0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga KucharskaIl. Iga Kucharska

Już dawno nic nie wywołało takiego poruszenia w internecie jak wyemitowany na YouTubie wywiad Bogdana Rymanowskieog z profesor Grażyną Cichosz. Film obejrzało ponad 1,5 mln osób.

Po emisji wybuchła burza. Wypowiedzi pani profesor spotkały się z licznymi głosami krytyki ze strony internautów, ekspertów z zakresu dietetyki i lekarzy.

“Żadna z tez zaprezentowanych przez panią prof. Cichosz nie jest poparta dowodami naukowymi”, stwierdziła w rozmowie z TVP Info prof. Lidia Wądołowska, kierowniczka Katedry Żywienia Człowieka Uniwersytetu Warmińsko Mazurskiego – tej samej uczelni, na której pracowała profesor Cichosz.

Czym YouTube różni się od telewizji

Bogdan Rymanowski jest znanym dziennikarzem: pracował w Radiu Kraków, RMF FM, Telewizji Polskiej, TVN oraz w Polsacie. We wrześniu 2024 uruchomił własny kanał publicystyczny w serwisie YouTube pod nazwą Rymanowski Live.

Jest zasadnicza różnica między byciem dziennikarzem w telewizji a byciem twórcą na YouTube.

Prowadzący kanały na YouTubie nie mają nad sobą nikogo i można twierdzić, że są niezależni. Jednak zarabiają bezpośrednio na reklamach, czyli im wyższa oglądalność odcinka, tym więcej widzów obejrzy reklamy. Chętniej będą (by mieć większą oglądalność) prezentować treści kontrowersyjne i budzące emocje. Niezależnie od tego, czy treści te są prawdziwe.

Sprzyjają temu również internetowe algorytmy (nie tylko youtubowe), które promują oglądalność – przez to, że częściej podsuwają treści, które wzbudzają skrajne emocje. Na youtubowym kanale nad wiarygodnymi informacjami będą więc przeważać sensacje i wszelkie teorie spiskowe. (Youtubowe algorytmy zbadali w 2023 roku naukowcy z University of California w Davis, zaś facebookowe i instagramowe w tym samym roku inne zespoły badaczy).

Prof. Cichosz jest technologiem mleczarstwa i profesorem nauk rolniczych, na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim przepracowała ponad 20 lat. Od pięciu lat jest na zawodowej emeryturze. Nie jest lekarzem ani dietetykiem. Specjalizowała się w bezpieczeństwie żywności (czyli tym, jak należy żywność przetwarzać i przechowywać, by nam nie szkodziła).

Gdyby swój program prowadził w Polsacie albo TVNie, Rymanowski musiałby liczyć się z wydawcą, producentem, szefem działu, reputacją stacji oraz (ewentualnie) radą etyki mediów. Na swoim youtubowym kanale w ogóle nie musi się nimi przejmować. I nie przejmuje.

Jest mało prawdopodobne, żeby Bogdan Rymanowski nie znał kontrowersyjnych poglądów pani profesor, gdy zapraszał ją do programu – można je z łatwością poznać w sieci.

Prof. Cichosz versus nauka

Prof. Cichosz już w pierwszej minucie rozmowy przyznaje, że przez wiele lat uchodziła za oszołoma (dosłownie). Przyznaje też, że jej prace naukowe były odrzucane ze względu na sprzeczność płynących z nich wniosków z konsensusem naukowym. Innymi słowy, przyznaje, że jej poglądy nie są zgodne ze stanem wiedzy naukowej.

Wnioski, które przedstawiała prof. Cichosz, można sprowadzić do kilku zdań:

  • Nie ma dowodów na to, że tłuszcze zwierzęce podnoszą cholesterol i przyczyniają się do powstawania miażdżycy.
  • Zalecenia dotyczące diety zmieniono specjalnie, by wypromować margaryny jako zamiennik masła.
  • Oleje roślinne szkodzą.
  • Szkodzi też soja, zwłaszcza modyfikowana genetycznie.

A my sprawdzamy, co mówi o tych twierdzeniach nauka.

Czy tłuszcze zwierzęce podnoszą cholesterol? Tak

Według prof. Cichosz „wylansowano hipercholesterolową teorię miażdżycy, nie przedstawiając żadnych dowodów naukowych na miażdżycotwórcze właściwości tłuszczów zwierzęcych i na prozdrowotne właściwości tłuszczów roślinnych”. To nieprawda, takich dowodów przez II połowę XX wieku zebrano bez liku.

Wylansowano hipercholesterolową teorię miażdżycy, nie przedstawiając żadnych dowodów naukowych na miażdżycotwórcze właściwości tłuszczów zwierzęcych i na prozdrowotne właściwości tłuszczów roślinnych

Rozmowa z Bogdanem Rymanowskim,19 października 2025

Sprawdziliśmy

Dwie tezy i obydwie nieprawdziwe. Mamy bardzo dużo naukowych dowodów na to, że tłuszcze zwierzęce podnoszą poziom cholesterolu, a ten z kolei jest przyczyną – chociaż nie bezpośrednią – miażdżycy

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Twierdzi też:, że “podwyższony cholesterol to jest jeden z kilkunastu parametrów i to najmniej istotnych”. Jeśli już, to jeden z kilku parametrów i do tego dość istotny – jeśli nie najistotniejszy (te wypowiedzi padają w trakcie tego oto wyimka wywiadu).

Istnieje bardzo silny związek między ilością spożywanych tłuszczów zwierzęcych a poziomem “złego” cholesterolu LDL (low density lipoprotein). Stężenie cholesterolu rośnie przy wysokim spożyciu nasyconych kwasów tłuszczowych – czyli głównie tłuszczów zwierzęcych. Tłuszcze roślinne zawierają głównie kwasy nienasycone i mogą wręcz poziom cholesterolu obniżać.

Jak wyjaśniała nam dr Katarzyna Wolnicka, specjalistka dietetyki i wykładowczyni akademicka: “Tłuszcze nasycone (np. z tłustego mięsa, oleju kokosowego) podnoszą poziom cholesterolu LDL, a tłuszcze nienasycone (np. z oliwy, awokado, orzechów, ryb) obniżają go. Niekorzystne są też izomery trans kwasów tłuszczowych pochodzące z częściowo utwardzonych olejów roślinnych – mogą znajdować się w daniach fast food czy wyrobach cukierniczych. Równie ważna, jeśli chodzi o dietę, jest zawartość błonnika rozpuszczalnego czy spożycie fitosteroli, które wykazują korzystne działanie”.

Nadmierna ilość cholesterolu we krwi jest, według współczesnego stanu wiedzy, nie tylko skutkiem diety, ale czynników genetycznych oraz środowiskowych. Do tych drugich należą na przykład masa ciała, dieta oraz stres. Natomiast do czynników stresowych, które mogą podwyższać poziom cholesterolu, jak wynika z badań, zalicza się nawet samotność.

Niemniej, co trzeba podkreślić, istnieje silny związek między poziomem cholesterolu a dietą bogatą w tłuszcze zwierzęce.

Przeczytaj także:

Czy cholesterol jest przyczyną miażdżycy? Tak (choć nie bezpośrednią)

Prawda (jak to zwykle bywa) jest niestety złożona. Otóż cholesterol prawdopodobnie sam z siebie nie przyczynia się do miażdżycy, co opisywałem w tekście “Cholesterol i miażdżyca. Czyżby wszyscy się mylili?” w sierpniu tego roku.

Bezpośrednią przyczyną miażdżycy, jak wykazali badacze w pracy opublikowanej w “Nature” w lipcu, jest prawdopodobnie inny związek, propionian imidazolu. W języku angielskim kolejność tych dwóch członów nazwy jest odwrotna (imidazole propionate) stąd stosowany czasem skrót ImP.

Propionian imidazolu wiąże się z pewnym receptorem (imidazolowym, w skrócie I1R), obecnym na powierzchni mieloidalnych komórek supresorowych wytwarzanych przez szpik kostny. Rolą tych komórek jest hamowanie stanów zapalnych. Gdy do receptora na powierzchni tej komórki przyłącza się cząsteczka propionianu imidazolu, komórki te przestają hamować stany zapalne.

Szczegóły są w istocie nieco bardziej złożone – łańcuch biochemicznych zmian dotyka także komórki mieloidalne, makrofagi, fibroblasty oraz bezpośrednio komórki nabłonka naczyń krwionośnych. Niemniej kluczowe są stany zapalne.

„W praktyce być może będzie w przyszłości możliwość wykorzystania poziomu ImP we krwi jako biomarkera do wczesnego wykrywania miażdżycy, zanim pojawią się objawy”, mówiła nam w sierpniu dr Wolnicka.

Cholesterol być może został zdetronizowany jako bezpośrednia przyczyna miażdżycy. Niemniej znacząco do niej się przyczynia, bo to z niego powstają złogi i miażdżycowe blaszki.

Czy mleko i jego przetwory są zdrowe? Tak i nie

Nie da się ukryć, że dla osób, które dobrze trawią laktozę, mleko jest najlepszym źródłem wapnia i witaminy D. Zawiera też sporo tłuszczów – o ile pijemy mleko pełnotłuste.

W ostatnich dwóch dekadach stwierdzono, że nie wszystkie tłuszcze nasycone (głównie zwierzęce) są szkodliwe. Szkodliwe są raczej nasycone kwasy tłuszczowe o długich łańcuchach. Te o krótkich są raczej korzystne dla zdrowia.

Okazało się też, że szkodzą nam głównie te nasycone kwasy tłuszczowe, których łańcuchy zawierają parzystą liczbę atomów węgla (16 lub 18). Te, które zawierają nieparzystą liczbę (15 lub 17), mogą nawet obniżać ryzyko chorób układu krążenia. Te krótkie oraz te “nieparzyste” nasycone kwasy tłuszczowe występują w tłuszczu mlecznym, a więc i w serach czy maśle.

W mleku i nabiale zawarty jest też kwas rumenowy, zwany także żwaczowym (z ang. conjugated linoleic acid, w skrócie CLA). Jest nienasyconym kwasem tłuszczowym, który jest jednocześnie izomerem trans- i cis- (stąd “sprzężony”). Jest nieco dowodów na jego korzystny wpływ na zdrowie. Na korzystne właściwości tego kwasu zwrócili uwagę także polscy naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy już w 2009 roku opublikowali badania na ten temat. Jego udział w diecie zapobiega nadwadze i otyłości.

Z opublikowanych w 2014 roku badań (prowadzonych przez 12 lat na półtora tysiącu mężczyzn) wynika, że spożywanie pełnotłustego mleka i jego przetworów wiąże się z niższym – a nie wyższym – ryzykiem nadwagi i otyłości. Rok później podobny wniosek zawarto w przeglądzie 16 różnych badań, opublikowanym w “European Journal of Nutrition”.

Być może to sprzężone kwasy tłuszczowe, jak kwas rumenowy czyli CLA, tłumaczą “paradoks lodów”. Spożywanie jednej lub więcej porcji lodów tygodniowo związane jest z niższą masą ciała. Podobnie działają jogurty. Lody i jogurty łączą dwie rzeczy: jedne i drugie spożywamy najczęściej prosto z lodówki. I obie kategorie produktów zawierają tłuszcz mleczny.

Takiego korzystnego zjawiska nie obserwuje się w przypadku śmietany i serów. Prawdopodobnie dlatego, że zawierają bardzo dużo tłuszczów ogółem. Spożywanie dużej ilości tłuszczów ogółem jest najwyraźniej jednak mniej korzystne dla zdrowia niż korzystny wpływ niewielkiej ilości CLA.

Reasumując, mleko i jogurty spożywane z umiarem raczej nam nie zaszkodzą. Niewielkie ilości żółtych serów również. Przetwory mleczne zawierają dużo białka, wapnia, witaminy A, D i E. Jednak sery dojrzewające w połowie (około 40-60 procent) składają się z tłuszczów zwierzęcych. Moja redakcyjna koleżanka zapytała o sery pleśniowe. Z nimi jest podobnie, jak z twardymi – są tak tłuste jak sery niepleśniowe. Zawierają natomiast więcej folianów, czyli soli kwasu foliowego, zwanego niacyną lub witaminą B9.

Z mlekiem i jego przetworami jest natomiast taki problem, że zawiera również sprzyjający powstawaniu miażdżycy propionian imidazolu (ImP). Unikanie mleka niewiele nam pomoże, bo ten sam związek powstaje w naszych układach pokarmowych. Bezustannie wytwarzają go bakterie jelitowe i wraz ze składnikami pokarmowymi trafia do krwiobiegu.

O tym, czy pić mleko czy nie pisałem w OKO.press w październiku 2023 r. Prawdopodobny werdykt brzmi: jest cennym źródłem składników odżywczych, ale jego przetwory jak śmietanę, żółte sery i masło warto spożywać z umiarem.

Oczywiście nie wolno zapominać o środowiskowych i etycznych aspektach produkcji mleka. Produkcja mleka przyczynia się do emisji gazów cieplarnianych (przypomina WWF). Jak inne ssaki, krowy wytwarzają mleko, gdy wydadzą potomstwo. Mlecznym krowom jest odbierane, a z cieląt powstaje cielęcina (wyjaśnia Animal Justice Project).

Czy margaryny powstały w wyniku spisku? Nie – z potrzeby

Prof. Cichosz twierdzi, że “zalecenia dotyczące diety zmieniono specjalnie, by wypromować margarynę jako zamiennik masła” (Ta wypowiedź również pada we wcześniej już linkowanym wyimku z wywiadu).

Zalecenia dotyczące diety zmieniono specjalnie, by wypromować margarynę jako zamiennik masła

Rozmowa z Bogdanem Rymanowskim,19 października 2025

Sprawdziliśmy

Nie, zamiennik masła w postaci margaryny powstał z konkretnej potrzeby

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Nie, margaryny nie powstały w wyniku spisku.

Pierwszym powodem ich powstania była chęć zapewnienia namiastki masła napoleońskim żołnierzom na frontach. Doceniono je, bo miękną i rozpływają się w wyższych temperaturach, jełczeją też wolniej niż masło. Co ciekawe, margaryny długo były perłowo białe i nie udawały masła. Nie były też szczególnie smaczne, częściej stosowano je do wypieków. Do chleba – głównie w okresach wojen i głodu.

W drugiej połowie ubiegłego wieku przybywało dowodów naukowych, że tłuszcze zwierzęce przyczyniają się do miażdżycy i chorób serca. Uznano, że margaryny są zdrowszym zamiennikiem masła. Stąd trwająca mniej więcej do końca ubiegłego stulecia tendencja do zaleceń, by masło zastępować margaryną (a smalec olejami roślinnymi).

W latach 90 ubiegłego wieku okazało się, że utwardzone tłuszcze roślinne (z których margaryny w większości się składają) zawierają także tłuszcze trans. Ze wszystkich tłuszczów te trans są najbardziej szkodliwe dla zdrowia: powodują tycie, silnie podnoszą poziom cholesterolu. Pierwsze zwiększa ryzyko cukrzycy typu II, drugie – miażdżycy i chorób układu krążenia. Pod wpływem nacisków konsumentów i ekspertów najwięksi odbiorcy takich tłuszczów (głównie sieci fast-food i producenci chipsów) wycofali się ze stosowania tłuszczów trans.

Prawda o tłuszczach trans w margarynach jest taka, że bardzo dużo zawierały ich margaryny produkowane metodą uwodornienia tłuszczów, bowiem w procesie uwodornienia powstają głównie tłuszcze trans. Jest to jednak kłopotliwy proces produkcyjny (wymaga wysokiego ciśnienia, temperatury i katalizatorów). Z czasem zastąpiono go innym procesem, transestryfikacji. W jego wyniku powstają dużo mniejsze ilości tłuszczów trans. Dodatkowo od lat zawartość tłuszczów trans w USA i w Europie jest regulowana prawnie.

W USA ich dopuszczalna ilość wynosi zero (czyli poniżej 0,5 procent). W Unii Europejskiej mogą stanowić nie więcej niż 1,5 proc. tłuszczów ogółem. W przeciętnej margarynie zawierającej około 60-70 proc. tłuszczu może być ich zatem nie więcej niż jeden procent. W łyżce, około 10 gramach, będzie ich zaledwie jedna dziesiąta grama.

Co zatem jest zdrowsze: masło czy margaryna? Jeśli ktoś jada sporo mięsa albo żółtych serów, lepiej będzie, jeśli masło zastąpi margaryną. Jeśli ktoś mięso i sery spożywa okazjonalnie, nic się nie stanie, jeśli pieczywo będzie smarował masłem.

Tę część opieram z kolei na swoim tekście o wojnie masła z margaryną, który ukazał się w OKO.press w kwietniu 2024 r. Tam znajdują się też linki do prac naukowych:

Czy oleje roślinne szkodzą?

Prof. Cichosz twierdzi także, że “utlenione tłuszcze roślinne są kancerogenne”, a "dowody naukowe takie niepodważalne na rakotwórcze właściwości olejów i margaryn przedstawiono w 1993 roku i nic się od tego czasu nie zmieniło”.

Utlenione tłuszcze roślinne są kancerogenne

Rozmowa z Bogdanem Rymanowskim,19 października 2025

Sprawdziliśmy

Nie ma na to żadnych dowodów. Są natomiast dowody na to, że tłuszcze roślinne są zdrowe

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Nie ma dowodów na szkodliwość tłuszczów roślinnych – tłumaczyłem w kwietniu tego roku w tekście o sugestiach szefa amerykańskiego Departamentu Zdrowia, RFK Juniora, by smażyć na łoju wołowym zamiast olejów roślinnych. Oleje roślinne nie szkodzą. Wręcz przeciwnie, są zdrowe.

Nieporozumienie bierze się zapewne z tego, że występujące w olejach roślinnych nienasycone kwasy tłuszczowe występują głównie w dwóch rodzajach, nazwanych tak od kolejności atomu węgla, przy którym znajduje się wiązanie podwójne: omega-3 oraz omega-6. Pierwsze hamują pewne mechanizmy zapalne, drugie odwrotnie – ułatwiają ich włączanie.

Niektórych badaczy niepokoi to, że większość olejów roślinnych zawiera dużo więcej kwasów omega-6. Na przykład olej z pestek winogron prawie nie zawiera kwasów omega-3. W oleju słonecznikowym „szóstki” przeważają 125 do jednego. W oliwie z oliwek przewaga ta wynosi 10 do jednego, w najczęściej używanym w USA oleju sojowym to 8 do jednego. Idealnie natomiast byłoby dostarczać je organizmowi w proporcji 3 do jednego, wyjaśnia w “The Conversation” Mary J. Scourboutakos.

Teoretycznie nadmiar omega-6 może być szkodliwy. Szczególnym podejrzanym dla wrogów olejów roślinnych jest jeden z kwasów omega-6, kwas linolowy. W organizmie przekształcany jest w kwas arachidonowy, który jest prekursorem prostaglandyn, związków wywołujących stany zapalne (acz, o czym zapominają jego przeciwnicy, ten sam związek ten może także blokować procesy zapalne.)

Istnieją hipotezy, że nadmiar kwasów omega-6 w diecie (lub niedobór omega-3) może mieć związek z zaburzeniami nastroju, bólami stawów i kręgosłupa, niektórzy wiążą go także ze wzrostem przypadków nowotworów jelit. Jednak większość badań nad szkodliwością wpływu kwasów omega-6 prowadzono na gryzoniach. Ich metabolizm kwasów tłuszczowych różni się od ludzkiego.

Mary Scourboutakos przypomina, że z solidnej metaanalizy kilkunastu badań nie wynika, żeby spożycie olejów roślinnych przekładało się wyraźnie na ilość markerów stanów zapalnych w organizmie człowieka (stwierdzono je jedynie w jednym badaniu, ale jedynie u spożywających najwięcej olejów zawierających najwięcej omega-6).

Jeśli kogoś martwi nadmiar kwasów omega-6 w diecie, powinien w kuchni stosować olej rzepakowy, w którym jest ich tylko dwa razy więcej niż omega-3.

Czy soja szkodzi? A GMO?

W wywiadzie w mediach społecznościowych prof. Cichosz uznała modyfikowaną genetycznie soję za „największy przekręt dietetyczny XXI wieku”. Twierdzi, że białka zawarte w soi są „przyczyną diagnozowania chorób, których 30 lat temu nie było”. Soja rzekomo wywołuje chorobę Leśniowskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie jelit, nowotwory oraz chorobę Hashimoto. (Na przykład w tym fragmencie )

Białka zawarte w soi są „przyczyną diagnozowania chorób, których 30 lat temu nie było". Podaje przykład choroby Leśniewskiego-Crohna

Rozmowa z Bogdanem Rymanowskim,19 października 2025

Sprawdziliśmy

Nie, nie ma na to żadnych dowodów

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

W największym skrócie: gdyby soja była szkodliwa, jak twierdzi prof. Cichosz, mieszkańcy krajów azjatyckich, gdzie spożywa się jej najwięcej, byliby znacznie bardziej schorowani niż Europejczycy. Nie są jakoś szczególnie mniej zdrowi (zwłaszcza Japończycy).

Soja nie wywołuje choroby Leśniewskiego-Crohna. Nie jest ona zresztą wcale schorzeniem nowym. Opisał ją polski lekarz, Stanisław Leśniewski, w 1904 roku. Wtedy soję w Europie i USA spożywano sporadycznie, a o roślinach GMO nikt nie słyszał.

Właśnie, porozmawiajmy o roślinach GMO.

Są to rośliny, którym wstawiono jakiś “obcy” gen, zwykle pochodzący od innej rośliny, by zwiększyć jej plony lub odporność na jakieś czynniki. Zwykle tymi czynnikami są choroby roślin, ale mogą być nimi także środki ochrony roślin.

Większość genetycznie modyfikowanych roślin uprawianych wielkopowierzchniowo to rośliny zmodyfikowane tak, by były odporne na jeden z pestycydów – glifosat. To sprawia, że pole obsiane tak zmodyfikowanymi roślinami można spryskiwać tym środkiem. Giną wszystkie chwasty, a rośliny mają się dobrze.

Doniesienia o szkodliwości GMO mają źródło głównie w pracach prof. Gilles'a-Erica Séraliniego z Uniwersytetu w Caen we Francji, który w 2012 roku w “Food and Chemical Toxicology” opublikował artykuł na temat szkodliwości GMO.

Zespół prof. Séraliniego przez dwa lata, czyli przez cały cykl życiowy szczurów, karmił około stu tych gryzoni jedynie genetycznie zmodyfikowaną kukurydzą i niczym innym. Podawał im także roztwór glifosatu w stężeniu takim samym, jakie występuje w środowisku po dokonaniu oprysku. W pracy stwierdzono, że pod koniec życia aż 80 do 90 proc. badanych szczurów zapadało na choroby nowotworowe.

Były to pierwsze badania naukowe, które wskazywały na szkodliwość upraw GMO i towarzyszącego im opryskiwania herbicydem dla organizmów żywych (tak, to nie pomyłka, wcześniej takich prac nie było). Prof. Séralini odniósł spory sukces medialny, jego praca była często cytowana i wielokrotnie nad nią dyskutowano.

Reakcja środowiska naukowego była natomiast zupełnie inna. Krytykowano aż pięć kwestii.

Po pierwsze, badania prowadzono na szczurach rasy Sprague Dawley. Jest to rasa albinosów o spokojnym usposobieniu i dlatego chętnie wykorzystuje się ją w laboratoriach. Wiadomo jednak, że szczury tej odmiany częściej niż inne zapadają na nowotwory.

Po drugie, badania prowadzono przez dwa lata. Taki wiek dla szczurów, niezależnie od ich rasy, to już wiek zaawansowany. Jak każde inne zwierzę, także i one częściej zapadają na nowotwory na starość.

Po trzecie, szczury karmiono wyłącznie genetycznie modyfikowaną kukurydzą – nie dostawały do jedzenia nic poza nią. Nie ograniczano im też dostępu do pożywienia, choć wiadomo, że otyłość jest czynnikiem ryzyka wystąpienia nowotworów.

Po czwarte, szczurom podawano także roztwór glifosfatu, środka chwastobójczego powszechnie stosowanego do opryskiwania upraw GMO. Żadne zwierzę nie pija roztworów herbicydu kilka razy dziennie.

Po ostatnie zaś i najważniejsze, autorzy pracy zawarli w niej zastrzeżenie, że „pełne dane ze względu na limit objętości nie są zawarte w tym tekście”. Co oznacza, że

praca nie zawierała informacji, które umożliwiłyby innym naukowcom powtórzenie tego samego eksperymentu.

W nauce niezmiernie istotne jest to, aby eksperyment był odtwarzalny, a publikacje naukowe podawały wszelkie dane, żeby móc badanie powtórzyć. Dopiero wielokrotne powtórzenie badania i otrzymanie takich samych wyników potwierdza, że dana hipoteza jest prawdziwa – bowiem jednorazowe uzyskanie jakiegoś wyniku badań o niczym nie przesądza, równie dobrze może być dziełem przypadku.

28 listopada 2013 roku praca ta została oficjalnie wycofana przez wydawcę periodyku, w którym się ukazała. Autorzy wysłali ją zatem do innego perdiodyku “Environmental Science Europe”, gdzie ukazała się w 2014 roku, z komentarzem autorów o rzekomej cenzurze, jaka ich spotkała.

Jednak wyników zespołu prof. Séraliniego nigdy nie udało się odtworzyć. Nie ma dowodów, że GMO szkodzi.

„W Polsce praktycznie nie ma dziś produktów spożywczych z soją GMO, ona jest co najwyżej składnikiem pasz zwierzęcych. Prawo europejskie zobowiązuje producentów do umieszczenia informacji na temat obecności soi GMO, więc można to łatwo sprawdzić”, mówił dietetyk kliniczny Kamil Paprotny w portalu WP abcZdrowie.

Prof. Cichosz i krowie mleko dla niemowląt

Powróćmy do prof. Cichosz. Jej upór nie ogranicza się do opowiadania o cudownych właściwościach mleka i jego przetworów. Jest też pomysłodawczynią modyfikowanego mleka krowiego dla niemowląt – donosił portal “Demagog”.

Mleko poszczególnych gatunków ssaków różni się między sobą, czasem znacząco (Mleko krowie zawiera przeciętnie 3,7 proc. tłuszczu, 3,3 proc. białka i 4,8 proc. laktozy. Mleko ludzkie zawiera zaś 4,0 proc. tłuszczu, tylko 1,3 proc. białka i aż 6,5 proc. laktozy. Kobiece mleko ma pH około 7,2 czyli bardzo zbliżone do obojętnego, krowie ma pH około 6,6 zatem jest bardziej kwasowe.).

Ponadto mleko krowie zawiera za dużo sodu, potasu, białka, za mało zaś witaminy E, kwasu linolowego i żelaza – przypominało Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów w 1990 roku. Z dużego przeglądu badań nad skutkami karmienia niemowląt mlekiem krowim opublikowanego w 2022 roku wynika, że dzieci karmione mlekiem krowim cierpią na krwawienia z przewodu pokarmowego, anemię, mają zbyt niską wagę i rozmiary ciała jak na swój wiek.

Jest to powodem, dla którego modyfikowane mleka w proszku dla niemowląt muszą spełniać pewne rygorystyczne wymogi odnośnie ilości zawartego białka, tłuszczów, konkretnych kwasów tłuszczowych, witamin i minerałów. Wymogi te są regulowane rozporządzeniami unijnymi, a nadzór nad ich przestrzeganiem należy do Inspekcji Sanitarnej (do czego jeszcze wrócimy).

Rozmowa z ekspertem czy marketing produktu?

Podczas wywiadu na kanale Bogdana Rymanowskiego prof. Cichosz namawiała do rezygnacji ze spożycia tłuszczów roślinnych oraz soi. Twierdziła, że są szkodliwe dla zdrowia. Nie jest to prawdą w świetle obecnej wiedzy naukowej, co wskazaliśmy wyżej.

Zalecenia prof. Cichosz, jak pisze „Demagog”, wpisują się natomiast w marketing marki Smilk, która produkuje modyfikowane mleko dla niemowląt oparte wyłącznie na mleku krowim. Na facebookowym profilu tej marki jest wiele wpisów podkreślających, że mleko to nie zawiera soi ani tłuszczów roślinnych. I wiele wpisów podkreślających ich rzekomą szkodliwość.

Na przykład 3 listopada firma Smilk cytuje na swoim facebookowym profilu post jakiejś prywatnej osoby, Pauli Ruszkowskiej, który zawiera pytanie “Czy oleje roślinne niszczą twój mózg? Co o tym sądzicie?” oraz film. Na napisach otwierających film widnieje już twierdzenie, nie pytanie: “Oleje roślinne niszczą twój mózg”. W filmie zaś osoba nie podpisana imieniem i nazwiskiem opowiada o tym, jak tłuszcze roślinne rzekomo szkodzą.

Bogdan Rymanowski nie zrobił co prawda reklamy firmie Smilk, bo jej nazwa w programie nie pada. Za to pozwolił w swoim programie opowiadać osobie związanej z nauką rzeczy, które są naukową nieprawdą, za to doskonale wpisują się w marketing akurat tego jednego produktu na rynku.

Postscriptum, czyli o bezsilności państwa

Produktu wątpliwej jakości, nawiasem mówiąc.

Produkt dla niemowląt, którego wszystkie składniki pochodzą jedynie z mleka krowiego, zgodnie z obecną wiedzą naukową nie powinien być podawany niemowlętom – jak czytelnicy pamiętają, mleko krowie różni się składem od ludzkiego i karmienie nim niemowląt szkodzi ich zdrowiu.

Skład preparatów do początkowego żywienia niemowląt i preparatów do dalszego żywienia niemowląt reguluje rozporządzenie Komisji UE 2016/127. Mleko marki Smilk tych wymogów nie spełnia. Produktem zainteresowały się więc służby sanitarno-epidemiologiczne.

Prof. Cichosz podczas wywiadu u Bogdana Rymanowskiego twierdziła (w 26. minucie), że kontrola sanepidu dotycząca produktów takich jak Smilk jest bezprawna, ponieważ „zgodnie z prawem unijnym nadzór nad żywnością pochodzenia zwierzęcego, czyli mleko i wszystko, co z mleka, mięso i wszystko, co z mięsa, podlega pod nadzór weterynaryjny”.

To nieprawda, bowiem zgodnie z Ustawą o bezpieczeństwie żywności i żywienia (art. 24 i art. 29) mleko dla niemowląt podlega w Polsce nadzorowi Głównego Inspektora Sanitarnego.

Właściciel marki zrezygnował z powiadomienia GIS o wprowadzeniu mleka dla niemowląt o nazwie “Smilk” na rynek. Bez zgody GIS nie może go sprzedawać. Mimo tego i tak sprzedaje je przez internet.

Przedstawiciele marki Smilk twierdzą, że Sanepid zwalcza firmę wskutek spisku tej instytucji z konkurencją – innymi firmami produkującymi mleko dla niemowląt.

W tej sprawie dochodzenie wszczęła prokuratura rejonowa w Bydgoszczy. Bezsilność służb w walce z producentem mleka dla niemowląt, które nie zostało zgłoszone i nie spełnia wymogów, opisywał w lutym tego roku TVN24.

;
Na zdjęciu Michał Rolecki
Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.

Komentarze