Strzelająca w górę statua Maryi w Konotopiu eksploruje religijny kicz i ignoruje współczesną maryjną teologię. Kult maryjny w Polsce wyraża się nie tylko w pretensjonalności i gigantomanii, ale w stałej nadobecności Maryi w polskiej religijności.
W niewielkiej osadzie Konotopie, ok. 40 km od Torunia, powstał ponad 55-metrowy pomnik Matki Bożej Miłosiernej. Ma zostać poświęcony 15 sierpnia 2026 r., w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Budowa figury została sfinansowana przez Romana Karkosika i jego żonę jako wotum dziękczynne za powrót do zdrowia, a koszt – według nieoficjalnych informacji – wyniósł około 100 mln zł (źródło Interia).
Projekt przygotowany przez rzeźbiarza Adama Jakuba Matejkowskiego przewyższa m.in. statuę Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro (38 metrów), a także figurę Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie (36 metrów, a wraz z kopcem 52,5 metrów).
Swoje refleksje w związku z kształtem tego pomnika i obecnością Maryi w polskiej religijności nadesłał prof. Arkadiusz Stempin, historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
W „katolickiej” Polsce Richard Egenter pozostaje nieznany. Nawet w kręgach duchownych. Jakkolwiek wykładów teologa moralnego z Bawarii słuchał niejaki Joseph Ratzinger, który karierę kościelną zwieńczył papieskim tronem. Egenter natomiast przed 60 laty postulował zweryfikowanie stosunku Kościoła do celibatu duchownych i do antykoncepcji. A co bardziej tu istotne, przestrzegał przed symbiozą kiczu i religii.
Kicz deprawuje religijny przekaz w polukrowanych obrazkach, landrynkowych pieśniach, banalnych architektonicznie świątyniach i uwodzących słodkością figurach maryjnych, konkludował.
Z innej, bo już artystycznej perspektywy, nie pozostawił przed stu laty na kiczu suchego włosa historyk sztuki Fritz Karpfen. Jako pierwszy przedłożył naukową monografię o kiczu jako aberracji sztuki.
Mimo to należy jednak skonstatować, że spod krytyki nabożnego kiczu obronną ręką wychodzi argument o możliwości autentycznych przeżyć religijnych, doświadczanych przy estetycznie wątpliwych obiektach sztuki. Jak choćby w przypadku maryjnego posągu, który wznosi się pośród skał w Serra na Korsyce i przynajmniej koresponduje z magią górskiego krajobrazu.
Kiczowatą więc statuę Maryi w Konotopie, postawioną wyłącznie podług zasady „byle wyżej”, nie delegitymizują nawet wywody przyszłego papieża Ratzingera, który w swojej publikacji (Duch liturgii, Poznań 2002) utyskiwał nad kiczem jako „nędznym zjawiskiem” w religijnym pejzażu.
Mimo to niezmienna ponadnormatywność kultu maryjnego w Polsce wyraża się nie tylko w pretensjonalności pomnika i trywialnej gigantomanii, ale, co istotniejsze – stałą nadobecnością Maryi w polskiej religijności.
Owszem w rozumieniu biblijnym Maryja była w pewnym sensie uprzywilejowana. „Błogosławiona jesteś między niewiastami”, wykrzyknęła jej krewna Elżbieta, „napełniona Duchem św.” (Ewangelia Łukasza 1,41), czyli zainspirowana Stwórcą. Nie legitymizuje to jednak nadzwyczajnego statusu Maryi, który wspiera się na jej dwóch tytułach: „matki boskiej” i „niepokalanej”.
Oczywiście Maryja urodziła Chrystusa, a ten w religii chrześcijańskiej uchodzi za drugą osobę boską. Jednak Chrystus jako Bóg istniał „od zawsze”, także przed urodzeniem w ludzkiej powłoce. Maryja powołała więc do życia jedynie jego ludzkie wcielenie – nie istotę boską.
Tytuł „Matka Boska” prowadzi więc na kognitywne manowce. Sugeruje status, którego ta nie posiada. Prawidłowy jej tytuł powinien brzmieć: „Matka Jezusa Chrystusa”.
Drugi zaszczyt „niepokalana” (immaculata conceptio) w formie dogmatu pojawił się późno, bo w 1854 roku. Choć po raz pierwszy sformułował go sobór w Bazylei (1431).
Co oznacza, że Maryja poczęła się bez „grzechu pierworodnego”. Bez piętna, którym chrześcijaństwo obarcza każdego nowo narodzonego. Jakkolwiek teolodzy przez stulecia zachodzili w głowę, czy Maryja dopiero na „interwencję boską” podczas ciąży matki, (przed swoim urodzeniem), pozbyła się grzechu pierworodnego (Sanctificatio Mariae).
Za tak karkołomną interpretacją opowiadały się flagowe postacie średniowiecznego chrześcijaństwa: Bernard z Clairvaux i Tomasz z Akwinu. Finalnie zwyciężyła jednak pierwsza koncepcja. W tym rozumieniu Maryja jako „niepokalana” nadal jednak nie dorównuje Chrystusowi, który nie tylko urodził się bez odium grzechu, ale w swoim życiu miał nie popełnić ani jednego dalszego występku.
Jego matka natomiast, wprawdzie immaculata, na ziemskim padole grzeszyła. Ba, sama przyznała się do własnej grzeszności, kiedy przy zwiastowaniu wykrzyknęła: „I raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Ewangelia Łukasza 1,47.) Bo skoro tak jak wszyscy ludzie dla zbawienia swojej duszy potrzebowała boskiego zbawcy, to w konsekwencji grzeszyć musiała.
Nowy Testament w roli matki Jezusa wspomina ją zaledwie 21-krotnie, w tym w 19-krotnie z imienia? To rodem z żydowskiego szczepu króla Davida (Ewangelia Łukasza 3,23-31) 12/15-letnia Mirjam z Nazaretu w Galilei, która śpiewała psalmy, żyła zgodnie z nakazami Tory, a podle rytuału świątynnego ósmego dnia po urodzeniu syna Jeshua przeprowadziła akt jego obrzezania.
Na skutek ekspansji antyjudaizmu i antysemityzmu już od zarania chrześcijaństwa aspekt żydowskiego pochodzenia Maryi został zdeprecjonowany. Aż papież Grzegorz I (540-604) postawił kropkę: „Jezus i Maryja byli Żydami, ale Jezus o swoim pochodzeniu nie chciał nawet słyszeć”.
Tę kwestię uwzględniono na nowo dopiero podczas II Soboru Watykańskiego (1962-65), gdy Kościół zakopał wrogość wobec narodu, który „zamordował” Chrystusa. Ale dzisiejsza nacjonalistyczna prawica w Europie, w tym także w Polsce, nie dostrzega zgrzytającej sprzeczności między zionącym antysemityzmem a żydowskim pochodzeniem „Królowej Polski” i „Królowej Kościoła katolickiego”.
Kluczem do dalszej odpowiedzi „kim jest Maryja” pozostaje niezmiennie ta sama rozmowa przy zwiastowaniu, kiedy archanioł Gabriel powitał ją słowami: „Bądź pozdrowiona pełna łaski. Pan jest z tobą”. Co należy odczytać, że nie posiadała ona prawa udzielania łaski, a tylko dzięki boskiej łaskawości miała do zrealizowania zlecenie — urodzić Jezusa. I czyż sama nie określiła się jako „uniżona służebnica” pańska (Ewangelia Łukasza 1,48).
W innych miejscach Nowy Testament nie opisuje Maryi jako osoby, której należałoby oddawać cześć. W zestawieniu Jezus/Maryja biblijny przekaz wskazuje jednoznacznie na niego jako osobę ważniejszą i bardziej znaczącą od Maryi.
Wystarczy tu przywołać scenę urodzenia Jezusa. Wtedy, przy odwiedzinach „mędrców ze Wschodu”, ci zobaczyli najpierw „dziecię”, dopiero potem „matkę jego”, a pokłon oddali „jemu”, nie matce (Ewangelia Łukasza 2,11).
W innej scenie, z wesela w Kanie Galilejskiej, na dictum Maryi, że zabrakło wina, syn najpierw ją ruga: „Czy to moja czy twoja sprawa, niewiasto”, na co ta kornie dopowiada weselnemu towarzystwu: „Zróbcie wszystko, co wam powie” (Jan 2, 3-4).
Czyli nie ona, tylko Jezus jest osobą decyzyjną, a „boskie” kompetencje do przemiany wody w wino posiada on – nie ona.
I jeszcze jedna scena, już po śmierci Jezusa. Otóż Dzieje Apostolskie opisują, jak apostołowie „trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami: Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz. 1,14). Brakuje więc jakiegokolwiek przesłanki, wskazującej na specjalny status Maryi. W żadnym wypadku zapis nie sugeruje, by się do niej modlić. To ona się modli, to ona tak jak inni śmiertelnicy wyraża swoje zaufanie do Boga.
W żadnym miejscu Nowy Testament nie portretuje Maryi jako pośredniczki ze specjalnym kanałem łącznościowym do Boga. Według słów samego Chrystusa tylko on jest jedynym pośrednikiem do Stwórcy (Boga-Ojca): „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (Jan, 14,6).
Tymczasem kościół katolicki wyniósł Maryję do rangi istoty na wpół-boskiej, boskiej pośredniczki. Taki awans należy złożyć najpierw na rzeczony, skromny historycznie przekaz o niej. Otworzyło to szeroko drzwi wszelkim projekcjom, religijnym tęsknotom i religijno-historycznym mechanizmom.
Nie mniejsze znaczenie posiadała druga okoliczność, że Maryja usytuowana została blisko pierwszoplanowej postaci zachodnio-chrześcijańskiej kultury — Chrystusa. W ten sposób ucieleśnia zrozumiały dla mas archetyp matki.
Zresztą kobiecy kult boskiej matki znano w innych religiach antycznych. Jak choćby w egipskiej mitologii, w której bogini Izys, przedstawiano często z boskim synem Horusem, wykarmionym mlekiem z własnej piersi (Isis lactans).
Albo z grecką Artemidą, bogini-dziewicą.
W czasach Jezusa, w I wieku n.e., leżący na tureckim wybrzeżu Efez pełnił rolę tłumnie odwiedzanego sanktuarium Artemidy. To właśnie w Efezie, jak donosi Nowy Testament, największy misjonarz, apostoł Paweł, wszczął dysputę z miejscowymi rzemieślnikami, aż doczekał się takiego od nich odporu, że musiał brać nogi za pas (Dz. 19,32-29).
Trzysta lat później, po ogłoszeniu edyktu tolerancyjnego w imperium rzymskim (313 n.e.), a potem po uznaniu chrześcijaństwa za religię państwową (380 n.e.), zgromadzenie chrześcijańskich hierarchów w Efezie (431 n.e.) pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii Cyryla postanowiło, że Maryja będzie matką nie tylko człowieka Jezusa, ale i Boga.
Wprawdzie sobór nie przyznał jej przywileju boskości, ale ukute pojęcie „matka boska” (theotokos) nawiązywało bezpośrednio do znanych tradycji kultów kobiecych w antyku. To dlatego późniejsze „czarne madonny”, w tym także polska z Częstochowy, swoje pierwowzory mają w antycznych kulturach Mezopotamii i Egiptu, gdzie istniały czarne boginie płodności. Zresztą w niemal wszystkich religiach pierwotnych czczono kobiece boginie, uosabiające troskę i solidarność.
Również zgodnie z tradycją antycznych kultur wyeliminowano ojcostwo mężczyzny (Józefa). Praktyka znana w starożytnym Egipcie, a nawet w antycznym Rzymie. Cesarz August, kiedy szedł po samodzielną władzę, rozpowszechniał przecież legendę, że jego matka Atia (ok. 85–43 p.n.e.) podczas składania ofiary w świątyni Apolla zasnęła i w trakcie snu została opleciona przez węża, a on urodził się 10 miesięcy później. Czym sugerował, że jest synem boga Apolla.
W przypadku poczęcia Jezusa Bóg obył się bez aktu seksualnego, w przeciwieństwie do mitologii antycznych. Aktu kreacji Jezusa człowieka w organizmie Maryi dokonał Stwórca.
Z tytułem „theotokos” tworzące się chrześcijański Kościół przyznał Maryi specjalne miejsce w historii zbawienia. Praktyka kościelna umieściła ją w niebiańskim panteonie. Dzięki ludzkiemu pochodzeniu i macierzyństwu, matka Jezusa wydawała się śmiertelnikom znacznie bardziej przystępna od srogiego wyobrażenia Boga.
A to dotyczyło zwłaszcza osoby Chrystusa w decydującym dla ludzi momencie paruzji, kiedy w roli sędziego ponownie stanie na ziemi i przeprowadzi sąd ostateczny. Lęk przed wizją wiecznego potępienia pacyfikowano, konstruując wyobrażenie łagodnej Maryi, stojącej najbliżej boskiego tronu.
Stąd blisko było do postaci orędowniczki, wstawiającej się za ludźmi u swojego syna. Tęsknotę za kobiecym komponentem w chrześcijaństwie ubierano najczęściej w postać niewiasty oblanej rumieńcem i ze schyloną głową. Wspierano się przy tym na pozabiblijnych legendach i maryjnych objawieniach.
Wczesna tradycja chrześcijańska ulokowała Maryję po historycznej śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa w Efezie, dokąd miała się schronić razem z Janem apostołem, i gdzie jeszcze dziś można zwiedzać jej domniemany dom, który papież Leon XIII uznał za miejsce pielgrzymkowe (1896).
Nie bez znaczenia okazało się teologiczne zapotrzebowanie na centralną kobiecą figurę w chrześcijaństwie, modelową dla kobiet. W tym kontekście kluczowa rola przypadła dziewictwu Maryi, którego nie naruszyło nie tylko poczęcie Jezusa, ale i narodziny dalszych czterech braci i dwóch sióstr. Dzięki ikonicznie wolnej od seksualności Maryi idealizowano seksualną wstrzemięźliwość i demonizowano kobiecą seksualność.
Po upadku imperium rzymskiego we wczesnym średniowieczu Maryję czczono już odrębnymi świętami. Z tego okresu pochodzi modlitwa „Zdrowaś Mario” oraz przekonanie, że po śmierci wprawdzie została złożona do grobu, ale dość szybko pojawił się Chrystus z aniołami, odsunął zasłaniający wejście do pieczary grobowej kamień, po czym zabrał matkę „z ciałem do nieba”.
W średniowieczu jej kult przewyższał kulty innych świętych, aniołów i cherubinów. Do czego w X wieku przyczynił się ośrodek klasztorny w Cluny, intelektualne centrum chrześcijaństwa. Maryja stała się super-świętą; szafarką łask, od której oczekiwano cudów i wszelkiej pomocy.
Dzięki objawieniu maryjnemu w dobie wypraw krzyżowych, w zdobytej przez Krzyżowców Ziemi Świętej zakon karmelitów (ok. 1150 – Ordo Fratrum Beatissimae Mariae Virginis de Monte Carmelo).
Podobnej epifanii dostąpił św. Dominik, który otrzymał różaniec jako broń w walce przeciwko heretyckim albigensom (1208). Różaniec szybko zyskał na popularności wraz z rozpowszechnieniem przekonania, że siedmiokrotnie jego odmówienie posiada moc zapobieżenia nieszczęściu.
Niepiśmienne, rolnicze społeczeństwo wplotło Maryję w życie codzienne, wyniosło do patronki szczęśliwych zbiorów (Matka Boża Jagodna, Matka Boża Zielna, Matka Boża Siewna). Do dziś wiosenny miesiąc poświęcony Maryi splata się z kiczowatymi pieśniami, kwiatami, królewskimi różami i symbolizującymi czystość liliami.
Kalendarz kościelny zapełniał się świętami maryjnymi: 23 stycznia (zaręczyny z Józefem), 2 luty (ofiarowanie pańskie), 25 marzec (zwiastowanie), 25 sierpień (wniebowzięcie), 8 września (narodziny Maryi). Całości kultu maryjnego dopełniały powstające jak grzyby po deszczu pieśni i sanktuaria oraz obieranie Maryi na patronkę przez całe państwa, miasta, zakony i organizacje religijne i świeckie.
W dobie baroku, czasach nawrotu po renesansie silnej religijności, co zbiegło się z kontrreformacją, epoką wojen religijnych w Europie, kiedy katolicyzm stanął naprzeciw protestantyzmowi, adoracja Maryi sięgnęła punktu kulminacyjnego. Szczególne zasługi dla kultu maryjnego położyli po 1580 roku jezuici.
Cześć oddawana Maryi zaczęła odróżniać rzymskich katolików od luteranów czy kalwinistów. Z tego okresu pochodzi zarówno kult maryjny w meksykańskiej Guadelupe (1531) czy obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej w Wilnie.
W XIX wieku maryjność nabrała jeszcze większych rumieńców. A to dzięki prądom romantyzmu, a to w konfrontacji z dorobkiem oświecenia jako przeciwwaga dla naukowego rozumienia świata. Tak należy rozumieć serię objawień maryjnych: najpierw w Rue du Bac (1830), gdzie zakonnica Catherine Laboure otrzymała zlecenie wykonania maryjnego medaliku generującego „łaski”, a potem w Lourdes (1858), gdzie z kolei 14-letnia Bernadette Soubirous 18-krotnie ujrzała „piękną, białą damę”. Czy już na początku XX wieku w Fatimie (1917).
Wielu teologów kwestionowało mariologię katolicką jako sprzeczną z Nowym Testamentem i nauką wczesnego Kościoła, co prowadzi do zafałszowania prawdy chrześcijańskiej. Dlatego papież Paweł VI zaproponował (1974), by maryjny kult orientował się na przekazy biblijne, uwzględniał aspekt ekumeniczny i inspirował się zdobyczami nowoczesnej antropologii.
Co gigantyczny posąg z Konotopa perfekcyjnie ignoruje.
Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
Historyk, politolog i watykanista, prof. na Uczelni Korczaka w Warszawie i Uniwersytecie we Freiburgu.
Komentarze