0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja Iga Kucha...

Podróżniczka i pisarka Beata Pawlikowska oraz filozofka i publicystka Magdalena Środa w ostatnim czasie postanowiły podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami na temat zaburzeń psychicznych – i to jakoby wspólnie.

Prof. Środa postanowiła bowiem stanąć w obronie wypowiedzi Pawlikowskiej. Podważała ona skuteczność leków przeciwdepresyjnych, straszyła, że powodują one nieokreślone „zmiany w mózgu” oraz że tak właściwie to leki mogą powodować depresję. O temacie zrobiło się głośno, kiedy w internecie rozpoczęła się zbiórka na pozew wobec Pawlikowskiej o wprowadzanie w błąd opinii publicznej i szkodę dla zdrowia tysięcy osób.

Przeczytaj także:

Z jakiegoś powodu odczucia podróżniczki w sprawie leków przeciwdepresyjnych poruszyły czułą strunę w sercu filozofki, która postanowiła dać odpór krytyce w swoim felietonie dla "Gazety Wyborczej". Określiła przy tym postawę Pawlikowskiej jako „negatywną opinię na temat leków przeciwdepresyjnych” oraz stwierdziła, że na depresję istnieje „moda”, która przyszła zza oceanu.

Nie omieszkała przy tym zarzucić badaczom depresji, że zamiast szukania prawdy wolą siedzieć w kieszeni przemysłu farmaceutycznego. Gdyby podmienić leki antydepresyjne na szczepionki równie dobrze można by uwierzyć, że słowa te pochodzą od jakiegoś antyszczepionkowca.

Straszenie i niedopowiadanie

W wypowiedzi Pawlikowskiej, jak w wielu innych przykładach pseudonaukowych opinii, niezbyt wiele znajdziemy konkretnych i potwierdzonych informacji. Mamy za to całą masę wyjętych z kontekstu, przeinaczonych i bardzo ogólnych stwierdzeń, które nie mają za zadanie informować, tylko stawiać leki przeciwdepresyjne w jak najgorszym świetle i straszyć ich potencjalnych użytkowników.

Pawlikowska wspomina na przykład, że są to „substancje psychoaktywne, które zmieniają działanie mózgu” albo „powodują zmiany w mózgu”. Kto chciałby coś takiego przyjmować? Jednak po chwili zastanowienia można zapytać: skoro depresja to zaburzenie funkcji mózgu, czy nie o zmianę właśnie nam chodzi?

Depresja jest bowiem chorobą mózgu, która prowadzi dosłownie do jego kurczenia się. Podczas pojedynczego epizodu osoba chora traci do 20 proc. objętości swojego hipokampa, struktury odpowiedzialnej za konsolidację naszej pamięci i zaangażowanej w przetwarzanie emocji.

Inne rejony mózgu związane z emocjami, na przykład przyśrodkowa kora przedczołowa lub kora wyspy, również są w istotny sposób mniejsze, niż u zdrowych ludzi.

Na poziomie mikroskopowym depresja utrudnia tworzenie połączeń między neuronami i przekazywanie między nimi informacji. To dlatego osoby z depresją mają problemy z pamięcią, nie potrafią utrzymać wątku rozmowy a rzeczy, które dotychczas nie stanowiły problemu, nagle stają się ogromnymi trudnościami.

Oczywiście, że chcemy w takiej sytuacji zmienić sposób działania mózgu – a dzięki antydepresantom możemy te zmiany odwrócić.

Podobnie, ale w mniejszej skali, działa wypowiedź prof. Środy. Już na wejściu pisze o „problemie farmakologicznego leczenia depresji”. Jaki miałby to być problem, nie wiadomo, bo w następnym akapicie rozbrajająco przyznaje, że nie ma o nim nic do powiedzenia.

Ale zaraz łamie to postanowienie, by przywołać osobistą anegdotę, w której insynuuje, że chorowanie na depresję jest modą, która „przyszła z zachodu”. Później idzie jeszcze dalej i mówi, że „Nie mieć depresji, to jakby nie być dość nowoczesnym”, tak jakby osoby na nią chorujące po prostu się nią stylizowały.

W dość oczywisty sposób przywołuje to na myśl podpitego wujka na rodzinnej imprezie, który pomstuje na „modę na LGBT”.

Pewnie, w USA istnieje problem z wpływem firm farmakologicznych na leczenie pacjentów – przykładem może być epidemia nadużywania opioidów. Ale jaki problem profesor Środa widzi w leczeniu depresji w Polsce, kraju z dużym problemem jej niedodiagnozowania i małą dostępnością usług psychiatrycznych?

To przykład tzw. „dogwhistlingu” – rzucania gorącym, wyjętym z kontekstu hasłem, którego zadaniem jest wzbudzenie emocji; podobnie robią antyszczepionkowcy, gdy straszą powikłaniami szczepionek albo wytykają niespójności w programach profilaktycznych COVID-19.

Jak obrzydzić ratowanie życia

Pawlikowska w swoim nagraniu mówi, że nie znamy przyczyn depresji, schizofrenii ani innych chorób umysłowych. Przywołuje tutaj opublikowane w zeszłym roku badanie Joanny Moncrieff z zespołem, o którym wcześniej pisałem w OKO.press, że zostało całkowicie niezrozumiane, a wręcz stało się źródłem dużej ilości manipulacji.

Tak też jest i tutaj. W skrócie: rzeczywiście, stężenie serotoniny w mózgu nie koreluje z występowaniem depresji. Tyle że wiadomo to już od około 30 lat, a leki przeciwdepresyjne i tak działają – obecnie wiemy, że wskutek złożonych reakcji, których serotonina jest jedynie małym elementem.

Mówienie, że nie wiadomo, jaka jest przyczyna depresji, schizofrenii i innych zaburzeń psychicznych, to przekłamanie.

Wiemy, że przyczyna nie jest jedna („za mało serotoniny w depresji, za dużo dopaminy w schizofrenii”), a jest ich mnóstwo. To oczywiście utrudnia nam dokładne zrozumienie tego, jak depresja czy schizofrenia się kształtują; utrudnia to też poszukiwania leku, który oddziaływałby na wszystkie przyczyny problemów.

Jak pisałem, istnieje wiele różnych czynników: genetycznych, neurobiologicznych, hormonalnych, poznawczych, psychodynamicznych, społecznych i stresowych, które mogą ze sobą współdziałać w tworzeniu zaburzeń psychicznych. Po prostu żaden z nich nie jest „tym jedynym”.

Jak diagnozujemy depresję

Depresję diagnozujemy na podstawie objawów, z jakimi zgłaszają się pacjenci. Chociaż istnieje możliwość bezpośredniego badania czynności mózgu za pomocą badań takich jak funkcjonalny rezonans magnetyczny, są to na razie metody czysto akademickie i bardzo drogie.

Rozmowa z cierpiącą osobą nadal pozostaje najbardziej dostępnym sposobem na wychwycenie charakterystycznego układu problemów i postawienie diagnozy.

W wypowiedzi Pawlikowskiej uderza też przedstawianie antydepresantów, leków, które w dosłowny sposób ratują życie, jako czegoś z gruntu szkodliwego. Przecież około 20 proc. osób z nieleczoną depresją popełni samobójstwo. Nie potrafimy tego ryzyka zupełnie wyeliminować, ale dzięki leczeniu udaje się je zmniejszyć o ponad połowę.

Pawlikowska jednak nie przedstawia tych faktów – woli skupić się potencjalnych działaniach niepożądanych, które mogą mieć wszystkie leki, a nawet oskarża je o powodowanie uzależnienia, co jest całkowitą nieprawdą.

Efekt placebo, czyli poprawa w odpowiedzi na niemającą efektu terapeutycznego substancję, towarzyszy każdemu leczeniu. Kapsułka z cukrem potrafi uśmierzyć ból, pomóc w zaśnięciu czy zmniejszyć odczuwanie depresji. To jednak nie znaczy, że cały efekt leków przeciwdepresyjnych jest tylko efektem sugestii.

W badaniach nad lekami placebo używa się jako porównanie do prawdziwej terapii – właśnie po to, by ocenić ich prawdziwy efekt. Największe takie badanie, na ponad stu tysiącach osób z depresją, mówi jasno – wszystkie stosowane leki przeciwdepresyjne są skuteczne w leczeniu depresji znacznie bardziej, niż placebo, a tylko jeden jest gorzej tolerowany. Co więcej, antydepresanty działają tym lepiej w porównaniu do placebo, im cięższa jest depresja.

„Ja tylko pytam”

Temu wszystkiemu w swoim felietonie prof. Środa odpowiada kilkoma akapitami o… zastrzeżeniach, jakie ma wobec naukowców i ich bezstronności oraz o powiązaniu medycyny z przemysłem farmaceutycznym.

Znowu – konkretów brak. Powiązania te są według etyczki „silne”, ale nie mówi, jaki jest ich rodzaj ani skąd taka ocena. Do tego wszystkiego dostajemy wykład o tym, że każdy ma prawo do swojej opinii.

To kolejne zagranie, które lubiane jest wśród wszystkich wygłaszających według siebie „niepoprawne politycznie poglądy”, którzy demaskowani są jako niemający pojęcia o temacie.

Mówi też o tym Pawlikowska: „Nie jestem lekarzem, nie zalecam niczego. (…) Przedstawiam fakty. Sami zdecydujecie co z tymi faktami zrobić”. Wiadomo, niczego nie zalecam, ja tylko zadaję pytania – ale antydepresanty są szkodliwe, uzależniają i właściwie nie wiadomo dlaczego je przepisują, pewnie dlatego, że im płaci Big Pharma.

Swoją drogą, czy nie powinno prof. Środy zainteresować, że osoba której broni, na swojej stronie internetowej i profilu na Facebooku (który obserwuje prawie pół miliona osób), oferuje „bransoletki czakralne”, które „harmonizując przepływ energii warunkują równowagę, zdrowie oraz spokój wewnętrzny”? Albo, że takimi wypowiedziami buduje swoją markę, na której zarabia? Czy to nie jest konflikt interesów?

Przywilej prof. Środy

Jak pisze prof. Środa w kolejnym felietonie, w którym reaguje na krytykę poprzedniego, każdy ma prawo wypowiedzieć swoją opinię. Tak, zarówno prof. Środa, jak i Beata Pawlikowska mogą wyrażać swoje opinie, w tym takie, że „depresja jako problem społeczny jest przejaskrawiana”, „napędzana interesem firm farmaceutycznych”, albo że schizofrenię można wyleczyć psychoterapią (nie, niestety nie można).

Prof. Środa może też publikować w swoim felietonie nagłówek „Moje opinie nikogo nie krzywdzą”, chociaż nie do niej należy ta ocena, a wybór nagłówka mówi o dużym poczuciu przywileju.

Za każdym razem, kiedy widzę takie tłumaczenie – a taktyka ta była używana wielokrotnie na przykład przez Jordana Petersona, Alexa Jonesa i innych „anulowanych” – zadziwia mnie wybijające zza niego przekonanie, że idea wolności słowa jest obroną przed wszelką krytyką.

Nie, to tak nie działa. Wolność słowa to nie immunitet, a osoby, które wypowiadają się na tematy, o których nie mają pojęcia, muszą liczyć się z tym, że ich opinia może wywołać tylko politowanie, krytykę i wyśmianie.

;
Krzysztof Bogusz

Lekarz rezydent psychiatrii w Szpitalu Nowowiejskim, asystent w Klinice Psychiatrii WUM

Komentarze