 10 proc. zgromadzonego kapitału danego emeryta. Mechanizm ten – nazwany suwakiem – powodował dodatkowy strumień pieniędzy płynący z OFE do FUS, powodując dalsze zmniejszenie deficytu tego ostatniego.

Pomniejszenie składki kierowanej do OFE było – jak się później okazało – pierwszym z trzech rozbiorów II filaru w Polsce. Wszystkie zmiany wprowadzone w 2011 stanowiły wyraźną ulgę dla FUS i budżetu, ale nie rozwiązały głównego problemu. OFE były odcięte od części dotychczasowych dochodów i nie mogły więcej kupować obligacji skarbowych, ale wciąż były w posiadaniu ogromnej ilości już zakupionych obligacji, które stanowiły ponad 30 proc. długu publicznego od którego skarb państwa ciągle płacił odsetki. Dodatkowo wciąż pozostawały obligatoryjnym filarem systemu.

Dług umorzony

To doprowadziło do drugiego rozbioru OFE w 2014 roku, kiedy to rząd postanowił przenieść wszystkie obligacje skarbowe będące w posiadaniu OFE, a stanowiące 51,5 proc. ich portfela do FUS, zapisać ich wartość na indywidualnych subkontach w ZUS, a następnie całkowicie je umorzyć.

W ten sposób ponad połowa środków zgromadzonych w OFE została przeniesiona z drugiego filaru do pierwszego. Z punktu widzenia wysokości przyszłych emerytur był to zabieg neutralny: zobowiązanie PTE do zwrotu środków emerytom zamienione zostało na zobowiązanie FUS i budżetu państwa do zwrotu środków, ale zabieg ten miał ogromne znaczenie dla obniżenia poziomu zadłużenia państwa oraz kosztów całego systemu.

Jednym ruchem umorzono 153,2 mld zł długu, od którego wszyscy płaciliśmy instytucjom finansowym zarządzającym OFE coraz wyższe odsetki.

Kolejną ważną zmianą w 2014 roku było umożliwienie członkom OFE całkowitej rezygnacji z przekazywania części ich składek do II filaru i przekierowanie ich na subkonto w ZUS. Środki, które pozostały na indywidualnych rachunkach OFE po przeniesieniu i umorzeniu części obligacyjnej miały tam pozostać, ale rezygnacja oznaczała, że żadne nowe środki już nie będą do OFE wpływać. Była to zmiana o tyle fundamentalna, że de facto znosiła jeden z najważniejszych grzechów pierworodnych OFE, mianowicie obligatoryjność filaru kapitałowego.

Z ponad 15 mln członków OFE tylko około 2,5 mln postanowiło dalej wpłacać część swoich składek na OFE.

Pozostali zdecydowali się na ZUS, chociaż w dużej mierze wynikało to z faktu, że brak deklaracji oznaczał domyślny wybór ZUS. Środki zgromadzone do tej pory na tych 12,5 mln osieroconych rachunków, na które przestały wpływać nowe składki wciąż były inwestowane przez OFE, ale poprzez odcięcie dopływu nowych składek, zostały tylko na wpół martwą pozostałością po nieudanym eksperymencie z obowiązkowym filarem kapitałowym.

Wreszcie ostatnią zmianą wprowadzoną przez rząd było uregulowanie i obniżenie ustawowych limitów dla obscenicznie wysokich prowizji i opłat, które pobierały OFE, do bardziej rozsądnych rozmiarów.

Demagogia ekspertów i kryzys zaufania

Wszystkie te zmiany, konieczne do ratowania FUS i stanu finansów publicznych, niemal całkowicie dobiły OFE. Poranione najpierw w 2011 a potem wypatroszone w 2014, pozbawione nie tylko większości nowych środków, ale także połowy dotychczasowego portfela i większej części dochodów z opłat, stały się pustą wydmuszką i w zasadzie od tego czasu pozostawały w stanie śmierci klinicznej.

Reforma OFE z 2014 spotkała się z ogromnym oporem w mediach. Niemal co tydzień można było przeczytać nowe artykuły, że rząd Donalda Tuska robi skok na kasę, że brakuje pieniędzy w budżecie, więc rząd zabiera ludziom ich oszczędności emerytalne. O tym, że pieniędzy w budżecie brakuje dlatego, że OFE na nich zarabiają krocie kosztem FUS i budżetu państwa jakoś mało kto już pisał.

Do tego chóru chętnie przyłączyła się ówczesna opozycja oskarżając rząd o kradzież pieniędzy z przyszłych emerytur. Dodatkowo opozycja niemiłosiernie punktowała rząd za fatalną komunikację przy okazji bardzo niepopularnego podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego do 67 lat, co obok słynnych ośmiorniczek było jednym z tych tematów, który ostatecznie kosztował PO przegrane wybory w 2015 roku.

Ta narracja, oskarżająca rząd o przywłaszczenie pieniędzy emerytów, z jednej strony powodowana chęcią obrony interesów finansowych, a z drugiej strony będąca częścią walki politycznej, okazała się bardzo destrukcyjna dla zaufania Polaków do systemu emerytalnego i w konsekwencji stanowi ogromną barierę dla jego dalszych reform.

Wielu Polaków wciąż uważa, że w 2014 roku rząd zabrał pieniądze emerytom i to przekonanie powoduje, że wiele osób z ogromnym sceptycyzmem podchodzi do jakichkolwiek nowych propozycji reform systemu.

Wprowadzane wiele lat później, przez zupełnie inny rząd Pracownicze Plany Kapitałowe okazały się klapą, jeśli chodzi o poziom uczestnictwa, a najczęstszym powodem wypisywania się z programu było wspomnienie losu OFE z 2014 roku i przekonanie, że prędzej czy później jakiś rząd znów te pieniądze emerytom zabierze.

Jest to o tyle tragiczne, że w 2014 żadnych pieniędzy emerytom nie zabrano. Zamieniono jedno państwowe zobowiązanie wynikające z emisji obligacji, na inne państwowe zobowiązanie do wypłaty świadczenia emerytalnego. W gruncie rzeczy umorzenie obligacji w portfelach OFE było zabiegiem księgowym i neutralnym dla wysokości przyszłych emerytur (ale fundamentalnym dla redukcji zadłużenia budżetu państwa).

Za nieodpowiedzialną opowieść - zarówno po stronie komentujących „ekspertów” ekonomicznych oraz reprezentantów sektora finansowego, jak też polityków, która ukształtowała fałszywe przekonania, nieufność i uprzedzenia Polaków do systemu emerytalnego - będziemy jeszcze długo płacić.

Zasłużony koniec OFE

Nadchodząca reforma, która ma wejść w życie w 2022 roku będzie końcem obowiązkowego filaru kapitałowego w polskim systemie emerytalnym, ale nie będzie oznaczała końca samych OFE. Będą one przekształcone w Indywidualne Konta Emerytalne i już jako dobrowolne oraz pozbawione składek przekierowanych z FUS staną się rachitycznym artefaktem po trzecim i ostatnim rozbiorze OFE.

Gdyby nie zmiany przeprowadzone w OFE, najpierw nieśmiało w 2011 roku i potem z większym rozmachem w 2014 roku, to Polska prędzej czy później stałaby się niewypłacalna z powodu lawinowo rosnącego długu wynikającego z funkcjonowania OFE. Może nie za rok, może nawet nie za dziesięć lat, ale to była tylko kwestia czasu i tykająca bomba zegarowa.

Konstrukcja obowiązkowego filaru kapitałowego wymuszała nieustanne zadłużanie się państwa, bez żadnych realnych korzyści dla przyszłych emerytów, a przez absurdalnie wysokie opłaty była bardzo kosztownym elementem systemu emerytalnego. Szczęśliwie globalny kryzys ekonomiczny, który zmusił rząd do reformy emerytalnej w 2011 i 2014 roku wydarzył się niespełna dekadę po reformie z 1999 roku, gdy zadłużenie, które filar kapitałowy wygenerował nie miało czasu urosnąć do rozmiarów, które przekroczyłyby nasze możliwości poradzenia sobie z nim. Gdyby kryzys zadłużenia wydarzył się dwie albo trzy dekady po stworzeniu obowiązkowego II filaru, sytuacja mogłaby wyglądać o wiele gorzej.

Dziś niektórzy komentatorzy, w tonie podobnym do tego z roku 2014 utrzymują, że likwidacja OFE to zawłaszczanie pieniędzy przyszłych emerytów oraz kradzież ich oszczędności, nazywając planowaną reformę programem Rabunek+. Jedynym rabunkiem, jaki miał miejsce w związku z OFE, był fakt ich utworzenia i funkcjonowania przez ponad 20 lat.

OFE nigdy nie powinny były powstać w kształcie w jakim powstały, a ich likwidacja będzie przywróceniem elementarnej racjonalności w systemie emerytalnym. Nie ma najmniejszych powodów, aby płakać po OFE ani ogłaszać po nich żałoby.

Brzytwa Hanlona

Teorii na temat tego, dlaczego w tak kuriozalny sposób postanowiono skonstruować II filar emerytalny w 1999 roku jest kilka. Zaczynając od tych bardziej łagodnych jak np. opinia prof. Grzegorza Kołodki, który twierdzi, że przyjęto niewłaściwe założenia, jak przeszacowanie dochodów z prywatyzacji, która miała w pierwszych latach finansować deficyt FUS oraz niedocenienie spadku dynamiki wzrostu gospodarczego, a kończąc na tych bardziej radykalnych– jak np. opinia prof. Leokadii Oręziak – że powodem był zakulisowy wpływ międzynarodowych instytucji finansowych na Bank Światowy, który w swoich ówczesnych rekomendacjach zalecał wprowadzanie obowiązkowych filarów kapitałowych, co stwarzało tym instytucjom okazję do gigantycznych zysków.

Reguła nazywaną Brzytwą Hanlona nakazuje jednak, by nie doszukiwać się złej woli w tym, co da się wyjaśnić zwykłą niekompetencją. Prawdą jest jednak również, że dziś Bank Światowy nie rekomenduje już obowiązkowych filarów kapitałowych jako preferowanych rozwiązań w systemach emerytalnych.

Ironia losu

Los jaki spotkał OFE nie oznacza też – co bardzo ważne – że nie ma miejsca na filar kapitałowy w polskim systemie emerytalnym. To nie była porażka systemu kapitałowego jako takiego, ale porażka obowiązkowego systemu kapitałowego w takim konkretnie kształcie w jakim go stworzono, w warunkach trwałych deficytów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz budżetu państwa. Jest miejsce i jest wiele zalet posiadana niezależnego od części repartycyjnej filaru kapitałowego, ale podstawowym warunkiem jego funkcjonowania powinno być inwestowanie nadwyżek – państwowych, albo indywidualnych – a nie zaciąganie długu na potrzeby jego finansowania oraz solidna regulacja dotycząca poziomu opłat i odpowiedzialności finansowej podmiotów zarządzających. Tych elementów zabrakło w konstrukcji OFE i dlatego nie wytrzymały one próby czasu.

Jest też gigantyczną ironią losu i niestety bardzo wiele złego mówi na temat okresu transformacji fakt, że wprowadzone głosami największego w Polsce związku zawodowego rozwiązanie, które obniżało emerytury o połowę, ale za to niewyobrażalnie nabijało kieszeń instytucjom finansowym i jednocześnie niepotrzebnie zadłużało państwo, zostało ostatecznie rozmontowane przez liberała gospodarczego Donalda Tuska do spółki z byłym prezesem banku Mateuszem Morawieckim.

Tak oto kończy się historia powstania, rozbiorów i upadku II filaru systemu emerytalnego w Polsce. Po wejściu w życie zbliżającej się reformy zostaną już tylko dwa filary: obowiązkowy repartycyjny filar oparty o ZUS i dobrowolny filar kapitałowy, którego częścią są IKE i to właśnie pod adres jednego z nich będziemy musieli już w czerwcu wysłać nasze pozostałości po II filarze.

Udostępnij:

Adrian Oratowski

Rocznik 1981, pochodzi z Tychów, mieszka w Krakowie. Z wykształcenia ekonomista, zawodowo analityk biznesowy i płacowy oraz aspirujący data scientist. Pisze o nierównościach, podatkach i systemie emerytalnym, nie omijając polityki

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne