Demokraci są dziś dwiema partiami zamkniętymi w jednej. W kluczowych prawyborach w Michigan lewica pokonała centrum o włos. Jesienią okaże się, czy progresywny kurs potrafi wygrać z Republikanami, czy tylko z własnym establishmentem.
Abdul El-Sayed, epidemiolog i były szef publicznych instytucji zdrowotnych (na zdjęciu), wygrał prawybory Demokratów do Senatu w Michigan, choć zapowiadało się na triumf znacznie bardziej okazały. Sondaże, tłumne wiece z Berniem Sandersem i Alexandrią Ocasio-Cortez oraz entuzjazm progresywnego skrzydła tworzyły obraz fali, która miała zdjąć z planszy kongresmenkę Haley Stevens wraz ze stojącym za nią partyjnym establishmentem.
Fala nie przyszła. Był przypływ, ledwie wystarczający, by przekroczyć metę. Prawie połowa demokratycznych wyborców poparła umiarkowaną rywalkę.
El-Sayed zdobył nominację, ale spór o tożsamość i przyszłość Partii Demokratycznej zakończył się remisem.
Pretendentów dzieli nieco ponad 15 tys. głosów z półtora miliona oddanych. W listopadzie zmierzy się z republikaninem Mike'em Rogersem o mandat zwalniany przez Gary’ego Petersa, od czego może zależeć układ sił w Senacie. Dopiero wtedy okaże się, czy lewicowa polityka potrafi wyjść poza własny obóz, czy jej największym osiągnięciem pozostanie przejęcie połowy partii.
Zwycięstwo nad Rogersem będzie dowodem, że lewicowy populizm potrafi zdobyć stan wahający się. Porażka da centrum argument, że progresywny program działa w prawyborach, lecz odstrasza ludzi potrzebnych do zdobycia władzy.
El-Sayed jest epidemiologiem, synem egipskiego imigranta i muzułmaninem, który wszedł do polityki na fali stworzonej przez Sandersa. Kierował wydziałem zdrowia publicznego Detroit, później departamentem zdrowia, opieki społecznej i spraw weteranów hrabstwa Wayne.
Zanim zaczął walczyć o mandat w Waszyngtonie, zarządzał administracją, od której zależą leczenie, pomoc społeczna i świadczenia dla byłych żołnierzy.
Już w 2017 roku „Guardian” pytał, czy zostanie „nowym Obamą”.
Miał podobną biografię politycznego debiutanta, swobodę przemawiania i dar opowiadania o własnym pochodzeniu jako części większej historii Ameryki. Podczas kampanii na gubernatora w 2018 roku zyskiwał sympatię także w białych, chrześcijańskich i konserwatywnych miejscowościach Michigan. Od tamtej pory jego kampaniom towarzyszy nadzieja, że połączy program Sandersa z językiem wykraczającym poza lewicowy elektorat.
Jest jeszcze detal z epoki, w której polityk występuje również jako projekt wizualny. Po porażce sprzed ośmiu lat El-Sayed zainwestował w to, co internet nazywa looksmaxxingiem: schudł, zaczął ćwiczyć, a jego Instagram stał się staranniej wyreżyserowany. W przypadku kandydata sprzedawanego jako nowa twarz partii nie jest to całkiem błaha sprawa.
Porównanie z Obamą ma jednak granicę. Obama obiecywał pojednanie. El-Sayed wyrósł między innymi na sprzeciwie wobec dawnej polityki Demokratów wobec Izraela, która właśnie zaczyna się rozpadać.
W Michigan polityka bliskowschodnia od dawna nie jest polityką zagraniczną. W Dearborn, nieformalnej stolicy arabskiej Ameryki i sąsiednim Hamtramck zobaczyłem świat meczetów, jemeńskich sklepów, libańskich restauracji oraz lokalnej polityki prowadzonej po arabsku równie swobodnie, jak po angielsku. Na wiecach regularnie widywałem napisy „Syjoniści do Polski”. Konflikt, który z Waszyngtonu wygląda jak spór o strategię sojuszniczą, tam przechodzi przez rodziny, szkoły i wiadomości o zabitych krewnych.
W prawyborach 2024 roku ten gniew przybrał formę ruchu Uncommitted. Ponad 100 tysięcy demokratycznych wyborców w Michigan odmówiło poparcia Bidenowi. W Dearborn opcję „bez wskazania kandydata” wybrało 56 proc. głosujących, w Hamtramck 61 proc. Było to ostrzeżenie: głosy arabskich i muzułmańskich Amerykanów nie należą do Demokratów z urzędu.
Jesienią rachunek przyszedł do Kamali Harris. Trump wygrał Dearborn, które cztery lata wcześniej Biden zdobył niemal stosunkiem trzy do jednego. W Dearborn, Dearborn Heights i Hamtramck Harris dostała około 22 tys. głosów mniej niż Biden w 2020 roku. Część wyborców została w domu, część poparła Jill Stein, część przeszła do Trumpa. Gaza nie tłumaczy całej porażki Demokratów w Michigan, lecz właśnie w tych miastach jej ślad widać najwyraźniej.
El-Sayed wyrasta z tej zerwanej umowy. Wspierał Uncommitted, a dziś zdobył nominację do Senatu, żądając zakończenia amerykańskiej pomocy wojskowej dla Izraela. Protest zaznaczany dwa lata temu na karcie wyborczej pustym polem dostał własnego kandydata i miejsce w głównym nurcie partii.
Zmiana widoczna w Michigan dotarła już do Waszyngtonu. W połowie lipca Izba Reprezentantów głosowała nad poprawką skłóconego z Trumpem republikanina Thomasa Massiego, wykreślającą 3,3 mld dolarów corocznej pomocy wojskowej dla Izraela. Projekt przepadł, bo wśród republikanów poparł go jedynie autor. U demokratów proporcje wyglądały odwrotnie: 103 głosy za odcięciem pieniędzy, 98 przeciw, dziesięć bez rozstrzygnięcia. Lider mniejszości Hakeem Jeffries znalazł się w mniejszości również we własnym klubie.
Za poprawką zagłosowała nawet Nancy Pelosi, przez dziesięciolecia jedna z najwierniejszych strażniczek amerykańsko-izraelskiego sojuszu. Projekt Massiego uznała za źle skonstruowany, lecz chciała poprzeć jego przesłanie. Napisała wprost, że polityka Stanów Zjednoczonych musi się zmienić, a rząd Binjamina Netanjahu nie może dłużej podążać obecnym kursem.
Demokraci nie stali się nagle przeciwnikami Izraela. Rozpadł się konsensus, w którym finansowanie jego armii przechodziło przez Kongres niemal odruchowo.
El-Sayed jeszcze kilka lat temu mówił językiem partyjnego marginesu. Dziś część tego języka przejęła większość Demokratów w Izbie Reprezentantów.
Najbardziej kłopotliwa dla lewicy wiadomość kryje się jednak w mapie wyników. El-Sayed szedł do wyborów z programem powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, silniejszych związków zawodowych i ograniczenia władzy korporacji. Najlepiej wypadł w zamożniejszych i lepiej wykształconych częściach Michigan. Stevens prowadziła tam, gdzie dochody były niższe, a dyplom uczelni rzadszy. Sondaże pokazywały ten sam podział: progresywista przyciągał białych absolwentów, umiarkowana kongresmenka wyborców bez wyższego wykształcenia i Afroamerykanów.
Stąd pytanie niewygodne dla partii, która od lat obiecuje odzyskać klasę pracującą: czy amerykańska lewica rzeczywiście ją reprezentuje, czy stała się projektem wykształconej klasy średniej przemawiającej w jej imieniu? Jedne prawybory nie wystarczą do wielkiej teorii społecznej, lecz podważają wygodne założenie, że program Sandersa sam sprowadzi do Demokratów ludzi, którzy przeszli do Trumpa. El-Sayed wygrał dzięki koalicji nowej, energicznej i ideowej. Jesienią będzie musiał ją rozszerzyć poza wyborców, którzy już chcą zmieniać partię.
Każde skrzydło ma własną teorię listopadowej klęski. Umiarkowani wskazują na mapę: Trump wygrał Michigan w 2016 i 2024 roku, więc kandydat do Senatu musi zdobyć przedmieścia, wyborców niezależnych i część ludzi bez dyplomu, którzy dawniej głosowali na demokratów. El-Sayed daje Republikanom łatwy cel: powszechne ubezpieczenie zdrowotne, wyższe podatki dla najbogatszych, ostry kurs wobec Izraela. W stanie wygrywanym o włos kilka punktów straconych w centrum może przesądzić o mandacie.
Lewica odpowiada własnym rachunkiem. Kandydaci szyci według waszyngtońskiej instrukcji nie zatrzymali odpływu klasy pracującej do Trumpa, a zniechęcili młodych, wyborców mniejszościowych i tych, którzy przestali widzieć w partii narzędzie zmiany. Stevens miała poparcie najważniejszych demokratycznych polityków i dziesiątki milionów dolarów wydane przez sprzymierzone organizacje. Mimo tej przewagi przegrała z kandydatem finansowanym przede wszystkim przez drobnych darczyńców.
Ten sam spór powtórzył się w 7. okręgu do Izby Reprezentantów. William Lawrence, współzałożyciel klimatycznego Sunrise Movement, pokonał Bridget Brink i Matta Maasdama, bo dwoje bardziej umiarkowanych kandydatów podzieliło między siebie głosy. Trump wygrał ten okręg w 2024 roku nieco ponad jednym punktem. W listopadzie Lawrence zmierzy się z republikańskim kongresmenem Tomem Barrettem, zdając kolejny egzamin z wybieralności progresywistów.
W bezpiecznie demokratycznym 13. okręgu z Detroit lewica nie musi już czekać na listopad. Donavan McKinney, popierany przez Sandersa, Rashidę Tlaib i Demokratycznych Socjalistów Ameryki, pokonał urzędującego kongresmena Shriego Thanedara stosunkiem 51,9 do 48,1 proc. Thanedar miał pieniądze, rozpoznawalność, wsparcie kierownictwa demokratów w Izbie oraz AIPAC.
McKinney miał za sobą miejscowe związki zawodowe i głębokie zakorzenienie w Detroit. Jego zwycięstwo przywróci też prawdopodobnie afroamerykańską reprezentację miasta w Kongresie, przerwaną po wyborze Thanedara w 2022 roku po raz pierwszy od lat 50. Ten wyścig nie był czystym pojedynkiem lewicy z centrum – obaj kandydaci przedstawiali się jako progresywiści – lecz pokazał, że szyld, pieniądze i poparcie waszyngtońskich liderów nie wystarczą już urzędującemu politykowi, którego wyborcy uznają za obcego własnemu okręgowi.
Dziedzictwo Sandersa rozchodzi się dziś trzema drogami. Alexandria Ocasio-Cortez przejęła rolę najgłośniejszej ogólnokrajowej trybuny amerykańskiej lewicy. Jeździ po kraju, buduje własną sieć poparcia i coraz częściej pojawia się w rozmowach o wyborach prezydenckich w 2028 roku, choć unika deklaracji.
Zohran Mamdani zdaje inny egzamin. Jako burmistrz Nowego Jorku musi zamienić postulaty z transparentów w mieszkania, sprawny transport, tańsze życie i skuteczną administrację. Każde opóźnienie i każda niespełniona obietnica stają się tam argumentem przeciw całemu ruchowi.
El-Sayed próbuje otworzyć trzecią drogę: przenieść sandersowski populizm z wielkich liberalnych miast do stanu wahającego się i zdobyć dla niego miejsce w Senacie. Prawybory były pierwszym krokiem. Sanders nie zostawia jednego następcy, lecz kilka konkurujących strategii. Ocasio-Cortez buduje przywództwo ogólnokrajowe, Mamdani sprawdza model sprawowania władzy, El-Sayed prowadzi ekspansję na Środkowy Zachód.
Epidemiolog z Detroit wygrał nominację, ale sens tego zwycięstwa poznamy dopiero jesienią. Jeżeli pokona Rogersa, progresywne skrzydło uzna Michigan za dowód, że potrafi zdobywać stany wahające się. Jeżeli przegra, centrum dostanie argument, na który czeka od lat: lewicowy program umie przejąć prawybory, ale nadal nie umie przejąć władzy.
Demokraci podzielili się niemal dokładnie na pół. El-Sayed ma teraz rozstrzygnąć spór, którego prawybory nie rozstrzygnęły: czy progresywna polityka potrafi odzyskać ludzi, którzy odeszli do Trumpa, czy zbudowała jedynie nową większość wewnątrz samej partii.
Walka o fotel senatora z Michigan będzie jesienią wyrównana. Ale Demokrata jest delikatnym faworytem. Sondaże dają mu mniej więcej trzyprocentową przewagę na Republikaninem.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze