0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: US President Donald Trump speaks to reporters next to a Doordash delivery worker Sharon Simmons after she delivered Mcdonald's outside of the Oval Office at the White House, in Washington, DC, April 13, 2026. (Photo by Brendan SMIALOWSKI / AFP)US President Donald ...

Co najmniej od czasów Ronalda Reagana gospodarczy rdzeń programu Partii Republikańskiej był trwały: obniżać podatki, zwłaszcza najbogatszym, deregulować gospodarkę i ograniczać wydatki na programy społeczne.

A potem przyszedł Donald Trump. Upokorzył dawnych republikańskich liderów i przejął partię od środka. Wyborcom obiecał zerwanie ze starymi dogmatami partyjnego establishmentu. Media pisały o wielkiej zmianie po stronie amerykańskiej prawicy.

Po czym Trump zaczął obniżać podatki najbogatszym, deregulować gospodarkę i ograniczać wydatki na programy społeczne. Przejął tradycyjny program Republikanów, ale znalazł dla niego skuteczniejszy język – język, który staje się dziś inspiracją także dla polskich polityków.

Piękna ustawa (dla bogatych)

Najważniejszym gospodarczym przedsięwzięciem drugiej kadencji Trumpa jest wielka ustawa budżetowa uchwalona latem 2025 roku – nazywana przez niego samego Big Beautiful Bill, czyli „wielką piękną ustawą”. Stała się dobrym testem tego, co zostaje z trumpowskiego populizmu, kiedy antyelitarne hasła trzeba przełożyć na konkretne decyzje polityczne.

Przede wszystkim Republikanie ograniczyli w ramach ustawy wydatki na Medicaid – publiczny program ubezpieczenia zdrowotnego przeznaczony przede wszystkim dla osób o niskich dochodach – oraz na pomoc żywnościową SNAP. Jednocześnie utrwalili rozwiązania podatkowe szczególnie korzystne dla zamożniejszych gospodarstw i biznesu.

Analitycy Biura Budżetowego Kongresu (Congressional Budget Office, CBO) oszacowali, ile gospodarstwa domowe realnie zyskają albo stracą wskutek tych reform.

Rozkład korzyści jest uderzająco nierówny.

W latach 2026–2034 gospodarstwa należące do najbiedniejszych 10 procent społeczeństwa stracą przeciętnie równowartość 1 200 dolarów rocznie, czyli 3,1 procent swoich dochodów po uwzględnieniu podatków i transferów. Kolejne 10 procent także wychodzi na minus: średnio o 390 dolarów rocznie.

Potem bilans staje się dodatni, początkowo symbolicznie. Gospodarstwa z trzeciego decyla zyskują przeciętnie 20 dolarów rocznie, z czwartego – 380 dolarów. Im wyżej na drabinie dochodowej, tym korzyści są jednak większe. Dla najbogatszych 10 proc. gospodarstw Biuro Budżetowe Kongresu wyliczyło średnio 13 600 dolarów dodatkowych środków rocznie. To wzrost o 2,7 proc.

Doroczna prognoza budżetowa CBO z lutego 2026 roku podtrzymuje ten obraz. Środki finansowe gospodarstw na dole rozkładu maleją głównie wskutek ograniczeń Medicaid i pomocy żywnościowej, a gospodarstwa ze środka i z górnej części rozkładu zyskują przede wszystkim dzięki zmianom podatkowym.

Skala zmian w programach społecznych jest przy tym ogromna. W porównaniu ze scenariuszem bez ustawy federalne wydatki na Medicaid mają być w latach 2026–2035 niższe o około 1,2 bln dolarów, a liczba zapisanych do programu – mniejsza w 2035 roku o 13,1 mln osób.

W przypadku pomocy żywnościowej mowa o 211 mld dolarów mniejszych wydatków do 2035 roku. Tu już widać efekty zmian. Między lipcem 2025 roku, kiedy uchwalono ustawę, a kwietniem 2026 roku, liczba osób otrzymujących pomoc żywnościową spadła o ponad 4,5 miliona, czyli około 11 procent. Nie wszystkie spadki są efektem ustawy Trumpa – w części stanów zaczęły się wcześniej – ale kierunek zmian jest zgodny z tym, co przewidywało CBO.

Można by sądzić, że cięcia wynikają z konieczności uporządkowania finansów publicznych. Problem w tym, że według szacunków Biura „wielka piękna ustawa” zwiększy federalne deficyty w latach 2026–2035 o około 4,7 biliona dolarów. Oszczędności na świadczeniach nie prowadzą więc do zmniejszenia zadłużenia. Towarzyszą im znacznie większe ubytki dochodów wskutek zmian podatkowych, które przesuwają korzyści w stronę zamożniejszych gospodarstw.

Przeczytaj także:

Populizm plutokratyczny

Politolodzy Jacob Hacker i Paul Pierson już kilka lat temu nazwali ten model polityki „populizmem plutokratycznym”. W książce Let Them Eat Tweets („Niech jedzą tweety”) zwracali uwagę, że Partia Republikańska zdołała połączyć dwa środowiska, których interesy nie zawsze wydają się oczywiście zbieżne. Z jednej strony jest „zorganizowany pieniądz” – wielki biznes, miliarderzy i organizacje zabiegające o niższe podatki oraz słabsze regulacje. Z drugiej – „zorganizowane oburzenie”:

prawicowe media i organizacje mobilizujące wyborców wokół konfliktów kulturowych, migracji, religii czy poczucia zagrożenia ze strony liberalnych elit.

Jak tłumaczył Hacker w rozmowie z Yale News: „W skrócie: partia odpowiedziała na gwałtownie rosnące nierówności, stając po stronie tych na samej górze, i przyjęła przy tym zestaw rozwiązań gospodarczych uwielbianych przez wielkich darczyńców i wielkie korporacje, a niepopularnych wśród wyborców, również wśród wielu Republikanów. Żeby realizować te niepopularne priorytety, partia zbudowała infrastrukturę oburzenia, która miała przyciągać wyborców w kolejnych wyborach”.

Trump początkowo wyglądał jak ktoś, kto ten układ rozsadzi. W kampanii 2016 roku obiecywał bronić programów społecznych i przedstawiał się jako człowiek, który nie jest nic winien partyjnym sponsorom. Kiedy jednak objął urząd, dużą część polityki gospodarczej pozostawił tradycyjnej republikańskiej prawicy. „W gruncie rzeczy podbił stawkę po obu stronach naraz – i plutokratycznej, i prawicowo-populistycznej” – mówił Hacker.

W 2025 roku autorzy wrócili do swojej koncepcji i uznali, że zaczęła się jej nowa faza – „populizm plutokratyczny 2.0”.

„Jeśli populizm gospodarczy oznacza politykę na rzecz tych, którzy zostali w tyle, to plutokratyczny populizm 2.0 nie jest bardziej populistyczny gospodarczo niż wersja 1.0. Pod tym względem jest wręcz mniej populistyczny” – piszą. Gospodarczy rdzeń pozostał więc podobny, ale towarzyszy mu dziś znacznie ostrzejszy repertuar antysystemowy – „wymierzony między innymi w związki zawodowe sektora publicznego, elitarne uczelnie i oparte na wiedzy eksperckiej instytucje, które niegdyś wyznaczały kierunek publicznych inwestycji w zdrowie, naukę i technologię”.

To właśnie odróżnia dzisiejszy trumpizm od wcześniejszej wersji republikańskiego populizmu plutokratycznego. Stary program gospodarczy został włączony do znacznie szerszej opowieści o buncie przeciw establishmentowi. Obniżki podatków dla bogatych czy deregulacja wielkiego biznesu schodzą w politycznym przekazie na dalszy plan. Polityczna uwaga kierowana jest gdzie indziej – ku migracji, „woke”, uniwersytetom, mediom i liberalnym elitom.

Elita? Na pewno nie my

Najsprytniejszym – i wciąż trochę niedocenianym – osiągnięciem nowej prawicy jest zbudowanie sobie wizerunku tych, którzy walczą z elitami.

To wizerunek mocno naciągany. Nie chodzi tylko o banalne spostrzeżenie: „Trump jest miliarderem, więc sam należy do elit”. Nowa prawica zdołała tak przedefiniować pojęcie elity, że zaczęło ono oznaczać przede wszystkim liberałów i lewicę. To oni stali się synonimem „systemu”, także wtedy, gdy mowa o nauczycielu czy dziennikarzu zarabiającym ułamek tego, co sponsor prawicowej partii.

Prawicowy miliarder czy gwiazda medialna może natomiast znaleźć się po stronie „ludu”.

Wystarczy, że walczy z odpowiednimi instytucjami czy ruchami społecznymi – nawet jeśli po drugiej stronie stoją studenci czy nastoletni aktywiści klimatyczni.

Dzięki temu prawica może jednocześnie trafnie diagnozować część przyczyn społecznego gniewu i bardzo selektywnie wskazywać winnych. Rosnące nierówności, słabnące bezpieczeństwo zatrudnienia, kryzys finansowy z 2008 roku – to wszystko rzeczywiście podważyło zaufanie do porządku ukształtowanego pod koniec XX wieku.

Tyle że nowa prawica występuje przeciw temu porządkowi tak, jakby sama nie miała z nim wiele wspólnego. Jakby Partia Republikańska nie współtworzyła przez dziesięciolecia polityki obniżania podatków dla najzamożniejszych, deregulacji i osłabiania zabezpieczeń społecznych. Jakby Trump nie był otoczony ludźmi od dawna zakorzenionymi w amerykańskiej prawicy, jak Marco Rubio, a jego zaplecza programowego nie współtworzyły prokorporacyjne instytucje w rodzaju Heritage Foundation.

Mentzen, Nawrocki, Stanowski

Jest to trend wykraczający poza USA. W Polsce nie mamy jednej postaci, która łączyłaby wszystkie elementy trumpowskiego modelu. Mamy jednak coraz więcej jego części składowych.

Sławomir Mentzen wzorcowo łączy język antysystemowego „wywracania stolika” i walki ze „skompromitowanymi pseudoelitami” z klasycznymi postulatami gospodarczej prawicy: niskimi podatkami, deregulacją, ograniczaniem biurokracji i wydatków publicznych. W kampanii prezydenckiej Konfederacja bez trudu łączyła hasła o pseudoelitach i walce z „lewicową ideologią” z postulatem „prostych i niskich podatków”.

Karol Nawrocki posługuje się podobnym językiem konfliktu z liberalnym establishmentem. Nie mówi o gospodarce tak jednoznacznie jak Mentzen, ale w kilku ważnych sprawach widać, że sympatyzuje z tradycyjnymi rozwiązaniami gospodarczej prawicy.

Zawetował na przykład przepisy, które miały uszczelnić opodatkowanie fundacji rodzinnych i ograniczyć wykorzystywanie ich do optymalizacji podatkowej. Nawrocki uzasadniał weto potrzebą stabilności prawa i ochroną rodzinnych biznesów. Efekt był jednak prosty: preferencyjne zasady opodatkowania fundacji rodzinnych, z których korzystają właściciele znacznych majątków, pozostały w mocy.

W lipcu 2026 roku skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Danina miała objąć wyłącznie nadzwyczajne zyski osiągnięte po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Wpływy, szacowane na około 4 miliardy złotych, miały pomóc sfinansować obniżkę VAT i akcyzy na paliwa.

Nawrocki trzykrotnie zawetował też kolejne wersje ustawy o rynku kryptoaktywów, która miała zapewnić stosowanie unijnego rozporządzenia MiCA w Polsce i ustanowić krajowy system nadzoru nad rynkiem. Prezydent argumentował, że proponowane opłaty są zbyt wysokie, obowiązki administracyjne zbyt uciążliwe, a uprawnienia nadzoru – zbyt szerokie. Rząd odpowiadał, że brak regulacji pozostawia klientów bez odpowiedniej ochrony.

Krzysztof Stanowski miał więc sporo racji, kiedy porównywał sposób działania Nawrockiego do Trumpa. Chodziło mu o dobry kontakt z wyborcami i nieszablonowy sposób działania. Tylko że do listy podobieństw należałoby dopisać prowadzenie tradycyjnej prawicowej polityki gospodarczej pod płaszczykiem antyelitaryzmu.

Sam Stanowski jest zresztą osobnym przypadkiem tego samego trendu.

Właściciel potężnego przedsięwzięcia medialnego, który bardzo skutecznie pielęgnuje pozycję outsidera. Co pokazuje, jak atrakcyjna stała się dziś pozycja potężnego antyestablishmentowca. I jak bardzo ta pozycja została ukształtowana przez prawicową wizję elit: można posiadać ogromne zasięgi i pieniądze, a zarazem pozostawać w oczach odbiorców antyelitarnych buntownikiem.

Te środowiska nie tworzą jednej organizacji ani wspólnego planu. Łączy je natomiast antyelitaryzm oderwany od pytania o władzę ekonomiczną. Gniew wywołany nierównościami, koncentracją gospodarczej władzy czy społeczną niepewnością można skierować przeciw mediom, uniwersytetom, Brukseli czy „woke”, a jednocześnie promować niższe podatki, deregulację i słabsze państwo. Na tym polega polityczny wyczyn współczesnej populistycznej prawicy: potrafi czerpać siłę ze zjawisk, które pogłębia jej własna polityka.

Tomasz Markiewka

Filozof, publicysta, tłumacz. Wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek "Język neoliberalizmu" (2017), "Gniew" (2020), "Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat" (2021) oraz "Nic się nie działo. Historia życia mojej babki" (2022).

Komentarze