Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja GazetaJakub Orzechowski / ...
20 marca 2021

Polska w pandemii. Jak spada się z pozycji lidera nawet nie na środek, ale na koniec stawki

Profesor Łukasz Gruszczyński: „Nam się wciąż wydaje, że to państwa Europy Zachodniej zostały najbardziej doświadczone w pandemii. Tymczasem jak popatrzymy na zgony, widać jak na dłoni, że to Polska ostatecznie jest w gorszej sytuacji, choć na początku było tak dobrze” 

Prof. Łukasz Gruszczyński opowiada OKO.press o wynikach badania na temat działań władz wobec pandemii koronawirusa. Dlaczego mieliśmy tak mało przypadków i mało zgonów na wiosnę 2020 roku, a tak tragiczna była jesień? Czy Polacy przestrzegają obostrzeń epidemicznych?

Oto główne tezy badania i rozmowy, jaką z prof. Gruszczyńskim przeprowadził Sławomir Zagórski:

  • Sytuacja w Polsce była podobna do innych krajów Wyszehradzkich: Czech i Słowacji, w mniejszym stopniu Węgier.
  • Na wiosnę uratowało nas bardzo szybkie wprowadzenie ograniczeń – zareagowaliśmy czterokrotnie szybciej niż zachodnia Europa!
  • Jesienią zgubił nas przede wszystkim tryumfalizm rządzących, którym wydawało się, że są w stanie pokonać wirusa.
  • Wydaje się, że w trzeciej fali komunikacja rządu jest bardziej spójna, a Polki i Polacy przestrzegają obostrzeń w większym stopniu, niż na początku jesieni.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Przeprowadził pan z dwoma kolegami – dr. Mateuszem Zatońskim z University of Bath i profesorem Martinem McKee z London School of Hygiene & Tropical Medicine – badanie, jak Polska radziła sobie wiosną i jesienią ubiegłego roku z pandemią SARS-CoV-2. Co panowie konkretnie badali i jakie są wasze główne konkluzje?

Prof. Łukasz Gruszczyński*: Zainteresowało nas, dlaczego epidemia przebiegała zupełnie inaczej w Polsce, czy też szerzej w całej Europie Środkowo-Wschodniej, niż w Europie Zachodniej.

W Polsce w pierwszej fazie pandemii notowaliśmy bardzo niewiele zakażeń, po czym sytuacja nagle się zmieniła i od połowy września 2020 roku zaczęliśmy obserwować bardzo wysokie wskaźniki, zarówno w odniesieniu do zachorowań, jak i zgonów. Najpierw więc byliśmy w awangardzie, a potem zbiorowo oblaliśmy egzamin.

Stwierdziliśmy, że najłatwiej będzie nam porównywać Polskę z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej oraz podobnymi wielkościowo krajami Europy Zachodniej. Zauważyliśmy w trakcie badań, że przebieg pandemii był bardzo podobny we wszystkich krajach Grupy Wyszehradzkiej. Jeżeli popatrzymy na Czechy, Słowację, Węgry i Polskę, okazuje się, że sytuacja wszędzie wyglądała niemal tak samo, a jednocześnie zupełnie inaczej od tej, jaka miała miejsce na zachodzie Europy. To był nasz punkt wyjścia.

Główny wyznacznik sukcesu/porażki - liczba zgonów

Na ile byliście w stanie metodologicznie odrzucić wszystkie inne elementy, które musiały mieć wpływ na liczbę zakażeń i zgonów, żeby ustalić, co tak naprawdę decydowało o sukcesie lub porażce danego kraju w walce z pandemią?

Uznaliśmy, że sukces i porażkę danego kraju będziemy mierzyli liczbą zgonów. Bo to jest coś, co nie zależy ani od sposobu raportowania zakażeń, ani ilości wykonywanych testów. A tu różnice między poszczególnymi krajami były i są bardzo duże. Jest oczywiste, że jeżeli w danym państwie testuje się dużo, to wykrywa się też więcej przypadków. Od początku pandemii wiadomo bowiem, że wiele osób przechodzi tę infekcję bezobjawowo lub skąpoobjawowo.

Tymczasem zgonów już się nie da nie zauważyć. Pod tym względem do połowy września 2020 roku w tej kwestii nie dzieje się w Polsce nic szczególnego. Pomiędzy styczniem a wrześniem są miesiące, kiedy zgonów jest nawet mniej niż w tym samym czasie w latach ubiegłych. Idziemy więc mniej więcej trendem z lat poprzednich i dokładnie to samo obserwujemy na Słowacji i w Czechach.

Sytuacja na Węgrzech trochę się różni od pozostałych, ale uznaliśmy, że też mieści się w pewnym schemacie. Należymy zatem do krajów, które odniosły w pierwszej fazie epidemii sukces.

I to wszystko nagle zmienia się mniej więcej w połowie września. Liczba zgonów szybuje ostro w górę.

Liczba zgonów jako jedyny wyznacznik sukcesu lub jego braku to jednak pewne uproszczenie.

Zgoda. Moglibyśmy równie dobrze odnieść to do sytuacji w gospodarce. Zdecydowaliśmy się jednak skupić wyłącznie na aspekcie zdrowia publicznego i ocenić go w oparciu o liczbę zgonów, a nie o raportowane przypadki COVID-19.

Od początku byliśmy świadomi, że lista elementów wpływających już na starcie na ewentualny sukces lub porażkę danego kraju w walce z epidemią jest dość długa. Polska miała pod tym względem sporo atutów w ręku.

Mam na myśli np. strukturę demograficzną. Polska ma starzejące się społeczeństwo, ale nie aż tak bardzo jak inne kraje Unii Europejskiej. Podczas gdy struktura demograficzna nie ma wpływu na rozprzestrzenianie się wirusa, może mieć bezpośredni wpływ na liczbę ciężkich przypadków COVID-19 i zgonów, które są wyższe wśród starszych grup wiekowych.

Innym istotnym czynnikiem jest np. liczba domów opieki społecznej. Tu istnieje ogromna dysproporcja pomiędzy Polską a np. Francją. O ile we Francji takie domy to normalny element społecznej struktury, o tyle u nas, pomimo dynamicznego wzrostu liczby miejsc w domach opieki społecznej, mamy nadal stosunkowo dużo rodzin wielopokoleniowych. W pewnym momencie pandemii to może być ryzykowne, bo starsze osoby mogą zarażać się od dzieci wracających ze szkoły. Ale z szerzej perspektywy im więcej domów opieki, tym większe zagrożenie dla seniorów.

Kolejna kwestia - gęstość zaludnienia. Polska ma wyższy odsetek ludności mieszkającej na obszarach wiejskich w porównaniu z Europą Zachodnią, a to spowalnia rozwój epidemii.

Paradoksalnie naszym atutem była również słabiej rozwinięta sieć transportowa, zarówno wewnątrz kraju, jak i ze światem zewnętrznym. W czasach epidemii liczy się to, czy większość osób dojeżdża do pracy pociągami, komunikacją miejską, czy jednak samochodami. Jeżeli samochodami, możliwości zakażenia są mniejsze.

Statystycznie Polacy pozostają też mniej mobilni niż osoby na Zachodzie. Spędzają czas głównie albo w pracy, albo w domu. Rzadziej niż inni obywatele UE odwiedzają restauracje, chodzą na koncerty czy wydarzenia sportowe.

Tak więc lista różnic pomiędzy Wschodem i Zachodem, jeśli chodzi o czynniki mające wpływ na rozwój epidemii, jest długa. Ale to wszystko nie tłumaczy zmiany, która zaszła u nas pomiędzy marcem/kwietniem 2020 roku a wrześniem, październikiem i listopadem. My nazywaliśmy to elementami kontekstualnymi i podkreśliliśmy, że żaden z nich się nie zmienił w tym okresie.

Nam nie przybyło bowiem nagle łóżek w domach opieki społecznej. Sieć transportowa nie poprawiła się w jakiś magiczny sposób. Polacy nie zmienili swoich nawyków spędzania wolnego czasu. Nie zaczęli nagle chodzić więcej do restauracji, kin, itd., pomimo że były otwarte.

A zatem co się zmieniło? Skąd ten nagły spadek z pozycji lidera nawet nie na środek, ale na koniec stawki?

Trzy rzeczy. Po pierwsze restrykcyjność przepisów dotyczących pandemii. Po drugie moment ich wprowadzania. I wreszcie po trzecie chęć przestrzegania tych przepisów przez obywateli.

W marcu 2020 w pandemię weszliśmy z bardzo ostrym reżimem sanitarnym, który został wprowadzony bardzo szybko. Porównaliśmy, jak długi czas upłynął pomiędzy identyfikacją pierwszego przypadku zakażenia SARS-CoV-2, a wprowadzeniem pierwszych obostrzeń bądź pełnego lockdownu. Otóż te różnice pomiędzy Polską i pozostałymi krajami Grupy Wyszehradzkiej, a Hiszpanią, Francją czy Niemcami, są ogromne. Rządy w naszej części Europy zareagowały na zagrożenie aż czterokrotnie szybciej!

To się diametralnie zmieniło pomiędzy pierwszą a drugą fazą pandemii. Uznaliśmy zatem, że skoro wspomniane elementy kontekstualne są nadal takie same, to właśnie tu są te zmienne, które wpłynęły na taki, a nie inny przebieg pandemii jesienią 2020 roku.

Gdybyśmy konsekwentnie trzymali się tej pierwszej strategii działania, dziś byłoby mniej ofiar pandemii i bylibyśmy nadal punktem odniesienia dla innych krajów.

Po czasie łatwo gdybać. Trzymać ludzi w zamknięciu bardzo długo jest nie sposób. Obywatele najpierw są przestraszeni nowym zagrożeniem, ale po pewnym czasie przestają się słuchać. Sądzi Pan, że przy bardziej proaktywnym działaniu rządu i wyższym poziomie restrykcji druga fala była w ogóle do uniknięcia?

Do uniknięcia nie. Natomiast to, o co walczyły poszczególne państwa, to była wysokość tej fali.

Polska nie jest wyspą, jak Nowa Zelandia czy Tajwan. Nie mamy doświadczenia z SARS-em, jak Korea Południowa albo Hong Kong, nie mamy w ogóle tej kultury, która ułatwia walkę z epidemią. W Azji ludzi nie trzeba przekonywać, że należy nosić maseczki. Każdy, kto zna tamten rejon świata, wie, że one są w normalnym użyciu, na co dzień.

Wiele rzeczy w Polsce można było zrobić lepiej, ale o całkowitym uniknięciu drugiej czy trzeciej fali nie było mowy. Natomiast i u nas, i w pozostałych krajach Grupy Wyszehradzkiej ta fala była/jest bardzo wysoka.

Proszę popatrzeć na Czechy, które zdążyły już zaliczyć dramatycznie wysoką trzecią falę, a teraz zmagają się z czwartą. Nam się wciąż powszechnie wydaje, że to państwa Europy Zachodniej - Włochy, Hiszpania, Francja, Wlk. Brytania - zostały najbardziej doświadczone w pandemii. Tymczasem jak popatrzymy na zgony, widać jak na dłoni, że to Polska ostatecznie jest w gorszej sytuacji, choć na początku było tak dobrze.

Co pana zdaniem bardziej zadziałało ostatecznie na naszą niekorzyść - działania rządu, czy raczej odpowiedź obywateli?

Skwantyfikować tego nie sposób, natomiast wszystkie trzy elementy, które zidentyfikowaliśmy jako istotne - proaktywne działania rządu w powiązaniu z poziomem ich restrykcyjności, czas wprowadzenia obostrzeń, oraz powszechne ich przestrzeganie, wyglądały bardzo źle w drugiej fazie. Rząd bardzo szeroko otworzył gospodarkę, nowe obostrzenia wprowadzano późno i na początku miały charakter symboliczny, w społeczeństwie doszło zaś do absolutnego rozluźnienia, właściwie pod koniec wakacji nikt już nie przestrzegał ograniczeń.

Nie pokusiłbym się o stwierdzenie, który z tych elementów był najbardziej istotny. Myślę, że kombinacja ich wszystkich doprowadziła do dramatu na jesieni. Można sobie wyobrazić, że rząd nie wprowadza żadnych obostrzeń, ale poziom przestrzegania tych wciąż obowiązujących jest wysoki. Z drugiej strony, jeżeli obywatele przestają się przejmować obostrzeniami, natomiast rząd podejmuje zdecydowane i szybkie decyzje, to istniała spora szansa, że bylibyśmy w stanie podnieść poziom przestrzegania. Ale ponieważ ani rząd się nie spieszył z restrykcjami, ani Polacy nie zmienili swojego nastawienia do pandemii, więc druga fala miała taką, a nie inną wysokość.

Upojeni pierwszym sukcesem

Wracam do naszych atutów na początku pandemii. Nie sądzi Pan, że mieliśmy jeszcze jedną przewagę nad zachodem Europy - ten wirus dotarł do nas trochę później i mieliśmy trochę czasu, żeby się na jego atak przygotować?

Jasne, zadziałała tu pewna peryferyjność położenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Peryferyjność w sensie geograficznym, ale także w ilości kontaktów ze światem.

SARS-CoV-2 dotarł do nas w momencie, w którym większość osób widziała już filmy z północnych Włoch, kolejki ciężarówek w Bergamo. Myślę, że to był element mocno motywujący ludzi do przestrzegania wprowadzonych w marcu obostrzeń. Był to także element motywujący dla rządu, żeby nie wprowadzać tych obostrzeń stopniowo, jak to robiono w krajach Europy Zachodniej, tylko decydowanie, w kilku ruchach. Właściwie w ciągu trzech tygodni zamknięto Polskę zupełnie.

Zakładam, że gdyby kraje Europy Środkowo-Wschodniej, nie miały takiego peryferyjnego położenia w stosunku do tych miejsc Europy, które są bardzo mocno połączone z resztą świata, musielibyśmy się zmierzyć z COVID-em w podobnym czasie i skali, jak Hiszpania czy Francja. W efekcie przebieg epidemii od samego początku mógłby być u nas zupełnie inny.

Od maja do lipca 2020 mieliśmy w Polsce dość nietypową sytuację. Epidemia osiągnęła pewne plateau. Liczba zakażeń ani nie rosła, ani nie spadała. Może to uśpiło naszą czujność?

Zdecydowanie. Jak popatrzy na narrację rządu z tego czasu, to była ona hurra optymistyczna.

Wszyscy pamiętają wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego, która będzie na nim ciążyła do końca życia, że właściwie nie ma się czego bać.

On jednak nie był odosobniony w tym względzie. Bardzo podobne stwierdzenia padały ze stron różnych osób, zajmujących kluczowe stanowiska w państwie.

Cytujemy w naszym tekście wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy na dwa tygodnie przed rozpoczęciem jesiennego Armagedonu, że właściwie oczekiwania są takie, że będzie jakiś wzrost, ale generalnie wszystko jest pod kontrolą. Myślę, że to było jakieś upojenie sukcesem, który zresztą przyszedł niespodziewanie dla rządzących, bo poszło nam zdecydowanie lepiej, niż wszyscy oczekiwali.

Pamiętam alarmistyczne wypowiedzi osób publicznych wiosną, że nie testujemy, nie wiemy, jak się rozwija ta pandemia w Polsce itd. A potem się okazało, że liczba przypadków wcale nie rośnie tak, jak miała rosnąć. Zgony utrzymują się cały czas na dotychczasowym poziomie. To było duże zaskoczenie.

Dokładnie to samo zjawisko można zaobserwować po stronie Polaków.

Jeżeli popatrzymy na współczynniki lęku, to on w marcu, na początku kwietnia 2020 był bardzo wysoki. Ludzie autentycznie się bali. To się potem po drodze gdzieś rozwiało. Nie tylko rządzący upili się sukcesem.

Drugim elementem, który my również identyfikujemy, była taka, a nie inna narracja ze strony rządzących. Jeżeli nagle pojawiają się dwa impulsy, oficjalna narracja, która mówi, że właściwie opanowaliśmy, a z drugiej strony doświadczenie, przez które przechodzimy, to w sumie nie jest niczym dziwnym, że chęć do przestrzegania obostrzeń zdecydowanie spada.

Wypowiedzi polityków, zwłaszcza ta premiera Morawieckiego, były mocno związane z kalendarzem wyborczym.

Nie wszystko trzeba postrzegać w kontekście wyborów. Seniorzy rzeczywiście tłumnie poszli do urn, ale to nie przełożyło się na żaden skok zakażeń.

Chcieliśmy pokazać w naszych badaniach, że te wszystkie wypowiedzi tworzą pewien klimat. To jest pewna całość. Narracja, która powoduje po jakimś czasie wymierne konsekwencje.

Mam wrażenie, że o ile na początku pandemii ta narracja ze strony władz w kwestii epidemii była spójna, konsekwentna, to dość szybko się to zupełnie rozjechało. I w efekcie ludzie od miesięcy mają coraz mniej zaufania do rządzących w tej kwestii.

Moim zdaniem przed początkiem trzeciej fali komunikacja ze strony rządu jest nieco lepsza, niż miało to miejsce jesienią [rozmowę prowadziliśmy 11 marca 2021]. Poziom restrykcji, który obowiązuje w Polsce, jest zdecydowanie wyższy od tego, z którym mieliśmy do czynienia we wrześniu. W związku z tym, od strony regulacyjnej wydaje się, że jesteśmy lepiej przygotowani do trzeciej fali.

Mam też wrażenie, że poziom ich przestrzegania jest również dużo wyższy, niż miało to miejsce wcześniej. Pomimo tego, że żyjemy od kilku miesięcy z różnymi restrykcjami, to zmęczenie pandemiczne jest jakoś równoważone przez strach i być może również przez w jakimś stopniu większą spójność przekazu ze strony rządu.

Z drugiej strony pojawił się element, który nie istniał jesienią, a mianowicie różne warianty wirusa. One mają pewną charakterystykę, odmienną od wariantu dominującego wcześniej. Wyższa transmisyjność, prawdopodobnie również wyższa śmiertelność. Do tego dochodzi szersza obecność wirusa w naszym kraju, rozpoczynamy więc trzecią falę z zupełnie innego pułapu niż jesienią.

Mamy tu zderzenie dwóch grup elementów. Ta pierwsza (działania rządu, reakcja obywateli) wskazywałaby, że możemy przejść przez ten etap pandemii trochę lżej. Niestety, pojawienie się kolejnego wariantu oraz rozpowszechnienie wirusa działa na naszą niekorzyść. Więc wcale lekko nie musi być.

Nie ma pan wrażenia, że myśmy znów nie docenili wirusa? Ileś rzeczy wskazywało na to, że sytuacja się pogorszy, mimo że wchodzą szczepienia. Trudno mi się też zgodzić z pana tezą o spójności rządowych komunikatów.

Ja widzę większą spójność w porównaniu do początku jesieni 2020 roku.

W styczniu 2021 mówiono nam, że jest świetnie. Liczba zakażeń nie zaczęła jeszcze rosnąć, tymczasem nagle zaczęto przekonywać, że czeka nas ogromne niebezpieczeństwo, ale nie zaostrzano obostrzeń. Przeciętnemu Kowalskiemu naprawdę trudno się było w tym połapać.

Jeżeli naszym punktem odniesienia są Niemcy, to się w pełni zgadzam. To nie jest spójność, jaką byśmy sobie życzyli. Ale jeżeli porównujemy ten przekaz w styczniu i lutym z tym z września czy sierpnia, to pomimo wszystkich potknięć, można powiedzieć, że przekaz rządowy jest spójniejszy.

Są oczywiście nadal elementy wprowadzające w błąd. Bo np. premier widzi ciągle światełko w tunelu, po czym wychodzi minister zdrowia i komunikuje coś zupełnie innego.

Jak wysoka będzie trzecia fala?

Trudno przewidywać przyszłość, ale czego się pan spodziewa po trzeciej fali?

[w dniu, w którym przeprowadzaliśmy rozmowę liczba nowych zakażeń po raz pierwszy od jesieni 2020 przekroczyła 20 tys.]

Boję się takich pytań, bo tyle jest niewiadomych. Znacznie łatwiej ocenić przeszłość i post factum ocenić, co było dobrym ruchem, a co złym.

Sytuacja jest dynamiczna. Widzę cień nadziei w tym, że te trzy elementy, które zidentyfikowaliśmy jako istotne, są lepszej jakości niż jesienią. To daje nadzieję na spokojniejszy przebieg trzeciej fali. Z drugiej strony, tak jak wspomniałem wcześniej, jest kwestia wariantu brytyjskiego, który dominuje obecnie w zakażeniach i który może zupełnie wywrócić do góry nogami ten obraz.

W jaki sposób mierzycie panowie poziom posłuszeństwa obywateli? Mieszkam na wsi i widzę ze smutkiem, że tu ludzie w ogóle nie przejmują się trzecią falą.

W Warszawie wygląda to zdecydowanie lepiej. Intensywnie podróżowałem środkami komunikacji miejskiej przez kilka ostatnich dni i odnotowałem, że wszyscy mają prawidłowo założone maseczki. W pełni zdaję sobie sprawę, że tak może być w dużych miastach, a niekoniecznie na prowincji.

W naszych badaniach stwierdziliśmy, że nie ma dobrych danych, które pozwoliłyby ustalić stopień przestrzegania restrykcji sanitarnych przez mieszkańców. Oparliśmy się więc o badania opinii publicznej, gdzie padało pytanie o przestrzeganie obostrzeń wprowadzonych przez rząd. To jest deklarowane przestrzeganie, w związku z tym zawsze jest ryzyko, że co innego ludzie deklarują, a co innego się dzieje w praktyce.

Dodatkowo skorzystaliśmy z bazy danych dostępnych na Our World in Data, która jednak również oparta jest o deklaracje. Bo nikt nie liczy osób w maseczkach, by później dokonać ekstrapolacji i określić, ile osób procentowo w danej populacji zakłada maseczki, a ile nie.

We wspomnianej bazie można prześledzić, jak wygląda poziom przestrzegania obostrzeń odnośnie maseczek i jak się to układa w poszczególnych państwach. Jestem oczywiście świadomy, że mogą tu być pewne różnice kulturowe pomiędzy poszczególnymi państwami. Jeżeli w jakiejś grupie państw ktoś deklaruje, że przestrzega obostrzeń, to naprawdę to robi. Ale są też kraje, w których składa się deklarację, ale się przepisów nie przestrzega.

Obawiam się, że Polska jest w tej drugiej grupie. Wasza publikacja kończy się na drugiej fali. Prowadzicie badania dalej?

Tak. W tej chwili skupiamy się nadmiarowych zgonach. Tymi badaniami kieruje profesor Witold Zatoński. Aktualnie pracujemy wraz z Kingą Janik-Koncewicz nad tekstem, w którym analizujemy to zjawisko w drugiej połowie 2020 roku. Musimy mieć dostęp do pewnych danych statystycznych, więc zawsze będzie poślizg w badaniach stosunku do bieżących wydarzeń. Z naszych wstępnych analiz wynika, że na jesieni 2020 aż 70-90 proc. nadmiarowych zgonów spowodowanych było COVID-em, a nie niewydolnością służby zdrowia.

Tak naprawdę o sukcesie lub porażce w radzeniu sobie z epidemią, będziemy mogli mówić dopiero po, czyli jak się to wszystko skończy i będziemy w stanie kolejne rzeczy policzyć. Wtedy będzie można powiedzieć, które państwa ostatecznie odniosły sukces, a które poniosły porażkę.

Wracam do tego, co sygnalizowałem na początku. Najlepszym miernikiem do oceny jest tu liczba zgonów, tych nadmiarowych, a nie oficjalnie sklasyfikowanych jako covidowe. Tak naprawdę nigdy nie się nie dowiemy, ile osób przechorowało w Polsce COVID-19. Testowanie u nas wygląda dziś odrobinę lepiej niż w zeszłym roku. Ale jeżeli popatrzymy na liczbę testów na milion mieszkańców, to kraje zachodnie mają zdecydowanie pełniejszy obraz przebiegu epidemii niż my.

Niestety, w kontekście niedawnej instrukcji NFZ odnośnie odwołania zabiegów planowych, obawiam się, że nawet jak się skończy pandemia, cały czas będziemy widzieli w statystykach te nadmiarowe śmierci. One już wtedy nie będą wynikały z pandemii, tylko wrócą do nas problemy i zaniedbania, z którymi mamy do czynienia teraz. Część osób, którym odwoła się zabiegi, pojawi się w szpitalu w dużo gorszym stanie. W efekcie ryzyko powikłań czy śmierci będzie też zdecydowanie wyższe.

Niezależnie więc od tego, jak sobie teraz poradzimy z trzecią falą, to z nadmiarowymi śmierciami będziemy się mierzyć dużo dłużej niż sama pandemia.

Sądzi pan, że po epidemii doczekamy się bardziej radykalnych zmian w systemie ochrony zdrowia w Polsce?

To jedno z tych trudnych pytań o przyszłość, na które nie lubię odpowiadać. Po prostu nie wiem tego. Chciałbym, żeby tak było, ale jestem też realistą. Obecny rząd niestety nie wykazał się jakąś szczególną skutecznością w żadnej dziedzinie.

Wielu lekarzy mówi, że w czasie epidemii muszą zacisnąć zęby i wytrzymać, natomiast jak to się skończy, to wyjeżdżają, bo tu się nie da pracować.

To z jednej strony jest pewnie jakaś polska specyfika. Bo lekarze i personel pomocniczy nie są u nas dobrze opłacani. Mają teraz dużo więcej pracy, zupełnie inny poziom stresu, bo muszą się konfrontować - właściwie codziennie - z sytuacjami granicznymi. Dodatkowo stają się często ofiarą hejtu.

Ale co ciekawe, podobne badania wśród lekarzy i personelu pomocniczego prowadzone w innych krajach, pokazują, że tego typu postawy są również obecne tam, gdzie lekarze i pielęgniarki są lepiej opłacani. A więc to nie jest tylko i wyłącznie kwestia warunków pracy. To jest raczej traumatyczne przeżycie z punktu widzenia pracowników medycznych - być na pierwszej linii frontu i walczyć z pandemią.

Coraz częściej słyszymy, że pandemia COVID-19 nie jest ostatnią tego rodzaju. Że będziemy się konfrontować z następnymi wirusami.

Może nas to czekać. Jest dość sporo badań, które pokazują zależność pomiędzy zmianami klimatycznymi a kolejnymi epidemiami.

Myślę, że konieczne są tu rozwiązania systemowe na poziomie międzynarodowym, na poziomie WHO. Ale to niełatwe, bo WHO jest organizacją od 20 paru lat permanentnie niedofinansowaną, obecnie wplecioną w grę polityczną pomiędzy Chinami a USA.

My potrzebujemy rozwiązań na poziomie międzynarodowym, bo pandemia COVID-19 po raz kolejny uświadomiła nam, że dla wirusów nie ma barier w postaci granic. Miejmy nadzieję, że będziemy potrafili wyciągnąć wnioski z tej lekcji.

Prof. Łukasz Gruszczyński jest prawnikiem specjalizującym się w problematyce regulacji ochrony zdrowia publicznego. Pracuje w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Artykuł znajduje się aktualnie w procesie recenzji. Preprint dostępny na platformie SSRN: Gruszczynski, Lukasz and Zatoński, Mateusz and McKee, Martin, Do Regulations Matter in Fighting the COVID-19 Pandemic? Lessons from Poland (January 27, 2021). SSRN: https://ssrn.com/abstract=3786076 or http://dx.doi.org/10.2139/ssrn.3786076.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne